Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Relacja Tallis z VIII Tolk Folku

Jak zwykle, Tolk - Folk minął sobie za szybko.
Jak zwykle, fanów, którzy przybyć nie mogli przez dłuższy czas jeszcze denerwować będą krótkie i długie listy, posty i opinie współfanów, opisujące ze szczegółami, jak i co, ominęło tych biedaków. :) Na pocieszenie powiem, że sama byłam niepocieszona, gdy dowiedziałam się, że ominęła mnie bitwa morska na 4 kajaki i 1 rowerek wodny :) rozegrana na zalewie, bowiem, jak większość uczestników, wyjechałam w niedziele koło południa.

Jak zwykle, co roku, pogoda nas nie oszczędziła i dopiekła wszystkim, acz tym razem dla odmiany, potwornymi upałami, zamiast, jak w zeszłym roku potopem godnym Zatonięcia Numenoru. :) Z dwojga złego, osobiście wolę potop, bo przed deszczem można się schronić w namiocie lub w nieprzemakalnym płaszczu a przed gorącem nie. Upał, na nieosłoniętej drzewkami polance nazywanej "patelnią Saurona" chyba szczególnie zmęczył tych, którym klimat w namiotach (zwłaszcza koło południa) musiał zamieniać się na typowy dla inspektów przeznaczonych na roślinki tropikalne. Respect dla bohaterskich mieszkańców namiotów :).

Jak zwykle, wykłady w sali kinowej MoKiSu były bardzo ciekawe, nawet, (a może zwłaszcza) ten, autorstwa Czecha, wygłaszany po polsku, który dostarczył mi więcej wiedzy o ustrojach krajów Ardy oraz zmusił do wysiłku dość uśpioną, językową stronę kory mózgowej, gdyż, była to bardzo łamana - przez czeski - polszczyzna. Np. dopiero po chwili kombinowania doszłam do wniosku, że słowo ´tymokracja´ (lub może ´timokracja´), to prawdopodobnie nasza ´demokracja´. Najbardziej spodobał mi się temat wykładu Nifrodel, czyli o rycerskości u Tolkiena - sprawa za rzadko poruszana (o ile w ogóle?) a to, pewnie dlatego, że wydaje się być aż, nadto oczywista. Na zasadzie, że - spójrzcie, jak nie widzimy lasu z za drzew. Chociaż, co do wykonania referatu to czułam, że - jakby to rzec - nasza elfka kochana pływała po powierzchni źródeł i nieco się, ze zdenerwowania? zacinała. Temu ostatniemu się nie dziwie - na jej miejscu miałabym gorszą tremę. :) Natomiast, efektowne wykonanie najbardziej spodobało mi się u MumakiLa, w wykładzie o wydarzeniach wojny Ostatniego Sojuszu, no, i wreszcie dowiedziałam się czegoś więcej o dziejach Pierścieni Władzy w tym okresie. To znaczy więcej niż, z filmowego Prologu Galadrieli. :) Jednocześnie, przypomniałam sobie, że mapka z mnóstwem strzałek wyświetlana przy tym wykładzie, była mocno nieczytelna - być może to kwestia za ciemnego oświetlenia albo niewyraźnego skanu, ale, może gdyby strzałki były w różnych kolorach, byłoby łatwiej widzowi domyślić się, która oznacza, którą armię. Ale to detal, bo ogólnie mapka nie była aż, tak bardzo potrzebna, bo całą uwagę i tak ściągał prelegent. Drugi wykład M.L.a był o postaciach epizodycznych w Legendarium. Ten wykład mnie zaskoczył, gdyż opierał się o bardzo ogólnie potraktowaną masę bohaterów, którzy w danej opowieści zostali ledwie przywołani w tekście, a naprawdę niewiele mają do zrobienia, poza może budowaniem warstw tła historycznego lub mitycznego, a nie, o wybrane postacie epizodyczne, czego oczywiście oczekiwałam - np., że autor opisze dokładniej, jakiegoś Gildora, Galdora, Beregonda czy Eothaina. Co oczywiście nie oznacza, że ten referat nie był doskonałym przykładem na kolejną odsłonę badawczego podejścia do fanowania.

Najbardziej oczekiwanym przeze mnie, jednak był referat pana z biura burmistrza Bielawy na temat postępu prac nad ekologiczno - tolkienowskim ośrodkiem, silnie współfinansowanym ze środków, jakie Bielawa otrzymała z Unii, jest to właściwie wieloletni grant unijny na budowę Bielawskiego Śródziemia. Prawdę mówiąc, tak, po cichu to spodziewałam się prezentacji "na odczepnego", jakowejś komerchy i skrajnej tandety. A okazało się, że to cudowny pomysł, i, bez jakiegoś kadzenia mogę powiedzieć, że mam wielką nadzieje, iż Bielawa, ze swymi ośrodkami turystycznymi, atrakcjami krajobrazowymi oraz szlakiem atrakcji przerobionych na tematyczne, czyli śródziemniowe, stanie się w niedalekiej przyszłości polskim odpowiednikiem amerykańskiego centrum seminariów i studiów tolkienowskich w Kalamazoo. Tyle, że w Kalamazoo ponoć mają tylko seminaria, a Bielawskie Śródziemie ma więcej, bo także sferę rozrywkowo - rekreacyjną, a nie tylko akademicką. Miejmy nadzieję, że władzom miasta i gminy Bielawy starczy zapału i pieniędzy na ukończenie tego, unikalnego dzieła.

Kolejnym, niezbędnym punktem programu, każdego TF-u, a w tym roku bardzo słusznie odbywającym się w kinie a nie w plenerze, był, konkurs strojów. Był to najciekawszy konkurs strojów, jaki widziałam i to nie tylko na TF-ie, ale w ogóle na jakimś konwencie. Widać, że z roku na rok coraz mniej jest w nim prowizorki i improwizacji, a coraz więcej dopracowanych występów i pod względem tekstów i strojów. Nie bardzo wiem, kto powinien był dostać nagrodę, tak dobrze wszyscy moim zdaniem wypadli, choć imo zdecydowanie najśmieszniejszym był, idący rabować rohanskie wsie, bosy Dunlandczyk w baranicy i z toporkiem, zaprezentowany przez Kristofa, i pewnie to dzięki humorowi wygrał. Moim, drugim faworytem była Valhalla, jako (chyba Gondorczyk?) i śródziemniowy archeolog z mieczem, broniący cennych pamiątek z dawnych dni, przed rabusiami. Wraz, z Falmawen zaprezentowały scenę walki na długie miecze z efektownym poddawaniem się bezczelnego rabusia. :) W trakcie występu Czechów, których dwoje brało udział w konkursie, jakimś cudem pojęłam sens tego, co przekazuje nam, ubrana na czarno srebrno, wysłanniczka elfów z Himringu, ale, nijak nie mogłam zrozumieć Petra Lindy, jako barda (Lindatiriona?) Język czeski jest jednak dziwny, potrafi być w jednej chwili dziecinnie prosty do odgadnięcia, a w następnej koszmarnie trudny. Jednak po wysłuchaniu niezliczoną ilość razy - przy ognisku i na komputerze - rozmaitych, tolkienowskich pieśni autorstwa czeskiego Towarzystwa Poetyckiego, prowadzonego przez Petra Lindę, muszę przyznać, że do śpiewu ten język nadaje się wybornie. I, coraz bardziej mi się podoba. Muszę też, przy okazji, podziękować za zaśpiewanie mi na życzenie, jednej z, moich ulubionych piosenek oryginalnych Towarzystwa, czyli "Pan Prstenu". Dziękuje Lindatirion. :)

Śpiewanie przy ognisku na polu namiotowym, najczęściej już znanych powszechnie, ale też i co roku kilku, nowych piosenek jest zawsze jednym z moich, ulubionych punktów programu. Pisane są, jak się wydaje regularnie, z imprezy na imprezę, przez barda z gitarą znanego na Endore, jako Vilva zaś, na Ziemi Maszyn, jako Baśka. A zatem, za ogniskowe piosenki, wszystkim autorom tolkniętych tekstów i melodii, składa ukłony, po krasnoludzku - do samej ziemi. :) To dobrze, że ognisko odbywa się pierwszego dnia, choć osobiście raz zrobiłabym eksperyment i ognisko przeniosła na ostatni wieczór, aby sprawdzić czy, aby nie sprawdzi się lepiej w ten sposób. Myślę, że wtedy więcej osób rozmawiałoby i chętniej przyłączało się do wspólnego śpiewania, gdyż zdąrzyliby się zapoznać w trakcie imprezy, a nie, jedynie biernie słuchali, jeszcze w dużej części nieznanych utworów. Przydałoby się też więcej pokserowanych tekstów piosenek.

Mocnymi i stałymi punktami programu są też, filmy - fabularne adaptacje dzieł Tolkiena (trzy Jacksonowskie oraz, mało nas znane, trzy, animowane adaptacje Hobbita i Władcy Pierścieni) oraz dokumenty o fandomie (w tym roku pokazano amerykański, bardzo oczekiwany film Ringersi.Władcy Fanów - dokument bardzo rozmaicie oceniany, ale także krótki film telewizji regionalnej o samym, ubiegłorocznym Tolk-Folku VII. Ten drugi nie był zbyt ciekawy, ale, mam wrażenie, że to, co nakręcili w tym roku będzie dłuższą i bardziej konkretną relacją.) Myślę, że jako trzecie przydałyby się dla uzupełnienia "oferty" filmowej, biografie samego Tolkiena, których z pewnością jest kilka, bo sama widziałam 2 w telewizji. Przy okazji animowanych filmów muszę dodać, że nie jestem zwolenniczką 3 adaptacji z lat 70?tych (o tytułach Hobbit, Władca Pierścieni i Powrót Króla), gdyż imho są za bardzo dziecinne i uproszczone, ale warto było popatrzeć i na takie podejście. Ich mocną stroną jest dobór głosów i gra głosem więc, bardzo dobrze się ich słucha, jak jakiejś audycji radiowej natomiast, same animacje są hmm... bardzo różnej klasy, i niekiedy trudno się w tych rysunkach dopatrzyć postaci tolkienowskich, a bardziej czegoś, pasującego do kreskówki z Asterixa. Np. Pippin z Powrotu Króla przypominał mi bardziej tego, ofermowatego legionistę z animowanych Asterixów, którego zawsze posyłają "na ochotnika" na najgorszą robotę. :) Po co jednak tworzyć mierne animacje, w których znośna jest tylko fonia (a konkretniej dialogi, bo już, z muzyką to tam różnie bywa), skoro, w końcu lat 60?tych powstała, ni mniej ni więcej, tylko wybitna adaptacja radiowa Władcy Pierścieni - autorstwa Briana Sibleya a produkcji z BBC, z Ianem Holmem w roli Froda. Ale, po wielu latach chudych z odsieczą kinowemu Śródziemiu nadciągnął pewien, bosonogi "wariat z pochodnią", Pidżejem zwany. :)

Jednym z lepszych pomysłów organizatorów jest fakt, że, w trakcie programu odbywającego się w parku miejskim, (czyli dla wszystkich, postronnych widzów a nie, tylko fanów z pola namiotowego), zajęcie znajdują zarówno maluchy, które w tym roku świetnie bawiły się na pozostawionych po Biegu Hobbickim przeszkodach, przy kucykach zaprzęgniętych do wózka i przy stoiskach z zabawkami, balonikami i słodyczami, jak i dorośli, którzy stali (miejscowi) lub siedzieli (fani) w kółku, mocno zasłuchani w muzykę z wrzosowisk - czyli, wykonywaną na szkockich dudach przez zespół "Pipes and Drums" z Częstochowy. Szczególnie dużym uznaniem wśród publiki cieszyły się dwie dziewczyny, wirtuozersko grające na... werblach. Był to, w połączeniu z pięknymi mundurami i ozdobami (swoją drogą ukłony dla muzyków, którzy nie wiem, jak znosili upał w kilku warstwach wełnianych mundurów i wielu metrach kiltów?), niecodzienny, jak na Dolny Śląsk koncert. Na żywo, nigdy jeszcze nie słuchałam dudziarzy, albo raczej nigdy, poza paradami w Londynie. Potem odbyły się warsztaty tańca, które prowadził zespół ze szkoły tańca celtyckiego "Comhlan" z Krakowa, a, przygrywała do nich "Pipes and Drums". Zespół "Comhlan" to już prawie, że stali bywalcy Tolk-Folków - byli trzeci raz. Ich wystep i nauka tańca zawsze jest nie lada atrakcją, a, że sama widziałam ich wyczyny już wcześniej na Tolk-Folk VI w Srebrnej Górze i dwa razy na archeologicznym festynie biskupińskim to, mogę polecić tę grupę, jako doskonałych tancerzy, do których ani, się umywa osławiony "Gael force Dance", który we Wrocławiu kilka lat temu pokazał się, w porównaniu z obecnie mi znanym "Comhlanem", jako sztywny, sztuczny i skomercjalizowany zespół, w strojach nie prawdziwie ludowych, nie zrekonstruowanych ale, tylko z wierzchu stylizowanych. "Gael force Dance" może i ma technikę, bijące po oczach, dyskotekowe reflektory oraz najszybszego tancerza świata, którego nogi ubezpieczono ma furkę dolarów ale, cóż z tego, gdy brak im wdzięku i radości, jakie na parkiecie (lub na łące) prezentują "Comhlani." :)

Najsłabiej wypadła drużyna rycerska, o nazwie, o ile się nie mylę Bractwo Róży (czy jakoś podobnie), która jak mi się zdaje improwizowała i niepotrzebnie uparła się, aby w ten, zabójczy upał robić pokaz w pełnych zbrojach, gdyż, to wymusiło mało wdzięczną rąbankę, raczej aniżeli widowiskowe układy szermiercze. Gdyby walczyli w cieńszych kostiumach, wyglądałoby to o wiele efektowniej od strony publiczności. Natomiast ich program zabaw plebejskich, który odbył się pod długim zadaszeniem namiotu, był całkiem zabawny i zajął dzieciarnię na dłużej, dzięki czemu rodzice i dziadkowie mogli posłuchać występu dudziarzy i samemu spróbować sił w tańcu. Choć, jak dla mnie, lepiej by było, aby pieniądze przeznaczone na pokaz rycerzy, przeznaczono na szoł robiony tradycyjnie przez samych fanów, (podobny, jak ubiegłoroczna Bitwa Pięciu Armii) albo, na więcej czasu z perfekcyjnymi tańcami szkockimi i irlandzkimi "Comhlanów". Bo, chociaż był taniec to, uczący nas tańczyć, sami, niewiele występowali, (zdaje się, że widzieliśmy tylko dwa kawałki). Pamiętam, że na festynie w Biskupinie "Comhlan" nie tylko tańczył ale i prowadził zabawy ludowe, np. słynny rzut palem a także opowiadał o produkcji, pochodzeniu i znaczeniach elementów swych strojów i instrumentów. To by się tu bardzo przydało, choćby po to, aby dać odpocząć tancerzom, dzięki czemu mogliby wystąpić dłużej, już bez towarzystwa widowni.

Dla Sparxxxa
Gdybyś wtedy tutaj był...
Można by powtórzyć za elfickim bardem okrzyk z pieśni o Noldorach. Ale, w tonie jak najbardziej wesołym a nie, tragicznym. Gdybyś pobył na Tolk Folku, choćby dzień to, byś zrozumiał. To byś zrozumiał czemu chcemy tam wracać co roku, a nawet kilka razy w roku, (Urodziny 3 stycznia oraz kilka, innych okazji) tak, jak się wraca do ulubionej książki, albo do rozmów z ulubionym przyjacielem, do ulubionego filmu, do ulubionego świata...

A czemu wracamy, zapytasz? Bo, niezależnie od uciążliwości pogody albo własnego akurat samopoczucia lub zdrowia, każdy teefowiec zrobi wiele, aby umożliwić dobrą zabawę sobie, ale i nie zakłócać jej innym. To drugie staranie nie daje, oczywiście, efektów całkowicie idealnych, ale dąży się do nich, docierając się w trakcie pobytu i starając się być pomocnym. Dąży się do nich, jakoś naturalnie, samemu niezauważając, że się dążyło.

Bo, okoliczne lasy, pagórki, mokradła i rzeczki, pełne śpiewu ptaków oraz uprzykrzających życie plenerowicza owadów, nastrajają relaksujaco oraz wybitnie ułatwiają zostawienie którejśtam z kolei Ery na kilka dni, z boku, aby, każdy mógł powrócić do tych krajobrazów, które ukochał najbardziej - jedni do Gondoru, inni do Rivendell, albo do Rohanu, albo do Shire, albo innych miejsc. Bo, organizator tego melanżu fanowskiego szaleństwa z realizatorską precyzją, czyli Elek, zwany też, Bregaladem - i zapewne należy mu się owo miano - wciągnąć potrafi do zabawy każdego, kto się nawinie i wyciągać z uczestników najbardziej skrywane pokłady energii, spontaniczności, chęci do pracy i współpracy. I, za każdym razem zadziwia mnie jego umiejętność opanowania polankowo - parkowo - mokisowego chaosu, jak zadziwiają mnie zawsze wszyscy ci, którym chce się zdziałać coś więcej niż, od 8 do 15-tej zarobić na chleb. Bo, przebywając wsród ludzi podobnie, jak my zakochanych w Śródziemiu, zakochanych mniej albo bardziej nieprzytomnie, potrafimy godzinami gadać o tym lub owym jego aspekcie, o książkach, ale i o filmach, grach, fanfikach, poezji, i wielu, wielu innych kwestiach nie nudząc się tematem, ale, i nie musząc zmieniać go prędko dla zachowania savoir - vivre lub wygody nietolkniętych rozmówców. Bo, wreszcie, letnia aura sprzyja wędrówkom po lesie oraz śpiewaniu przy ognisku jak i zwykłemu zaleganiu na nagrzanej trawie, w świecie nieco odrębnym od XXI wieku, gdzie nikt nie musi rankiem wstawać i pędzić na pociąg, albo ścigać się z czasem i sennością, by skończyć zadaną pracę, albo w 12 godzinie dyżuru wysłuchiwać monologów szefa. Czas się tu zatrzymuje na kilka dni, nie ma projektów ani, żadnych prac do skończenia ?na wczoraj.? Bo, różnorodność i autentyczność akcji, jakie zapewniają widzom i uczestnikom organizatorzy, między, którymi to znajdziemy i wystawy plastyczne, i teatralne show, i larpy, i seanse filmowe i wykłady tolkienistyczne i konkursy i rekreację na powietrzu, i taniec folkowy i koncerty plenerowe, i czytanie fanfikowej prozy oraz, ogniskowe piosenki tak, kabaretowe, jak i tworzone na poważnie, a nawet warsztaty szermierki i strzelanie z łuku, pozwala wybrać każdemu, co, kto lubi. Bo, teefowicze uruchamiają swe szare komórki, gdyż starają się uzupełniać program i organizację o nowe usprawnienia i pomysły. A Elek nie należy do tych, którzy osiadają na laurach wedle zasady BIS - bierz i spadaj,:) i zawsze przyjmuje propozycje i sugestie zmian i poprawek, aby w przyszłym roku program i organizacja były lepsze. Jest to chyba jedyny zjazd fanów fantastyki, współtworzony przez samych uczestników w, tak dużym zakresie.

A teraz łyżka dziegciu w beczce miodu, czyli coby nie było tak słodko: Właśnie zauważyłam, że chociaż co roku organizowane są konkursy prac plastycznych, które przysyłane są na wystawę i do oceny, to jednak nie odbywają się już, chyba plenery malarskie, jakie odbywały się tylko przez pierwsze 2 czy 3 lata? A szkoda, bo chętnie pokibicowałabym takiemu tworzeniu prac plastycznych na żywo, a może i wspomogła finansowo zakup materiałów niezbędnych dla malarzy. Na V Tolk-Folku, odbywającym się w całości na fortach srebrnogórskich, bardzo fajnie było obserwować plastyków przy pracy, i tego mi brakuje.

Brakowało mi też, zapowiadanego nieoficjalnie "seansu" z czytaniem fanfików, który, jak się okazało nawet się odbył, ale jedynie w czyimś namiocie a więc, niestety, nie wszyscy mogli się dowiedzieć, że w ogóle będzie. Przydałoby się następnym razem dopisać czytanie fanfików (albo nawet ´fanfików i/lub poezji´) do programu, i, albo umieścić w części odbywającej się w kinie, albo, jeśli nie ma się to odbywać w kinie dla ogółu publiki, to, choćby i na polance, ale koniecznie dodać na plakatach datę i orientacyjną godzinę tego czytania.

Początkowo myślałam, że nie będzie zbyt fajnie, bo nie ma w tym roku inscenizacji, (a w poprzednich latach były odgrywane sceny takie, jak: walka hobbitów z Shelobą, Bitwa Pięciu Armii, walka Gandalfa z Balrogiem na moryjskim moście oraz starcie Gandalfa z Nazgulami na Wichrowym Czubie), ale teraz uważam, że to nie do końca tak. Okazało się, że inscenizajca jakiejś sceny lub bitwy jest wspaniałą sprawą, ale raczej zbyt dużą, zbyt wymagającą, aby musiała się odbywać co roku. Może to nawet lepiej, że tak nie jest, bo inaczej chyba za prędko zabrakłoby nam scenek i walk możliwych do przygotowania w dwa czy trzy dni. A nikt chyba by nie chciał, aby się okazało, że do wyboru zostały nam już, tylko Dagor Dagorath, albo Zatopienie Numenoru. :)

Napisała: Tallis



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl