Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Polcon 2007 - relacja Conducatora

29 sierpnia

Konwenty dotychczas znałem wyłącznie ze słyszenia - i teoretycznie pojmowałem, co to takiego i czemu służy - jest to cykliczna impreza, podczas której ludzie zakładają stroje szturmowców bądź elfów, piją piwo, grają w karcianki i planszówki, piją piwo, kłócą się o ulubiony tom cyklu Andre Norton, oraz, byłbym zapomniał, piją piwo. Zapowiada się zupełnie zwyczajnie - jak powiada Głos z Offu w oficjalnej reklamie Polconu, po czym przezornie dodaje - Ale tak nie będzie. Święta racja.

MumakiL podczas jednego ze spotkań tolkienowskich zapytał, czy nie mógłbym czegoś przygotować. Spojrzałem za siebie i dookoła, ale nikt tam nie siedział, więc pytanie było z pewnością skierowane do mnie. Oszczędzę czytelnikowi tej relacji opisu moich bólów i mozołów twórczych, które zaowocowały powstaniem prelekcji pt. "Portret hobbita z czasów młodości - dojrzewanie jednostki, dojrzewanie opowieści". Dodam tylko, że robienie po raz drugi w życiu aluzji w tytule do Joyce´a znamionuje z pewnością lekkie zwichrowanie psychiczne...

Nadszedł wreszcie dzień przejścia od słów do czynów. Spakowałem Annotated Hobbit (podczas pisania spałem z nim i jadłem z niego... no, może przesadzam) i pendrive z prelekcją, oraz nieco mniej lub bardziej potrzebnych drobiazgów i pojechałem do Warszawy. Według Ninquelen, mieliśmy odebrać Galhena na dworcu. Zdarzyło się jakoś tak, że Milten i Dagnerie gdzieś poszli, nasz gość przyjechał i błąkał się po hali dworcowej, spoglądał tylko na mnie, a ja na niego - ale kontaktu nie nawiązaliśmy aż do powrotu "Potrzeba znaków rozpoznawczych tolkienistów staje się coraz bardziej paląca..." Po obrządkach powitalnych i obfotografowaniu dziwnych miejsc na dworcu wszyscy (Aldawen, Kamila - one rzuciły się na nas podczas naszego pobytu na hali głównej, Ninquelen, Miltenowie ;), Galhen, ja, Eld, Narbeleth, Feadin) skierowaliśmy się do parasoli pod Kinoteką, gdzie zakupiliśmy różne napoje. Galhen po raz pierwszy dowiedział się, że piwo w Warszawie potrafi kosztować 7 zł za 0.4 l, ja wiedziałem już o tym wcześniej, ale nijak to nie umniejszało mojego zniesmaczenia. Potem poczuliśmy głód - dobrym pomysłem było skierowanie się do Sphinxa, złym wybranie bliższego, na Al. Jerozolimskich. Tam bowiem nie udostępnili stolika dla dziesięciu osób... W tej sytuacji zjazd podzielił się - osobnicy o najdłuższych nogach, cierpiący na niecierpliwość, czyli ja, Galhen i Narb, zostaliśmy wysłani jako straż przednia do Sphinxa przy Świętokrzyskiej, maruderzy ruszyli taborami... czy tramwajami. Tym razem odpowiedni stolik, ku naszej uciesze, znalazł się. W czasie posilania się zgodnie stwierdzono, że obsługa nas lekceważy i nie daje sosów w odpowiednich ilościach, a Król, niepomny na swoją godność, wyjada sos bez pytania :P Mnie wyjada, co gorsza. Nie wiem, jakim cudem udało nam się w odpowiedni sposób rozliczyć - każdy dostał osobny rachunek, choć mamona i tak została zrzucona na wspólny stos... jednak obsługa nie goniła nas uzbrojona w ruszty i noże do kebabów, więc widocznie wszystkie obliczenia wykonano należycie.

Kolejnym punktem programu było odbieranie z dworca Nola, który miał przyjechać około osiemnastej. Jednak w drodze na dworzec, zjazdujący nieopatrznie zbliżyli się do nawiedzonego sklepu z zabawkami przy Emilii Plater... nie było ratunku, na zewnątrz zostaliśmy tylko ja i Galhen, pozostałych wciągnęło. Ale wyszli, zdobyli nawet parę dziwnych przedmiotów: Chińczyka (mieścił się w niewielkim pudełku), kalejdoskop i maszynerię do produkcji baniek mydlanych. Ostatnia rzecz bardzo się przydała - przez jakieś pół godziny trwała chaotyczna sesja zdjęciowa - chaotyczna, bo Król jadł bańki, a pozostali się na nie rzucali. Mimo pojedynczych deklaracji, że Nie chcemy Nola, wolimy bańki, wszyscy solidarnie udali się na peron i spotkali tam Nola. To znaczy ja go spotkałem, bo zjazd puszczał bańki, a ja rozglądałem się za Nolem i przyprowadziłem go znienacka, hehe. Tego dnia pożegnaliśmy jeszcze Feę - jej pociąg wyjątkowo nie chciał odjeżdżać, bowiem jakiś bezmózg wsiadł w biegu. Nie wiem, co zrobili mu konduktorzy potem, ale na pewno nie było to miłe... Niedługo potem każdy poszedł w swoją stronę.

30 sierpnia

Pierwszy dzień właściwego konwentu. Rano umówiłem się z Galhenem, żeby na ulicę 17 stycznia trafić razem, dojechaliśmy tam rzeczywiście bez problemu, nie obeszło się bez spotkania w autobusie 175 kilkunastu konwentowiczów. Któryś pytał o World in Conflict, udałem, że wiem, o co chodzi. Potem - Hotel Gromada, okazałe wejście i równie okazała kolejka po akredytację. Wypełniłem wniosek, usiłując się nie przewrócić, i po jakichś 30 minutach nadeszła nasza kolej. Otrzymaliśmy identyfikatory i torby z prezentami... Galhen miał ich więcej, bo zarejestrował się przez internet, choć trudno powiedzieć, żebym pożądał rzeczy, które jego są - zwłaszcza długopisu upozowanego na strzykawkę z krwią... Było po dwunastej, ale poszliśmy na pierwszą prelekcję - był to Upadek świata Germanów i narodziny Słowiańszczyzny Artura Szrejtera. Prelegent był świetnie przygotowany i widać było, że nie po raz pierwszy staje przed wymagającym audytorium, a z naszych przodków nieco pokpiwał, bowiem oni - w istocie - używali broni nie bardziej skomplikowanych niż zastrugany kij. Potem chciałem wyciągnąć Galhena na Świat Sandmana, ale prelekcja nie ruszyła o czasie, toteż rozejrzeliśmy się za jedzeniem. Spore rozczarowanie. Hotel Gromada oferował nam kiełbaski w cenie 8 zł za każdą, niezbyt ciepłe i średnio wypieczone, były też szaszłyki warzywne (chyba nabijane na wykałaczki) i karkówka z grilla (nie dość, że drogie, to jeszcze takie coś to ja jadam na śniadania). O 14 panel dyskusyjny Czy Christopher Tolkien jest dobrym tolkienistą zainaugurował cykl spotkań tolkienowskich. Dyskutowali MemeL, Agnieszka "Evermind Tuk" Sylwanowicz oraz Marek Gumkowski. Mimo zastrzeżeń przedstawionych wobec Christophera należy uznać, że tolkienistą złym nie jest, choć budzi wątpliwość sposób, w jaki Tolkien Estate ogranicza dostęp do materiałów badawczych. Christopher to jednak osoba bardziej predestynowana do prac nad dorobkiem swego ojca niż jego syn Adam... dyskutanci słusznie wyrazili obawę, że to on przejmie nad nim pieczę. Panel dyskusyjny Rzemieślnik, mistrz, artysta, na który udaliśmy się potem, wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie - pierwszoplanowi twórcy polskiej fantastyki nie uważają się za Bóg wie kogo, mają do siebie zdrowy dystans i jest w nich niewiele artystowskiej próżności. Uczestnikami byli między innymi Grzędowicz i Kossakowska. O szesnastej, nie wiedzieć czemu, uznałem, że sobie pogram (na komputerze grałem ostatnio w czasach licealnych). Najpierw gra ładowała się jakieś dobre dziesięć minut, a potem coś mnie zabiło - i na tym skończyła się moja kariera. Najważniejsza tego dnia była jeszcze prelekcja Jakuba Z. Lichańskiego zatytułowana Ostatnii - autor zaprezentował spójny pogląd na temat Silmarillionu, będącego w jego uznaniu ostatnim wielkim dziełem epickim umierającej kultury europejskiej. Co prawda, niektóre tezy wykładu wzbudzały kontrowersje i podzieliły słuchaczy - ale dobrze, że tego rodzaju kwestie nie są obojętne. O dwudziestej odbyła się ceremonia otwarcia, choć przecież Polcon był na dobre otwarty. Spektakl, z udziałem Jakuba Ćwieka w roli Zalanej Krwią Ofiary Złej Kobiety, rozbawił mnie, lecz z drugiej strony skłonił do rozmyślań nad rodem niewieścim i ryzykiem związanym z zadawaniem się z jego reprezentantkami. Zastanawiałem się nad wybraniem się na jubileusz Marka S. Huberatha, ale tego dnia moje możliwości percepcji były już niewielkie - toteż zrezygnowałem.

31 sierpnia

Następnego dnia planowałem wstać wcześnie, aby wygłosić na próbę prelekcję, ale wyszło jak zawsze. Mamrotałem więc coś po drodze. Pognałem na Polcon, aby zdążyć na 12.00 i prelekcję Galhena. Była świetna, z Atrabeth udało mu się wysnuć ciekawą opowieść o kondycji ludzkiej w Śródziemiu i postawić ważne pytania na tematy egzystencjalne. Dzięki jego głębokiej wiedzy z dziedziny teologii, prelekcja została wzbogacona o dodatkowy wymiar. O godzinie szesnastej zeszliśmy na poziom -1, gdzie miała mieć miejsce konkurs tolkienowski, nie zamierzałem w nim uczestniczyć, bo nie uważałem swojej wiedzy za wystarczającą. Ale jakoś tak dziwnie wyszło, że jury zarządziło dobieranie się w drużyny, Dorota nie mogła zwerbować żadnego chętnego, Galhen mnie wyciągnął i tak to poszło. Nie wiem, kto wymyślił nazwę "Niewiem", inne zespoły miały nazwy cokolwiek znaczące, miłe uchu i dźwięczne, żeby wymienić choćby Cthulhu czy Asfaloth. W pierwszej konkurencji - pytaniach ogólnych - polegliśmy na wyliczaniu synów Feanora. Z pewnością nam tego nie wybaczą, dobrze, że w Mandosie się raczej z nimi nie spotkamy. Dramaturgia rosła. Szczęście dopisało nam przy kalamburach, bowiem dostaliśmy takie, które można pokazać (Stary Las i Góra Ognia dla przykładu) i to w miarę szybko, bowiem czas miał znaczenie przy punktacji. Z dziwnych konkurencji były jeszcze ilustracje - Młodożeniec do wydania z 1960... współczuję drużynie Cthulhu Golluma wyglądającego jak smok Telesfor (uznali, że to Smaug, zresztą uznalibyśmy tak samo). Po pierwszym podliczeniu punktów byliśmy gdzieś w okolicach trzeciego czy czwartego miejsca. Potem się to zmieniło ;) I po powtórzonej zgadywance przy ilustracjach, rozpoznawaniu map, teście i serii pytań "wrednych" zakończyliśmy konkurs na miejscu pierwszym z 28 punktami - co było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Nie wiem, jak to się stało :) Dwie godziny nie wystarczyły na rozstrzygnięcie rywalizacji - na korytarzu dalej trwała walka o drugie miejsce, natomiast my, wzbogaceni o polconową walutę, udaliśmy się w stronę sklepiku z nagrodami. Dawno nie wyniosłem z żadnego miejsca takiej ilości książek SF/fantasy, jeżeli jeszcze je wszystkie przeczytam, będzie cudownie. Wskutek adrenalinowego rauszu, na którym się znalazłem, zapomniałem niemal o stresowaniu się przed prelekcją, oczywiście stres przypomniał sobie o mnie w porę. Przez pewien czas okupowałem krzesło obok baru i płoszyłem konsumentów kiełbasek mamrotaniem do siebie, na szczęście nikt nie uznał mnie za osobnika dotkniętego atakiem schizofrenii. Tuż przez prelekcją porozmawiałem jeszcze z MumakiLem o History of the Hobbit, dowiedziałem się z ulgą, że ta bezcenna publikacja moich tez nie obraca wniwecz - zresztą sformułowane były, szczerze mówiąc, dość oględnie. Wygłaszałem prelekcję na największej sali konwentu, w Onyksie, gdzie z powodzeniem mogło się zmieścić kilkaset osób. Przytulne miejsce, nie da się ukryć. Na szczęście wierna publika - pozdrawiam wszystkich, których znam (i tych, których nie znam, bo tacy - o dziwo - też na prelekcji byli!) gęsto zasiadła na najbliższych krzesłach. Piszący te słowa rozstawił kserówkę z imieniem, odczekał na wejście paru osób i zaczął mówić, co wychodziło mu mało płynnie, ale zawsze jakoś. Dostałem parę wnikliwych pytań, na które odpowiadałem, jak umiałem. Po prelekcji porozmawiałem przez chwilę z Marille i Sil (dziękuję za miłe słowa!), a potem odbył się kolejny panel - Wolna wola i przeznaczenie u Tolkiena - z udziałem Galhena, TAO i MumakiLa. Dyskusja, mimo wspólnych poglądów prelegentów (żaden z nich nie był zwolennikiem fatalistycznego tłumaczenia losów Ardy), zainteresowała słuchaczy, choć godzina była nieprzyzwoicie późna. W pewnym momencie w naszym kierunku skierowało się dwóch rosłych ochroniarzy i wyglądało na to, że postanowili posprzątać - i zacząć od tolkienistów ;). O godzinie 23 opuściliśmy hotel i wraz z Galhenem i Arganthe udaliśmy się do Paradoksu, gdzie zawiózł nas polconowy autobus typu Jelcz z lat 60... cudo na kółkach. Byłem ledwo żywy, ale jakoś tak nam czas zszedł, że Paradox opuściliśmy około drugiej ;).

1 września

Dzień znacznie luźniejszy, bo nie musiałem już stawać przed żadnym audytorium. Ku swojemu żalowi, spóźniłem się na mitologię sumeryjską i Hala Duncana, ale powetowałem to obecnością na panelu o magii. Tad Williams urzekł mnie dla odmiany opowieścią o tym, jak prowadził talk-show razem z Józefem Stalinem. Józef go wygryzł i Tad zaczął pisać fantastykę, choć oddawał się jeszcze dziwacznym zajęciom w międzyczasie, typu egzekucja długów. Dodał jeszcze parę żartów o wściekłych chomikach i publika była wniebowzięta. Potem Nifrodel wygłosiła prelekcję pt. Funkcje mitów i archetypów w Śródziemiu. Dobrze zaplanowany, klarowny wywód, z licznymi odniesieniami do myśli Junga - tym większe było to wyzwanie, że samo pojęcie "mit" problemów definicyjnych stwarza bez liku... Panel o historii w fantastyce równie ciekawy, choć nieco chaotyczny. Zostałem też na prezentacji nowego wydania Diuny, ilustrowanego przez Wojciecha Siudmaka. Spotkanie nosiło wszelkie znamiona imprezy sponsorowanej - a więc nie dało się uniknąć wychwalania Artysty i jego cudownego Wydawnictwa pod niebiosa. Nie żebym miał coś przeciwko sztuce Siudmaka czy ofiarności Wydawnictwa Rebis - ale powiew komercji na Polconie nieco drażnił chwilami. O czym by tu jeszcze napisać... może o darmowej kawie, którą wchłanialiśmy z Galhenem w dużych ilościach na specjalnym stoisku Cafe Paradox, a po wpisaniu się na listę otrzymaliśmy rodzaj talonów/zakładek do książek, które stanowiły równowartość 5 zł. Nagromadziliśmy pokaźne ilości takowych, więc poszliśmy tego wieczoru do Paradoksu, ignorując ceremonię zamknięcia i rozdanie Zajdli. Jakoś tak wyszło, że nagrody przypadły Grzędowiczowi, zwanego przez niektórych Grządkiewiczem, i jego żonie M. L. Kossakowskiej, a że ten werdykt nie do końca mi odpowiada (Huberath! Huberath!), to nic się nie stało ;). W Paradoksie zajęliśmy najlepszy stolik, bawiliśmy się świetnie, krócej niż poprzednio, gdyż Ninquelen i jej goście chcieli wrócić do mieszkania jeszcze autobusem dziennym. Na zewnątrz wykonaliśmy pożegnalny uścisk typu Cthulhu (mackowata bestia chyba była rodzajem maskotki...), zdjęcie rodzinne, Nol przygnębiony usiadł na słupie, rozeszliśmy się ze smutkiem, bo wielu z nas widzieliśmy na tym Polconie po raz ostatni.

2 września

Rano Galhen przybył do mnie, by zostawić plecak w mym (mym wynajętym) położonym niedaleko dworca mieszkaniu. Idziemy na przystanek 175, a tu na światłach zatrzymuje się samochód, z samochodu wychyla się MumakiL i pyta, czy my na Polcon. Błyskawicznie załadowaliśmy się do środka. Prowadziła Avari, pokomentowaliśmy nieco poprzednie prelekcje i wysłuchaliśmy "tajemnej" płyty tolkfolkowej. (wiem już, skąd słynne "Zdrada! Zdrada!!!") A na Polconie: dwie interesujące prelekcje tolkienowskie - Tolkien wierzący i piszący Damiana Kalemby oraz Nie tylko Morze Północne Lómendila. Poza tym - smutek odjazdów i wielu pożegnań. Prelekcja pierwsza bazowała w dużej mierze na Listach Tolkiena - stąd pochodził przedstawiony na niej obraz Profesora jako człowieka religijnego, ale nie fanatyka, człowieka przyzwoitego, ale nie bez skazy. Nie tylko Morze Północne - a także Morze Śródziemne, można by dodać, bowiem Lómendil mówił o wpływach na świat Śródziemia kultury łacińskiej. I mówił bardzo pasjonująco, śpiewał w sindarinie i po łacinie, recytował też w klasycznej grece. Wspaniała prelekcja, zwłaszcza że dotyczyła spraw, o których pojęcia nie miałem prawie żadnego (wstyd przyznać). I kiedy Lómendil otrzymał zasłużone oklaski, dotarło do mnie, że już po Polconie... Spędziłem jeszcze parę miłych chwil w towarzystwie Sil, Mumakila, Marille, Arganthe i Galhena, ale potem każdy skierował się w swoją stronę... Pojechaliśmy więc z Galhenem i Arganthe... no gdzie? Do Paradoksu, hehe. Zostały przecież niewykorzystane kupony... Tam poznaliśmy Mistrza Mistrzów, czyli największego wymiatacza i bossa, oraz Ailen, uczestniczkę konkursu tolkienowskiego. Kolejne rodzinne fotki, które gdzieś pewnie wiszą teraz w internecie, a na których robię głupie miny, lub mam wyłupiaste oczy. Musieliśmy jednak wyjść z Paradoksu jeszcze przed zmierzchem, bo Galhen miał pociąg. Udało się mu kupić bilet, i to ze zniżką 50%, dzięki specjalnemu kwitkowi od organizatorów. No i udało nam się spotkać z Kamilą i Aldą, które stanowiły komitet pożegnalny... odbyło się machanie chusteczkami, a potem poszliśmy do Złotych Tarasów na lody.

3 września

Wydawało się, że to już koniec, ale niezupełnie... Chciałem spotkać pozostałych w Warszawie Elendilich w centrum, ale - jako że ugrzęźli na dobre na jakiejś poczcie - wskoczyłem w metro i pojechałem do nich. Przydałem się - jako nosiciel bagaży i lizacz kleju na kopercie ;). Zachęcony (sam z siebie nie lubię tego robić, naprawdę :P), przyznałem także kilka ostrzeżeń - Kamili za niewłaściwy bilet, Aldzie za całokształt (sama chciała ;) wzięła także "ostrzeżenie na okaziciela", toteż jeśli doliczyć ostrzeżenia samowładnie nadane przez Franka, masz droga Aldo przynajmniej półroczny zakaz pisania ;). Wkrótce Alda i Kamila wsiadły do odpowiedniego pociągu, choć PKP sytuacji nam nie ułatwiało i zmieniło peron. Ninquelen powiedziała, że obawia się ciemnej przestrzeni pomiędzy wagonem a krawędzią peronu, dodała, że tam czają się macki Cthulhu, ale tym razem Przedwieczny był w dobrym humorze, chyba się wcześniej najadł. Z Ninquelen pomachaliśmy chusteczką, dziewczyny pojechały do Wrocławia, choć pociąg stopniowo nabierał spóźnienia. I po pożegnaniu z Ninquelen zjadłem pierwszy od czterech dni obiad (gdyby Polcon rzeczywiście trwał dłużej, mogłoby się to skończyć źle, mój organizm sam by się strawił).

Kilka zdań podsumowania - nie sposób zrozumieć fenomenu konwentów bez udania się na któryś z nich. Poza tym niewątpliwie miałem szczęście debiutanta, bo Polcon 2007 był wydarzeniem niezwykłym i znakomicie zorganizowanym, co wielu konwentowych wyjadaczy szczerze potwierdzało.

Napisał: Conducator




Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl