Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Spotkania dotyczące "Dzieci Hurina" - relacja MumakiLa

W sobotę i poniedziałek (26 i 28 czerwca 2007) odbyły się dwa spotkania dotyczące niedawno wydanych Dzieci Húrina.

Spotkanie sobotnie odbyło się w cyklu, mających już niemal rok spotkań tolkienowskich na UW (wymiennie w Instytucie Historycznym i na Wydziale Prawa). Drugie z nich to inicjatywa Karoliny Stopy-Olszańskiej "Melinir" i prof. Jakuba Z. Lichańskiego z Wydzialu Polonistyki.

Oba spotkania były bardzo kameralne. Zapewne nie mały był w tym udział iście tropikalnych upałów, które dotknęły Warszawy i nie tylko. W sobotę, zjawiło się pięć osób, a w poniedziałek osiem, ale w końcu nie o ilość w tym wszystkim chodzi. Pierwsze ze spotkań miało mniej formalny charakter. Przebijając się przez ekipę filmową kręcąca film - "Jutro pójdziemy do kina" (??) Przedostaliśmy się do pubu Harendy (niestety Indeks był nieczynny), gdzie zasiedliśmy wygodnie i rozpoczęliśmy narady.

Rozmawialiśmy o wielu kwestiach, Sil i Melinir zanurzy się na chwilę w problemach z korekta "Aiglosa" nr 8, potem rozmawialiśmy o Polconie 2007 i programie tolkienowskim, zwłaszcza, że wszystkie obecne osoby były w ten program zaangażowane.

Następnie zajęliśmy się samymi Dziećmi Húrina. Rozmowa zasadniczo dotyczyła konstrukcji książki, wyborów dokonanych przez Christophera Tolkiena, a może raczej Adama Tolkiena, a w końcu wartości samej książki, oraz do kogo została skierowana. Silvana (Agnieszka Sylwanowicz) mówiła także trochę o kłopotach z tłumaczeniem tekstu, które wynikały po pierwsze z formuły przyjętej przez redaktorów, którzy zmodernizowali warstwę językową, po drugie z faktu istnienia wcześniejszych tłumaczeń. Mówiła także o swoich wątpliwościach odnośnie samej książki i sensu jej publikacji.

Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że książka jest potrzebna, jest piękna w warstwie literackiej i jest ważnym wydarzeniem tolkienistycznym. Dla osób, które nie znają legendarium jest to wprowadzenie do niego. Pozycja, która pokazuje nowe horyzonty sygnalizuje wielkość świata w wymiarze nawet bardziej historyczno-mitologicznym niż geograficznym, ale jednocześnie pozostawia znaczący niedosyt, gdyż jest nieco zawieszona w próżni i mimo dodania wstępu, wyjaśniającego kontekst wydarzeń w niej opisanych, czytelnik nie znający Silmarillionu może odczuwać pewien dyskomfort.

Mimo wielu krytyk, padających także z moich ust, stwierdziliśmy, że dla doświadczonych tolkienistów, książka ta nie jest pozbawiona wartości. Poza drobnymi smaczkami w postaci nieznanych wcześniej drobnych fragmentów opowieści. Ważne jest to, że otrzymujemy ją do ręki w postaci zamkniętej całości, co, niezależnie od tego co sądzimy o tej rekonstrukcji, zasadniczo zmienia odbiór tej opowieści. W efekcie przestaje być jedynie źródłem do poznania świata przedstawionego, ale możemy się nią w pełni zachwycić jako opowieścią.

Tym bardziej, że literacko, pod wieloma względami, jest to najlepsze dzieło Tolkiena, o pełnokrwistych postaciach, z dobrze zarysowanymi charakterami. Pokazujące dylematy dobrych ludzi, ich grzechy i zło do którego się przyczyniają, choć wcale tego nie chcą. Jak słusznie zwrócił uwagę Conducator, jeżeli ktoś narzeka na nijakość postaci kobiecych w działach Tolkiena, to niech spojrzy na Morwenę. Otrzymujemy tutaj galerię różnorodnych postaci, wśród których trudno znaleźć jednoznacznie dobre, choć łatwiej jednoznacznie złe.

Niepokoi nas pewien brak równowagi. To, że przyzwyczajeni do Władcy Pierścieni, w tym dziele nie do końca widzimy sens cierpienia głównych bohaterów. Oto mamy dobrych ludzi, starających się postępować dobrze i szlachetnie, a mimo to przysparzających cierpień sobie i innym. A w dwóch samobójstwach kończących opowieść nie za bardzo widzimy jakikolwiek sens i logikę. I nie zmieniłoby tego dodanie Wędrówek Húrina, o czym mówiła między innymi Melinir. Bo Húrin przynosi przecież ze sobą nieszczęścia. Dzięki niemu Morgoth dowiaduje się gdzie szukać Gondolinu, upada ród Halethy i uruchomiony zostaje łańcuch wydarzeń prowadzący do upadku Doriath. Nie ma tutaj eukatastrofe, ba nie widać nadziei, przynajmniej w tej opowieści.

I to jest kolejna wskazówka, że mimo prób uczynienia z tej opowieści autonomicznej całości, książka ta faktycznie pokazuje, jak bardzo ?Wielkie Opowieści?, są częścią większej całości, jaką jest "Silmarillion". Dopiero wtedy widać pełny wyraz tej i innych wielkich opowieści.

W kwestii konstrukcji Melinir postawiła tezę, z którą się zgadzam, że dodany na końcu fragment Wędrówek Húrina jest nie potrzebny. To znaczy, albo trzeba było skończyć na napisie nagrobnym, albo dać całość tekstu. Bo tak nie za bardzo wiadomo czemu to służy. Silvana broniła decyzji redaktorów, widząc w tym tekście klamrę spinająca całość opowieści, która zaczyna się od losów Húrina i na nim się kończy. Słusznie wskazała, że to Opowieść o Dzieciach Húrina, a nie o Húrinie, stąd dodawania rozbudowanej wersji późniejszych dziejów Húrina, zakłócałoby symetrię opowieści. W związku z tym pojawiło się jednak pytanie, czy nie lepsza byłaby konwencja "Klątwy Morgotha"?, która dawałaby większy margines swobody w konstruowaniu utworu i pozwoliłaby zamieścić fragmenty, które wedle naszej wiedzy miały zostać włączone do tej opowieści.

Podczas dyskusji na tym problemem, pojawiło się pytanie: na ile Dzieci Húrina, w obecnej postaci są przemyślaną konstrukcją. Na ile są efektem głębokiego zastanowienia, a na ile powstały na skutek nagłego impulsu. Silvana zwróciła uwagę, że w promocji kompletnie nie wykorzystano faktu, ze mamy właśnie trzydziestą rocznicę wydania Silmarillionu, choć pod wieloma względami tak książka stanowi jego dopełnienie.

Wśród tematów pojawiła się oczywiście kwestia wolnej woli, która z ras jest prawdziwie wolna i czy szczęśliwym było spotkanie obu ras? Pojawiło się także prowokacyjne pytanie: czy Christopher Tolkien jest dobrym tolkienistą? Które nota bene będzie tematem jednego z paneli planowanych na tegorocznym Polconie.

Wśród wielu drobiazgów pojawiło się pytanie, dlaczego Morwena nie powiedziała Húrinowi, o tym, ze jest w ciąży? Czy to świadczy o jej charakterze, czy jest raczej odzwierciedleniem wiktoriańskiej i edwardiańskiej mentalności? Jak napisał Conducator: Rozważania nad tym, co czuje mężczyzna na wojnie, świadom tego, że w domu zostawił żonę w ciąży, zostały szybko ucięte z braku danych empirycznych.


***


Drugie spotkanie, które odbyło się w poniedziałek, w dużej mierze krążyło wokół tych samych tematów, co nie oznacza, że mówiono to samo i tak samo. Osobnym elementem była rozmowa o Tolkienie jako znawcy i miłośniku średniowiecza, oraz śladach tego zamiłowania w Dzieciach Húrina.

Spotkanie rozpoczęła Melinir, nawiązując między innymi do kwestii inspiracji Tolkiena skandynawskimi sagami i wczesnośredniowiecznymi tekstami, takimi, jak chociażby Beowulf. Mówiła także o Możliwej inspiracji Wagnerem. W tym momencie pojawił się problem trudności, czy wręcz niemożności rozdzielenia tego, co w dziełach Tolkiena jest bezpośrednią inspiracją średniowieczem, a co jest inspiracją pewną wizją średniowiecza, wykreowaną w dziewiętnastym wieku, a która to wizja jest żywa w kulturze masowej do dzisiaj (vide rogate hełmy wikingów). Klasycznym przykładem tego jest Völsung Saga, którą Tolkien poznał w adaptacji Williama Morrisa, która choć formalnie jest tłumaczeniem i edycją oryginalnego tekstu, to faktycznie jest wersją dość mocno zmodyfikowaną, tak by nie urazić gustów epoki.

Motywy średniowieczne tak często podejmowane w kulturze i sztuce europejskiej od drugiej połowy osiemnastego wieku, były jednak przekładane na język ówczesnej kultury i ówczesnych wartości (przy okazji będąc cenzurowanymi), co przyczyniło się do wytworzenia wyidealizowanego obrazu średniowiecza, mitów i opowieści z tej epoki. I to ten obraz miał wielki wpływ na ówczesną umysłowość, a także na samego Tolkiena. W tym wypadku szczególnie mocno należy podkreślić wpływ malarstwa prerafaelitów. Silvana zwróciła uwagę, że w pewnym sensie nie istnieje potrzeba rozdzielania obu inspiracji, gdyż składają się one na ten "żyzny kompost" kulturowy o którym pisał sam Tolkien, z którego wyrasta twórczość w ogóle w tym także jego.

Tym niemniej pewne inspiracje są oczywiste, dotyczy to także Dzieci Húrina. Tolkien sam przyznaje się do głębokiej inspiracji twórczością Williama Morrisa. To był wzorzec, na którym Tolkien chciał oprzeć projektowaną "Opowieść o Kullervo", będącą pierwowzorem "Opowieści o Dzieciach Húrina". I choć w późniejszych fazach rozwojowych podobieństwo konstrukcyjne znika, to nie znikają inne nawiązania. Kiedy czytamy The Wanderings of Húrin, to opis wiecu ludu Halethy, jest wyraźnie wzorowany na wiecu Gotów opisanym w The House of Wolflings. Zresztą jak wyszło w czasie dyskusji, ta opowieść jest wyjątkowa także pod względem wyraźnie wskazanych przez Tolkiena inspiracji. Poza "Kalevalą", i postacią Kullervo, poza Williamem Morrisem, Tolkien wskazywał także na Völsungsagę i postać Sigurda, oraz Edypa, jako bohaterów, którzy byli inspiracją dla postaci Túrina.

Profesor Lichański zwrócił uwagę na moment śmierci Túrina i odniósł go do śmierci Beowulfa, wskazując zresztą nie tylko na podobieństwa, jak choćby walki skazanej na przegraną, bo tego wymaga system wartości, ale też różnice. Przede wszystkim, na to, że Beowulf umiera zadowolony i spełniony. Túrin umiera zrozpaczony, bez nadziei i w poczuciu klęski.

Wróciła kwestia wrażenia pewnej niekompletności Dzieci Húrina, którego mimo prób redaktora (zamieszczenie wstępu umieszczającego tekst w relacji do szerszych wydarzeń z dziejów Beleriandu) nie udało się zatrzeć. A które, jak i tym razem pojawiło się podczas dyskusji, związane jest z faktem, iż ta opowieść podobnie jak i inne Wielkie Opowieści, jest częścią większej całości. Podobnie jak w innych wypadkach i innych dyskusjach na temat Dzieci, pojawiały się sugestie, iż potrzebne byłyby dodatki: zamieszczenie ramy narracyjnej, Wędrówki Húrina, Drugie Proroctwo Mandosa, czy Chronologia. Tyle, że zamieszczając te wszystkie dodatki, wstępy, tworzylibyśmy namiastkę "Silmarillionu", powstaje pytanie czy nie lepiej byłoby wydać zupełnie nowy Silmarillion? Ale na to pytanie, nie odpowiedzieliśmy.

W tym wydaniu pojawiają się dodatki, i stwierdziliśmy, że ich lektura każe zadać sobie pytanie: ?Dla kogo jest ta książka?? Profesor Lichański stwierdził, że paradoksalnie dla tolkienistów, mających dużą wiedze, którzy mogą odkrywać różne smaczki i porównując otrzymany tekst do The History of the Middle-earth, Niedokończonych Opowieści, czy chociażby Silmarillionu. Wydawałaby się to potwierdzać Miriel, która wspomniała o osobie, która nie znała wcześniej legendarium, i która tak książka znudziła. Znudziła przede wszystkim dlatego, że nie za bardzo wiedziała, o co w niej chodzi. Z drugiej strony wiemy, ze wyniki sprzedaży przekroczyły najśmielsze oczekiwania wydawnictwa Amber. Można to złożyć na karb sprawnego marketingu, ale nie jest pewne, czy tylko to zapewniłoby aż tak dobre wyniki sprzedaży. Można zapewne mówić o głodzie takich książek, ale i to byłoby jednak za mało. Magia imienia Tolkiena, też pewnie tu działała, ale i sama opowieść zapewne wielu osobom się podobała, bo podobać się na pewno może.

Wiele wskazuje, że intencją redaktora, lub raczej redaktorów było przygotowanie książki, dla osób które wchodzą dopiero w świat Tolkiena. Większość uczestników naszego spotkania twierdziła, że dla takich, którzy czytali Władcę i Hobbita, ale już nie koniecznie Silmarillion. Ja śmiem twierdzić, że to książka dla tych, którzy znają tylko filmy. Świadczyć o tym może genealogia rodów ludzkich i elfów, gdzie mamy Elronda z Rivendel czy Galadrielę z Lothlórien, którzy w opowieści się w ogóle nie pojawiają, nie wspominając o tym, że o żadnym Rivendell czy Lothlórien nie ma mowy. Tymczasem ktoś, kto czytał WP, zwłaszcza Dodatki A i B, zapyta, zaraz, zaraz, a gdzie Celeborn, a gdzie Elros i parę innych szczegółów, których nie uświadczymy w tej książce.

Jednocześnie zamieszczenie obszernego i dokładnego dodatku opisującego historię tekstu i zasady jego kompozycji, jest wyraźnie skierowane do bardziej zaawansowanego czytelnika. Pojawia się więc dysonans. Zgadzam się z profesorem Lichańskim, że tak naprawdę i w pełni doceni Dzieci Húrina ktoś, kto zna dobrze legendarium. Dodałbym tylko do tego stwierdzenia, że stało się tak wbrew intencjom redaktorów.

Mimo tych wszystkich narzekań i krytyki, na koniec i tak zgodnie stwierdziliśmy, że należy się cieszyć z tej publikacji i dostaliśmy do ręki wspaniałą książkę.


Napisał: Michał Leśniewski alias MumakiL

News z powyższym tekstem (wraz z komentarzami) TUTAJ



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl