Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

REFLEKSJA O KRONIKACH NARNIJSKICH I PIERWSZEJ CZĘŚCI ICH EKRANIZACJI

(Dedykowane wszystkim tym, którzy namolnie wiercili mi dziurę w brzuchu o jakiś tekst. Się zdenerwowałem, i napisałem. Cobyście mi w końcu spokój dali.)

"Podstawową cechą mitu jest to, że
nie ma on stanowić jakiejkolwiek
alegorii dla jego twórcy, a jednocześnie
powinien nasuwać nieodparte alegorie
czytelnikowi"
- C.S. Lewis

Tak właśnie o micie pisał autor "Kronik narnijskich" do swego przyjaciela, zaraz po przeczytaniu napisanego przez niego poematu "O Berenie i Luthien". Nie można się nie zgodzić z taką definicją - ani z zasadnością jej odniesienia do twórczości J.R.R. Tolkiena. Lewis był jednym z pierwszych owej twórczości odbiorców, i nigdy nawet nie próbował kryć swojego wielkiego nad nią zachwytu. Poruszała go szczególnie wspomniana w liście wielopłaszczyznowość, uniwersalność, głębie znaczeniowe - wszystko niemożliwe do konkretnego wskazania na poziomie fabuły, a jednocześnie przenikające całe legendarium. Sam Lewis również porywał się na tworzenie tzw. "literatury z przesłaniem" - najszerzej znanym, choć nie najbardziej spektakularnym jej przejawem są właśnie "Kroniki narnijskie".

Droga Lewisa do przesiąkniętej chrześcijaństwem Narni była długa i ciernista. Bądź co bądź, jak to zauważył Ch. Derrick: "jeśli ktoś wychowuje się w Belfaście w samym środku protestancko - patriotycznej paranoi, a potem otrzymuje swą pierwszą formację we wspaniałej szkole oksfordskiej, to łaska boska ma piekielnie twardy orzech do zgryzienia!". Derrick się nie mylił - łasce boskiej z pewnością łatwo w tym wypadku nie było. Lewis w swej karierze deklarował to jeden, to drugi religijny światopogląd (od ateizmu, przez agnostycyzm, a na teiźmie odrzucającym założenia chrześcijaństwa skończywszy), lecz wciąż był równie daleki od apologetycznej wiary, do której w końcu doszedł. Historia owego nawrócenia jest z pewnością większości tolkienistów dobrze znana, a tekst ów nie od tego, by się nad nią jakoś szczególnie rozwodzić. Dość, że Lewis - z niemałą pomocą Tolkiena, Dysona, lektury Chestertona i rozmyślań nad istotą mitu - uwierzył w końcu głęboko i żarliwie. Ba, więcej nawet, stał się jednym z najszerzej znanych chrześcijańskich publicystów swoich czasów. Napisał bardzo wiele książek z teologicznym przesłaniem - jak na przykład zadedykowane Tolkienowi "Listy starego diabła do młodego" - ale dla wielu pierwszym literackim skojarzeniem z jego nazwiskiem nieodmiennie pozostaje: "Narnia".

W sumie szkoda, gdyż Lewis nigdy nie krył, że ta akurat seria kierowana jest głównie do najmłodszych odbiorców - zadedykował ją swojej córce chrzestnej, a całą książkę przenika duch dydaktyzmu, dla starszych czytelników często po prostu irytujący. Tak czy inaczej, piękno opowieści i przesłania wywindowały "Lwa, czarownicę i starą szafę" (pierwszą opublikowana część cyklu, chociaż drugą pod względem chronologii wydarzeń) na szczyty popularności, na której zresztą Lewisowi nigdy nie zbywało. Tolkien nie był tym medialnym szumem szczególnie zachwycony, podobnie jak nie był zachwycony samą Narnią. Entuzjazmował się w prywatnych rozmowach, posuwając się nawet do tak kategorycznych stwierdzeń, jak: "To do niczego!". Gdy pierwsza złość już mu minęła (po piętnastu latach), wypowiadał się już spokojniej, choć równie stanowczo. W jednym ze swych listów pisał, że to smutne, iż "Narnia i cała ta część dzieła C.S.L. pozostaje poza zasięgiem jego zrozumienia". Czy przyczyną była jedynie zazdrość o popularność przyjaciela, czy też może kryło się za tym coś więcej?

Krytyka Tolkiena opierała się merytorycznie głównie na tym, że uważał narnijskie książki Lewisa za stanowczo zbyt proste, zbyt jednoznaczne w prezentowanych przesłaniach. Brakowało mu w nich tych głębszych płaszczyzn, których trzeba by się było dopiero doszukiwać. Wszystko tam było w końcu na samym wierzchu, a Tolkien (jako osoba przeciwna jakiejkolwiek alegorii, a szczególnie alegorii religijnej) z pewnością nie mógł znieść, gdy podawało mu się ją jak na tacy, i to jeszcze w dodatku głośno ryczącą. Poza tym, jego zdaniem, lewisowski misz-masz wielu elementów, często pochodzących ze skrajnie różnych źródeł (na przykład funkcjonowanie w ramach jednej mitologii fauna i św. Mikołaja), stanowczo nie był dobrym literackim rozwiązaniem i bardziej zaszkodził wykreowanemu przez niego światu niż go wzbogacił. Postrzegał to jako brak logiki i konsekwencji, co z kolei pociągało za sobą niewiarygodność świata przedstawionego. Oczywiście, w odbiorze przez dorosłego czytelnika. Z pewnością miał "Kroniki narnijskie" za całkiem dobrą lekturę dla dzieci (świadczy o tym choćby wzmianka z artykułu napisanego na podstawie książki "The Narnian: The Life and Imagination of C.S. Lewis" Alana Jacobsa, jakoby podarował jej egzemplarze swoim wnukom).

*

Moje własne literackie spotkanie z tąże kontrowersyjną pozycją nastąpiło w wieku uważam bardzo odpowiednim, to jest gdym miał lat dwanaście. Nie mogę powiedzieć, by książka mi się nie spodobała. Ba, stwierdzę nawet, że wywarła dość pozytywne wrażenie, chociaż gdybym napisał, że byłem nią wielce zachwycony - byłoby to już stanowczą przesadą. W każdym bądź razie - nawet jeśli nie udało jej się dokazać trudnej sztuki wprawienia mnie w ślepy zachwyt - uważam ją za bardzo dobrą lekturę dla najmłodszych. Jest to piękna, poruszająca opowieść z przesłaniem, czyli taka książka, w które dzisiejsza literatura dziecięca niestety zbytnio nie obfituje. Dwunastolatka w końcu (o ile pamiętam) nazbyt jasna alegoria i wszechogarniający duch dydaktyzmu niezbyt irytowały. Dwunastolatek skupił się na wątku fabularnym, i był nim, przyznam, całkiem usatysfakcjonowany.

Niestety jednak - gdy dwudziestokilkulatek chciał wrócić do kart tej książki przed udaniem się na jej ekranizację, zbytnia dosłowność przesłania i łopatologiczne często moralizatorstwo stanowczo stanęły mu na przeszkodzie. Jak bowiem dziecko mogło tych wad nie dostrzegać i skupiać się na pięknie opowiadanej historii, tak człowiek dorosły ambitnie wolałby jednak, by czytana lektura czyniła z niego podmiot - stanowiła mianowicie podłoże osobistych refleksji, rozważań i dociekań - a nie tylko przedmiot nauk autora. I z tego właśnie powodu nie mogę powiedzieć, że "Kroniki narnijskie" należą do moich ulubionych lektur. I nie piszę tego w celu zaszokowania kogokolwiek taką jakże niepopularną opinią. Raczej chciałbym być wobec Was uczciwy i nie udawać, że jest inaczej niż w sposób widoczny jest. Cóż, tak bywa. Wielbiciele Lewisa zawsze mogą uznać, że książki te leżą poza zasięgiem mojego zrozumienia. Jedyne, co mnie wówczas pocieszy, to fakt, że nie tylko mojego. Jeśli i Tolkien nie mógł ich ogarnąć - znaczy, że nie jest ze mną jeszcze tak źle...

*

Pierwsze wrażenie po wyjściu z filmu "Lew, czarownica i stara szafa", zrealizowanego w oparciu o książki C.S. Lewisa, było takie, że jest to dobra adaptacja. Obraz Adamsona jest wybitnie wręcz wierny literackiemu pierwowzorowi, co stanowi jego niewątpliwą zaletę - jako ekranizacji. Przekazuje dokładnie te same wrażenia, bodźce, atmosferę, co literatura będąca jego podstawą. Przemawia do tychże samych grup odbiorców, jest równie piękny w sferze wizualnej i fabularnej, równie alegoryczny i identycznie przesycony duchem dydaktyzmu. Wszystko na miejscu i jak trzeba. Niewątpliwe pochwały należą się amerykańskiemu reżyserowi, który potrafił wydobyć z książki wszystko to, co stanowiło jej istotę, i oddać to w widowiskowym kinematograficznym seansie, z którego aż nie chce się wychodzić - z powrotem do tumultu współczesności.

Inspiracje Adamsona (Peter Jackson) są widoczne, ale nie narzucają się zbyt nachalnie. Daje się zaobserwować, że aspiracją twórców było widowisko na równie wielką, szeroko zakrojoną skalę, co Władca Pierścieni. Niestety - czy to na skutek odmiennego materiału, krótszego i prostszego w sferze znaczeniowej, czy to gorszego opanowania techniki efektów specjalnych - aspiracja owa nie została zrealizowana. Narnia stanowi wprawdzie lepszą adaptację, ale z pewnością gorszy film. Sfera wizualna - świetne kreacje aktorskie, piękne, plastyczne oddanie świata - robi należyte wrażenie. Fabularna niestety mniejsze. Głębi nie odnotowałem. Przy czym należy zaznaczyć, że absolutnie nie jest to winą reżysera, który z powierzonego sobie zadania (przeniesienia Lewisa na srebrny ekran) wywiązał się moim zdaniem najlepiej, jak tylko było można. Przyczyna leży gdzie indziej - w innym, płytszym materiale. I gorszych specach od efektów komputerowych, no ale to już inna bajka.

Jednak nie zmienia to faktu, że film generalnie zły nie jest, i z pewnością stanowi dobrą okazję do wspólnego rodzinnego wyjścia - najlepiej z dziećmi. Zbyt jasne przesłanie nie będzie ich razić - jak i mnie nie raziło w pięknym wieku lat dwunastu - a prezentowana opowieść z pewnością im się spodoba; może film ten przełamie nawet wszechobecny ostatnio trend twierdzący, że dla dzieci najlepiej nadają się przygłupie kreskówki z koparkami w rolach głównych. Czas chyba wrócić do pięknej, klasycznej literatury dziecięcej, której Narnia jest wybitnie dobrym przykładem. I omawiana ekranizacja, która zapowiada się być kolejnym kinowym superhitem, może w tym tylko pomóc.

*

Podsumowując prawdopodobnie znowu okażę swoją polityczną i tolkienowską niepoprawność. No, ale już trudno, przeżyjecie, odwrócicie z zakłopotaniem wzrok, a potem pójdziecie się w końcu zająć czymś sensownym. Otóż nie postrzegam Narni (ani jej ekranizacji) jako dzieł na szczególnie wysokim poziomie. Są to dobre książki, dobre opowieści dla dzieci, ale niestety cały medialny szum, próbujący z nich robić wielkie metaforyczne arcydzieła - uważam za stanowczo przesadzony. Przesłanie i głębia, o których ostatnio tak głośno, nie wykraczają niestety ponad to, co widoczne na pierwszy rzut oka, i nie da się - jak w przypadku naprawdę *wielkich* pisarzy - odkrywać coraz to nowych płaszczyzn odbioru przy każdym kolejnym zagłębianiu się w wykreowaną przez nich rzeczywistość. No, ale nie każdy musi wznosić się na wyżyny.

Napisał: X


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl