Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

O AIGLOSIE NR 4 - SŁÓW KILKA

(Dedykowane Strażnikowi, który został królem, co to zmienił się w Strażnika, który pozostał Strażnikiem. W ramach rekompensaty.)



Wstęp, czyli przygotowanie na to, co zaraz z pewnością nastapi

Pragnę od razu zaznaczyć, że niniejszy tekst nie będzie recenzją. Próbowałem, ale się nie udało. Nie będzie też żadnego rodzaju rozliczeniem, podsumowaniem, ani nawet obiektywnym opisem stanu rzeczy. Miałbym ochotę zatytułować go "garścią jak najbardziej osobistych i najzupełniej subiektywnych uwag", ale z godną podziwu uczciwością i poszanowaniem dla praw autorskich się od tego powstrzymam. Co nie zmienia faktu, że tekst ten tym właśnie będzie.

Pierwsze wrażenia nawróconego przeciwnika fanzinów, czyli o Aiglosie jako całości

Pierwsze wrażenie, czyli to, które pojawiło się w moim umyśle zaraz po przekartkowaniu omawianego fanzinu, było takie, że fanzin ów wydał mi się wart dogłębniejszego zbadania. Co może z lekka dziwić, jako że jedną z przyczyn, dla których zdecydowałem się na jego zakup, była chęć ostatecznego zamknięcia ust tym wszystkim, którzy posądzali mnie o bezczelne krytykowanie spraw, o których nie mam zielonego pojęcia. Przeżyją oni z pewnością chwilę całkowicie uprawnionej satysfakcji, widząc mnie odwołującego wszystkie swoje obrazoburcze tezy i ogólnie zachowującego się, jak na typowego neofitę przystało. I dobrze, gdyż sobie na to zasłużyli.

Gdy tylko odkryłem, że pismo wydaje się wcale nie być "typową broszurą przeznaczoną dla hermetycznych kręgów odbiorców", z radością zabrałem się za jego wnikliwą lekturę. Nie rozważałem wówczas przyczyn swego tak entuzjastycznego podejścia - ograniczając się wyłącznie do takowego podchodzenia - ale pisząc tekst na ten temat wypadałby się chyba pokusić o jakąś próbę racjonalnego wytłumaczenia takiego stanu rzeczy. Co też zaraz postaram się uczynić.

Zacznijmy od takiej banalnej (a jednak ważnej) kwestii, jak tematyka, "motyw przewodni" omawianego periodyku. Aiglos nr 4 poświęcony jest głównie znanej nam wszystkim ekranizacji Petera Jacksona, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich jej niuansów interpretacyjnych i rozbieżności z treścią czy przesłaniem książki. Może się to wydawać tematem dawno już przegadanym i w związku z tym całkowicie wyczerpanym. Faktycznie, o filmie dużo się mówiło, wiele słów padło zarówno ze strony bezkrytycznych piewców dzieła brodacza z Nowej Zelandii, jak i tolkienowskich ortodoksów, nie chcących nawet o nim słyszeć. Mimo to - a może właśnie dlatego - konieczne stało się podsumowanie tego, co zostało powiedziane, podjęcie próby zebrania wszelkich możliwych punktów widzenia i przedstawienia ich w jakiejś syntetycznej formie. Takie założenie z pewnością przyświecało Redakcji podczas przygotowywania tego numeru do publikacji - i, jako zadowolony czytelnik, mogę niniejszym powiedzieć, że w moim odczuciu cel ów został zrealizowany.

Kolejna cecha warta mojej cennej pochwały to dobrze przemyślana konstrukcja Aiglosa. Teksty wchodzące w jego skład nie są rozsiane po całym piśmie iście przypadkowo, wszystko ma swoje odgórnie narzucone miejsce w jednym z działów - miejsce, na którym posłusznie tkwi, wykazując tym samym prawdziwego ducha współpracy. A działy te, co trzeba wyraźnie zaznaczyć, tworzą prawdziwy przekrój przez to wszystko, czego tylko miłośnik Tolkiena mógłby zapragnąć - od artykułów i esejów dla poważnych (i mniej poważnych) Tolkienistów, poprzez wywiady, recenzje książek okołotolkienowskich, aż po części przeznaczone dla osób poszukujących tekstów "lżejszych" (albo po prostu chwili rozrywki), takich jak opowiadania fanowskie, wybory wierszy, zagadki, komiksy czy rozmówki quenejskie. Tak więc z całą pewnością nie będzie przesadą ani nadinterpretacją stwierdzenie, że każdy w Aiglosie coś dla siebie znajdzie, a dzięki uporządkowanej i logicznej formie owego periodyku - znajdzie szybko i bez kłopotu.

Kolejną kwestią, którą można zaliczyć w poczet "pierwszych wrażeń", jest szata graficzna omawianego almanachu. Wyjątkowo subiektywnie napiszę, że wizualny image Aiglosa przypadł mi do gustu już podczas samego oglądania okładek kolejnych numerów. Oparcie całej koncepcji graficznej na barwach czarno-białych i konsekwentna jej wierność (choć być może podyktowane względami oszczędnościowymi) sprawiają - przynajmniej na Autorze niniejszych rozważań - bardzo pozytywne wrażenie wyważonej elegancji. W numerze zawarte są prace naszych najlepszych polskich ilustratorów (obok słynnej Kasiopei wymienić by można choćby Andrzeja Grzechnika czy Karolinę Stopę - Olszańską), a nawet niemieckiej artystki Jenny Dolfen.

Wszystkie wymienione powyżej czynniki składają się na mój wielce entuzjastyczny stosunek do pisma będącego przedmiotem niniejszych rozważań. To właśnie ów stosunek uniemożliwił mi napisanie dla niego recenzji sensu stricte - ale, chwała Eru, udało mi się chociaż zwyciężyć nad sobą i nie ograniczyć rozdziału o pierwszych wrażeniach li tylko do pełnych zachwytu sloganów. Co nie było zadaniem łatwym, zaznaczam.

A zatem teraz, skoro mu już podołałem, przejdę od ogółu do szczegółu i zajmę się omówieniem zawartości poszczególnych działów Aiglosa, tych samych działów, o których tyle już tu padło ciepłych słów. Bo nie zasługują one bynajmniej na pochwały tylko ze względu na swoją tam obecność, ale przede wszystkim ze względu na swoją zawartość, nad którą zamierzam się zaraz pochylić z należną jej uwagą.

Artykuły i eseje, czyli sam szkielet omawianego periodyku

W numerze 4 Aiglosa znaleźć można imponującą liczbę dziesięciu artykułów tudzież esejów, z których aż osiem dotyczy różnych aspektów pewnego znajomego filmu. Ze względu na taką mnogość autorów poruszających tematykę owej jakże słynnej adaptacji dzieła równie słynnego oksfordskiego profesora, możemy się posilić o wytworzenie sobie własnej, zbliżonej do obiektywizmu opinii na jej temat. Jakkolwiek bowiem wiemy, że pozbawione tendencyjności spojrzenie na cokolwiek jest rzeczą praktycznie niemożliwą (szczególnie jeśli jest się członkiem fandomu), to jednak im więcej podejść do tematu zanalizujemy, tym bardziej się do wspomnianego obiektywizmu zbliżymy. Co jest czymś bardzo pożądanym w przypadku dzieł tak kontrowersyjnych jak "duży mały film" Petera Jacksona.

Cykl artykułów otwiera Garść jak najbardziej osobistych i najzupełniej subiektywnych uwag na temat filmuWładca Pierścieni Petera Jacksona autorstwa Michała Leśniewskiego, znanego także jako M.L, oraz, w innych kręgach, jako Maedhros. Artykuł - oprócz bycia osobistym i subiektywnym - porusza jednak wiele kwestii istotnych dla obiektywnego podsumowania pracy znanego nam wszystkim reżysera. Na przykład specyfiki Władcy Pierścieni i problemów, jakie są nie do uniknięcia podczas jej ekranizacji. Co z kolei prowadzi do pytania, czy adaptacja takiego dzieła jest w ogóle możliwa. Pytanie owo wydaje się nam w obecnej sytuacji skądinąd dziwnym, ale może warto się jednak zastanowić nad odpowiedzią. Czy bowiem krytykujemy dzieło PJ'a wyłącznie ze względu na sterty karygodnych zmian i przeinaczeń względem Orginału, czy też na dłuższą metę żadna ekranizacja Władcy nie ostałaby się kontrowersjom? Artykuł, śmiem stwierdzić, bardzo wiele wnosi do dyskusji o znajomym filmiku.

Wszystkim jego przeciwnikom mogę z czystym sumieniem polecić dwa kolejne artykuły, czyli Władca Pierścieni Petera Jacksona: duży mały film autorstwa Zofii Staneckiej oraz Jak Strażnik, który został królem, zmienił się w Strażnika, który pozostał Strażnikiem, która to rozprawa wyszła spod pióra znanej tłumaczki tolkienowskiej, Angnieszki Sylwanowicz. Z pewnością dostarczą one wszystkim krytykom filmu nowych argumentów, które stają się już pomału potrzebne, a to ze względu na zużywanie się tych starych. Jak pierwszy artykuł omawia film jako całość (kładąc szczególny nacisk na jego wady i niedociągnięcia, a nawet niekonsekwencje w sferze interpretacji pewnych kluczowych elementów fabuły, a co więcej - całości ekranizowanego Dzieła), tak drugi przedstawia wszelkie wymienione wyżej wady adaptacji w kontekście jednego z bohaterów - Aragorna, syna Arathorna. Poprzez porównanie obu jego wizerunków: książkowego i filmowego, autorka analizuje głębokie zmiany, których dopuszczono się na jednym z kluczowych bohaterów eposu. Wspomniany Aragorn jest jednakże tylko znacznikiem, pokazując nam pewien ogólny trend oraz kierunek, w którym Jackson zmieniał właściwie wszystkich tolkienowskich bohaterów.

Jeśli natomiast należycie do grona wielbicieli talentu i pionierskiej odwagi nowozelandzkiego reżysera, z pewnością zainteresują Was artykuły Anny 'Nifrodel' Adamczyk (Scenografia do trylogii Petera Jacksona) oraz Katarzyny 'Kasiopei' Chmiel - Dziesięć tysięcy kostiumów dla aktorów pod otwartym niebem, sześć tysięcy dla statystów w ich kamiennych pałacach. Omawiają one perfekcyjną i niemal tytaniczną pracę ekipy filmowej, mającą na celu przekazanie światu dzieła niezwykle - co trzeba przyznać - imponującego w sferze plastycznej. Oba artykuły świetnie się wzajemnie uzupełniają, jako że Nifrodel skupia się głównie na artystach tworzących szeroko rozumiane tło filmowe do Władcy Pierścieni, natomiast Kasiopea omawia pracę mało znanej Ngili Dickson, która przez te kilka ładnych lat wypruwała sobie żyły, coby aktorzy, dublerzy, kaskaderzy i statyści byli odpowiednio ubrani.

Godne polecenia są również artykuły Ziemowita Karłowicza i Jerzego Rzymowskiego. Omawiają one odpowiednio broń filmowego Śródziemia i podkład muzyczny, jaki mu zapewniono. W obu widać głębokie rozeznanie autorów w gestiach, które poruszają, i umiejętność ciekawego przekazania odbiorcom swojej wiedzy. No i nie wolno nam również pominąć artykułu znanego tolkienisty Tadeusza Olszańskiego, zatytułowanego Tolkien animowany. Jak łatwo się domyślić, dotyczy on wszystkich animowanych adaptacji dzieła oksfordskiego Profesora, które ujrzały światło dzienne jeszcze przed głośną ekranizacją Petera Jacksona. Co dziwne, pomimo cęgów, które od dawna już zbierają na swoje nobliwe plecy (oj tak, sporo im się oberwało przez te wszystkie lata), w wielu aspektach okazują się lepsze od filmu, przed którym masy śpiewają hymny pochwalne. Co tylko pokazuje, jak głęboką estyma cieszą się we współczesnym społeczeństwie efekty specjalne.

Jednak nawet numer filmowy nie mógł się w dziedzinie artykułów ograniczyć li tylko do tej tematyki. Dlatego znajdziemy w nim również kolejną (ostatnią już) część Chronologii Śródziemia i Nieśmiertelnych Krajów Łukasza Zarzyckiego oraz niezmiernie ciekawy artykuł Ty Rosenthal o seksie i libidzie w twórczości Tolkiena - z pewnością zdziwią się wszyscy wyznawcy błędnej (a oklepanej) teorii o kompletnym braku erotycznej siły w dziełach oksfordskiego profesora. Tudzież wyznawcy równie błędnej (a niestety niemal równie oklepanej) hipotezy, że Sam i Frodo z pewnością byli gejami - no bo przecież inaczej być nie mogło... Dodatkowo można się dowiedzieć paru nowych rzeczy o postępowaniu elfów w kwestii seksu - informacje zaczerpnięte są z przesławnego HoME, a zatem nie wszystkim wiadome. Dodam, że mowa tu o Laws and Customs of the Eldar. I tyle dodam.

Cała reszta, czyli Aiglos jako róg twórczej obfitości

Po przeczytaniu tej sterty jakże interesujących artykułów będziecie mieli zapewne ochotę na chwilę wytchnienia. Jednak nawet wówczas nie radziłbym odkładać trzymanego periodyku. Coś dla zmęczonych umysłów także się w nim znajdzie - wystarczy choćby wspomnieć genialny fanfik humorystyczny autorstwa Mouse. Bardzo on ujął autora tych rozważań... które i tak są już zbyt długie, żeby móc sobie pozwolić na rozpisanie się o wspaniałości tego dzieła. Dlatego powiem tylko tyle, że świat dzieli się odtąd dla mnie na tych, którzy już je przeczytali i na tych, którzy dopiero to zrobią - choćbym miał chodzić za nimi po ulicy lub wsuwać im broszurki do skrzynek pocztowych.

Aby ochłonąć trochę ze śmiechu po przeczytaniu tego przejawu oczywistego geniuszu humorystycznego, radziłbym pochylić się z uwagą nad pięknymi wierszami autorstwa Nifrodel, Avari, Elanor i Berena Mablosta, który to z niewiadomych (ale chwalebnych) przyczyn stworzył limeryk w języku elfów. Warto także przeczytać relację z rozmowy Redakcji Aiglosa z ojcem Joachimem Badenim, który jest - uwaga - wieloletnim fanem Tolkiena i Władcy Pierścieni. Ze szczególnym uwzględnieniem Lorien.

Ponadto mamy jeszcze rozmówki polsko - quenejskie opracowane przez Dominikę Kurek oraz wybór światowych wydarzeń tolkienowskich, które nastąpiły / następują / mają nastąpić (przekrój prawie jak w Zwierciadle Galadrieli). No i nie wolno zapomnieć o nadzwyczaj ciekawych recenzjach, które są właśnie takie, jakie recenzje być powinny: czyli intrygują.

Zakończenie, czyli próba wyjaśnienia, o co w tym wszystkim, do licha, chodziło

Podsumowując te mętne wywody pragnę raz jeszcze podkreślić sens ich pisania oraz cel, jaki mi przyświecał podczas tej jakże żmudnej pracy. Jestem neofitą, więc wad nie wymieniam - zwyczajnie ich nie widzę, co (być może) jest swego rodzaju skazą charakteru. Popracuje nad tym. Ale przy innym materiale. Miałem tu mianowicie na celu pokazać wszystkim zainteresowanym, jak bardzo się myliłem. Aiglos nie jest zbiorem nudnawych, hermetycznych tekstów. Biję czołem i upraszam wybaczenia, mając nieśmiałą nadzieję, że praca owa będzie dla Redakcji wystarczającym zadościuczynieniem. Jeśli nie, gotów jestem napisać drugą. A nawet trzecią.

Kolejnym celem (nieco mniej ważnym od tego pierwszego, co z bólem przyznaję) było zachęcenie wszystkich do zapoznania się z omówionym tu Aiglosem nieco bliżej. Jest on całkowicie wart swojej ceny, widać też zaangażowanie wszystkich jego autorów i prawdziwego ducha współpracy. Całość pisma jest dopracowana i dopięta na metaforyczny ostatni guzik. Doprawdy nie wiem, co Wy tu jeszcze robicie, zamiast iść poszukać strony z zamówieniami.

Napisał: X


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl