Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Ważka

Przywarłem mocno do szyi konia, modląc się do wszystkich nieistniejących bóstw, jakie tylko przychodziły mi na myśl w danej chwili. Byle nie spaść... byle uciec... Może to, że nie wierzyłem w żadnego z tych sztucznych bożków, sprawiło, iż chwilę potem koń się potknął na jakimś niewidocznym głazie, a ja, mimo usilnych starań i desperackich modlitw, poleciałem w krzaki z prędkością polującego geparda. Zanim jeszcze sprawdziłem, jak bardzo jestem potłuczony i połamany, instynkt przetrwania podyktował mi zaciągnięcie gałęzi sąsiedniego krzaka przed twarz, przynajmniej póki moi prześladowcy nie pojada daleko, daleko stad.
        Sam nie wiem, co mnie podkusiło, żeby ukraść ten cholerny pierścionek. Po co mi było wciągać się w to wszystko, ranić strażnika... teraz mnie ścigają, za kradzież i morderstwo, a ja nawet nie wiem gdzie uciec... Jestem zwykłym adeptem, nie mam nawet dość umiejętności, by ten pierścień opanować, nie mówiąc nawet o używaniu go - a teraz leży on daleko za mną, zostawiony gdzieś na drodze, jako nieskuteczna przynęta na ścigających. I na co mi to było!
        Zakląłem głośno, zbyt głośno. Ostatni z jeźdźców chyba usłyszał ten okrzyk rozpaczy i zwrócił konia w stronę mojego krzaka. Nie miałem zamiaru czekać, aż podjedzie i, łapiąc mnie za kark, pociągnie pod okrutny sąd, błyskawicznie zerwałem się na nogi i dałem susa do pobliskiej rzeczki, gdzie, wykorzystując cały mój mizerny zasób wiedzy o pływaniu i nurkowaniu, próbowałem ukryć się pod powierzchnią wody i nie utonąć przy tym.
        Szczęśliwy los chyba czuwał nade mną, gdyż zaraz po tym, jak zanurkowałem, poczułem coś długiego, uderzającego mnie w plecy. Gdy zwróciłem głowę w górę, zauważyłem, że była to chyba okrągła kłoda, może nawet fragment całego bala wyciętego przez drwali z jakiegoś bardzo wysokiego, ale smukłego drzewa. Wykorzystałem okazję i chwyciłem ją rękami, by zatrzymać bieg i wystawiłem głowę nad powierzchnie za kłoda, tak, by nikt nie mógł mnie dostrzec. Byłem wdzięczny bogom, w których nie wierzyłem za możliwość wyjrzenia na powietrze, gdy byłem już bliski uduszenia.
        Dopiero z głową nad powierzchnią dojrzałem, że to, co zapewniło mi ukrycie, oraz z pewnością uratowało mój marny żywot, wcale nie było kłodą, lecz dwoma niezbyt równo dopasowanymi połówkami pnia dużego, ciemnego drzewa, jakie nigdy nie rosło w tej części kraju. Ciekaw byłem, czy są wydrążone w środku, a jeśli tak, to co w sobie zawierają. Ciekawość ta przyprowadziła mnie do tego, że gdy tylko moi wrogowie oddalili się poza widoczny horyzont, wylazłem na brzeg i przyciągnąłem ów pień do siebie. Z góry wyglądał jak łódeczka z wiekiem, cos jak... wodna trumna. To, co zobaczyłem po zdjęciu wieka, wydało mi się z początku snem i jako nierealny sen to później zapamiętałem.
        Faktycznie była to trumna - lub coś na kształt trumny, lecz dla tych, co maja się dopiero zbudzić na tym świecie. W środku leżała istota, w której istnienie trudno mi uwierzyć do dziś, mimo podań i legend, a nawet dowodów na jej istnienie. Ujrzałem bardzo delikatną kobiecą figurę, drobną niczym ważka, odzianą w suknię przejrzystą i migoczącą, jak ważki właśnie skrzydła. Nigdy wcześniej u żadnej kobiety nie dane było mi widzieć tak nierzeczywistych, wręcz baśniowych, a zarazem idealnych w formie rysów twarzy, które mogłyby posłużyć najsłynniejszym rzeźbiarzom. Włosy jej, zielone niczym jasne łodygi nadwodnych roślin, układały się na drewnie jak najdelikatniejsze włókna.
        Otworzyła oczy. Były w nich ukryte dwa zaczarowane, spokojne, zielone strumienie, milczące w swym opanowaniu i jakże oderwane od rzeczywistości. Gdzieś w ich głębinach błyszczały gwiazdy wieczornego nieba. Spojrzała prosto na mnie, rozprostowała skrzyżowane dotąd ręce i podniosła się ze swego leża. Powiedziała do mnie tylko jedno słowo, swe imię: Es'lenne, które w języku magii oznaczało nie co innego, a właśnie ważkę. Wysiadła na brzeg, poruszaj?c się ze zwinnością, jakiej nigdy nie widziałem, podobna do mgły, co oplata brzegi.
        Nadludzko piękna, jakby zjawa jakaś, znikła w lesie, a ja nie miałem odwagi by ja śledzić. Jakiś czas później, gdy wędrowałem po obcych krainach, w przybranym imieniu, wciąż uciekając przed swa zbrodnia, doszły mnie wieści o nieznanej dotąd rasie, która zamieszkała lasy i brzegi leśnych strumieni. Nazywali się Sidhe, byli małomówni i opanowani, podobni do ludzi, a jednocześnie tak od nich różni w swym pięknie i spokoju. Twierdzili, ze powstanie swe zawdzięczają ważce, która wyleciała z drewnianej łupiny i obudziła ich zaklęte ciała do życia.

By Sinduriel


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl