Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Wywiad z Adamem Kleinem
- kompozytorem, twórcą opery "Leithian" i tenorem Metropolitan Opera




Pytania Vaylei

1. Ostatnio jesteśmy świadkami powstawania coraz to nowych przedstawień muzycznych i teatralnych opartych na dziełach Tolkiena. Dziwi mnie jednak, że powstają one dopiero po ukazaniu się w kinach filmu Petera Jacksona. Czy to film tak rozsławił te książki, że przedstawienia tego typu mają szanse powodzenia, czy raczej po prostu dodał fanom Tolkiena odwagi do wyjścia w świat ze swoją pasją? Jak Pan by to wyjaśnił?

Powiedziałbym, że to właśnie entuzjazm milionów ludzi wywołany filmami Petera Jacksona (przynajmniej w USA) spowodował nagły wzrost popularności. Większość z tych ludzi książek Tolkiena nigdy nie czytała i nigdy tego nie zrobi, ponieważ większość Amerykanów nie czyta, tylko chodzi do. Ja wolę czytać i tworzyć swoje własne obrazy do czytanej historii w głowie. Wielkie dzięki! Widziałem zdjęcie reklamujące operę opartą na "Hobbicie" i oczywiście hobbici mieli ostro zakończone uszy. Stało się tak dlatego, ponieważ takie uszy mieli hobbici w Filmie Petera Jacksona. A oczywiście nie powinni. Każdy, kto czytał książki wystarczająco uważnie, wie to doskonale.

Nie słyszałem opery "Hobbit". Dopiero w tym tygodniu dowiedziałem się o jej istnieniu. Z pewnością została napisana po ukazaniu się filmu, ale opery moja i Paula Godfreya zostały napisane wiele lat wcześniej. Międzynarodowa popularność nazwiska Tolkiena pojawiła się wraz z projekcją filmu. I być może była to najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić naszym operom, bo nagle każdy chce mieć coś Tolkiena - to czy tamto - i teatry operowe mogą być zainteresowane wystawieniem ich, gdyż przewidują dobre przyjęcie przez publiczność, co nigdy by się bez tych filmów nie zdarzyło.

To moja opinia i chciałbym zaznaczyć, że nie wiem wszystkiego, co powinienem, aby nazwać ją miarodajną. Sami ocenicie ile jest ona warta.



2. Tolkien w jednym ze swoich listów wyraził życzenie, aby kiedyś jakiś kompozytor skomponował operę do opowieści o Berenie i Luthien. Czy gdyby nie sprecyzował dokładnie, że chodzi mu właśnie o tą historię, a napisał tylko, że chciałby aby jakiś kompozytor zainteresował się tymi opowieściami, to też napisałby pan operę na podstawie Leithian? A może byłaby to inna historia?

Który to list? Starałem się go znaleźć w moim wydaniu "Listów J.R.R. Tolkiena", ale nie potrafiłem. Pamiętam, że wybrałem "Berena i Luthien" z kilku możliwych opowieści, włączając w to "Turina i Tuora" po przeczytaniu listu, w którym Tolkien napisał, że ma nadzieję, iż ktoś napisze muzykę do jego opowieści, ale nie sprecyzował, do których.

Jeśli jest list, w którym pisze, że chciałby aby to właśnie "Leithian" stanęła u podstaw opery to chcę go przeczytać.



3. Pisząc do niej liberetto musiał Pan uzupełnić tekst napisany przez Tolkiena, bo był zbyt niekompletny. Czy było to trudne zadanie? Napisanie jakiej sceny sprawiło Panu najwięcej trudności?

Zdołałem wykorzystać wiele słów z "Pieśni Beleriandu", ale i tak brakowało mi wiele. Byłem bardzo rozczarowany, kiedy odkryłem jak mało "Pieśni o Leithian" Tolkien ukończył. Z tego powodu większość drugiej części opery (nie ma jej jeszcze na stronie internetowej) to moje własne słowa, ale powiedziałbym, że nawet w Części Pierwszej ponad połowa z nich jest moja, na przykład cały tekst arii Luthien.

Czy było to trudne do zrobienia? Tak bardzo podobała mi się próba napisania słów, które brzmiałyby Tolkieno-podobnie, że nie zauważyłem czy było to trudne. W każdym razie kocham języki: mówić nimi, bawić się nimi, używać starej angielszczyzny z jej nieformalnymi formami "thou" i "thee". Chciałbym, aby one powróciły.



4. Chciałabym spytać o pańskie elfie imię. Aldaron - czy jest to imię pochodzące od którejś z tolkienowskich postaci, czy wymyślone przez Pana? Jaka była geneza jego powstania?

Aldaron to jedno z imion Oromego. Znaczy ono Pan Drzew i jest słowem wymyślonym przez Tolkiena. Ten fakt powodował problemy na stronach tolkienowskich, które stawiały warunek, aby twoje elfickie imię NIE było jednym z tych stworzonym przez Tolkiena. Jestem Aldaronem od roku 1980 albo coś koło tego. Nie mogę teraz przybrać innego imienia, dlaczego zresztą miałbym to robić? Tak więc nie przyłączyłem się do tej strony. "Hall of Fire" nie ma takich wymagań, więc po prostu przystąpiłem tam jako Aldaron.

Jednakże stworzyłem wiele elfickich imion i nazw. Jeśli spojrzycie na zdjęcia instrumentów na mojej stronie internetowej (naciśnijcie przycisk Luthier - Luthier nie ma nic wspólnego z Luthien, oznacza wytwórcę instrumentów strunowych, pochodzi od słowa "lute" - lutnia) zobaczycie nazwy jak Cormalinde i Sennamele. Są wymyślone przeze mnie. Teraz szukam słowa oznaczającego królika. Nie myślę, aby Tolkien takie wymyślił, a sam nie znam elfickiego na tyle dobrze, aby je stworzyć samemu. Jeśli ktoś wymyślił słowo oznaczające królika, to bardzo chciałbym je poznać.




Pytania X-a

1. Czy mógłbyś opisać nam swoją "przygodę" z Tolkienem? Jak (i kiedy) się rozpoczęła, i w jaki sposób (jeśli w jakikolwiek) zmieniło to Twoje życie?

Po raz pierwszy usłyszałem słowa "Minas Tirith", gdy w wieku około 18 lat budowałem śnieżne forty na Long Island w Nowym Jorku. To by był wczesny rok 1978. Karlin - chłopak, który je wypowiedział - czytał te książki; spytałem go, co to jest Minas Tirith, i już wkrótce miałem w swych rękach "Hobbita" i "Władcę Pierścieni", małe wydania w miękkich okładkach, i przez najbliższe 4 dni nie robiłem nic poza jedzeniem, spaniem i czytaniem. Później przeczytałem je znowu. I później znowu, a kiedy opublikowano "Silmarillion" - kupiłem egzemplarz w twardej okładce. Następnie zdobyłem "Władcę Pierścieni" w luksusowej edycji z oprawą (wygląda jak Czerwona Księga Marchii Zachodniej i nie zawiera żadnych ilustracji mogących zaćmić wzrok mej wyobraźni; lubię ilustracje, ale wolę oglądać je już po tym, jak podczas lektury wyrobię sobie swoje własne wizerunki) oraz "Hobbita" ilustrowanego przez Tolkiena. Wszystko to wydania amerykańskie; nigdy nie widziałem oryginalnych brytyjskich.

Sporządziłem mapę Ardy obejmującą Śródziemie i jego przedłużenie w kierunku wschodnim aż do Morza Wschodniego, nazywając wszystkie tamtejsze lądy i zaludniając je ludźmi, elfami, krasnoludami i gigantycznymi żabami (żaby to moje ulubione zwierzęta). Ponieważ nie znalazłem żadnego elfickiego słowa określającego żabę, wymyśliłem je: gan (w Sindarinie), a ich wielki błotnisty kraj nazwałem Ganidor. Jest taka żaba w Stanach Zjednoczonych, której odgłos brzmi jakby "Gan!". To prawdopodobnie stąd wziął się mój pomysł. Stworzyłem drzewo genealogiczne jednego z pozostałych rodów krasnoludów. Wydaje mi się, że był to Ród Bora, ale nie pamiętam.

Napisałem melodie do piosenki Legolasa i do pożegnania Galadrieli, których nikt dotąd jeszcze nie słyszał. Tylko proste melodie, bez akompaniamentu. Kiedy Listy Tolkiena zostały opublikowane, przeczytałem jego odpowiedź dla kompozytora, który zapytywał, czy byłoby to w porządku, gdyby napisał fragment zatytułowany jakoś z jednej z książek. Tolkien odpisał, że zawsze miał nadzieję, że jego opowieści zainspirują kompozytorów do pisania muzyki. (Dlatego tak ciężko mi zrozumieć ten zakaz używania wierszy tolkienowskich. Sam Tolkien sobie tego życzył!). Zdecydowałem się napisać coś, co później stało się LEITHIAN.

Nie mogłem zrobić użytku z żadnej opowieści, w której występują hobbici, ponieważ nie bardzo widziałem, w jaki sposób dałoby radę sprawić, by ktoś na deskach sceny operowej wyglądał jak hobbit - bez używania dzieci, które nie dałyby rady tego zaśpiewać; a hobbickie dzieci są nawet jeszcze mniejsze. Filmowi hobbici też byli za duzi. W ogóle nie byłem przekonany, że są to niziolki.

Nie mogłem zrobić użytku z opowieści o Turinie, ponieważ było to zbyt bliskie wagnerowskiemu "Pierścieniowi Nibelungów" (w którym biorę udział teraz, w Toronto, gdy piszę te słowa: dubluję rolę krasnoluda Mime. Mierzę pięć stóp i dziesięć cali (178 cm), ale Loge ma dobre sześć stóp i dwa cale (188 cm), podobnie jak Wotan; myślę więc, że wygląda to w porządku. Poza tym i tak wszyscy noszą kostiumy z epoki wiktoriańskiej). Uwielbiałem historię Tuora - zwłaszcza fragment, w którym objawia mu się Ulmo - i mógłbym wziąć ją na warsztat, gdyby ten zakaz został kiedykolwiek zniesiony i ktoś by mi to zlecił.

Opowieść o Berenie i Luthien przeważyła wszakże nad Tuorem prawdopodobnie ze względu na postać Luthien, gdyż opera jest ciekawsza, jeśli nie występują w niej tylko mężczyźni. Pierwsze motywy napisałem w 1982. Odłożyłem pracę na bok w 1985, gdy studiowałem w college´u kompozycję muzyki, i podjąłem na nowo w 1987. Skończyłem pisać w 1992, kiedy, jak mi się zdaje, obchodzono setną rocznicę narodzin Tolkiena. Uzyskałem od wydawców pozwolenie na użycie słów, załatwiłem prawa autorskie w USA, i nagrałem wersję demo Części Pierwszej, którą otrzymało kilka teatrów operowych. Żaden z nich się nią jednak nie zainteresował. Następnie moja kariera śpiewacza zaczęła przynosić zyski i odłożyłem LEITHIAN na bok.

Później usłyszałem, że ktoś napisał balet zatytułowany LEITHIAN, następnie ukazały się filmy Petera Jacksona - a LEITHIAN wciąż zalegało na mojej półce. Pewnego dnia, gdy podczas przesłuchania do Des Moines Metro Opera w Nowym Jorku zaśpiewałem Pożegnanie Berena ze sceny 9, mój akompaniator wstał i zapytał mnie: "kiedy to robimy?". Do tego czasu przecierpiałem już wiele produkcji nowych oper - ze złym libretto i zazwyczaj jeszcze gorszą muzyką - więc pomyślałem sobie: "dlaczego nie?" Zatem 1 lipca urządziliśmy koncert - od Prologu do Sceny 7.

Dopiero PÓŹNIEJ napisał do mnie prawnik z Anglii, informując mnie, że zawarta z nimi umowa się zdezaktualizowała i że mogliby mnie pozwać do sądu za zorganizowanie tego koncertu; są wszakże zdania, że cała sprawa jest zwyczajną pomyłką i proponują przedłużenie umowy na następny rok. Cóż, nie wiem, ile koncertów zdołam wystawić w ciągu roku - bądź co bądź większość czasu zajmuje mi moja śpiewacza kariera - ale zamierzam próbować. W każdym razie następnej wiosny wyprodukuję Część Drugą; wtedy można będzie usłyszeć całość i wtedy zobaczymy, co powiedzą wydawcy. Nigdy nie chciałem na tym zarabiać, chciałem po prostu pisać muzykę. Myślę, że oni czują w tym pieniądze - albo wydaje im się, że ja czuję w tym pieniądze - ale jak widzicie, swoją przygodę z tą literaturą rozpocząłem na długo zanim Peter Jackson zgłosił się do New Line Cinema i wyjechał do Nowej Zelandii. To jest po prostu tak świetny materiał, że TRZEBA go przełożyć na język muzyki. Któż znałby dzisiaj historię Madame Butterfly, gdyby Puccini nie napisał swojej opery?

A zatem - w jaki sposób moja przygoda z opowieściami Tolkiena (tam i z powrotem? nie wydaje mi się, żebym był już z powrotem!) zmieniła moje życie? Życie toczy się w jednym kierunku, więc powiedziałbym raczej, że ona je UKSZTAŁTOWAŁA takim, jakie jest. Na przykład (z powodów, mam nadzieję, oczywistych) nazywam George´a Busha "Ustami Saurona" - w ten sam sposób, w jaki Tolkien przyrównywał armię Hitlera do armii Morgotha. A może Saurona? W każdym razie któregoś Władcy Ciemności. Podczas pracy nad LEITHIAN nauczyłem się wiele o pisaniu oper. Mam teraz na warsztacie operę o teorii ewolucji Darwina i jej konsekwencjach, która będzie dla mnie łatwiejsza przez wzgląd na LEITHIAN. Mam nadzieję, że to zamyka pytanie.



2. Z tego co wiem pracowałeś nad swoją operą, "Leithian", przez około 10 lat. Czy mógłbyś opisać, jak wyglądał ten okres Twojego życia? Chodzi mi o sposób, w jaki zrodził się pomysł, oraz o kolejne kroki prowadzące do osiągnięcia ostatecznego rezultatu.

Oj, wydaje mi się, że w większości odpowiedziałem na to w swojej poprzedniej odpowiedzi, do pytania 1. Sorry. Do osiągnięcia ostatecznego rezultatu potrzebowałem po prostu dosyć czasu na pisanie (tzn. okres pomiędzy 1988 a 1992, jako że nie miałem wówczas jeszcze wiele pracy w charakterze śpiewaka - skoro już o tym mowa, to jestem tenorem i to ja śpiewam kwestie Berena) oraz kogoś, kto by mnie wspierał podczas pisania, to jest dawał mi wikt i dach nad głową. Zapewniała mi to moja ówczesna dziewczyna, Patty, a następnie moi rodzice, Howard i Pat. (Patricia Windrow jest malarką, i to ona wykonała ilustracje z mojej strony internetowej o LEITHIAN. Howard Klein jest muzykiem, zawodowo zajmował się zarządzaniem sztuką, a teraz jest na emeryturze i grywa na pianinie dla siebie, swojej rodziny i przyjaciół.) Podczas pisania Patty śpiewała też dla mnie kwestie Luthien. Zadedykowałem jej tę operę. Na koncercie w roli Luthien wystąpiła Tami Swartz; jej głos wyśmienicie pasował do tej roli: silny, zdolny do osiągania bardzo wysokich i bardzo niskich tonów. Jest ona też świetną aktorką. Przepraszam, że nie trzymam się tematu pytań.


3. Przez kolejne 14 lat załatwiałeś wszystkie formalności niezbędne do pokazania swej opery szerokiemu światu. Czy mógłbyś opisać nam problemy, które napotykałeś, oraz sposób ich przezwyciężenia?

Jak już powiedziałem w odpowiedzi na pytanie 1, problemy dotyczyły głównie ogólnego braku zainteresowania wystawieniem tej opery na scenie. Najbardziej podobała mi się odpowiedź otrzymana od Lyric Opera w Chicago - coś w stylu: "bardzo imponujące, ale prawdopodobieństwo wystawienia czterogodzinnej opery napisanej przez nieznanego kompozytora - czy też jakiegokolwiek kompozytora poza Wagnerem - jest w najlepszym wypadku skromne". Cytat nie jest dokładny; nie jestem w domu i nie mam dostępu do oryginalnego listu.

Wydawcy i Tolkien Estate byli początkowo niezdecydowani. Zażądali, bym przesłał im fragment pracy, żeby mogli ocenić, czy jest ona warta ich przyzwolenia. Myślę, że była, ponieważ podpisaliśmy umowę - wydawało mi się, że bezterminową, chociaż było tam jasno stwierdzone, że powinna być odnawiana za porozumieniem obu stron. Chyba myślałem, że oznacza to, że dopóki nikt nic nie mówi, to jest ona ciągle w mocy. Rzeczywistość wygląda tak, że jeśli zdawałbym sobie wówczas sprawę z tego, że była ona nieaktualna i próbowałbym ją odnowić, nie dostałbym pozwolenia ze względu na moratorium. Więc koncert miał miejsce tylko dzięki mojej ignorancji.



4. Podczas 26 lat życia poświęconych temu projektowi miałeś z pewnością wiele wartych zapamiętania przeżyć. Czy mógłbyś opisać nam najśmieszniejsze i najbardziej poruszające spośród nich? A co było dla Ciebie najbardziej satysfakcjonujące?

Najbardziej poruszającym doświadczeniem było słuchanie podczas pierwszej próby, której byłem świadkiem, jak Tami śpiewa arię Luthien, a chór Prolog. Przelewanie tego na papier to jedna rzecz, ale opera nie żyje, dopóki nie zostanie wystawiona - dokładnie tak samo jak jakikolwiek fragment muzyki fortepianowej Chopina, prawdopodobnie najlepszego kompozytora swoich czasów. Z całą pewnością lepszego niż Wagner.

Najśmieszniejsze? To trudno powiedzieć. Na moją historię składają się głównie rozczarowania, kiedy słyszałem, jak inni kończą swoje utwory, podczas gdy mój leży i pokrywa się kurzem. Prawdopodobnie najśmieszniejsza była ta odpowiedź od Lyric Opera w Chicago. A może jeszcze bardziej rozbawił mnie list od prawnika Harper Collins, który informował mnie, że co prawda nie wolno mi było wystawić koncertu, ale ponieważ to zrobiłem, to mam teraz zgodę na wystawianie kolejnych. To było dosyć zabawne.



5. Widziałem świetne zdjęcie grupy ludzi pracujących nad LEITHIAN i przeczytałem informację o nich w Waszym programie. To, co mnie teraz zastanawia, to jak się Wam układała współpraca. Szczególnie interesują mnie nieformalne kontakty pomiędzy Wami oraz jakieś szczególne wydarzenia, które miały miejsce "za kulisami". Czy mógłbyś je nam opisać?

Cóż, zobaczmy. Banda, jak ich teraz nazywam, została utworzona głównie z naszych przyjaciół oraz ich przyjaciół, spośród których wszyscy byli dobrymi muzykami, a muzyka im się podobała, więc atmosfera na próbach była bardzo sympatyczna. Były komentarze, że jest to po prostu "dobra grupa" w tym sensie, że ze wszystkimi łatwo było współpracować, co, jak lubię myśleć - chociaż nie mogę być tego pewien - miało coś wspólnego z tym, że podobała im się muzyka do opery.

Liz, naszą dyrygentkę, dyrektora muzycznego oraz pianistkę, znam od roku 1994, kiedy to wykonywaliśmy wspólnie na Florydzie Traviatę i Uprowadzenie z Seraju. Ale jej partnera, Nate´a Bahny´ego (w chórze opery Leithian) znam od 1984, kiedy to występowaliśmy wspólnie w Don Giovanim na Brooklynie. Jednak spotykałem się z nimi tylko przy pracy i podczas przesłuchań.

Tami, nasza Luthien, 16 września została moją żoną. Oto taka zabawna historia dla miłośników Tolkiena. Nasza pierwsza randka nie była zaplanowana jako randka, ale stała się nią, kiedy zauważyłem, że Tami ma w swoim mieszkaniu nowe, kolekcjonerskie wydanie "Władcy Pierścieni" którego jeszcze nie skończyła czytać. Zacząłem czytać na głos, kiedy piliśmy Tullamore Dew (irlandzką whiskey), no i reszta jest historią. A zatem Tolkien połączył nas bardzo wcześnie. (Innym połączeniem pozamuzycznym był Star Trek, a od tego czasu znaleźliśmy jeszcze wiele innych.)

David Moore (Celegorm), którego nazywam Hawk, czyli Jastrząb, jest moim bliskim przyjacielem od roku 1996, kiedy pracowaliśmy razem w Central City Opera. Sprowadził on Keitha Harrisa (Huan/chór), a także nagrywał koncert, ale nie mam jeszcze kopii jego nagrań. To, które wszyscy słyszeliście, to było moje nagranie z tyłu sali. Byłem w stanie wyeliminować w nim pewne błędy, które miały miejsce podczas występu, wmontowując fragmenty z próby generalnej - co nie byłoby możliwe w przypadku nagrania Hawka; a nie jestem pewien, czy chciałbym, aby świat usłyszał te błędy.

Dianna (Meliana) i ja spotkaliśmy się w Edmonton w Kanadzie podczas produkcji Cyganerii w 1999, jak mi się wydaje. Od tego czasu wymieniamy emaile. Odkąd przeprowadziła się do Nowego Jorku, chodzimy razem na przyjęcia i planujemy zrobić więcej recitali.

David Gagnon (Finrod) był późnym nabytkiem Bandy. Finrod jest niełatwy do obsadzenia, ponieważ jego kwestie są bardzo trudne do zaśpiewania. Osoba, której najpierw zaproponowałem tę rolę, odrzuciła ją po bardzo długim namyśle; mój agent operowy pomógł mi wtedy znaleźć zastępstwo, poprzez innego agenta, z którym się przyjaźnił. Ale Davida poznałem właściwie w Central City Opera w roku 1997, kiedy to był moim dublerem do roli Sama w operze Susannah, i stąd wiedziałem, do czego jest zdolny. Nie widziałem go wszakże od tego czasu.

C. David Morrow (Sauron) odpowiedział na ogłoszenie, które mój przyjaciel zamieścił dla mnie na internetowej tablicy ogłoszeń dla śpiewaków operowych. Tak samo było w przypadku Eowyn Driscoll, która przyprowadziła ze sobą Stefana Paoliniego. Ten, poza śpiewaniem tenorem, grał również podczas koncertu na klawiszach C. Davida. C. David jest jedynym członkiem grupy, który był do swej roli przesłuchiwany, ponieważ w ogóle go nie znałem, a rola Saurona jest naprawdę trudna do zaśpiewania. Byliśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się go zwerbować i to za taką niską cenę! (nikt za swój udział w występie nie dostał ani grosza - nawet zwrotu kosztów podróży). Chciał nawet zagrać na oboju w Scenie Pierwszej, ale odkryliśmy, że napisaną przeze mnie partię oboju może zagrać tylko profesjonalny oboista. Myślę, że będę musiał przepisać to solo.

Waltera Du Melle (Thingola) znam od roku 1991, kiedy to byliśmy wspólnie w Operze Chautauqua. Był to ostatni zwerbowany członek zespołu, ponieważ osoba, która miała grać Thingola, musiała się w ostatniej chwili wycofać. Ale gdybym wiedział, że Walter jest osiągalny, to na niego padłby pierwszy wybór. Pracowałem z nim także w Dicapo Opera Theater w Nowym Jorku oraz przy małej produkcji Carmen wystawionej przez IVAI (International Vocal Arts Institute, Międzynarodowy Instytut Sztuk Wokalnych) w White Plains w stanie Nowy Jork. Ale nie widywałem się z nim poza tymi pracami. Co jest fajne w Walterze jako Thingolu to fakt, że odcień jego głosu bardzo przypomina mi Tami, a gra ona jego córkę.

Anita Lyons (chórzystka) przyszła do nas dzięki wspólnemu przyjacielowi, który, tak jak ja i Tami, jest członkiem klubu Plainfield Curling. Żałuję, że w tej historii nie ma miejsca dla większej ilości ról dla sopranistek, ponieważ ta sekcja była naprawdę, ale to naprawdę dobra.

Cała rzecz - próby i występ - trwała tylko 6 dni, plus okres kilku uprzednich tygodni, kiedy to Liz douczała niektórych członków zespołu. Jedynym wydarzeniem towarzyskim, które mieliśmy, było przyjęcie zorganizowane po przedstawieniu, więc obawiam się, że ponad to, co napisałem, nie mam już więcej informacji o tym, co się działo za kulisami. Może poza tym, że początkowo zapowiadało się na to, że koncert obejmować będzie tylko śpiewaków i fortepian, z większością Prologu wyciętą (ponieważ nie ma sensu grać go tylko na fortepianie) - ale Liz posłuchała mojego starego demo Części Pierwszej i zdała sobie sprawę, że koloryt orkiestralny jest integralną częścią tej muzyki. To odnosi oczywiście się do każdej muzyki orkiestrowej, ale LEITHIAN naprawdę traci, kiedy nie ma w niej dialogu pomiędzy fortepianem i orkiestrą (w orkiestrze jest partia na fortepian, a w Prologu mamy do czynienia praktycznie z koncertem fortepianowym, z tym, że większość solówek wykonuje orkiestra), czy pomiędzy instrumentami dętymi blaszanymi i smyczkami albo gitarą, banjo i sitarem. A więc Liz zapytała, czy możemy dodać do tego więcej muzyki klawiszowej i namówiła Davida Mayfielda (którego już wcześniej poprosiła o śpiewanie tenoru w chórze) do grania na klawiszach. Na nagraniu to głównie on gra na instrumentach smyczkowych, na saksofonie w Scenie 1 i na banjo w Scenie 7 oraz wykonuje jeszcze kilka innych partii solowych w utworze. Liz poprosiła także jedną z naszych mezzosopranistek, Elizabeth Fagan, o zagranie na swoich skrzypcach - i samo dodanie skrzypiec sprawiło, że akompaniament fortepianowy przerodził się w małą orkiestrę. Dwie inne mezzosopranistki grały na fletach. Tak naprawdę nie wydaje mi się, żebyśmy mieli mezzosopranistkę, która nie grała na żadnym instrumencie. Nasi instrumentaliści stali wszyscy po jednej stronie, część z nich kompletnie zakryta przed publicznością, co teraz wydaje mi się błędem. W wersji koncertowej najbardziej interesującym aspektem wizualnym jest właśnie gra na instrumentach. A więc następnym razem będzie to bardziej przypominać koncert rockowy niż klasyczny recital. Spójrzcie tylko na tę śliczną czarną pelerynę, którą miała na sobie Elizabeth - a kiedy grała na skrzypcach nie można było tego zobaczyć! Cóż, nie należało się spodziewać, że wszystko dopracujemy podczas pięciu dni prób.



6. W jaki sposób została opera przyjęta przez publiczność i krytykę? Czy te reakcje odzwierciedlają w jakiś sposób Twoją własną opinię na temat ostatecznego rezultatu Twojej pracy? Jaki jest Twój stosunek względem nich [opery i reakcji]?

Publiczność była oczarowana. Posłuchajcie aplauzu pod koniec Sceny 7, nie potrzeba tu komentarza z mojej strony.

Jedyną recenzję napisał Lesley Morrison - wydaje mi się, żeście ją wszyscy widzieli. Żadna z nowojorskich gazet nie uznała za stosowne pojawić się na tej światowej premierze. Było to dla mnie rozczarowaniem, ale w operowym interesie poleganie na jakiejkolwiek pomocy ze strony krytyków jest raczej ostatnią rzeczą, na którą można sobie pozwolić. Recenzja Lesley´a była darem od samej Vardy.

Wykonanie było dalekie od doskonałości. W kilku miejscach, w których błędy osób występujących były zbyt rażące, by je zignorować, musiałem wstawić odpowiednie fragmenty z próby generalnej. Ale wszyscy, którzy brali w tym udział, włożyli w to całe serce i nie winię nikogo za żadne błędy. Wciąż jeszcze pracuję nad całością opery w wersji demo, w której będzie można usłyszeć "muzykę graną jak należy" - ale to nie będzie miało tej energii, którą posiadał występ na żywo. Możesz co najwyżej przelewać swoje emocje do sterylnego mikrofonu w pustym studio albo użyć syntezatora, żeby imitował on grę żywego Człowieka. Ale moja opera napisana jest na 60-osobową orkiestrę i 40-głosowy chór plus soliści: skąd wziąłbym pieniądze, by wcielić to w życie? A zatem, biorąc to wszystko pod uwagę, byłem bardzo zadowolony z tego, co zrobiliśmy, mam nadzieję nauczyć się czegoś z tego doświadczenia i wystawić Część Drugą - dużo trudniejszą do zrealizowania - o tyleż samo lepszą od Części Pierwszej.

Jeśli chodzi o mój stosunek względem reakcji, to byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. Napisałem ten utwór i nigdy nie sądziłem, że mógłbym go sprawiedliwie ocenić - ale wielu ludzi nazwało mnie po tym koncercie świetnym kompozytorem, zacząłem więc myśleć, że nie pomyliłem się specjalnie w swojej ocenie. Jestem także zadowolony, że podjąłem wyzwanie zademonstrowania tego publiczności - co jest prawdziwym sprawdzianem odwagi kreatywnego artysty. Nie mam problemów przy śpiewaniu muzyki innych ludzi, ponieważ wówczas interpretuję tylko cudze dzieło - i jeśli ludziom się to nie spodoba, nie przejmuję się tym zbytnio. Ale owacja na stojąco na zakończenie mojego własnego utworu była naprawdę wyjątkowa. (Wszakże nie był to najbardziej poruszający moment. Nie szukam poklasku)

Teraz martwię się tym, że po całej tej pracy po 30 czerwca 2007nie odbędzie już więcej przedstawień. Nie chcę, by ta opera umarła jeszcze zanim się naprawdę narodziła. Ale nie ja tworzę przepisy i ci, którzy trzymają w swych rękach prawa do spuścizny Tolkiena, mogą postępować tak, jak im się podoba. Jedna nauczka z tego wszystkiego: twórz swoje dzieła w całości samodzielnie; będzie dużo mniej kłopotów.



7. Czy mógłbyś opowiedzieć nam coś o innych operach, w których brałeś udział?

Hmmm, wydaje mi, że chodzi tu o opery, w których występowałem. Jeśli chodzi tu o inne opery, które napisałem, to jak dotąd jest to tylko jedna: ZŁOTOWŁOSA I TRZY NIEDŹWIADKI - krótka opera dla dzieci, która nigdy nie została wystawiona. Mógłbym wszakże zamieścić jakieś pliki dźwiękowe z demo na mojej stronie internetowej. Natomiast jeśli pytanie odnosi się do oper, w których występowałem, to oto biografia znajdująca się na mojej stronie. To najszybszy i najbardziej dokładny sposób, by to zrobić. Śpiewałem o wiele więcej dlatego zapraszam Was do odwiedzin poddziału "Tenor" na mojej stronie i kliknięcia "curriculum vitae": www.adamcjklein.us/cv.html - TUTAJ. Tam znajduje się pełna lista wszystkich oper i miejsc, w których występowałem.

Tenor ADAM KLEIN z Setakuet w stanie Nowy Jork śpiewa opery od dzieciństwa, kiedy to był chórzystą i solistą w Metropolitan Opera, występując jako Yniold w PELLEAS ET MELISANDE oraz jako Drugi Chłopiec w CZARODZIEJSKIM FLECIE. Do najważniejszych ról zagranych od tego czasu należą: Števa w JENUFIE (Metropolitan Opera); Elemer w ARABELLI (Metropolitan Opera, obok Renée Fleming); Don José w CARMEN, Cavaradossi w TOSCE, Polo w MARCO POLO i Quint w THE TURN OF THE SCREW (New York City Opera); rola tytułowa w OTELLU (OperaDelaware); Eryk w LATAJĄCYM HOLENDRZE (Spoleto Festival USA i Atlanta Opera); rola tytułowa w WERTHERZE i kawaler Des Grieux w MANON (Opera Memphis); Rodolfa w CYGANERII (Edmonton Opera, Indianapolis Opera i Manitoba Opera); Pinkerton w MADAME BUTTERFLY (The Dallas Opera i Fort Worth Opera); Canio w PAJACACH, Cavaradossi w TOSCE, Sam w SUSANNAH, Książę w RIGOLETCIE i Danforth w THE CRUCIBLE (Central City Opera); rola tytułowa w OPOWIEŚCIACH HOFFMANNA (Opera Pacific); Kawaler w DIALOGACH KARMELITANEK (Metropolitan Opera i Portland Opera); oraz Bachus w ARIADNIE NA NAXOS (Spoleto Festival USA, Opera North i Lake George Opera Festival).

Ważniejsze koncerty jak dotąd obejmują Zygmunda w WALKIRII (Akt I) z West Virginia Symphony; Solowego Tenora w ÓSMEJ SYMFONII Mahlera z Boston Philharmonic w Carnegie Hall, oraz Splendiana w DJAMILEH Bizeta z L´Opera Français de New York.

Nagrania obejmują: Mime w SIEGFRIEDZIE (scena wykuwania) w Rosyjskiej Symfonii Narodowej (wydane przez Naxon) oraz Doktora w IMPROVEMENT: DON LEAVES LINDA Roberta Ashleya (wydane przez Elektra/Nonesuch).



8. Wymieniłeś wiele oper, koncertów i recitali, w których brałeś udział. Które z nich wymagały od Ciebie szczególnie wiele pracy / odwagi? Z jakiego powodu?

Najtrudniejsze opery, w których występowałem, były takie bardziej pod względem nauczenia się słów niż ich śpiewania. Gdy już uda mi się wejść w rolę, nie jest mi trudno zaśpiewać nuty. Tym, co zabierało czas, była nauka słów, zwłaszcza po niemiecku i rosyjsku. Kocham oba te języki, ale w żadnym z nich nie jestem (jeszcze) biegły, więc muszę spędzać wiele czasu sprawdzając słowa w słownikach, a przy rosyjskim poświęcam go też wiele na wyćwiczenie poprawnej wymowy. Słyszę ją w mojej głowie, ale zmuszenie mojego języka do tego, co musi robić przy używaniu rosyjskiego, jest bardzo trudne. Robiłem także wiele trudnych oper "współczesnych" (umieszczam "współczesne" w cudzysłowie, ponieważ niektóre z tych utworów mają już ponad 80 lat), gdzie trudno jest usłyszeć harmonię, i tak samo trudno jest nauczyć się melodii. A więc te sprawy wymagały wiele pracy. W sprawie odwagi, będzie to głównie kwestia utrzymania mojego głosu w formie, abym mógł przejść przez operę. Ambitne role, jak na przykład rola Księcia Mantui w Rigoletcie, wymagają wiele wytrzymałości - zupełnie jak praca zawodowego tenisisty. Odwaga wkracza, kiedy nie jestem wokalnie w najlepszej kondycji, a mimo to muszę wyjść tam i zrobić to najlepiej, jak potrafię. Na szczęście nie zdarza się to zbyt często, ponieważ ciężko pracuję, aby utrzymać głos w formie.

Innego rodzaju odwagi potrzebowałem, by stworzyć LEITHIAN, gdyż jest to mój własny utwór. Byłem bardzo szczęśliwy, że jak dotąd wszyscy byli nim usatysfakcjonowani - lub oczarowani - ale dopóki opera nie została wystawiona, nie wiedziałem jeszcze, co też ludzie sobie o niej pomyślą. Jeśli nie polubiliby tej muzyki, to mogłoby w jakiś sposób oznaczać, że nie lubią mnie - więc było to trochę przerażające. Ale gdy byłem chłopcem wiele było dzieci, które mnie nie lubiły, ponieważ byłem inny; więc nie było to aż tak bardzo przerażające - w tym sensie, że już się do tego przyzwyczaiłem.



9. Napisałeś o swoim podziwie dla muzyki Chopina, naszego polskiego kompozytora. Jak myślisz, co takiego specjalnego jest w jego utworach? I bardziej ogólnie: których spomiędzy pozostałych sławnych kompozytorów cenisz sobie najbardziej, a których najmniej? Za co?

Podczas gdy nauczyciele historii muzyki opowiadają zazwyczaj o ewolucji muzyki dokonywanej przez jej głównych innowatorów - takich jak Wagner czy Berlioz - często ignorują wkład wniesiony przez tych, których nie interesowało bycie innym w celu bycia zauważonym, a którym chodziło po prostu o wyrażanie siebie poprzez swoją muzykę. Na pierwszy rzut oka muzyka Chopina wydaje się po prostu przestrzegać zasad harmonii obowiązujących w jego czasach; ale pod względem struktury głębokiej jest ona dużo bardziej skomplikowana niż muzyka Wagnera, a jednocześnie bardziej namiętna i ładniejsza. Kto mógłby z tą wiedzą nie pokochać Chopina? Szkoda, że nie napisał żadnej opery - ale Schubert przecież pisał opery i nigdy nie osiągały one sukcesu.

Jeśli chodzi o to, których kompozytorów lubię najbardziej, a których najmniej - zacznijmy od tych drugich. Meyerbeera, Gounoda, Brucknera, Kurla Weilla, Johna Adamsa i Andrew Lloyda Webbera. Dlaczego? Meyerbeer był zainteresowany tylko i wyłącznie wywieraniem wrażenia na odbiorcach - harmonia jest drugorzędna. Gounod był absolutnie bezbłędny pod względem tego, co ówcześni Francuzi nazywali poprawną harmonią i w związku z tym jest dla mnie absolutnie NUDNY. Napisał on Sanctus do muzyki kościelnej, który mi się podoba, a scena w Fauście, gdzie Małgorzata zostaje potępiona też ma swoje dobre momenty - ale dla mnie słuchanie Gounoda jest jak patrzenie na bezbarwny szary budynek tam, gdzie można było wybudować katedrę, zamek albo coś podobnego. Bruckner świadomie próbował wnieść do świata symfonii to, co Wagner wniósł do opery, ale z mniejszym niż wagnerowski talentem. Wykorzystanie tub wagnerowskich nie jest jeszcze dostatecznym powodem, by pisać symfonię. Muzyka Kurta Weilla jest bardzo dobrze skonstruowana i jest na tyle charakterystyczna, że można od razu poznać, kto ją napisał - ale nie podoba mi się to, co mi przekazuje. Denerwuje mnie. Obawiam się, że nie potrafie tego lepiej wyjaśnić. Podobnie jest w przypadku Johna Adamsa. (Nie Johna Luthera Adamsa, który był innym kompozytorem.) Ludzie porównują go do Philipa Glassa, ale nic, co napisał Glass - nawet te fragmenty, które mnie nudzą - nie irytuje mnie tak jak muzyka Adamsa. Próbowałem wysłuchać nagrania jego opery Nixon in China i nie mogłem przebrnąć przez więcej niż 30 minut tej muzyki. Dla porównania: słuchałem Satyagrahy i Akhnatona Glassa niezliczoną ilość razy, nigdy nie mając dość. Niektórzy ludzie lubią buraki; ja ich nie znoszę. C´est ça, jak to mawiają Francuzi. Zaś muzyka Andrew Lloyda Webbera jest po prostu zła. Nie wiem, jak to inaczej wyrazić. W jakim sensie jest zła? Cóż, wszystkie akordy są na nie swoim miejscu, a muzyka jest pisana tylko po to, by robić wrażenie, bez troski o spójność czy istotę. Ukradł melodię i strukturę akordów z opery Dziewczyna ze Złotego Zachodu Pucciniego, był za to pozwany i zapłacił odszkodowanie. Ale ta muzyka ciągle jest w musicalu (w jednym z duetów Upiora). Nie ma uczciwości - nie ma respektu.

Teraz odnośnie tego, kogo lubię najbardziej - już bez tak szczegółowego wyjaśnienia. Po prostu posłuchajcie ich muzyki: Debussy. Britten. Bach. Berg. Monteverdi. Bartok. Janacek. Czajkowski. Ennio Morricone. Purcell. Schubert. Szostakowicz (nawet jeśli cały czas był pod butem Stalina). Robert Ashley. Charles Ives. Charles Griffes. (Griffes to amerykański kompozytor, który umarł z wyczerpania podczas nocnego przepisywania partii orkiestrowych jednego ze swoich utworów - w czasie dnia zarabiał na życie jako nauczyciel. Dzięki komputerom mam nadzieję uniknąć tego samego losu przy przepisywaniu opery Leithian, no ale zobaczymy. Stany Zjednoczone to okropne miejsce, jeśli chce się zarabiać na życie jako artysta. Jeśli nie tworzysz dla przemysłu reklamowego lub filmowego, nikt z pieniędzmi nie przejmuje się tak naprawdę tym, co robisz. Oczekują, że znajdziesz sobie jakąś "prawdziwą" pracę.)



10. Jaka jest Twoja opinia na temat innych kompozytorów tolkienowskich (H. Shore, Blind Guardian, Anois i inni)?

Z przykrością stwierdzam, że nie mam opinii, ponieważ nigdy nie słyszałem żadnego z nich. Dopiero co dowiedziałem się, że Anois są w grupie osób, którym odmówiono pozwolenia na użycie słów Tolkiena w muzyce - nie wiem, czy oznacza to "na koncertach", czy "na płytach". Osobiście nie mam zgody na sprzedaż płyt CD z moją operą, ale mogę rozdawać ją pojedynczym osobom w celach propagandowych i tylko dzięki temu mogliście te usłyszeć nagrania.

Jedyną muzyką tolkienowską, którą słyszałem, jest materiał z filmów Petera Jacksona, który generalnie mi się podoba, i trochę muzyki z musicalu WP, który słyszałem na ich stronie - w reklamie, która pojawiała się w kanadyjskiej telewizji. Brzmi to bardzo imponująco, ale słyszałem tylko kilka sekund. Jest jeszcze cykl piosenek Donalda Swanna - "The Road Goes Ever On" - napisany około 60 lat temu. Mam jego nutowy zapis w mojej bibliotece. Nie podobał mi się. Za dużo w tym wodewilu, a za mało brytyjskiej muzyki folkowej.



11. Muzyka współczesna. Co o niej sądzisz? Które zespoły i piosenki były dla Ciebie w trakcie Twojego życia w jakiś sposób szczególne? Dlaczego te?

Nie wiem, czy masz na myśli współczesną muzykę klasyczną. Ten popularny termin nie ma żadnego sensu. Klasyka z definicji jest czymś, co zostało uznane za najlepsze w swoich czasach; a nikt nie może stwierdzić z całą pewnością, co z dzisiejszej muzyki będzie za takowe uważane za lat 100. Ale możemy zgadywać. Może zauważyliście, że na mojej liście najbardziej i najmniej lubianych nie wymieniłem Schoenberga, chociaż znajduje się tam Berg. Widzę to tak, że kiedy późny romantyzm w muzyce nie mógł się już posunąć naprzód, rozdzielił się na kilka ścieżek. Debussy poszedł jedną, Schoenberg drugą. Muzyka Debussy´ego była przyjemna - Schoenberga nie; no, może dla garstki ludzi. Nie twierdzę wcale, że muzyka musi być przyjemna. Nawet w Leithian moją ulubioną sceną jest Scena 10 dziejąca się na Dworze Morgotha, gdzie muzyka staje się najbrzydsza - mimo tego, że "najprzyjemniejsza" muzyka znajduje się w Scenie 13. Ale ścieżka, którą poszedł Schoenberg odstręczyła ogół publiczności od muzyki klasycznej, co było okropnym błędem. Cokolwiek ludzie myślą o Glassie i innych tak zwanych Minimalistach, to jednak to oni w jakiś sposób pchnęli wahadło z powrotem w kierunku harmonii, których normalni ludzie mogą słuchać z zadowoleniem, i wydostali nas z koszmaru serializmu. (Wydaje mi się, że to się tak naprawdę zaczęło od Bacha, który propagował temperowane strojenie instrumentów klawiszowych, co sprawiało, że tercje i seksty brzmiały fałszywie. W konsekwencji nawet trytony brzmiały prawie przyjemnie w porównaniu z muzyką serialną. Lubię Berga ze względu na to, że przykładał wagę do harmonii wynikających z jego szeregów dźwięków - nie wydaje mi się, by można było to samo powiedzieć o Schoenbergu.) W każdym razie nie mógłbym napisać LEITHIAN w taki sposób, jak to zrobiłem, bez całej tej muzyki, która powstała przede mną i którą słyszałem. Ale także nie mógłbym jej napisać bez wpływu Beatlesów.

Natomiast jeśli przez muzykę współczesną rozumiesz dzisiejszą muzykę popularną (ponieważ napisałeś "które zespoły i piosenki") - próbuję trzymać się od niej z daleka. Kiedy byłem młodszy, słyszałem ją w radiu, ale kiedyś dowiedziałem się, że decyzja o tym, co tam puszczają, zależy od względów reklamowych, a nie od faktycznej wartości tej muzyki. Tak więc przestałem jej słuchać. Frank Zappa, na przykład, był jednym z najznamienitszych kompozytorów swoich czasów, a także jednym z najlepszych kompozytorów rockowych. Moją ulubioną operą nie jest wcale utwór Verdiego, tylko Zappy. Zatytułowana jest "Joe´s Garage". Jest to po prostu jego muzyka, do wykonania której zaprosił wielkich muzyków. Istnieją tysiące zespołów grających muzykę indie, muzykę niezależną, ale jestem właściwie zbyt zajęty, by odkrywać ten świat, no i piszę swoją własną muzykę.

Są jednak pewne zespoły i artyści, których darzę wielką sympatią. Są to: Beatlesi, Steve Miller Band, The Incredible String Band, Yes, Talking Heads, They Might Be Giants, Chumbawamba, Ani DiFranco, Hamell On Trial. No i Zappa. Dlaczego? Lubiłem w Beatlesach wszystko dopóki się nie rozpadli - i bardzo mało z indywidualnej kariery każdego z nich po tym fakcie. Muzyka Steve Miller Band jest bezpretensjonalna, poza tym lubię wokal Millera. Incredible String Band byli zbyt dziwaczni, aby ich nie lubić: używali sitarów i tym podobnych instrumentów. Tak, ponieważ byli tak wyrafinowani. Talking Heads - częściowo ze względu na muzykę i słowa, a częściowo dlatego, że wiele ich melodii potrafię zagrać na banjo. They Might Be Giants, ponieważ są tak cholernie bystrzy i zabawni. Chumbawamba - gdyż mówią jak jest, nie popadając przy tym w banał. Ani DiFranco, ponieważ jest ona najlepszą kompozytorką od czasów Mozarta. Hamell on Trial, bo jest szczery i otwarty, a jego poezja jest naprawdę dobra.

No i są też inne rodzaje muzyki wraz z ich klasycznymi i współczesnymi składnikami. Mógłbym słuchać Raviego Shankara przez cały dzień - i rzeczywiście tak robiłem. Wyśmienita jest japońska muzyka bębnowa, którą słyszałem na albumach Ondekozy i Kodo. Zachodnioafrykańska muzyka bazująca na bębnach - której przykładem są nagrania Mamady´ego Keity i Famoudou Konate - zasługuje na uznanie równe jakiemukolwiek klasycznemu kompozytorowi europejskiemu. Atrybutem muzyki stepów, w szczególności autorstwa Tuvy, jest przystępność i prostolinijność, której Michael Jackson nigdy nie mógł osiągnąć, no i dźwięk jest tak fascynujący.

A więc widzisz, że jeśli nie używa się bardzo specyficznych parametrów przy zadawaniu mi pytań o muzykę, odpowiedzi mają tendencję do osiągania rozmiarów książkowego rozdziału. :)



12. Powiedziałeś nam o swoim ojcu, Howardzie Kleinie, który także jest muzykiem. Na Twojej stronie internetowej znajduje się informacja o Waszym wspólnym recitalu fortepianowym. Czy Wasze kontakty były w jakiś sposób istotne dla Twojej decyzji, by zostać śpiewakiem, i dla Twojej dalszej kariery? W jaki sposób?

Mój ojciec jest świetnym muzykiem, który, jak wielu innych w USA, zrobił karierę zajmując się rzeczami innymi niż granie muzyki. Dla mnie było to wspaniałe na wiele sposobów: miałem mieszkającego pod tym samym dachem akompaniatora i darmowego korepetytora, wgląd w muzykę, której nigdy bym nie usłyszał gdzie indziej i właściwie nieograniczony czas praktyki. Wszystko to oczywiście zanim przeszedłem na swoje. Teraz nie widujemy się już tak często, ale nadal wiele rozmawiamy o muzyce, i kiedy możemy - robimy recitale. Powiedziałbym, że mój ojciec jest z całą pewnością najsilniejszym wpływem w moim życiu muzycznym, chociaż tak naprawdę chciałem zawodowo zajmować się badaniem żab, a muzykę traktować jako dodatkowe zajęcie. Pewien (dzisiaj sławny) nauczyciel ewolucjonizmu z uniwersytetu na Long Island położył temu kres, będąc dla mnie tak złośliwym po jednych zajęciach, że już nigdy więcej na nie nie wróciłem i ostatecznie opuściłem college na kilka lat. Chciałbym zaznaczyć, że mój ojciec nigdy nie wywierał na mnie presji, bym został zawodowym muzykiem - było raczej tak, że zawsze wspierał mnie w tym, co mnie akurat fascynowało. Tak samo moja mama.


13. Wydaje mi się, że każdy ilustrator tolkienowski przedstawił Luthien przynajmniej raz. Zastanawiam się, która z tych prac podobała Ci się najbardziej i dlaczego.

Obawiam się, że jedyna taka praca, z którą jestem naprawdę obeznany, to ta stworzona przez Rowenę Morrill, która to częściowo zainspirowała mnie do napisania LEITHIAN; a więc wydaje mi się, że przypadła mi do gustu, chociaż gdy patrzę na nią teraz, ubrania nie wydają mi się odpowiednie. Jak już powiedziałem wcześniej, w czytaniu książek kocham to, że pozwalają mi one tworzyć w głowie swoje własne wizerunki, z którymi czyjekolwiek ilustracje będą w konflikcie. To właśnie dlatego chciałem przeczytać Harry´ego Pottera przed obejrzeniem filmu - i mogę powiedzieć, że MOJA koncepcja Voldemorta w niczym nie przypominała tego, co zobaczyłem na ekranie, a mój Hagrid był dużo, dużo większy niż gość z filmu. Tak naprawdę, mimo że napisałem LEITHIAN w celu wystawienia jej na scenie ze scenografią i kostiumami, to wersja koncertowa pozwala publiczności tworzyć swoje własne obrazy w wyobraźni. W pewien sposób jest to lepsze od prawdziwej wersji scenicznej, szczególnie, jeśli jest ona wystawiana przez jakiegoś wielkiego Reżysera z jakimś Konceptem i nagle zamiast polany przy rzece Esgalduinie otrzymujemy jakiś zaułek w Harlemie, albo jakąś obskurną londyńską dzielnicę. Niech nas ręka boska broni przed reżyserami, którym wydaje się, że mogą poprawiać oryginał. Chcesz zrobić coś Nowego i Innego? ZAPŁAĆ KOMPOZYTOROWI ZA NAPISANIE NOWEGO UTWORU MUZYCZNEGO


14. Czy ten tolkienowski "mit miłosny" jest dla Ciebie w jakiś sposób szczególny? W jaki sposób? Co (jeśli cokolwiek) dała Twojemu rozumieniu tej historii praca nad operą poświeconą tej tematyce?

Cóż, tak, z całą pewnością jest to rzecz szczególna, przede wszystkim dlatego, że pokazuje, jak ludzie potrafią stawić czoła przeciwnościom losu w imię swojej miłości. Chodzi mi o to, że Luthien przed Morgothem przypomina trochę Froda przed Sauronem - z tą różnicą, że ona posiadała jeszcze pewną własną Moc. Miała, jak mawiają Meksykanie, "cojones" [hiszp. "jaja"]. Uwielbiam tę scenę, to moja ulubiona w całej operze i nikt jej jeszcze nie słyszał. Jest w Części Drugiej. (Przy okazji, nie napisałem opery w dwóch częściach. Bo dzieli się ona ładnie na dwie części, co jest wygodne, biorąc pod uwagę, że muzyka trwa cztery i to wyłączając wszelakie przerwy).

W celu uczynienia tej opery tak bardzo tolkienowską, jak to tylko będzie możliwe, czekałem z ukończeniem libretta do chwili, gdy ukażą się wszystkie pośmiertne książki o Beleriandzie - szczególnie "Pieśni Beleriandu", zawierające wiele dialogów, które mogłem wykorzystać, oraz detali, dotyczących przynajmniej pierwszej połowy. Tolkien wszakże nigdy tego nie ukończył, musiałem więc samodzielnie wymyślić wiele tekstu. Powiedziałbym, że więcej niż połowa słów jest autorstwa mojego, nie Tolkiena - co rodzi interesujące pytanie: czy powinienem dawać komukolwiek pozwolenie na publikację mojego libretta, skoro więcej jest w nim ode mnie niż od Tolkiena? Ponieważ w tym przypadku nie jestem zainteresowany pieniędzmi, udzieliłbym takiego pozwolenia. Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze, takie jak sztuka czy kultura. Stany Zjednoczone często sprawiają wrażenie, jak gdyby goniły tylko za zyskiem, co sprawia trudność komuś takiemu jak ja, by nazwać się obywatelem tego kraju.

Raz jeszcze odbiegłem od pytania. Moje rozumienie tej historii wzbogaciło się na dwa sposoby: 1) ponieważ przeczytałem tak uważnie wszystkie pozostałe pozycje, rozumiem tę opowieść głębiej niż ci, którzy przeczytali tylko Silmarillion; 2) w trakcie mojej drogi przez życie zdarzają się rzeczy, które przypominają mi tę historię, co z kolei przypomina mi, jak głębokie zrozumienie ludzkiej natury było udziałem Tolkiena. Jego stwierdzenie gdzieś na początku Silmarilliona, zgodnie z którym ludzie dobrzy nie rozumieją mentalności ludzi złych było podczas mojej pierwszej lektury - i jest aż do dziś - częścią mojego kodeksu życiowego. Trzeba pamiętać, że ludzie myślą w różny sposób, i dobrzy, nawet jeśli nie są w stanie zrozumieć złych, muszą starać się pamiętać, do czego źli ludzie są zdolni, aby nie być przez nich stratowanym. Czasami pacyfista musi stanąć do walki. Czy też bardziej na temat - czasami kompozytor musi podkreślać, że nie angażuje się w coś dla pieniędzy, obojętnie jak trudne jest to do zrozumienia dla ludzi patrzących na świat pod tym kątem. Napisałem inną operę dla zysku: tę jedną stworzyłem z miłości.



15. Jak myślisz, co takiego niezwykłego jest w książkach Tolkiena? Co sprawia, że jest on źródłem radości, przemyśleń i inspiracji dla tak wielu tak różnych ludzi?

Wydaje mi się, że jest to idealistyczna wiara, że dobro zatriumfuje nad złem, wymieszana z realistycznym przekonaniem, że dobro jest często niszczone przez zło. (To dlatego Porządki w Shire nie powinny być nigdy usunięte z filmów. Z perspektywy hobbitów było to samo sedno książki.) A także niewiarygodna szczegółowość, którą wniosło do jego dzieł całe jego życie poświęcone pracy nad nimi - jest to coś, czego J.K.Rowling, niezależnie od tego, jak dobre są jej książki (a są bardzo dobre), nigdy nie osiągnie; a to dlatego, że jej książki zostały opublikowane dużo wcześniej niż te Tolkiena (w kategoriach tego, kiedy to było w ciągu ich życia.) Nawet gdyby chciała później coś dodać - będzie już na to za późno, ponieważ mamy już te książki. Być może będzie się tym mogło cieszyć kolejne pokolenie, jeśli Rowling w ogóle kiedykolwiek zmodyfikuje swoje książki. Osobiście lubię, gdy jest wiele detali. Jak widać.



Pytania Adama

1. Co sądzi Pan na temat roli artysty w dzisiejszym świecie?

Na ten temat to można mówić i mówić. Moim zdaniem, jedną z ról artysty w społeczeństwie jest spowodowanie, by ludzie spojrzeli na swe życie pod innym kątem, z nie rozważanego wcześniej punktu widzenia. Kolejnym zadaniem artysty jest wniesienie piękna do ludzkiego życia, przy czym bez znaczenia czy piękno to jest "wygodne" dla szarego człowieka czy też nie. Jest też oczywiście polityczna strona sztuki, o której kanty można się potłuc. W mym kraju, obecnie, czyni się faszystowskie w swej naturze usiłowania, by podporządkować sztukę religii. Czynią to ludzie przy władzy, którzy generalnie o sztuce nie mają zielonego pojęcia. To nie wina Busha, choć nie uważam również by zrobił cokolwiek dobrego dla USA (tak, jestem politycznym artystą!). Zaczęło się w czasach Reagana, kiedy obcięto fundusze publiczne na Sztukę, która w jakikolwiek sposób urażała czyjekolwiek poglądy religijne. Mój punkt widzenia jest następujący: jeśli religia sprawia, iż zaczynasz się obawiać czyjegoś innego punktu widzenia tak, że zaczynasz grozić artyście, by być w zgodzie ze sobą, wtedy muszę przygotować się do obrony przed ludźmi twego rodzaju, gdyż wcześniej lub później tego rodzaju ludzie przyjdą do mego domu, by mnie zabić.


2. Które historie z Silmarilliona/HoME są dla Pana najcenniejsze i dlaczego?

Oprócz historii Berena i Luthien, mym ulubionym fragmentem Silmarillionu jest pojawienie się Ulma przed Tuorem. Nie wiem właściwie czemu, ale po prostu bez trudu potrafię zobaczyć Ulma wynurzającego się z wody. Być może moja miłość do oceanu wpłynęła na mój gust? Lecz tak naprawdę to bardzo lubię całą tę książkę i wielka szkoda, iż Tolkien nie zdążył jej dokończyć. Dobrze, że publikuje się nadal niedokończone historie, jednak to czego naprawdę bym chciał, to by sam Tolkien zdołał nadać im ostateczny kształt, co jednak nie stanie się na wschód od Wielkiego Morza i nie usłyszymy o tym nigdy w pieśni.


3. Co Pan sądzi na temat języków elfów? Czy zna Pan któryś bądź też ma zamiar nauczyć się któregoś z nich?

Lubiłem kiedyś elficki do tego stopnia, że stworzyłem własny słownik, zanim wyszły jakiekolwiek komercyjne. Lubię brzmienie tych języków. Moim ulubionym jest Quenya, lub też entyjska wersja elfickiego, ponieważ słowa w nim stapiają się ze sobą. Lubię też Tengwar. Stworzyłem swój własny alfabet, nim odkryłem Tolkiena, lecz po zetknięciu się z nim i jego uporządkowanym dziełem, zmieniłem swój twór tak, by imitował Tolkiena, choć wyglądem różni się on od Tengwaru czy Cirth.

Zwykłem kiedyś mówić trochę po elficku gdy byłem nastolatkiem, jednak od tego czasu musiałem nauczyć się niemieckiego, włoskiego i rosyjskiego na potrzeby pracy (śpiew) i wyszedłem z wprawy w elfickim tak, że oglądając trylogię Jacksona nie zrozumiałem wiele ponad "mae govannen". Co do ponownego uczenia się języków elfów, to po pierwsze Tolkien ich nie dokończył, po drugie zaś nie mam na to czasu. Lecz gdybym miał napisać kolejną operę opartą na motywach tolkienowskich, bardzo możliwe, iż napisałbym libretto w elfickim - oczywiście jeśli fundusze przeznaczone na operę pozwoliłyby mi przeżyć rok tak intensywnej pracy. Jednak musiałoby to być naprawdę mnóstwo pieniędzy.

W operze Leithian jest dużo sindarinu, przynajmniej jeśli chodzi o nazwy miejsc i pieśń Luthien do księżyca w scenie pierwszej. Myślałem, że rozpisałem wszystko właściwie, jednak podczas przygotowań do koncertu zauważyłem, że w toku pracy pojawiły się błędy. Mianowicie słowo oznaczające "drzewo" (galadh) z tego co wiem ma akcent położony na pierwszą sylabę. Jednakże by być w zgodzie z muzyką zmieniłem rozkład akcentu tak, że padał on na ostatnią sylabę, najprawdopodobniej pod wpływem imienia "Galadriel" (ga-LA-drie-el). Teraz zastanawiam się czy rozłożyłem akcent w słowie "Maedhros" w sposób właściwy. Początkowo było to ma-E-dhros, jednak obecnie uważam, iż akcent powinien być na pierwszej sylabie (MAE-dhros) a całe słowo posiada jedynie dwie, w miejsce trzech, sylab. Wszelka pomoc w tej sprawie byłaby mile widziana. Zmieniłaby bowiem słowa Saurona w scenie 7.

Poza tym starałem się pomagać w wymowie innym wykonawcom opery, lecz część z nich miała z tym problem i nie zdołała opanować właściwej wymowy w krótkim czasie, jaki był poświęcony na opanowanie materiału "Leithain". Z tego powodu przepraszam. Praca nad drugą częścią będzie wyglądała już jednak zupełnie inaczej i dołożę wszelkich starań, by wymowa była tym razem w pełni poprawna.



4. Czy czyta Pan książki Tolkiena przy muzyce czy też w ciszy?

Nie czytam ani Tolkiena ani też jakichkolwiek innych książek przy muzyce: uściślając przy muzyce spoza mej głowy. Muzyka zawsze gra w mej głowie i nie mogę jej "wyłączyć". Ogólnie rzecz biorąc nie muszę słuchać kompaktów czy też radia, lubię jednakże zajmować się stolarką przy muzyce, zwłaszcza przy dźwiękach afrykańskich bębnów, a przy zasypianiu chętnie słucham tuwińskiego śpiewu gardłowego. Gdybym jeszcze raz pisał "Leithian" możliwe, iż włączyłbym do opery fragment śpiewany w ten sposób.


5. Czy czyta Pan inne - poza Tolkienem - książki fantasy?

Broniłem się przed jakąkolwiek fantasy przez bardzo długi czas, jednak gdy moja narzeczona postanowiła kupić trzy pierwsze DVD z serii Harry Potter, nabrałem ochoty na przeczytanie Harry´ego Pottera przed obejrzeniem filmów, wiedząc, co zrobiono z Władcą Pierścieni przy ekranizacji. Muszę powiedzieć, iż wolę książki od filmów. Kiedy dowiedziałem się, że seria narnijska C. S. Lewisa (który ukradł nazwę "Numenor" od swojego przyjaciela Tolkiena, zresztą za jego zgodą) była zamierzoną alegorią chrześcijańską, nie byłem zainteresowany lekturą tych książek. Nie jestem chrześcijaninem, ale zasada "bądź miły dla innych" jest naprawdę dobra. Po prostu nie uważam, abyśmy potrzebowali ludzi, którzy będą po raz kolejny przepisywać Biblię i jedną z tych rzeczy, które lubię u Tolkiena jest to, iż będąc katolikiem nie stworzył alegorii chrześcijańskiej. Jego książki tworzą odrębną całość. No cóż, jak zawsze odbiegłem od tematu.

Nie oglądam telewizji, nienawidzę tego czym się stała: jedną wielką reklamą przerywaną jakimiś reality show i programami informacyjnymi, w których nigdy nie mówią tego o czym chciałbym słuchać, jednakże wciąż oglądam filmy science fiction z serii "Gwiezdne Wrota", byłem także fanem "Star Trek". Lubiłem również trylogię "Matrix", pomimo jego algeoryczności (która była dla mnie do zaakceptowania dzięki wschodnim elementom ujętym w fabule). Muzyka w "Matrixie" była również wspaniała. Kiedy byłem bardzo młody, przeczytałem wszystkie książki Edgara Rice´a Burroughsa o Tarzanie i Marsie. Poza powyższymi nie poświęcam wiele uwagi fantasy i science fiction. Nie mówię, że którykolwiek z tych gatunków jest gorszy, po prostu wymieniona przeze mnie ilość światów alternatywnych jest dla mnie w zupełności wystarczająca, a ja naprawdę lubię czytać książki i magazyny naukowe. To co dzieje się wokół nas jest naprawdę bardzo interesujące, jeśli tylko poświęcimy temu wystarczająco dużo czasu.



6. Jakie jest Pana zdanie na temat ekranizacji Władcy Pierścieni autorstwa Petera Jacksona?

Była ona o całe niebo lepsza od kreskówki Ralpha Bakshiego z końca lat 70-ych. Nastawiłem się szczerze mówiąc negatywnie do filmu Jacksona, lecz nie znienawidziłem go. Rozzłościły mnie jednak spiczaste uszy u hobbitów i brak Porządków w Shire. Dla mnie, osobiście, fakt, iż Shire NIE pozostało nietknięte, było celem całej książki, zaś śmierć Sarumana w Orthancu (wzięta żywcem z filmu "Powrót Draculi", w którym również grał Christopher Lee) w miejsce Shire zniszczyła tę część książki. Nie podobała mi się także psychiczna więź pomiędzy Sarumanem a Theodenem, podczas gdy Tolkien wyraźnie zaznacza w swych listach, iż moc Sarumana leżała w słowach, nie zaklęciach. Jego logika była wypaczona, jednak nadal był w stanie przekabacać ludzi. Gdyby taka więź - jak pokazana w filmie pomiędzy Sarumanem a Theodenem - istniała, Grima byłby zbyteczny.

Nie przypadła mi również do gustu zamiana Denethora w bełkoczącego starego głupca, który nie jest w stanie zjeść wieczerzy bez ubrudzenia się. Przecież to Numenorejczyk czystej krwi! Zachowałby maniery przy stole bez znaczenia na to, jak przemożny wpływ wywarł na niego Sauron za pośrednictwem palantiru. Przypuszczam, że danie Pippinowi roboty w postaci zapalenia stosu sygnałowego było OK, lecz czemu w takim razie Denethor krzyczał, że Rohan opuścił Gondor, skoro sam nie poprosił o pomoc? I czemu nie mógł sobie spłonąć na tym swoim stosie? Czy naprawdę potrzebowaliśmy tego skoku Denethora w filmie? Pewnie, wyglądało to świetnie, ale czy naprawdę było potrzebne?

Gollum był wspaniały, poza tym, iż nie wymawiano jego imienia prawidłowo. Nazywano go [w filmie] "smigol" w miejsce "smiagol". Czy tak wiele kosztowałoby poćwiczyć? Ale za to "Mordor" był wymawiany bez zarzutu...

Dodatkowo Tolkien napisał, że Orkowie nie powinni mieć akcentu właściwego brytyjskiej klasie niższej, gdy zapytano go o to na potrzeby słuchowiska nadawanego przez BBC. A co zrobił Jackson? Dokładnie na odwrót. Obdarzył Orków akcentem brytyjskiej klasy pracującej. Kompletny brak szacunku.

Mój brat uważał usunięcie Bombadila za niewybaczalne, jednak mnie to nie razi. Rozumiem, że nastąpiło ono ze względu na zachowanie ciągłości wątku. Jednak tracąc Bombadila, nie dowiadujemy się nic o pochodzeniu miecza, którym Merry w przyszłości ugodzi Króla Nazguli. Bardzo to niefortunne.

Jako śpiewak operowy byłem rozczarowany sceną śpiewu Aragorna w czasie koronacji. Przy tej głośności i wysokości dźwięku, byłby słyszalny na góra dziesięć rzędów, a były tam przecież tysiące ludzi zgromadzonych na wzgórzu. Realizm jak widać wyjechał na wakacje i to po całej tej doskonałej pracy nad Nazgulami.

Obsadę ról uważam, w przeważającej części, za dobrą. Jednakże, nie podobał mi się Aragorn, z tym, że moja narzeczona uważa, iż brak mi pewnych gruczołów by to należycie oceniać. Nie jest on po prostu tym kogo zawsze miałem w głowie w czasie lektury książki. Był również zbyt niski. Orlando Bloom był bardzo dobrym Legolasem, za wyjątkiem chrypiącego głosu. Elfie głosy były przecież melodyjne, piękniejsze od ludzkich. Ich mowa przypominała śpiew, była śpiewna, to jak porównanie kanadyjskiej i amerykańskiej angielszczyzny, do pewnego stopnia. To jedna z największych różnic. Frodo zaś, który był po 50-tce został przez Jacksona przedstawiony jako nastolatek! Naprawdę mi się to nie podobało! On był hobbitem w średnim wieku! Sam był hobbitem w średnim wieku. Czy nie mógłby tej roli dostać John Hurt? Naprawdę podobali mi się mieszkańcy Rohanu, myślę, że reżyser przedstawił ich w sposób właściwy.

Mógłbym tak wymieniać długo i przypuszczam, że niezwykle spójna historia, której opracowanie zajęło Tolkienowi całe życie musiała być przez Jacksona przełożona na dużo szybszy język filmu. Rozumiem, że trzeba było trochę rzeczy skrócić albo wyciąć ze względu na ograniczony czas. Ale niemal wszystkie te zmiany i "twórcze" przeróbki nie dorównały oryginałowi książkowemu.

Przypadła mi jednakże do gustu Armia Umarłych idąca na pomoc Minas Tirith w Bitwie na Polach Pelennoru. Uważam, iż utrzymało to ducha. No i tyle. Zakończę pozytywnym komentarzem.


Dziękuję wszystkim za zainteresowanie. Aure entuluva.

Aldaron



Dziękujemy za poświęcony nam czas.


Linki na stronę Adama Kleina: www.adamcjklein.us
Link do informacji po polsku na temat kompozytora i opery "Leithian": TUTAJ



Pytania do wywiadu przygotowali i tłumaczyli Vaylei, X i Adam
Koordynatorem wywiadu i pośrednikiem z Adamem Kleinem był Osse
Korekty tłumaczenia dokonał profesjonalny tłumacz Ingwe, zaprzyjaźniony ze stroną, za co serdecznie dziękujemy.




Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl