Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Recenzja anglojęzycznego "Aiglosa"- cz.1 eseje

Słowo wstępne od Adama

Recenzja ta, w miarę jak ją snułem, rozrosła się niemal w historię gatunku i objęła poza tym liczne wzmianki o innych książkach a także wydarzeniach z bardziej jeszcze odległej przeszłości. Zacząłem ją wkrótce po otrzymaniu anglojęzycznego Aiglosa, lecz przed jego ukazaniem się. Jednakże odłożyłem finalizację prac nad niniejszym tekstem do czasu ukazania się pisma, ponieważ chciałem najpierw zgromadzić i uporządkować wszystko co przeczytałem. Chciałem tego dokonać dla własnej satysfakcji, bez większej nadziei, że dzieło moje zainteresuje innych ludzi [szeroką publikę z racji na swą długość]. Jednakże osoby, których rady i opinii zasięgałem, odebrały mi nawet tę resztkę nadziei, jaką miałem.

Pierwsza część tej recenzji poświęcona jest esejom. W kolejnych opiszę opowiadania i ilustracje zawarte w omawianym periodyku.

A, zapomniałbym jeszcze o jednej bardzo ważnej sprawie - zajrzyjcie do "Drużyny Pierścienia" - na początek. I przeczytajcie pierwszy akapit "Przedmowy do drugiego wydania angielskiego".

Już dostrzegacie na czym a raczej na kim wzorowałem swe "Słowo wstępne"?

Recenzja anglojęzycznego Aiglosa ("Aiglos - Tolkieniestic Almanac, Special Issue, Summer 2005")

Trzymam właśnie w rękach anglojęzyczne wydanie "Aiglosa" przygotowane na konwent tolkienowski w Birmingham.

Na wstępie kilka uwag o stronie wizualno graficznej i pierwszych wrażeniach związanych z periodykiem. Całość jest wydana w sposób elegancki, sprawiający, iż lektura jest przyjemnością. Lakierowana okładka i dobrze dobrana ilustracja na tejże jak również wzmocniony grzbiet dają nadzieję na więcej niż jedną lekturę pisma.

Teraz zajmijmy się wnętrzem, a więc zawartością merytoryczno-estetyczną (również w sensie znaczeniowym).

Okładka jest bardzo ładna, a ilustracja na niej przejrzysta i zachęcająca do lektury, jednakże... pomimo usilnych starań nie udało mi się znaleźć jednoznacznego wyjaśnienia, kogo ona przedstawia (za wyjątkiem tytułu "And the orcs fled before his face").

Następnie na odwrocie okładki znajdują się imiona i nazwiska, a także pseudonimy osób odpowiedzialnych za taki a nie inny kształt pisma. I tutaj nasuwa się moje pytanie. Jest tam wyszczególniony człowiek o pseudonimie "elfy". Inne osoby z szeroko pojętej Redakcji posługują się pseudonimami, które można przypisać imionom/nazwom postaci bądź też słowom z języka elfów, natomiast słowo "elfy" jest słowem... polskim i dla anglojęzycznego czytelnika może być niezrozumiałe. Czy nie należałoby w nawiasie obok "elfy" umieścić tłumaczenia tego pseudonimu na angielski (tj. "elves")?

Słowo wstępne od Redakcji (Editorial) zostało napisane ciekawie i zachęca do dalszej lektury pisma tak jak i przejrzysty i ładnie ujęty graficznie spis treści na stronie kolejnej.

Przejdę więc teraz do omawiania kolejnych esejów składających się na "Aiglosa".

"The Polish history of The Lord of the Rings: three translations, many editions" autorstwa Tadeusza Andrzeja Olszańskiego "Halbarada Dunadana"

Tekst ten jest poświęcony w zasadzie kolejnym tłumaczeniom "Władcy Pierścieni" i związanym z tym perypetiom jednak choć zawiera wartościowe informacje na temat okoliczności wydawania kolejnych tłumaczeń/wydań to... esej ten nie przypadł mi do gustu. Powiem nawet więcej i otwarcie. Po prostu mi się nie podoba, a to ze względu na zawartą w nim zbyt dużą dawkę negatywizmu i krytykanctwa wszystkich niemal tłumaczy i wydawnictw.

"The Polish history..." opisuje okoliczności towarzyszące przedstawieniu książek Tolkiena polskiemu czytelnikowi w późnych latach 50-ych i jest bez wątpienia cenny jako źródło informacji choćby na temat postaci prof. Przemysława Mroczkowskiego. Na podkreślenie zasługuje wzmianka o Arpadzie Goenczu - tłumaczu węgierskiego wydania "Władcy Pierścieni" i późniejszym pierwszym niekomunistycznym prezydencie tego kraju. Następnie tekst jest poświęcony omówieniu kolejnych tłumaczy i wydawnictw związanych z osobą Tolkiena a działających w Polsce, wyszczególniając olbrzymią ilość związanych z tymi zagadnieniami detali. Co jest godne podziwu i zauważenia.

Jednakże w eseju tym znalazło się wiele wyrażeń i stwierdzeń jak również zabiegów, które nie wzbudziły mego aplauzu i aprobaty.

Na stronie szóstej czytamy na przykład: "thanks to this The Lord of the Rings found its way to many Polish intelectuals (...)", co jest niewątpliwie prawdą jednak od razu nasunęło mi się pytanie "a co z NIE-intelektualistami?" Czy oni nie są ważni? "Polish intellectuals" wracają nota bene kilka stron dalej pod koniec tekstu. Czy to aż tak istotne? Z tego, co wiem to żaden naród nie składa się z intelektualistów...

Przecież sukces Tolkiena i całego gatunku fantasy polega właśnie na tym, iż przemawia ona do wszystkich. Nie tylko do intelektualistów.

Kolejną rzeczą w tym eseju, która bardzo mi się nie podoba jest kreowanie, (a raczej podtrzymywanie) negatywnego wizerunku Polski i Polaków. Bo i po cóż pisać o tym jak książki znikały z bibliotek bo były... kradzione? To naprawdę powód do dumy? O takich rzeczach się milczy poza granicami Kraju.

Następna sprawa wiąże się z widoczną wręcz walką autora omawianego eseju z tłumaczeniem Skibniewskiej. Na jakiej podstawie nazywa On tłumaczenie Pani Marii "archaic" pisząc o jego języku?

Jestem osobą wciąż młodą - dwudziestoparoletnią - i nigdy tak tego nie odbierałem. Język Skibniewskiej był dla mnie zawsze czymś pięknym i niedoścignionym wzorem dla kolejnych tłumaczy. Jest on po prostu przykładem pięknej polszczyzny. Niestety Andrzej Olszański stara się usilnie pokazać, co u Skibniewskiej jest źle, nawet jeśli są to rzeczy tak marginalne jak Gryf (obecnie "Cienistogrzywy"), "osławiona" Dolina Dimrilla (w nowym tłumaczeniu "Ciemnego strumienia"), nazwy własne czy wreszcie wierszowany lament Galadrieli w języku elfów, który nie został zamieszczony w pierwszym wydaniu. Los ten spotkał także dodatki D i E. Podobny los spotyka pozostałych tłumaczy, a więc Łozińskiego (który o dziwo zdobywa sobie nawet jedną pochwałę) i Frąców jak również kolejne wydawnictwa. Szczególnie zszokowały i dotknęły mnie słowa na temat wydanie Władcy z początku lat 90-ych. Było to moje pierwsze spotkanie z Tolkienem i bardzo dobrze wspominam broszurowe wydanie wydawnictwa "CiA books/SVARO", które też zbiera cięgi niemal tak wielkie jak sama Pani Skibniewska. Przecież to właśnie to wydanie odegrało niebagatelną rolę w popularyzacji Tolkiena w Polsce. Trochę aplauzu uzyskuje jedynie Marek Gumkowski i Jego tłumaczenie wiersza o Pierścieniach. To niewiele, prawda? Zwłaszcza wobec nawały błędów wytykanych przez Tadeusza Olszańskiego kolejnym tłumaczom i wydawnictwom.

Jednak moim zdaniem w szarej Polsce doby lat 60-ych już samo ukazanie się dzieła Tolkiena zasługiwało na uwagę i tego Andrzej Olszański nie uwypukla w sposób wystarczający, co bardzo mnie dziwi. A przecież tłumaczenie Skibniewskiej poza kilkoma błędami natury kosmetycznej jest w zgodnej opinii wielu osób wspaniałe. Tekst za słabo skupia się także na pokazaniu i uwypukleniu tego, czym był komunizm w Polsce lat 60-ych, do czego jeszcze wrócę omawiając ostatni fragment tego eseju.

Kolejną sprawą, na którą chciałbym zwrócić uwagę jest układ przypisy pod tekstem - tekst właściwy w tym eseju. Otóż przypisów jest... zwyczajnie za dużo! Odciąga to uwagę od głównego tekstu, często też przypisy koncentrują się na nieistotnych niuansach językowych takich jak przypis nr 15 na stronie 7 czy też przypis nr 31 na stronie 13. Przypisy to naprawdę kiepskie miejsce na dyskusje i dygresje lingwistyczne. Zwłaszcza skomplikowane i odciągające uwagę od tekstu głównego. Na marginesie uwag lingwistycznych dziwi mnie, iż nie odnotowano tak prostej rzeczy jak fakt, że Polacy w większości czytają "th" jako "t". Czyli angielski "Orthanc" jest wymawiany jako "Ortank". (sprawę wymowy "c" jako "k" pomijam jako oczywistą).

Kilka jeszcze chwil chciałbym poświęcić na część tego eseju zatytułowaną "The Lord of the Rings and comunism".

Dziwi mnie, że nie ma wyraźnie zarysowanego faktu, CZYM był ten ustrój w Polsce.

I nie chodzi mi o nudny wykład historyczny, a o uwypuklenie pewnych zjawisk związanych chociażby z cenzurą, ograniczeniem wolności osobistej, niemożnością wyjazdów zagranicznych dla osób nie uprzywilejowanych. Tak więc krótko mówiąc chodzi mi o pokazanie CZYTELNIKOWI ZAGRANICZNEMU, a w większości anglojęzycznemu, jakim krajem była Polska w chwili dokonywania przekładu przez Skibniewską i poprzez pryzmat tego przekładu ukazanie, jakim fenomenem był Tolkien...

Tymczasem tekst ten tego nie robi. A jeśli nawet to bardzo delikatnie i w zawoalowanej formie gdzieś w gąszczu przypisów czy też w jednym ze zdań...

I dlatego właśnie esej ten mnie zawiódł. Bo z jego lektury odniosłem wrażenie, że Polska sprzed 1989 roku była niemal normalnym krajem, z niewielkimi jedynie ograniczeniami, ot, jakaś tam cenzura. A przecież tekst ten miał być przeznaczony dla osób, które o polskim fandomie i samej Polsce niewiele wiedzą... a przy okazji Tolkiena i kłopotów z wydaniem "Władcy Pierścieni" mogliby czegoś o naszym kraju się dowiedzieć...

Esej kończy się opisem polskich wydań książek okołotolkienowskich (ze swej strony smuci mnie nie wystarczające podkreślenie roli Pana Tadeusza Zyska, bez którego to nie mielibyśmy przekładów książek Shippeya) i ciekawym dodatkiem traktującym o osobach związanych z tłumaczeniami książek Tolkiena.

Tekst w mej opinii jest niezły, podaje dużo szczegółowych informacji, choć jednocześnie jak określa to David Gemmell "too wordy". To, co w nim najważniejsze jest obudowane zbyt dużą ilością słów. Znaczenie i sedno giną w tej powodzi.

Przechodzimy dalej.

"Polish Tolkien Fandom" autorstwa Anny Dąbrowskiej "Nilcamiel"

Ten tekst powinien był otwierać ten fanzin.

Jest bardzo "mocny", co widoczne jest już od samego początku lektury. Wręcz wciąga do czytania i to z siłą lotnych piasków. Wprowadza w nastrój, pokazuje Polskę i polskie środowisko fantastów zainteresowanych Tolkienem.

Już pierwsze zdania kreślą w sposób intensywny i sugestywny obraz Polski z czasów tłumaczenia Skibniewskiej (a więc to, czego w poprzednim eseju zabrakło) właściwie pokazując nasz Kraj jako ówczesnego satelitę ZSRR.

Krótko zostało ujęte wszystko, co jest najważniejsze dla obcokrajowca.

Na uwagę i podkreślenie zasługuje fantastyczna, literacka i przede wszystkim ŻYWA angielszczyzna będąca kolejnym plusem pisania Nilcamiel.

Anna Dąbrowska sprytnie podchodzi do kwestii powiązań Polski z Wielką Brytanią poprzez popularność Tolkiena, odnajdując cechy wspólne. Zamyka całą kwestię podobnie jak uprzednie nakreślenie sytuacji geopolitycznej Polski w kilku zdaniach.

Lecz jakże celnych i dobrze dobranych.

Następnie Nilcamiel przechodzi do krótkiego omówienia tłumaczeń książek okołotolkienowskich, opisuje historię Fandomu od samego jego zarania do czasów obecnych, wydawane przez niego fanziny, nakreśla pokrótce sylwetki ilustratorów, którzy poświęcili się rysowaniu Tolkiena a także porusza kilka innych kwestii, których tu nie zdradzę.

Podsumowując ten tekst Anny Dąbrowskiej nie znajduję dość słów by oddać swój zachwyt. Świetny warsztat pisarski, świetna angielszczyzna, ciekawy dobór tematów (a zadanie miała wszak trudne gdyż opisanie historii jakiejkolwiek organizacji nigdy nie jest proste, a już zwłaszcza tyczy się to opisania jej w sposób przystępny i ciekawy) i przede wszystkim ich przedstawienie.

Od starego do nowego. Od książek w tłumaczeniu Skibniewskiej, powstania Fandomu i wszechobecnej cenzury poprzedniego systemu poprzez przemiany, aż do czasów obecnych, a więc stron internetowych i grup dyskusyjnych. To wszystko i więcej znajdziemy w tym tekście.

Anna Dąbrowska "Nilcamiel" zabiera nas w fascynującą podróż w czasie i co najważniejsze:

NIE NUDZI.

Teraz widzę, że warto było kupić "Aiglosa". Oby więcej takich tekstów...potężnych jak trąby Eonwego i wszechogarniających niczym wzrok Manwego na Taniquetilu.

Kolejny tekst zbliża się wielkimi krokami, ale teraz poprzeczka dla niego będzie ustawiona dużo wyższej.

Za sprawą Nilcamiel.

"The Kalevala and Tolkien, Tolkien and the Kalevala" autorstwa Karoliny Stopy-Olszańskiej "Melinir"

Przeczytanie Kalevali zawsze zostawiałem sobie na termin bliżej nieokreślony, a gdy myślę o Finlandii bynajmniej nie przychodzi mi na myśl Loennrot, jej autor, lecz... Saku Koivu - najlepszy strzelec fińskiej reprezentacji hokejowej (która nigdy niczego nie wygra, ale i tak jej kibicuję).

Z tym większym zainteresowaniem przeczytałem ten esej.

Już na samym początku dowiadujemy się, iż język fiński był dla Tolkiena swoistym wstępem do świata opisanego w wiele lat później w "Silmarillionie". Pierwsza część tekstu opisuje i w jasny sposób pokazuje wpływ języka ludzi z kraju o wdzięcznej nazwie Suomi (ten właśnie wyraz znaczący "Finlandia" po fińsku mają na swych koszulkach hokeiści tego kraju) na wymyślone przez Tolkiena języki elfów.

Następnie Melinir skupia się na analizie samej Kalevali, a więc jej metrum, części składowych, a także perypetiach samego Loennrota prowadzących do powstania zbioru.

Należy także zwrócić uwagę na dobrze dobrane tak pod względem ilości jak i treści przypisy. Ich ilość utrzymuje się na przyzwoitym poziomie, nie dominując nad treścią tekstu głównego, co należy policzyć na plus Autorki.

Ciekawymi - dla każdej osoby zainteresowanej zagadnieniami filologicznymi - będą także rozważania nad słowem "runa" płynnie przechodzące w analizę wpływu pieśni-słowa jak również zaklęcia-słowa i ich mocy twórczej. Dla przypomnienia podobną sytuację co w Kalevali zaobserwujemy w "Silmarillionie".

Melinir poddaje także ciekawej analizie walkę na pieśni pomiędzy Sauronem a Finrodem Felagundem bardzo trafnie i słusznie wychwytując, czemu Finrod nie mógł wyjść z tego pojedynku zwycięsko.

Wielkie brawa za to należą się Autorce, jednakże aż prosiłoby się o rozwinięcie tego tematu w samym tekście głównym gdyż wyprowadzenie całego wywodu znajduje się w przypisie.

Następnie esej traktuje o Sampo (kojarzącym mi się znów z pewną firmą z kraju Nokii i Saku Koivu), jednakże uważam, iż w tym miejscu autorka przesadziła z dobrymi chęciami.

Otóż prezentuje nam zbyt wiele opinii przeróżnych badaczy na temat, czym było Sampo. W mej opinii wystarczyłaby połowa tych znawców i ich zdań gdyż w efekcie stajemy się świadkami maratonu cytatów autorstwa wielu ludzi, którzy usilnie starają się podać nam, czym Sampo mogło a czym nie mogło być.

Tekst traci przez to na wyrazistości i czytelności w omawianym miejscu.

Kolejnym etapem eseju Melinir jest trafne powiązanie Sampo z Silmarilem, przy czym (choć tu na dużo mniejszą skalę) uwidacznia się to ta sama sytuacja, z którą mamy do czynienia powyżej. Zostaje nam zaprezentowane po raz kolejny zbyt wiele wersji i referencji do kolejnych wersji tego z czego w istocie były wykonane Silmarilem co także zmniejsza czytelność przekazu Melinir.

Pragnę jednakże podkreślić, iż wszystko co wymieniam powyżej nie jest w jakikolwiek sposób ani też nie powinno być traktowane jako wada tego tekstu. Jedynie nieco narusza jego przejrzystość i czytelność.

Mam tylko jedno "ale" do samej treści pracy Melinir. Otóż na str. 49 Autorka pisze, iż elfowie [zamieszkujący u ujścia Sirionu pod koniec III Ery] nie chcieli oddać synom Feanora Silmarila będącego w ich posiadaniu gdyż "przynosił im szczęście", co jest oczywistą nieprawdą. Elfowie ci jedynie TAK UWAŻALI, a Silmarila nie chcieli oddać synom Feanora także z powodu nieobecności Earendila, którego uważali za swego wodza.

Ostatnia część eseju Melinir traktuje o podobieństwach pomiędzy Kullervo z Kalevali, a tolkienowskim Turinem Turambarem.

Muszę powiedzieć, iż czyta się tę część z prawdziwą przyjemnością i jest ona godnym podsumowaniem całego tekstu.

Esej na temat Kalevali autorstwa Karoliny Stopy-Olszańskiej jest dobrym i solidnym wprowadzeniem do analizy Kalevali, mogącym zaciekawić i skłonić do przemyśleń.

Być może przeczytam Kalevalę wcześniej niż sądziłem.

W każdym bądź razie Saku Koivu zyskał u mnie towarzystwo w postaci Loennrota. Ciekawe tylko czy Loennrot grał w hokeja...

I jeszcze nim skończę i rozpocznę recenzować tekst kolejny chciałbym nadmienić, iż nazwy "Pohjola" i imię własne "Louhi" występujące w Kalevali, a znajdujące się w tym eseju pojawiają się także... w "Conanie z Aquiloni" de Campa i Cartera (dwaj najlepsi kontynuatorzy Howarda).

"Tolkien and Nature" autorstwa Anny Adamczyk "Nifrodel"

Siła spokoju. Tak w prostych słowach można określić esej Nifrodel poświęcony roli Natury w życiu Tolkiena.

Już od pierwszych linijek na uwagę zasługują poetyckie środki wyrazu. Nifrodel roztacza przed nami piękno Natury Śródziemia w liściu, szumie rzeki, powiewie wiatru. Ukazuje nam życie Natury poprzez głębię podświadomości i z niej wypływającą.

Bardzo dobrym spostrzeżeniem Autorki jest fakt, iż Tolkien nie potrafił jednocześnie chodzić i mówić. Brawo! Niewielu to wie.

Następnie esej skupia się na opisie miłości Tolkiena do drzew, zaś na stronie 60 znajdujemy bardzo dobre odniesienie do Konferencji w Rio de Janeiro. Bardzo mi się ten zabieg podoba zwłaszcza ze względu na to, kim jestem - na mój zawód.

Luthien w lesie i Edith w lesie - zespolenie tańca z Naturą i wśród Niej - oto co znajdziemy dalej w tekście.

Jednakże na stronie 62 nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem Nifrodel, iż wraz z odejściem elfów magia lasu zniknie. Skąd taki pomysł? Przecież Drzewiec będzie żył w Czwartej Erze.

Następnie esej prezentuje nam motyw drzewa jako ożywionej Natury w dziełach Tolkiena, będący zarazem symbolem schronienia jak i odnowienia monarchii.

Znalazło się także miejsce na opis podejścia i stosunku Tolkiena do zmian cywilizacyjnych wyrażony w zależności pomiędzy szczęśliwym dzieciństwem w Sarehole a traumatycznym pobytem w Birmingham. Tu moja drobna uwaga. Ja nie nazwałbym Sarumana "scientist" bo to nowoczesny termin, a Saruman choć był kalką postaci nowoczesnej w Śródziemiu to nadal pozostawał Istarim. Po prostu mi to określenie "scientist" nie odpowiada. Może się czepiam.

W dalszej części eseju Nifrodel skupia się nad rolą gór w twórczości Tolkiena. Nie mogę się w tym miejscu zgodzić z Autorką, gdy pisze, iż Noldorowie kochali wzgórza/góry (Himring), doliny górskie (Rivendell i Gondolin). Były to przecież miejsca w których schronili się wobec siły Nieprzyjaciela (Maedhros na Himringu, Turgon na wezwanie Ulma w Gondolinie) i choć z czasem je z całą pewnością pokochali to nie mogę się w tym miejscu zgodzić z Nifrodel.

Następnie Nifrodel wysnuwa słuszny wniosek łącząc trawiaste pola Kentu z Rohanem.

Potem następuje omówienie punktów charakterystycznych w Anglii, które odwiedził Tolkien takich jak okolice rzeki Cherwell (pierwowzór Wiji), Wzgórze Białego Konia czy Kuźnia Waylanda (swoją drogą jako ciekawostkę podam tutaj, iż David Gemmell z tej nazwy ?wykuł? imię jednego ze swych najbardziej znanych bohaterów - Waylandera) i ich wpływu na twórczość Mistrza.

Następnie esej zmienia nieco kierunek omawiając Naturę od strony duchowej, a więc opisując Ją od strony poszczególnych Valarów, a także w błyskotliwej analizie wyjaśniając pochodzenie zła jak również związki Natury i zła z Dziećmi Iluvatara (a więc rola Upadku w nie-koegzystencji ludzi z Naturą). Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż Nifrodel podaje nam informację o pochodzeniu Gór Mglistych. To gwoli opisania dodatkowych smaczków. Wracając do ludzi, ich Upadku i braku koegzystencji z Naturą to brakuje mi w tym miejscu tekstu Nifrodel odwołania do tych spośród ludzi, którzy... znakomicie z Naturą koegzystowali.

Mam tu na myśli Drugów i Beorna.

A teraz drobna dygresja.

Na stronie 74 znajduje się pewne przeinaczenie faktu związane z interpretacją cytatu Eomera o Galadrieli. Nie można jednoznacznie powiedzieć, że to Eomer ma uprzedzenia. Moim zdaniem jest on raczej ich nośnikiem.

W tym też miejscu na przykładzie postaci Eomera Nifrodel zaprzepaściła pokazanie "biegu Eomera ku tolerancji" (jeśli już chciała sobie założyć, iż Eomer ma uprzedzenia).

Jak dobrze wszyscy wiemy Eomer ma pod koniec "Władcy Pierścieni" jak najlepsze zdanie o Galadrieli. Wielka szkoda, że Nifrodel nie rozwinęła tego w ten sposób w przypisie.

Pozwolę sobie powiedzieć, iż dużo lepszym niż Eomer przykładem człowieka, który posiada uprzedzenia jest Boromir, jednak jak wszyscy wiemy polski fandom kocha tę postać i jest ona poza krytyką... a szkoda.

Tyle dygresji (mojej) o Eomerze i jego wypowiedzi, lecz doprawdy zdumiewa mnie brak zrozumienia i jednoczesne powierzchowne traktowanie tej postaci przez Tolkienistów połączone z doszukiwaniem się "trzeciego (n-ego) dna" u Boromira.

Po omówieniu Noldorów, ludzi, Valarów i ich relacji z Naturą Nifrodel przechodzi do krasnoludów i ich związków z Przyrodą. W tym miejscu wypada się zastanowić czy jest tak jak chce tego autorka, a więc czy Naugrimmowie mają neutralne podejście do Przyrody... Pozwolę sobie powiedzieć nie. Przecież krasnoludowie prowadzą górnictwo tak chciwie, iż docierają z Morii aż pod Karadhras...

W międzyczasie i na zakończenie cały czas przewija się przez ten tekst tzw. Filozofia Gai co zasługuje na wielkie brawa i oklaski.

Wypada mi teraz podsumować tekst Nifrodel.

Gdyby mi się nie podobał to powinienem podrzeć mój dyplom.

Tekst jest spokojny, jest silny tą właśnie siłą spokoju i wszechogarniającego piękna poezji ujętej w karby prozy, a całość wyrażona piękną angielszczyzną.

Esej ten jest spośród wszystkich dotychczasowych najlepszy...

...ale nie lepszy od kolejnego autorstwa Kasiopei.

"Reflections on Good in Tolkien's Legendarium" autorstwa Katarzyny Kariny Chmiel "Kasiopei"

"It is commonly held that Good is boring" - to słowa otwierające esej Kasiopei. Ktoś złośliwy mógłby w tym momencie dodać: "wiem już, czemu lubi Boromira".

Już na samym wstępie Autorka prezentuje nam ciekawą i trafną analizę zmian poczynionych przez Petera Jacksona w filmowej adaptacji książki Tolkiena na przykładach postaci Faramira i Aragorna. Wielkie brawa!

Całość tekstu jest napisana i ujęta w stylu, który z braku lepszego określenia nazwałbym "noble style of English". Mam tu na myśli wyniosłość, która nie razi.

Kasiopea broni pozytywnych wartości "Władcy" w sposób prosty i bardzo zarazem skuteczny. Opisuje nam mianowicie... preferencje czytelników, a to przecież one są tym co czyni pisarza prawdziwie wielkim.Jak gdyby na złość krytykom z lat 50-ych ludzie chcieli czytać powieść Tolkiena. Dziwne, prawda? A może wcale nie.

Następnie Autorka definiuje, czym jest Dobro poprzez Jego ponadczasowość, zawarte w wartości (w tym i Miłość) dochodząc do Boga-Stwórcy odrzucając także koncepcję Boga jako kreatora zła. Ujęcie takie jest możliwe dzięki zwróceniu uwagi na cechę wolnego wyboru kreacji Iluvatara.

Już po pierwszych akapitach należy zaznaczyć, iż tekst jest wręcz przesycony emocjami. Nie muszę nadmieniać, iż niezmiernie mi się to podoba.

W toku dalszej lektury na stronie 84 odniosłem wrażenie jakoby Kasiopea zapominała, iż Eonwe nie miał prawa rozgrzeszyć innego Majara (tu: Saurona). Jednak jest to mało znaczące potknięcie.

Bardzo dobrym zabiegiem Autorki jest NIE wgłębianie się w liczne niuanse kolejnych wersji dostępnych w "Historii Śródziemia" - błędu tego nie ustrzegło się wielu ludzi piszących do tej pory o Tolkienie czyniąc ze swych prac rozwlekłe maratony cytatów i zawiłych, niezrozumiałych (zapewne i dla samych autorów) nie prowadzących do niczego dywagacji...

Katarzyna Karina Chmiel nie popełnia tego błędu. W jasny i przystępny sposób analizuje koncepcję Ostatniej Bitwy i śmierci Morgotha poprzez pryzmat wolnej woli.

W dalszej części eseju Kasiopea przedstawia nam analizę upadków Morgotha i Saurona wysnuwając trafny wniosek co do ich przyczyny - a więc oceniania wszystkich własną miarą i braku empatii.

Bardzo interesujące są również rozważania na temat wyboru Dobra będącego w istocie ciągiem niewidocznych dla czytelnika wyborów. Dla przykładu przeanalizowana zostaje postawa Aragorna nie wywołującego wojny domowej w Gondorze w czasach, gdy był tam znany pod imieniem Thorongila.

Następnie czytamy o motywie poświęcenia, przy czym rażące jest dla mnie wciskanie przez Autorkę Boromira do modelu poświęcenia obok postaci Gandalfa.

Nie ten kaliber postaci Kasiopeo! Boromir to przy Gandalfie moralna płotka!

Zresztą nie tylko przy nim... odstaje od jakiejkolwiek członka Drużyny w aspekcie moralnym i całościowym oglądzie sytuacji... ale to już tylko moja dygresja...

Kolejnym analizowanym aspektem pracy Kasiopei jest upadek wyrażający się niemożnością akceptacji śmierci, a także wybór Dobra/zła a jego wpływ na wygląd zewnętrzny.

Na stronie 91 nareszcie dowiadujemy się... kto znajduje się na ilustracji "Aiglosa". Otóż jest to Maedhros. A przecież można było to wprost napisać...

Osobiście nie znam zbyt wielu ludzi uczących się Cytatów na pamięć... choć z drugiej strony pewne grono takich osób istnieje...

Na tej samej stronie znajduje się również bardzo ciekawy (właśnie!) cytat unaoczniający tragizm postaci Golluma (scena, gdy na Kirith Ungol żałuje on tego, co zrobił i jego wygląd się odmienia jednak nagłe wejście Sama niszczy wszystko) a także motyw światła jako emblematu Dobra.

Kolejnym aspektem Dobra, jaki zostaje poddany analizie i ocenie na kolejnych stronach eseju jest Litość na przykładzie Bilba i Froda. Nie będę się tutaj rozpisywał gdyż wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Ciekawym motywem podjętym przez Panią Chmiel jest powrót do Dobra. I tu będę polemizował. Gdyby omawiany tu akapit dotyczył twórczości Gemmella podpisałbym się pod nim obu rękoma (choćby za postacie Waylandera, Cadorasa i Durmasta z samego "Waylandera") natomiast nie dostrzegam u Tolkiena żadnego znaczącego powrotu do Dobra.

Raczej powiedziałbym, iż u Tolkiena od Dobra się odchodzi... i cóż z tego, że Kasiopea podaje przykłady skruch Saurona, Morgotha czy Golluma. Czy którykolwiek z nich wrócił do Dobra? Jak skończyli? Uważam, że w tym miejscu Autorka po prostu przekombinowała gdyż u Tolkiena mamy, co najwyżej CHĘĆ powrotu do Dobra. Jak już się od Niego odchodzi nie ma powrotu. Są, co najwyżej myśli o powrocie... a to za mało. O wiele za mało. Frodo czy Sam nie wiedzieli, co Gollum sobie myśli natomiast na własnej skórze doświadczyli efektów w jaskini Szeloby.

Na stronie 96 Kasiopea dokonuje jeszcze jednego dziwnego dla mnie porównania. Otóż porównuje winy Galadrieli z winami Feanora i jego synów. Znowu jest to dla mnie "porównywanie Boromira do Gandalfa", a więc mrówki do słonia.

Przecież winy Galadrieli sprowadzają się w zasadzie jedynie do odejścia z Amanu i figuratywnego nieposłuszeństwa wobec Valarów. Nie przypominam sobie by Galadriela brała udział w masakrze w Alqualonde. Gdzież tu porównywać Galadrielę do amoralnych w swej istocie postaci Feanora i jego synów? Gdzież tu porównywać przewiny, Galadrieli (którą nota bene Tolkien pod koniec życia oczyścił) do rzezi, cierpienia i masakr spowodowanych przez smoczą chorobę Feanora i jego synów? Zresztą Galadriela jak wszystkie dzieci Finarfina była kimś lepszego sortu od Feanora i jego dzieci. A świadczą o tym ich uczynki. I to pomimo braku tak rozległej wiedzy i nie posiadania aż takich umiejętności jak Kurufinwe... ...a może właśnie dzięki temu? Nie wiem.

Pod koniec tekstu Autorka spina go zgrabną "filmową" klamrą prezentując nam omówienie sceny, gdy Aragorn zabija Rzecznika Saurona i podsumowując całość jako "śmierć za obelgę", co wymownie świadczy o niezrozumieniu przez filmowców istoty dzieła Tolkiena.

Tekst Kasiopei jest bardzo dobry, wciągający i ciekawy, napisany żywym, przesyconym emocjami językiem. Całość jest bardzo sugestywnie odmalowana słowami, skłania do własnych przemyśleń i jednoczesnej zadumy nad istotą Dobra i zła.

Naprawdę zachęcam do lektury, bo... warto. I mam nadzieję, że udało mi się do tego faktu Was przekonać. Tekst najlepszy z dotychczasowych jak dotąd.

Zobaczymy teraz, czym nas uraczył Maedhros, a po tym eseju to będzie się musiał naprawdę postarać by zrobić na mnie wrażenie...

"The question of the "Round Arda": an abandoned idea, or another perspective on Tolkien's legendarium" autorstwa Michała Leśniewskiego "M.L."

Napoleon Bonaparte powiedział o swych sukcesach w 1814 roku: "odnalazłem moje buty z kampanii włoskiej".

Dobrze widzieć, iż Maedhros nadal nie ma problemu ze swymi z czasów Wojen Burskich.

Niczym film Alfreda H esej na temat okrągłej Ardy rozpoczyna się od trzęsienia ziemi a więc od rewelacji (dla tych, którzy nie czytali) z X tomu Historii Śródziemia takich jak pomysł Tolkiena dający Morgothowi u początków Ardy siłę większą od reszty Valarów razem wziętych czy też uczynienia Księżyca dziełem tego upadłego Ainura.

I nim jeszcze oszołomiony czytelnik otrząśnie się z tych nowości Autor zaczyna snuć przed nim niezwykle niebezpieczny, a zarazem celny wywód burzący uładzone lekturą "Silmarillionu" konwencje tolkienowskiego legendarium.

Otóż ni mniej ni więcej, lecz dowiadujemy się, iż w pewnej (ostatniej) fazie swych prac nad "Silmarillionem" Tolkien chciał uczynić Słońce i Księżyc tak samo starymi jak Ardę, samą zaś Ardę uczynić okrągłą.

Jak w takim razie pogodzić tę nową koncepcję z tą, z którą stykamy się w kompilacji autorstwa Christophera Tolkiena na naszej półce (Silmarillion)?

Jak pogodzić zetknięcie naukowego pragmatyzmu (okrągła Arda) z poezją rodem z pieśni (koncepcja Dwóch Drzew Valinoru)?

Moim zdaniem cieszmy się, iż Tolkien nie skończył pisać o okrągłej Ardzie i w skład jej cyklu można liczyć w zasadzie jedynie kilka mniej lub bardziej kompletnych szkiców i fragmentów.

Dobrze, iż Tolkien nie skończył, bo nie wiem czy chciałbym czytać taki "Silmarillion". Złośliwie mógłbym dodać, że brakowałoby w nim jeszcze tylko wstępu profesora matematyki, który za pomocą twierdzenia nr 31 (okrągła Arda) udowadniałby nieprawdziwość twierdzenia nr 18 (o Prostej Drodze Quendich, która w tym momencie traci rację bytu).

Czytajmy jednak esej Maedhrosa.

W dalszej części swego tekstu Michał Leśniewski pyta się o sens poszukiwania kanonu tolkienowskiego traktując "Silmarillion", jaki znamy jako po prostu zbiór pieśni i pięknych historii. Powołuje się tutaj na popularne mitologie (między innymi Parandowskiego), które są również jedynie wprowadzeniem do właściwych studiów nad światem przez siebie opisanym.

Można jednakże wysnuć wniosek - co Autor zręcznie zauważa i wplata w tok swych wywodów - iż nowa mitologia okrągłej Ardy jest (na szczęście) niedostatecznie rozwinięta by zastąpić tę, w której dominuje magia Dwóch Drzew Valinoru.

Następnie M.L. zadaje ważkie pytanie na temat potrzeby bądź też [jej] braku JAKIEGOKOLWIEK wyboru.

I za to należą się Panu Leśniewskiemu ogromne brawa gdyż ktoś inny na Jego miejscu pewnie rozważałby wszystkie możliwe wersje tonąc wraz z czytelnikiem w powodzi cytatów bądź też wybrał jedną i... znalazł się na pustyni wraz ze swym niekompletnym wyborem.

Jeszcze raz wielkie brawa za wybranie jedynej właściwej drogi. Tego peronu, którego być nie powinno, a jednak jest i jak się okazuje jeżdżą nim pociągi...

Myli się jednak ten, kto uważałby me słowa za hymn pochwalny, tekst zaś Maedhrosa za bezbłędny. Otóż na stronie 112 polemizowałbym z tezami Autora na temat znaczenia poprawionych przez Tolkiena zwrotów obecnych w "Hobbicie" z lat 60-ych.

I zamierzam poświęcić analizie tych dwóch zdań osobny tekst gdyż recenzja ta nie jest w mej opinii odpowiednim miejscem na me słowofilne rozważania nad kontekstami słowa "our".

Wracając do głównego nurtu recenzowanego eseju M.L. w spektakularny sposób odnajduje rozwiązanie problemu okrągłej Ardy.

Przedstawia się ono następująco:

Arda jest okrągła i to ludzie są winni temu, iż źle przetłumaczyli/przetransformowali tę część wiedzy, którą uzyskali od Eldarów na własny użytek

. Tak więc "Władca Pierścieni" i "Silmarillion" stają się... na powrót tym, czym były przed lekturą tego tekstu.

Po prostu poetyckim zapisem historii dawnej Ziemi zaś błędy są wynikami matactw i podszeptów Saurona, który stara się zwieść młodsze dzieci Iluvatara z właściwej drogi.

I tak trzymać. I tak mi się podoba. I tak lubię.

Kończąc więc wypada napisać podsumowanie.

Nie istnieje problem niekompatybilności nowej okrągłej Ardy. Jest ona tylko jedną więcej koncepcją, tradycją, punktem odniesienia, widzenia, odbioru tej samej historii przekazanej nam przez JRR Tolkiena. Każdy niech czyta jak chce...

Na (prawdziwe już tym razem) zakończenie wypada jeszcze wspomnieć o tym, iż przypisy są ciekawie i optymalnie dobrane, zredagowane i umieszczone. Nie zaciemniają odbioru tekstu i zawsze wyjaśniają napotkane w nim niejasności. Nie będę nawet pisał na temat angielszczyzny tego eseju gdyż jest ona na tak wysokim poziomie, iż właściwie należałoby sobie wytapetować poszczególnymi zwrotami i zdaniami pokój, zaś cytaty mogłyby służyć jako przykładowe zdania do zbiorów zadań i sprawdzania konstrukcji gramatycznych na poziomie Proficiency.

I wreszcie "last but not least" wypada tylko się cieszyć, iż Burowie przybyli Maedhrosowi z pomocą w walce z legwanami Morgotha w czasie Nirnaeth Arnoediad pracy nad anglojęzycznym Aiglosem...

Myślę, że nie muszę pisać ani słowa na temat tego czyj tekst podobał mi się jak dotąd najbardziej?

To było pytanie retoryczne. Esej Maedhrosa czytałem trzy razy z rzędu i to dopiero początek...

Świadomie przeskakuję teraz esej autorstwa Tadeusza Andrzeja Olszańskiego gdyż jego opisem chcę zakończyć pierwszą część recenzji anglojęzycznego Aiglosa.

"Tell me a story mum... or the child in the land of "The Lord of the Rings" autorstwa Zosi Staneckiej "Nasturcji Gamgee"

W dzisiejszych czasach doczekaliśmy się kobiet (między innymi autorka fantasy J V Jones), które piszą jak mężczyźni, a w zasadzie nawet bardziej "po męsku" niż większość płci brzydkiej.

Cieszmy się zatem, iż Zosia do nich nie należy. Bo nie ma nic lepszego, niż gdy kobieta pisze jak kobieta bez całych tych pseudointelektualnych, silących się na (kto to wie co?) Bóg wie co dywagacji o niczym.

Ten esej nie jest tak błyskotliwy jak esej Maedhrosa.
Ten esej nie jest tak spokojny jak esej Nifrodel.
Ten esej nie jest tak wypełniony informacjami jak esej Tadeusza Andrzeja Olszańskiego.
Ten esej nie jest tak potężny, jeśli chodzi o środki wyrazu jak esej Nilcamiel.
Ten esej nie jest tak wzniosły jak esej Kasiopei.
Ten esej nie jest tak skrupulatny i solidny jak esej Melinir.

A jednak wywarł na mnie wrażenie większe niż wszystkie powyższe.

Już na początku tekst zaskakuje.

Spodziewałem się, iż będzie to nudny tekst natury pedagogicznej na temat dzieci i ich odbioru powieści fantasy. Bogu dzięki nic z tych rzeczy!

Spodziewałem się, iż tekst ten będzie dotyczył recepcji książki Tolkiena przez dziecko Nasturcji Gamgee tymczasem ku memu niepomiernemu zdziwieniu esej ten jest właściwie retrospekcjami z lektury sprzed lat... samej Autorki!

Na podkreślenie zasługuje ładne, zgrabne i trafne przemycenie kawałka historii Polski już w początkowych zdaniach. Tekst pokazuje drogę książki, a więc sławny już fakt "rozmów książek ze sobą" (wg Moorcocka czytelnik moze tylko słuchać, ale to już tylko ciekawostka [moja]), radość z jej lektury.

Są to rzeczy proste, a jednak rzadko kto na nie wpada w lawinie nadętych esejów na coraz to bardziej udziwnione tematy z jakimi stykamy się w obecnych czasach...

Następnie Autorka prezentuje nam swe rozważania na temat baśni i ich recepcji przez dzieci, wysnuwając trafny wniosek, iż "zmiękczanie" baśni powoduje ich niszczenie, czyni przekaz miałkim...

Bardzo celnym spostrzeżeniem Zosi jest wskazanie na następujący fakt: dziecko nie musi wszystkiego rozumieć.

Wypadałoby jeszcze dopowiedzieć: dorośli też gdyż jednemu będzie odpowiadało przeżywanie bitwy o Pelennor, drugi zaś policzy szarże Eomera.

Dalej Autorka przedstawia nam koncepcję Śródziemia jako mitu na papierze porównując rolę opowiadającego/czytającego z rolą reżysera.

Nie napiszę tu nic więcej by nie niszczyć radości z lektury.

Pragnę po raz kolejny podkreślić, iż Zosia prezentuje nam być może nie "nowe" treści co opowiedziane w "nowy" sposób.

I to właśnie jest piękne i stawia dla mnie Jej tekst powyżej pozostałych gdyż nie treść, lecz sposób jest ważny, a czytanie pięknych rzeczy i rzeczy o pięknie nigdy nie nudzi...

...gdyż wygląd bohaterów w wyobraźni może ulec zmianie, lecz jak podaje Nasturcja "serce historii" pozostaje.

Nawiasem mówiąc Autorka przez cały tekst analizuje postać Golluma starając się pokazać jego tragedię i smutek jednak jak już pisałem nie to mnie w tym tekście ujęło. Analiz Golluma jest mnóstwo.

Najlepszym zakończeniem tego tekstu będzie cytat ze strony 138 pokazujący głębokie zrozumienie istoty odbioru książki/pieśni/eposu/baśni/opowieści a zarazem gigantyczną wręcz pokorę Autorki:

"In Rivendell the stories from Elder Days before the destruction of Beleriand were constantly told and sung. Even the halfling from the Shire dared to sing about Luthien and nobody had doubts as to what it was he sang about, although his rhymes did not always reflect the beauty and horror of the story. My mother "sang" to me about Frodo and Gollum the way she could. She could not avoid alterations and mistakes, and yet she managed to pass to me what was most important (...)." Podkreślenia w powyższym cytacie są mego autorstwa i zostały wprowadzone celowo by zaznaczyć to, co jest najistotniejszego w omawianym tekście.

Pozostaje mi więc tylko ocenić ten tekst i nie zamierzam tu pisać czegokolwiek będącego w swej istocie zderzeniem homilii z hymnem pochwalnym.

Jedno porównanie jedynie przychodzi mi na myśl a źródłem jego są "Rycerze mrocznej chwały" Davida Gemmella.

W świetle finałowej sceny aż się prosi by nazwać Zosię Stanecką "Nasturcję Gamgee"...

... Samildanachem polskiej Tolkienistyki!

Wybacz, Maedhrosie, ale dla Ciebie mam jedynie (choć może to jest "aż") rolę Cairbra...

Tak jak Cairbre masz wyższe umiejętności niż Samildanach, ale... to Samildanach olśniewa...

Zosia Stanecka "Nasturcja Gamgee" Samildanachem polskiej Tolkienistyki!

Powiedziałem więc wszystko, co miałem do powiedzenia na temat tego eseju i teraz czas zakończyć pierwszą część recenzji anglojęzycznego Aiglosa opisaniem drugiego tekstu Tadeusza Andrzeja Olszańskiego...

"Are Tolkien?s heroes cardboard?" autorstwa Tadeusza Andrzeja Olszańskiego "Halbarada Dunadana"

Celowo omawiam ten esej jako ostatni by spiąć pierwszą część mej recenzji klamrą opisów tekstów Halbarada Dunadana

Esej Tadeusza Olszańskiego podejmuje trudny i niewdzięczny dla każdego Tolkienisty temat odpierania zarzutów pod adresem tolkienowskiej hobbickiej epopei - "Władcy Pierścieni".

Na wstępie Autor dokonuje rozgraniczenia, iż będzie omawiać jedynie bohaterów najsłynniejszego dzieła Mistrza, przy czym pojawia się tutaj bardzo niezręczne zdanie dotyczące "Silmarillionu", a mianowicie:

"The Silmarillion is a set of mythological tales with no place for psychology of the characters". [podkreślenie moje] Przepraszam, czy ja dobrze czytam? Aż przeczytałem dwa razy to zdanie, bo nie mogłem uwierzyć.

Czyżby Autor recenzowanego przeze mnie eseju nie czytał o Dzieciach Hurina czy też o Synach Feanora?

Jednak już po chwili jest lepiej, gdy Tadeusz Olszański raźno prezentuje nam dalszy ciąg swego wywodu.

Dobre i zasługujące na wyróżnienie jest rozgraniczenie pomiędzy "czarno-białymi" a "papierowymi" postaciami.Andrzej Olszański stawia bardzo ciekawe pytanie o to, kto tu tak naprawdę jest papierowy: Bohaterowie czy też... może raczej czytelnicy?

Następnie kolejne argumenty prowadzą nas do trafnego wniosku, iż każdy czyta swoją własna książkę, a także do rozważań odnośnie podejścia czytelnika do fabuły, z którymi się całkowicie zgadzam. Ważne i zasługujące na podkreślenie jest zauważenie przez Halbarada Dunadana roli uprzedzeń czytelnika w recepcji książki.

Jeszcze lepszy jest wniosek, iż Tolkien pisał o czasach, gdy działało się i myślało według innych niż współcześnie wzorców.

Kolejnym dobrym spostrzeżeniem Autora jest fakt, iż bohaterowie są pokazani w czasie roku wojny, gdy nie ma czasu na wiele rzeczy i najważniejsze jest działanie, jednakże nie mogę się zgodzić z Panem Olszańskim, gdy pisze, iż we "Władcy Pierścieni" "nie ma jakichkolwiek/żadnych introspekcji". ("in this novel we do not have in fact ANY introspections"). [podkreślenie moje]

Polemizowałbym... a Gollum, a Frodo? To zdanie to błąd Autora.

Następnie Halbarad Dunadan wymienia i opisuje w kolejnych punktach bohaterów takich jak Frodo, Aragorn, Eowina, Faramir, Sam, Theoden, Gollum, Beregond czy Bilbo, którzy z całą pewnością nie są papierowi.

Dziwi w tym miejscu brak Boromira...

W dalszej części tekstu natykam się na kilka sformułowań i spostrzeżeń, z którymi nie mogę się zgodzić... takimi jak:

1. "Merry and Pippin are also not too complex (...) the two hobbits are quite superficial, one dimensional people".

Niestety widzę, że jednak tekst o Merrym będzie potrzebny...

2. "Boromir does not differ so much from Merry or Eomer - he is a simple archetypical warrior, flat, one dimensional".

Skoro zostali tam umieszczeni Eomer i Merry to równie dobrze mogliby tam wystąpić Aragorn i Gimli lub ktokolwiek inny. Nie muszę oczywiście dodawać, że to co zostało napisane o Eomerze, a jest ujęte w cytacie jest oczywistą nieprawdą.

Eomer NIE jest jednowymiarowy. Merry też NIE.

Następnie Halbarad Dunadan skupia się na pokazaniu nam epopei hobbickiej jako książki na temat wierności, przy czym na uwagę i pochwałę zasługuje tutaj świetny cytat "ze świnią", którego tu nie przytoczę gdyż nie chcę odbierać radości z czytania innym.

Tadeusz Olszański bardzo dobrze definiuje obraz zła w powieści Tolkiena trafnie zauważając, iż występuje ono na marginesie działań bohaterów - żadna spośród pozytywnych postaci nie odczuwa pokusy przejścia na złą stronę. Nawet Gandalf czy też Boromir mogliby być skuszeni przez Pierścień ze względu i za pośrednictwem swych cech pozytywnych.

W miarę dochodzenia do zakończenia esej staje się coraz bardziej emocjonalny, co mi się niezmiernie podoba.

Na uwagę zasługuje również bardzo dobre, podsumowujące całość zakończenie.

Esej ten jest dobry, omawia też podjęty temat w rzetelny - pomimo wychwyconych przeze mnie błędów - sposób.

Zachęcam wszystkich do jego lektury. To dobry tekst. Podoba mi się.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ - RECENZJI ESEJÓW

Recenzje napisał: Adam


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl