Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

KAKTUSILLION

Poniższa historia stanowi próbę parodystycznego zmierzenia się z zagadnieniem, które frapuje Czytelników "Władcy Pierścieni" już od samego zarania dziejów (a w każdym razie od samego zarania "Władcy Pierścieni"):
"Cóż tam, panie, było dalej?
Numenorejcyki trzymały się mocno?
"
Jako dwoje natchnionych pseudofilozofów nie gwarantujemy jednak żadnej jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie.

Faramira Żonatego Przypadki, czyli jak to wszystko się zaczęło...

Tak hucznego weseliska naprawdę nie widziano w Gondorze od czasów wesela króla Aragorna z przepiękną elfią księżniczką Arweną (czyli od dwóch miesięcy - postronni mówili, że wielkie zwycięstwo zaszkodziło troszkę Gondorczykom i innym członkom Koalicji, ale zostawmy te sądy bez komantarza). Patrząc na młodą parę każdy dumał sobie o tym jakież to szczęście spotkało tych dwojga - zdawali się wprost stworzeni dla siebie. Faramir też tak myślał. Ba, był tego bardziej pewny niż własnego życia! Do czasu, kiedy następnego dnia jego piękna, cudowna i łagodna żona, obecnie księżna Ithilien, Biała Księżniczka Rohanu - Eowina, przejęła całkowitą kontrolę nad jego domem i nad nim samym.
Czymże były potyczki z wojskami Mordoru? Czym wieczne krycie się w kolczastym poszyciu lasu, które niszczyło wszystkie ubrania z wielkich dostaw płynących nieprzerwanie z Minas Tirith? Czym? Niczym w porównaniu z wielkim zawodem jakiego doznał Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru. Jego małżonka nie chciała słuchać o wielkich falach nawiedzających w sennych marzeniach jej męża, nie chciała czcić pamięci zaginionego Numenoru... Nie, jej w głowie były tylko konie, roślinki i swoje własne zwycięstwo nad jakimś tam upiorem. W końcu Faramir zaczął unikać swego kochanego wcześniej Ithilien i wymykał się chyłkiem do Minas Tirith, gdzie żyła jedyna istota, która rozumiała dramat Wielkiej Fali... A wtedy dumali sobie spokojnie o jakiś Falach i pagórkach i statkach odpływających w dal.

Po jakimś czasie Faramir przerywa zadumę i w rytm kropel fontanny na dziedzińcu Minas Tirith jęczy płaczliwym głosem:
- A Eowina śmieje się z moich snów o fali! Twierdzi, że mógłbym znaleźć bardziej oryginalny temat do ciągłego wspominania, na przykład jej walkę z Nazgulem. Na co odpowiada mu Arwena:
- Och, ty biedny namiestniku mojego męża... Nie znam się z bardzo na śmiertelnikach - w końcu Elessar nie jest zwykłym śmiertelnikiem - wywodzi się w prostej (zaznaczmy, że Arwena nigdy nie była dobra z matematyki) linii od samego Elrosa, który przecież był półelfem. Tak wiec, jak wspominałam, nie znam się za bardzo na śmiertelnikach, ale zdaje się, że twoja żona nie docenia twojego daru widzenia tego co zginęło dawno temu. Ach, to w końcu dzikuska myśląca tylko o takich wielkich zwierzętach, zaraz jak one się nazywały... o! konie! zamiast o szlachetnych i starożytnych falach! A ty, Numenoryjczyk. Może spróbuj jej dla odmiany opowiedzieć o tym jak jej królowa i żona wspaniałego Elessara ratowała powiernika pierścienia przed Nazgulami. Wiesz, to było z mojej strony niesamowicie odważne...

Faramir z jękiem przerażenia zrywa się z fontanny zakłócając ciszę świętego miejsca i ucieka z wrzaskiem. Czy wszystkie kobiety Śródziemia muszą z kimś walczyć?! I skąd ta Arwena wytrzasnęła ratowanie tego przygłupawego nizołka?! Czy ona sądzi, że komedia niejakiego PJ była prawdą? Takie to rozważania na resztę wieczoru zaprzątały biednego Faramira, który nie śnił w nocy o Fali, ale o księżniczkach i królowych, które opowiadały mu o swoich dokonaniach - prawdziwych, bądź urojonych.


Natchniony Faramir dla Parodystów - ilustracja Aldy

Uśmiech Prosim.

Faramir - znany wszystkim, a sobie wcale nie na końcu, jako Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru, ostatniej placówki ludzi z Zachodu - przebiega z dzikim wrzaskiem przez cały wyżej wspomniany Gondor, ostatnią placówkę wyżej wspomnianych ludzi (którzy popatrują na niego zdziwieni, po czym - pewnie przyzwyczajeni już do temu podobnych atrakcji - wzruszają ramionami i wracają do pracy), i dobiega do Ithilien, które nie do końca jeszcze straciło swój urok. Ithilien jest krainą, w której tradycyjnie mieszają się wpływy - a ostatnio tych wpływów pojawiło się jakby więcej, niż to drzewiej bywało (co prostolinijny Kapitan wspomina z nostalgią). Do zarządu ds. ogólnego wizerunku prowincji - poza Złowrogim Cieniem i Dzielnym Kapitanem - doszła jeszcze Słomianogłowa dzika księżniczka, z północy. Wiewiórki tymczasem stwierdziły, że tego już za wiele, i wyniosły się do Amanu. Eowina, zwana także (ale tylko po cichu) Słomianogłową, stoi na dziedzińcu i z utęsknieniem czeka na swego ukochanego męża. Od niechcenia macha mieczem. W końcu dostrzega go na horyzoncie, i rusza mu na spotkanie...
- ZNOWU BYŁEŚ U TEJ ELFKI, TY SMĘTNY NUMENOREJCZYKU?!!! OCZYWIŚCIE, ROZUMIEM, UWAŻASZ, ŻE UROJONE ZAŁATWIENIE KILKU NAZGULI, KTÓRE PRZYŚNIŁO SIĘ TEJ ELFIEJ KARIEROWICZCE, TO AKT WIĘKSZEGO BOHATERSTWA, NIŻ WYKOŃCZENIE NA DOBRE SAMEGO ICH WODZA. JASNE, ZAWSZE TAK JEST!!! MOŻE MI POWIESZ, MĘSKA NUMENOREJSKA ŚWINIO, DLACZEGO NIE DOCENIASZ TEGO, CO MASZ, TYLKO CIĄGLE ZA CZYMŚ LATASZ, ZANIEDBUJĄC DOM I KOCHAJĄCĄ CIĘ RODZINĘ??!!!
Faramir, Kapitan Gondoru, otwiera usta...
- PYTAŁAM CIĘ O COŚ??? NIE PYTAŁAM. *JESZCZE* NIE...
Faramir, Kapitan Gondoru, z dzikim wrzaskiem odwraca się na pięcie, i pędzi z powrotem do Minas Tirith. Eowina żegna go czule:
- NO I NIBY CO TAKIEGO SZCZEGÓLNEGO JEST W TYCH BRUNETKACH???!!!

Ludzie z Zachodu stoją na swoim polu, i opierają się o grabie. Obok śmiga w pędzie ich ukochany Kapitan i Namiestnik, pozostawiając za sobą tylko opadający smętnie obłok kurzu.
1. Człowiek z Zachodu: Ty, a jak myślisz, właściwie dlaczego on tak codziennie?...
2. Człowiek z Zachodu: Ćwiczy kondycję, Angborze. To naprawdę wspaniały człowiek. Nie wszystkich w jego wieku stać by było na codzienną przebieżkę - gdyby więcej naszych zgniłych królów w podobny sposób hartowało ciało - zamiast siedzieć na swych stolicach i dumać o niebieskich migdałach - władalibyśmy dziś całym światem, nie tylko tą smętną Ostatnią Placówką. Nie, żebym narzekał.

Mission Impossible by Faramir

Zasapany i zdyszany dobiega wreszcie do wrót Minas Tirith, a z Ithilien wciąż dobiega go raźne pokrzykiwanie Słomianogłowej, na której łagodność i sprawnie udawany smutek dał się nabrać wiele lat temu. Ech, wtedy to człowiek był głupi, stwierdza mijając truchtem drugą bramę. To wszystko przez ten czarny cień Mordoru: na siłę chciałem znaleźć coś pięknego i dobrego i masz tu Faramirze placek. I to jeszcze taki z rodzynkami, bo nie lubię rodzynek. Wtem ktoś mu rzuca pod nogi rodzynki! Faramir na granicy wyczerpania psychicznego z wrzaskiem odskakuje i jak wiatr biegnie do pałacu, gdzie myśli zastać Arwenę.
Wpada na plac z jakąś śmieszną, drzewo-podobną roślinką (nie wie, po co Aragornowi ten ogródek. Kiedyś proponował mu na miejsce tego krzaczka wielką rzeźbę fali zatapiającej Numenor, ale Aragorn kazał mu spadać do swojego królestwa i tam stawiać fale. Co też Faramir z zapałem robił - fale miedziane i rzeźbione w marmurze. Fale w lesie i górach i wszystkie zatapiające Numenor! To chyba też nie bardzo podobało się Eowinie - nie miała gdzie sadzić ziółek).
A więc jak już wspomnieliśmy Faramir wpada na ten plac, a tam Arwena... i Aragorn. Ups, chyba wrócił właśnie z Umbaru...
Król poważnie spogląda na swego dyszącego ciężko Namiestnika i zagaduje z godnością:
- Co się stało Farmirze, że tak pędziłeś do Minas Tirith? Czyżby na moje spotkanie?
Aragorn chyba czegoś się domyśla, panikuje Farmir, a Arwena puszcza do niego oko znad setnej już flagi, którą haftuje. No nie, ta elfka to też ma wyczucie sytuacji zerowe!
- Aragornie... królu mój... Ja... - nagle dostaje olśnienia! - mój wywiad doniósł, że w Południowym Haradzie...
- Zaraz - Elessar przerywa lodowatym tonem. - Jaki TWÓJ wywiad?
- E no, właśnie, miałem powiedzieć, że...
- Czyżbyś robił coś za moimi plecami? - Aragorn staje się prawdziwym Uosobieniem Grozy Przywołującej na Myśl Wilgotne Lochy i Ciężkie Łańcuchy... no ale to nie ta bajka, prawda?
- Nie, to przez te rodzynki! ? zaprzecza gwałtownie Faramir. - Muszę przecież wiedzieć czy z Haradu nie sprowadzają do nas jakiś rodzynek! To moja życiowa misja, inaczej zaleje nas Fala z rodzynek i zginiemy jak Numenor...
- W porządku, mów dalej. Co z tymi rodzynkami?
- No więc mój wywiad doniósł, że Haradrimi szykują wielki przemyt rodzynek!
Kilkadziesiąt mumakilów! To może zrujnować naszą gospodarkę, mówię o rodzynkach z Lebennin.
- To w Lebennin są jakieś rodzynki? - wtrąca niewinnie Undomiel.
- Oczywiście, najdroższa, córko Elronda, wnuczko Złotowłosej Galadrieli, prawnuczko Elwingi... - tu Aragorn rozpływa się nad rodowodem szlachetnej swej małżonki, co trwa jakąś godzinę. Potem znów zwraca uwagę na Faramira, który opracował już szczegóły swojej genialnej intrygi.
- Tak więc uważam - kontynuuje, - iż koniecznym się stało aby wysłać do Haradu kogoś zaufanego, kogoś kto rozpędzi tą rodzynkową szajkę, kogoś...
- Och, Faramirze - dźwięcznie nuci Arwena (elfki zawsze nucą, jak chcą żeby jakaś wypowiedź przeszła do historii) - chyba wiem kto jest odpowiednim kandydatem - gdzieś na samym dnie jej oczy czai się kobieca złośliwość....
- Tak moja...? - tu znów następuje pełny rodowód.
- Nasz Namiestnik, Elessarze!
Aragorn marszczy brwi (bo Arwena nie dodała jego rodowodu, czego Elessar bardzo lubił słuchać). Rzuca spojrzenie na Faramira, na Arwenę i rozpromienia się (wybacza nawet żonie karygodne pominięcie milczeniem zasług jego przodków)
- Tak... Faramirze, otrzymujesz oto misję specjalną - rozpracować Haradrimską szajkę przemytników rodzynek!
Ku zaskoczeniu wszystkich Faramir rzuca się na kolana przed królewską parą łkając z radości. Jego pochlipywania łączą się w cichej symfonii z szumem fontanny i śpiewem roślinki.
- Och Elessarze! Jesteś najlepszym z królów! Dzięki ci dzięki! Ruszam natychmiast!!!!!!!

Ha, co na to powiesz Słomianogłowa?! Myśli sobie. A ty, Gwiazdo Wieczorna?! Może Haradrimki są lepsze od was i nie pokonują Nazguli. No i na pewno będą chciały słuchać o Wielkiej Fali, która kiedyś zatopiła starożytne i szlachetne Westernesse. A na pustyni jest jeszcze dużo miejsca, żeby stawiać pomniki Fali! Tylko te rodzynki, wzdycha w sercu... No, ale nie ma róży bez kolców...

The Harad Has You, Steward.

Faramir, kapitan i Namiestnik królestwa Gondoru, przereklamowanej Ostatniej Placówki przereklamowanych ludzi z przereklamowanego Zachodu, wyrusza z przereklamowanego Minas Tirith, coby z właściwą sobie (przereklamowaną) strategiczną finezją rozgromić złowrogi kordon, który w sposób zagrażający gondorskiej gospodarce przemyca rodzynki z Haradu do Shire. Kordon - zdziwicie się - wcale a wcale nie jest przereklamowany, i stanowi całkowicie obiektywne, do bólu realne zagrożenie tak dla gondorskiej (przereklamowanej) gospodarki, jak i dla całego demokra... konstytucyjnie zmonarchizowanego świata. Nikt o tym jeszcze nie wie... a już Faramir - ów kreatywny Kapitan, który go w chwili desperackiego natchnienia wymyślił - najmniej ze wszystkich. Pod pachą niesie zwinięty sztandar, wyhaftowany dla niego przez nadobną Gwiazdę Wieczorną, Arwenę Undomiel (która najwidoczniej na widok wyruszającego w pole bruneta nie potrafiła się powstrzymać). Krocząca u jego boku klacz Tsunami ugina się pod ciężarem całego tego prowiantu, który król kazał kucharzom przygotować specjalnie dla swego wysłannika. Faramir, ku rozczarowaniu pary królewskiej (zdziwilibyście się, co koronowane głowy potrafią z nudów wymyślić), nie rozwinął jeszcze sztandaru, ani nie zajrzał do troków. Dlatego właśnie kroczy ulicami miasta dziarsko i raźnie, uśmiecha się dzielnie do napotykanych niewiast (nie ma ich zbyt wiele - plotki szybko się rozchodzą), kiwa głową i stara się wyglądać w miarę dramatycznie. Tak sobie mu wychodzi - nie da się dwa razy nabrać całego miasta na ten sam numer z nieszczęśliwym, wszak wiernym aż do końca, terrorystą kamikadze. A już na pewno nie z tą bijącą od niego wewnętrzna radością. Ha - koniec z arystokratkami, które nie wiedzieć czego wiecznie się z niego śmieją albo zasypiają. Koniec. Znajdzie sobie jakąś prostą kobietę, i będzie siedział z nią w Haradzie, od czasu do czasu informując króla, że śledztwo w sprawie rodzynek jest w toku i ujawnia coraz to nowe tajemnice. Taak. I tak nikogo tam nie wyślą na kontrolę; kogo w sumie obchodzi Harad i ich rodzynki.

Granica. Faramir, Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru, ma pewne kłopoty. Nie przywykł do nowoczesności; nowoczesność zazwyczaj przemykała obok niego podczas:
- obowiązkowych ćwiczeń na dziedzińcu,
- obowiązkowych opowieści o mniej lub bardziej wyimaginowanych triumfach nad Nazgulami (opowieść o jego osobistym triumfie - tym nad Haradrimem, który zapewne wcale nie musiał ginąć - jakoś nie zrobiła takiej furory jak to, co miały do powiedzenia panie),
- czystej radości budowania fal zalewających jego królestwo (wprawdzie zawsze już następnego dnia taka fala leżała w gruzach, pokryta obscenicznymi napisami... ale grunt to konsekwencja, jak zawsze powtarzał Stary Namiestnik, a ufny z natury Faramir mu wierzył). Przy tylu sprawach na głowie dość łatwo było totalnie przeoczyć rzeczywistość współczesnej Ardy.
Kapitan i Namiestnik rozwija więc swój nowy sztandar (Wielka Fala zalewająca Kapitana i Namiestnika), i z dzikim okrzykiem bojowym ("Faraaamir z Gondoooruuu!!!!") - szturmuje budkę celnika. Ten przerywa przerwę na pączek, coby z zainteresowaniem śledzić, jak Faramir z Gondoru z pełnym impetem pakuje się na szlaban. Wzrusza ramionami - no cóż, różni się trafiają - i wychodzi sprawdzić, czy Faramir z Gondoru nie posiada alkoholu, papierosów, pism o treści rozwiązłej bądź lubieżnej albo rodzynek.

- Zaraz... masz tu dwa worki pełne rodzynek! Nie powiesz mi, że to wszystko są rodzynki na twój osobisty użytek. Nie ze mną te numery, koleś. Co chciałeś z nimi zrobić w Haradzie, hę?
- Wypraszam sobie. Mówisz do Faramira, Kapitana i Namiestnika Królestwa Gondoru, spieszącego z misją specjalną zleconą przez twojego własnego króla! I na drugi raz prosiłbym o odrobinę szacunku, jeśli to nie kłopot.
- Dobra, nie denerwuj się pan. Nie mamy tu specjalnego przejścia dla VIPów. To dość mała jednostka graniczna. A zezwolenie na transport rodzynek pan ma, Kapitanie i Namiestniku Królestwa Gondoru?
Faramir robi głupią minę.
- No wie pan - tłumaczy jak dziecku celnik - zezwolenie.
- No to zaraz je sobie wypiszę, jeśli masz się od tego poczuć lepiej - mówi nadąsany Namiestnik.
- Tak, tak... To nie mogłeś się tak przygotować wcześniej, Faramirze, Kapitanie i Namiestniku Królestwa Gondoru? Bo wiesz, nie mogę stać tu cały dzień i odnosić się do ciebie z szacunkiem. Faramirze, Kapitanie i Namiestniku Królestwa Gondoru. Dokładnie w tym samym czasie ktoś może dajmy na to szmuglować pisemka o treści rozwiązłej lub lubieżnej, a ja nie mam już nic do czytania. No, więc pospiesz się pan, załatwmy to jak należy i zajmijmy się swoją pracą...
Faramir wypisuje więc sobie zezwolenie na transport rodzynek - rodzynek! - zwija jak niepyszny swój nowy bojowy sztandar, i pokornie przekracza małą jednostkę graniczną. Jest już w Haradzie, ojczyźnie bambusa i małych pomarańczy bez pestek. No i Haradrimów, z którymi za młodu imprezował w lasach Ithilien... niejedną wiewiórkę się razem zjadło po bitwie... ciekawe, czy go jeszcze pamiętają.

W nocy realny złowrogi kordon szmuglujący realne rodzynki do Shire okrada Faramira, Kapitana i Namiestnika Gondoru, z jego rodzynek i jego pozwolenia na ich transport. Rano realny złowrogi kordon szmuglujący realne rodzynki do Shire jest już hen, daleko na północy.

Faramir tymczasem, z nosem na kwintę, postanawia jednak szukać tych Haradrimek. Ukradli mu rodzynki? No i co z tego? Na pewno znajdzie ich tu więcej, a poza tym przecież i tak nie lubi rodzynek. Żal tylko całego tego zachodu i wszystkich tych starań, coby je tu wwieźć ... no, ale...

Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru zapuszcza się zatem wgłąb wrogiego terytorium. W każdej chwili spodziewa się bandy dzikusów w spódniczkach z trawy wyskakującej na niego z krzaków. Mniej więcej tak zapamiętał Haradrimów, a, jak już wspominaliśmy, miał nieco kłopotów z nadążaniem za wydarzeniami na świecie...

Fala kontra Burza Piaskowa

Tsunami dzielnie niesie swojego (i tylko swojego; niech sobie mówią co chcą elfki i dzikuski z Rohanu, gondorska klacz i tak wie swoje) Namiestnika Gondoru przez rozpalone stepy Haradu. Nigdzie nie widać żywego ducha, natomiast nieregularne, łagodne wzniesienia terenu przypominają niewielkie fale...
- Ach ta rzeźba terenu! - zachwyca się Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru. - Cóż za niesamowite, ulotne piękno! Spójrz, Tsunami, czyż nie kojarzą ci się one z tą Wielką Falą która wiele lat temu zatopiła starożytne Westernesse...
- Nie - przerywa mu koń parsknięciem. - Ty masz chyba psychozę natręctw. Powinieneś się leczyć - proponuje, lecz Faramir zbyt przejęty swoim monologiem nie zwraca uwagi na jej rżenie.
- ...i tak właśnie zginął Numenor! - kończy z przesadnie dramatycznym gestem (omal nie spadając z siodła, ale takie szczegóły wypada ominąć, nieprawdaż?). Tsunami ziewa teatralnie.

W tej samej chwili, za pobliskim pagórkiem. - Szefie - wysoki Haradrim drapie się zakłopotany za uchem. - E, czy jesteś pewny że tego to trzeba ściągnąć i przesłuchać?
- Tuuuu?
- A bo tego... On gada do siebie. A to wiadoma oznaka szaleństwa i szaleńcy nie powinni być niebezpieczni.
- [wymowne milczenie]
- Chociaż nasz ostatni władca Sauron to był dopiero szaleniec! - mruczy pod nosem Podwładny.
Niestety jego szef miał bardzo duże uszy i Podwaładny padł zemdlony pod ciosem który spadł na niego z wysoka.

Kilka minut później (tyle, aby docucić Podwładnego, co wymagało tym razem więcej starań. W końcu pomogło wąchanie wielbłąda, który się tam przypałętał nie wiadomo czemu - chyba tak miał zapisane w scenariuszu. Dość, że się przydał). A więc te kilka minut później na Faramira napada horda wrzeszczących Haradrimów. Kapitan etc. rozwija swój własny sztandar z Wielką Falą i jak fala mknie zatopić niegodziwców, którzy nie okazali jej należnego szacunku. Przecież przed tą falą to na kolana trzeba by padać!
Wtedy jednak nagle okazuje się, że Haradrimowie to już nie tacy dzikusi jakich Faramir zapamiętał... Nauczyli się budować wały przeciwpowodziowe (umiejętność, której nigdy nie osiągnęli Numenorejczycy) i oto fala ucieka przerażona, a Faramir zostaje sam...
- Ups - spogląda na sztandar z którego uciekła Fala.
Szybko jednak odzyskuje pewność siebie:
- Witam was w imieniu Królestwa Gondoru, którego jestem wysłannikiem i...
W tym momencie podchodzi do niego Podwładny.
- Daj se spokój facet - mówi przytłumionym głosem. - Szkoda se tępić języka. I tak musisz się poddać procedurom, więc nie staraj się nawet wymigać. Co ja potem w protokole napiszę, co? Co ja w akta włożę? Powitanie, hę?
- Człowieku - zaczyna Faramir - chciałbym uprzedzić cię, że zwracasz się oto do Kapitana i Namiestnika Królestwa Gondoru...
W tym momencie Podwładny wyciąga spod skórzanej spódniczki formularz i długopis.
- Niech to mumakil trześnie - mruczy - Znów wypisany!
- ...skradziono mi rodzynki, które wiozłem w darze dla waszego wodza i ufam iż ktoś podejmie się dochodzenia w sprawie tak wielkiej zniewagi Kapitana...
- Humram! - wrzeszczy Podwałdny. - Długopis!
Żołnierz 1 biegnie za pagórek do Kwatery Głównej i przynosi nowy długopis - dla niepoznaki owinięty w skórę, bo przecież trzeba przed tymi zadufanymi w sobie i zacofanymi Gondorczykami udawać dzikusów, żeby się nie czepiali i dali się rozwijać cywilizacji.
- Imię? - pyta Podwładny przerywając Faramirowi w pół słowa.
- Imię - powtarza niecierpliwie szturchając oniemiałego ze zdumienia Faramira.
- Faramir - odpowiada po dłuższej chwili.
- I Tsunami - przedstawia się klacz, ale jak zwykle nikt nie zwraca na nią uwagi - mężczyźni!!
- Nazwisko?
- Co proszę?!
- Co, to tam u was w Gondorze nazwisk jeszcze nie ma?! - cmoka z niezadowoleniem Podwładny. - No no no, kto by się spodziewał, że cywilizacja tam tak bardzo w tyle... Napiszemy: Faramirski, może być co?
- NIE!
- No proszę nie utrudniać. Imię ojca? Imię matki? Miejsce urodzenia? Miejsce pobytu w pierwszych trzech latach życia?...Sześciu?...Dziesięciu? Obywatelstwo? Funkcja? Miejsce zamieszkania obecnego? Miejsce pobytu w tej chwili?

Po kilku godzinach. Faramir siedzi smętnie na ziemi i dyszy ociężale. Podwładny stoi nad nim wyprostowany jak struna i skrzętnie notuje. Pytania padają jak bicze.
- Przebyte choroby zakaźne?
- Zatrucie czarnym cieniem...
- Czy był pan na to wcześniej szczepiony?
- Co?! Szczepiony?! Na czarny cień nie ma szczepionki ty durny...
- Proszę nie krzyczeć, już jesteśmy w połowie.
Faramir pada zemdlony.

Pół godziny później.
- To na nic - jęczy Żołnierz 2. - Ciągle nic. Tylko facet gada o jakiejś fali, nawet nie wiadomo co to jest taka: "fala"
- Przyprowadźcie wielbłąda - Podwładny decyduje się na ostateczny krok...

-Aaaaaaaaaaaaaa! - Fararmir zrywa się z krzykiem. - Co tak smierdzi?!?!?!
- Wielbłąd - odpowiada Podwładny. - Z przykrością muszę stwierdzić, że wypełnienie protokołu musimy odłożyć na jakiś czas. Teraz oczekuje cię nasz dowódca.
- Jestem Kapitenem Gondoru, a nie jakimś "cię"!!! - Farmirowi puściły nerwy - zaraz sobie porozmawiam z waszym dowódcą!!!!!

Jego życzeniu staje się zadość. Przechodzą za drugi pagórek, do bardziej zamaskowanego centrum dowodzenia i Farmir staje przed dowódcą...
- C-co?
Patrzy bezradnie po zebranych.
- To jakiś żart, prawda?
- Artykuł 56, paragraf 123 Konstytucji z dnia 4 marca 5 roku czwartej ery Gondoru wyraźnie mówi, że dowódcą może zostać każdy...
- Każdy?! Każdy?! Mumakil też? Jak ja mam rozmawiać z Mumakilem?!?!?! Mam do niego trąbić czy jak?!?!
- Trochę szacunku, panie namiestnik - warczy Podwładny. br> - Ja tu przyjechałem rodzynki kupować! Ja chciałem znaleźć szczęście u Haradrimów! A znalazłem co? Mumakila! Mumakila, który ma tu być niby dowódcą! Mumakila to się je, a nie słucha...!
- Hmmm - szepcze do siebie Podwładny - Ten facet ma rację. Mumakile się powinno jadać, a nie...
Ale jak wspominaliśmy, jego dowódca miał baaardzo duże uszy...
Podwładny pada pod kolejnym ciosem ciężkiej nogi. Żołnierze 1 i 2 zaczynają go cucić - najprawdopodobniej znów będą musieli przyprowadzić wielbłąda, który jednak uznał, że jego rola już się skończyła i gdzieś odszedł.

Tsunami nie zważając na otaczający ją chaos podchodzi do Mumakila
- Czyżbym wreszcie znalazła na tym pustkowiu jakąś inteligentna osobę, panie? - zaczyna przymilnie.
- Pani, słyszeć twój głos to prawdziwa rozkosz po kilku miesiącach w towarzystwie tych nieokrzesanych typów - odpowiada Mumakil głębokim basem.
- Och, wiem coś o tym... Mój cały czas nawija o jakiejś wielkiej fali.
- A moi o jakiejś kopniętej burzy piaskowej...
- Psychoza natręctw - Tsunami kiwa głowa z ubolewaniem...

Czyli Co Te Mumakile Zrobiły Z Haradem...

Znany nam z poprzednich trzech części (w których chyba nieco się zbłaźnił; no ale co tam) Faramir, Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru, siedzi sobie na samym środku haradzkiej pustyni, trzymając się za głowę, jęcząc i szczegółowo informując rozpalony piasek o swoim szeroko rozumianym nieszczęściu. No co jak co, ale *to* już przechodzi wszelkie pojęcie! Przyjechał do Haradu w poszukiwaniu spokoju, pędów bambusa, małych pomarańczy bez pestek, i czystego soku z kaktusa popijanego w towarzystwie Haradrimek... które miały być nadobne, proste, niezbyt inteligentne i totalnie zachwycone jego osobą i jego falą (co zresztą na jedno wychodzi). Spódniczki z trawy też miały swoje miejsce w tych rozbuchanych fantazjach. Tymczasem skończył porzucony w jakimś strasznym miejscu, klacz opuściła go dla mumakila - mumakila! - a Haradrimowie wydostali z niego wszystko, co chcieli wiedzieć, a potem poszli sobie na jakiś swój festyn. Festyn! Nie no, świat się kończy. Że też zawsze wszystkie jego misje muszą się tak beznadziejnie kończyć...... Ha, i niby co robi nie tak? Przecież tak bardzo się stara...
- No to idziesz, czy siedzisz tu i użalasz się nad sobą?
Faramir unosi wzrok, i widzi nad sobą kogoś ubranego w kwiecistą koszulę, dwie rury na nogach, i wielkie złote koła w uszach, na rękach, nogach, i, z niewiadomych względów, w pępku. Zjawisko ma fryzurę, która nie wiedzieć czego kojarzy się Faramirowi ze ślepym gniewem Manwego i walącymi na oślep piorunami. Tym niemniej, wciąż pozostaje ona Haradrimką, która chce iść z nim na imprezę. To już jest jakiś początek. W każdym bądź razie z całą pewnością lepszy niż powolne konanie z upału, pod rozpalonym niebem, bez właściwie żadnej fali na rozpalonym horyzoncie (no cóż za beznadziejny klimat...).
A zatem Faramir, Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru, ostatniej placówki ludzi z Zachodu, wzrusza ramionami i wlecze się za przygodną towarzyszką. W duchu pomstuje równo na: brunetki, blondynki, elfki, klacze, małe jednostki graniczne, mumakile i rodzynki. Wszystko sprzymierzyło się przeciwko niemu...

Gondor, ostatnia placówka przereklamowanych ludzi z Zachodu. Cicha, ciemna, bezgwiezdna noc. Z krzaków dochodzi hukanie haradzkiego Oddziału Specjalnego, którego jedynym zadaniem jest udawanie cudzoziemskich sów w taki sposób, coby nie wzbudzić niczyich podejrzeń (najtrudniej jest nabrać cudzoziemskie sowy). Przez śpiące królestwo chyłkiem przemyka się kordon mumakili, uginających się pod ciężarem szmuglowanych do Shire rodzynek. Ludzie z Zachodu jeszcze go nie odkryli... pewno siedzą w swych wieżach, melancholijnie patrzą w gwiazdy i rozważają naturę swych przodków. To i lepiej.

- I wtedy ta wielka fala, o której już ci wspominałem.....
Haradrimka przewraca oczami - właśnie zdała sobie sprawę ze swego błędu i czekających ją teraz tragicznych konsekwencji.
- Więc mówisz, że nazywasz się Faramir? - desperacko próbuje zmienić temat.
- ...zalała piękny Numenore, o którym też już ci wspominałem...
- Po co właściwie przyjechałeś, e?
- ...a ostatni ludzie z Zachodu - wiesz, którzy, prawda? - przyjechali do Śródziemia i założyli...
- Eeee... Lubisz jazz?
- ...Królestwo Gondoru, swoją ostatnią placówkę. Ja jestem jego Namiestnikiem. To fajnie, nie?
- Świetnie. Jestem pod wrażeniem. A - patrzy na niego zalotnie spod rzęs - czy chciałbyś się może dowiedzieć czegoś o mnie?
- Nooo... nie zabiłaś żadnego Nazgula, prawda?

Północne grabieże wyżej wspomnianego Królestwa Gondoru. Haradzki kordon przemytniczy pożywa kolację.
- Tak właściwie to podejrzanie łatwo nam idzie, nie?
- Podaj rodzynkę.
- Bo wiecie, spodziewałbym się jakichś kłopotów. Sam nie wiem, dlaczego, ale wydawało mi się to naturalne.
- Jedyne potencjalne kłopoty można znaleźć na granicy. Ten czubek ma bzika na punkcie pisemek o treści rozwiązłej lub lubieżnej. Nie tak łatwo go spławić, gdy o to chodzi. Ale z zezwoleniem gwizdniętym temu frajerowi nie mógł się kłócić. Nalej z kaktusa.
- Nie ma tu kaktusów.
- No tak... no tak. Cóż za smętny, wyjałowiony kraj.
- A tak właściwie to po co szmuglujemy te rodzynki do Shire?
- Zadajesz głupie pytania, Dundee. Wszyscy wiedzą, dlaczego szmuglujemy rodzynki do Shire. Ale nie będziemy teraz o tym rozmawiać.
- Acha... No, to podaj rodzynkę. Całkiem miłe to szmuglowanie, prawda?

Faramir, Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru, patrzy z otwartymi ustami na rozpościerający się przed nim widok. Przy bambusowych stołach siedzi cała masa ubranych na szaro Haradrimów, a każdy z nich ma na szyi zawiązaną kokardkę z trawy. Widać ta nowa moda zastąpiła stare, dobre, spódniczki. Faramir kręci z niesmakiem głową. Faceci z kokardkami. A mało tego. Haradrimowie popijają dystyngowanie sok z kaktusa - znani Faramirowi Haradrimowie nigdy w życiu nie wiedzieliby, jak zrobić coś dystyngowanie. Nawet nie potrafiliby wymówić tego słowa - i z uwagą słuchają płomiennego przemówienia znajomego Mumakila. Nad wszystkim góruje monumentalny pomnik korvetty (która jest miejscowym bóstwem). Powiewają flagi. Dzieci biegają dookoła, zabawiając się rzucaniem zatrutymi strzałkami w słomiany posąg Numenorejczyka. Kobiety, zgromadzone dookoła ogniska, gorączkowo o czymś dyskutują, i co chwilę rzucają jakieś gniewnie brzmiące hasła w kierunku swoich mężczyzn. Haradrimka uśmiecha się do Faramira.
- Miło tu, prawda? - pyta.
Jeden ze starszych Haradrimów nagle zauważa naszych bohaterów. Rusza ku nim, już z daleka promieniejąc na widok gondorskiego kapitana.
- Czy to możliwe - woła - stary, dobry Faramir? Pamiętasz Ithilien? Pamiętasz? Ech, stare dobre czasy...
Kapitan patrzy oniemiały. Rozpoznaje w starcu kapitana jednostki, z którą toczył za czasów wojny o Pierścień długie, krwawe potyczki. Nie bardzo rozumie, co takiego radosnego jest w tym spotkaniu po latach - ale na wszelki wypadek się uśmiecha.
- Taak... Wtedy wszystko było prostsze... Szu! Bach! Kontakt personalny! To podstawa! Nie to, co tam dzisiaj ci młodzi wymyślają... Wiem, że Harad musi iść do przodu i odnajdywać się w nowej rzeczywistości, ale tak szczerze mówiąc - patrzy w dół i wzdycha ciężko - wolałbym, by wszystko zostało po staremu. I - konspiracyjnie puka się w bok nosa - nie jestem jedyny. O, nie, Kapitanie... właśnie dlatego Hasana cię tu sprowadziła. Musisz nam pomóc. Rozumiesz, o co chodzi... posłuchaj tylko tego Mumakila... poprzewracał w głowach przyzwoitym ludziom. Nowoczesność! Zimna wojna! Gospodarka! Pierdoły... Więc jak? POMOŻESZ?
Faramir słucha w oszołomieniu. Patrzy na przemawiającego Mumakila... obok stoi wpatrzona w niego Tsunami. Oczy Namiestnika zachodzą mgłą. Nagle nowy przywódca Haradu staje się dla niego uosobie... umumakilowieniem całego zła, które na niego ostatnio spadało.
-Dobra - mówi. - POMOGĘ.

Granica Shire. Hobbit wygląda z przyciemnionego okienka.
-A, to wy - mówi szeptem - Wchodźcie, tylko cicho.

Przemyt rządzi!!! Dziwnej historii Czwartej Ery część V

- Co się tak tłuczecie! - wrzeszczy szeptem jeden z małoludów. - Nie wiecie w tym waszym kopniętym Haradzie, co to znaczy być cicho?!
- Mumakile nie chcę się zmieścić! - stęka jeden z przemytników ciągnąc za uzdę olifanta. Na razie tylko jego głowa zdołała się wcisnąć w drzwi od norki. Albo raczej w dziurę, która kiedyś była ścianą i drzwiami.
- Jak to nie chcą się zmieścić? - zaintrygowany hobbit wystawia nos zza zakrętu korytarza...
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!! Fredziu!!!!!!!!! te debile nam kwaterę rozwalili!!!!!!!
Tup-tup. TUP. Oczom zdyszanych mężczyzn ukazuje się kolejny hobbit. Ale jaki hobbit! Dwa razy szerszy niż wyższy!!!
- Ojojoj - łapie się za głowę. - I po co oni te mumakile brali! Gdzie my je schowamy, żeby Gamgee nie zobaczył! Toż on nas z Shire wyleje za konszachty z przemytnikami!
- Już wiem, Fredziu! - krzyczy z kuchni Pippin. - Niech mumakile udają góry. Przykryjemy je trawą i będą wyglądały jak pagórki! Meeeeeeeeeeeeeeryyyyyyyyyyyyyyy!!! Idziemyyyyyyyy!!!

Kilka minut później.
- No mówię ci, że trawą! - Pippin podskakuje z podekscytowaniem.
- A powiedz mi, Pippinku, skąd ty tyle trawy weźmiesz. Bo to akurat dodatkowymi dziesięcioma górami nikt się tu u nas nie przejmie. Ale że trawy nie ma... Zaraz nam Sama na łeb sprowadzą, a wiesz, że to sztywniak jakich mało.
- Bo nie lubi rodzynek - wzdycha Pippin. - Pamiętasz jak narzekał przez całe wesele Aragorna, że do każdego ciasta dali rodzynki?
- Poprawka - zauważa Merry. - To ty mu podstawiałeś pod nos te ciasta z rodzynkami. Ale że on nic nie zmiarkował... Aż dziw jak ten Mordor przeszedł. No, ale z Nazgulem już by sobie nie dał rady!
- Ciiii! uważaj na szpiegów Róży! Ta kobieta ma bzika na punkcie odwagi swojego męża, choć sama niezbyt wie, o co wtedy szło.

W tej chwili zza mumakila podrywa się mroczna postać. Teatralnie zawija się z czarny płaszcz, zza czarnej maski błyszczą tylko oczy. Aż świecą w ciemności! No tak, wzdycha narrator. Kolejny uzależniony od "fajkowego" ziela...
Z diabolicznym chichotem fanatyczny szpieg Róży Gamgee rusza pędem ku Bag End, gdzie jego pani czeka na nowiny.

Tymczasem w tajnej, północnej części Wielkich Smajali.
- Gdzie dać te rodzynki? - dyszy Tuma dźwigający część worków.
Dziesiątki worków na jego głowie, pod pachami, w dłoniach. Kilka nawet trzyma w placach od stóp. No ale tak to jest jak w kraju panuje bezrobocie - trzeba się starać, bo setka innych czeka aby zająć twoje miejsce...
- Nie, nie tu! - syczy Fredegar Bolger wymachując rękami. - Na prawo. Na lewo mamy rodzynki z Lossarnach!
- Z Lossarnach? - dziwi się Ruman. - Przecież to...
- Gluty nie do przełknięcia -wtrąca Fredzio. - Ale widzisz, jesteśmy częścią Zjednoczonego Królestwa Arnoru i Gondoru, bardzo odległą i nieważną prowincją, a gdzieś muszą te swoje nędzne rodzynki sprzedawać. Ale nie ma źle... Wysyłamy do Forodwaith. Chłopcy nieźle płacą.
- Za te gluty? - stęka Tuma zrzucając cześć ładunku.
- E, u nich nic nie rośnie, to i nie wiedzą jakie rodzynki powinny być. A potrzebują, bo używają ich do polowania na takie wielkie szare coś z takimi białymi...
Twarze mężczyzn przybierają złowieszczy wyraz.
- Na MUMAKILE???
- Mumakile?! - drze się Fredziu. - No co wyście, do szkół nie chodzili?! Mumakile w Forodwaith?! Mumakile to tylko w tym waszym pokręconym Haradzie żyją!
- A...
- To co to te wielkie szare?
- Morsy - Fredzia ratuje Pippin. Tuż za nim wchodzi Merry z radosnym uśmiechem na twarzy.
- I co? - pada chóralne pytanie.
- I to - odpowiada Pippin.
- Co z mumakilami?
- Góry - rzuca tajemniczo Merry.
- Powyrywaliście trawę? Toż będziemy mieli Sama na głowie! Frodo wracaj i broń nas przed tym szalonym ogrodnikiem!
- Ciiii! Uważaj na szpiegów!

W tej chwili zza ściany podrywa się kolejna ciemna postać będąca jak kwintesencja cienia. Owija się płaszczem i z błyszczącymi oczyma oraz złowieszczym chichotem na ustach rusza w stroną Bag End...

- Poza tym, nie powyrywaliśmy trawy - prostuje Pip. - Zdecydowaliśmy się na coś na kształt Gór Mglistych.
- Skaliste - tłumaczy Merry
- Rozwaliliście skalniaczki Sama? - Fredziu truchleje z przerażenia
- E tam, a po licho nam jego skalniaczki? Po prostu zostawiliśmy Mumakile tak jak stały. Są szare? Są. No to wszyscy będą myśleć, że to skały i po problemie.

Mumakile tymczasem zaczęły radośnie konsumować trawę, niebaczne, że szalony ogrodnik na każdym źdźble zamontował czujnik wychwytujący wszelkie naruszenie spokoju roślinki. Zwierzęta same nie widzą, że w tej chwili ich poczwórne żołądki zaczynają wydzielać niepokojące buczenie. To wściekłe czajniczki przyzywają swego ogrodnika na ratunek.

W tajnej kuchni Wielkich Smajali.
- Panowie, zatem zasłużyliśmy na gorący posiłek - Fredziu pełni honory pana norki. - Merry zaraz wniesie półmiski i będziemy mogli się posilić.
Przemytnikom, którzy od dłuższego czasu żyli tylko na rodzynkach ślinka na pływa do ust. Z kuchni napływają cudowne zapachy... Merry wnosi półmiski. Stawia je na stole i...
...trójka hobbitów hurmem rzuca się na jedzenie! Kilka sekund! Tylko kilka sekund, a po jedzeniu nie zostaje ani śladu!
- E - stwierdza inteligentnie Rumen.
Hobbitom jeszcze trzęsą się szczęki, jeszcze coś gulgocze w przełykach.
- Niezłe to było, co nie panowie? Merry to ma talent do gotowania - stwierdza Pippin.
- Daj coś jeszcze - proponuje Fredziu, któremu burczy w brzuchu.
Merry narzekając idzie po dostawę. Tym razem przemytnicy zamierzają walczyć o swoje. Żeby takie małe pochłonęło w trzy sekundy zawartość dziesięciu półmisków?! O, co to, to nie, moi drodzy!
Merry zbliża się do stołu. Kładzie półmiski. Przemytnicy rzucają się stronę zastawy, już wyciągają ręce... a tu puste półmiski. Tylko hobbici jeszcze coś chrupią, jeszcze unoszą się wyśmienite zapachy...
Ech, no jeszcze został im jeden worek rodzynek, co go schowali w trąbie mumakila, pocieszają się Haradrimowie.
Ale ich cierpienie zostało wynagrodzone. Bo oto przyniesiono fajki, po jednej dla każdego z przemytników i cały worek "fajkowego" ziela. Już na samą myśl o tym luksusie mężczyznom zalśniły oczy. Chwilę później całe pomieszczenie spowijają błękitnawe opary, a trzech hobbitów i dziesięciu ludzie leży pod stołem.
- Te, Rumen, patrz - chichocze Tuma. - Różowy mumakil! Ja cię, no nie mogę, różowy w zielone ciapki!

Rano. Mgły ścielą się nad Shire. Z mgieł wyłania się prywatny oddział Róży Gamgee zmierzający rozmówić się z tymi paniczykami ze Smajali co to śmieją obrażać jej Sama. Oddział przechodzi dumnie przed zdumionym narratotem i groźnie znika we mgle w złowieszczej ciszy.

Przed tajną częścią Wielkich Smajali. Hobbici stoją przed tajną dziura, która jeszcze wczoraj była tajną ścianą i tajnymi drzwiami do ich tajnej kwatery. Dziesięciu Haradrimów dosiada mumakili. Mumakile obładowane worami. W worach? no tak, a czymże mogliby płacić hobbici? Jasne, że tylko "fajkowym" zielem!
- Czekamy na następną dostawę! - Pippin macha jak szalony na pożegnanie. Hardrimowie mruczą coś i ruszają w drogę.
- Te, Tuma - dziwi się Rumen. - A mój mumakil ma różową trąbę.
- I zieloną wysypkę - dodaje Tuma kiwając z roztargnieniem głową. Zastanawia się dlaczego, na wszystkie Burze Piaskowe, wzdłuż drogi spacerują pomarańczowe kaktusy w czerwone paski?!

Wojna Pokoleń Od Wielu Wieków Trwa.

Trzy opatulone od stóp do głów (w worki na bambusy, jeśli mamy być dokładni... i nie marudźcie, wcale nie tak łatwo znaleźć w Haradzie taki porządny, konspiracyjny kostium) sylwetki wymykają się chyłkiem z festynu. Mumakil, z podejrzanie błyszczącym wzrokiem (a coś takiego zawsze ciekawie rokuje) opowiada właśnie o tym, o ile lepiej żyje się dzisiaj mieszkańcom Haradu - jako takim i w ogólności. Ku rosnącemu oszołomieniu naszego Bohatera Głównego (cokolwiek jeszcze o nim słyszeliście), wielki słoń używa z widoczną lubością słów takich jak "stały postęp", "perspektywy równomiernego rozwoju gospodarczego", albo "bądź czujny wobec wroga narodu". Ze strony jednej z wymykających się zakapturzonych postaci padają w odpowiedzi kontrargumenty takie jak na przykład: "pierdoły", "pierdoły" tudzież "pierdoły".
Dwoje spośród tajemniczych uciekinierów porusza się w taki sposób, jak gdyby do tego tylko się urodzili. Gdyby Vanyarowie kiedykolwiek nagrali płytę pt. "Urodzeni, aby chodzić chyłkiem" - oni z pewnością znaleźliby się na okładce. Trzeci osobnik tymczasem bez przerwy mamrocze coś do siebie (uważny słuchacz z pewnością rozpozna słowa takie jak "fala", "Westernesse", "Zachód" itp), potyka się o swój worek, jęczy, wpada na dwójkę pozostałych ... ale na pewno bardzo się stara, więc litościwie nie zaznaczymy z całą mocą, że to, co się teraz stanie, prawdopodobnie jest właśnie jego winą.

- Stać! Kto idzie?!
Jedna z postaci urodzonych, aby chodzić chyłkiem, szturcha postać nieudaczną, która już otwierała usta, by powiedzieć - mamy tę zimną, niezachwianą pewność - "Faramir, Kapitan i Namiestnik Królestwa Gondoru, wale".
- A kto pyta, hę?!
Pogrążeni w obustronnym impasie, strażnicy i zakapturzeni spiskowcy przez chwilę wpatrują się w siebie bez słowa. Strażnik marszczy czoło. Nie po to się zaciągał, żeby dyskutować z jakimiś gadającymi workami na bambusy. Trzeba mieć swoją dumę.
- Proszę o okazanie dowodu urodzenia, bambusowego liścia zdrowia, kokosu osobistego, pozwolenia na publiczne noszenie worków bambusa, pozwolenia na opuszczenie przed czasem naszego wspaniałego festynu, pozwolenia na oddychanie haradzkim powietrzem, pozwolenia na zawracanie głowy funkcjonariuszom państwowym, pozwolenia na...
- Słuchaj no pan - odzywa się starczym głosem jeden z worków - widziałem już kiedyś taką jedną jednostkę, gdzie ludzie byli tacy namolni jak wy tutaj. Nazywała się chyba... zaraz... Marakun czy jakoś tak.
- Nigdy o niej nie słyszałem - odpowiada z tępą uprzejmością strażnik - na jakim pozwoleniu skończyłem?
- Chyba na tym na zawracanie głowy urzędnikom państwowym - przypomina uprzejmie worek - a jeśli chodzi o Marakun, to nikt o niej nie słyszał, od jakichś dziesięciu lat. Mam nadzieję, że dobrze rozumiesz, co do ciebie mówię, młody człowieku.
- Nie do końca - stwierdza strażnik, wykazując się skłonnościami samobójczymi - a po pozwoleniu na zawracanie nam głowy będzie jeszcze pozwolenie na organizowanie Parad Workowatości. Potem możecie iść dalej.
Wówczas strażnika spotyka bardzo niemiła przygoda. Nie opiszemy jej tutaj, ponieważ istnieje możliwość, że tekst ten przeczytają osoby nieletnie bądź też o słabym sercu.

Drewniana buda na środku pustyni. Ktoś, kto w tym momencie pomyślał sobie, że jest to miejsce wręcz proszące się o smętny koniec - jest niniejszym uprzejmie proszony o nieuprzedzanie wypadków. Dziękujemy.
- Hasło?
- Harad dla Haradrimów!
- Pomyliłeś tajne stowarzyszenia, koleś. My tu jesteśmy Zespołem Pieśni i Tańca Ludowego "Mała pomarańcza bez pestek".
- A... no to idziemy dalej.

Kolejna drewniana buda na środku pustyni.
- Hasło!
- Harad dla Haradrimów?...
- Mumakile do dżungli!
- Cudzoziemski kaktus tak naprawdę nie istnieje w sensie wystarczającym.
- Mają tam tylko sowy, króliki, myszołowy i pyry, czymkolwiek one są.
- Przepraszam, co się dzieje? - to Faramir.
- Psst! Trzeba wymienić wszystkie hasła i odzewy! Wrogowie czają się wszędzie! - tłumaczy mu cierpliwie drugi worek. Trzeci tymczasem nadal w wielkim skupieniu konwersuje z okiem za otworem w drewnianej bramie.
- Pustynia jest synonimem nieskończoności i wielkiej kupy piachu.
- Drzew do szczęścia nam nie trzeba, czegóż bowiem brakuje bambusom?
- Bądźmy czujni wobec wroga wrogów wroga narodu. Wpuść nas już, dobra? Gorąco tu jak demony.
- Nie dajmy jedzeniu stratować naszej kulturalnej odmienności - odpowiada zimno głos zza bramy. Pobrzmiewa w nim zimna satysfakcja, że to nie on stoi na pełnym słońcu, i w związku z tym zamierza załatwić wszystko jak należy.
- Cholera, właśnie z czymś takim staramy się walczyć - nie wytrzymuje starzec.
- Czy to było twoje hasło? Bo jest błędne.
- Nie! Nie. Kolejne hasło to "Z naszymi rodzynkami możemy robić, co nam się żywnie podoba".
...zostawiamy chwilowo ten wątek. Nie wiem, jak nasi czytelnicy przeboleją porzucenie tak fascynującej fabuły, ale aktualności wzywają naszą klawiaturę w nieco inne miejsce Ardy.

- Pojedziesz teraz prosto do jego miłości króla Elessara, wywodzącego się z prostej linii od Isildura, następcy Elendila, i przekażesz mu, jak bezczelnie niektórzy hobbici wyrażają się na temat jego mianowanych urzędników - poucza Sam syna Froda - powiesz mu też o tych rodzynkach. To misja, która być może pozwoli ci dorównać twemu wielkiemu imiennikowi. No, to wkładaj czyste portki i leć. A nie zapomnij wiadomości. A ja tymczasem - w oczach Sama zapala się czerwony blask, jakże charakterystyczny dla paranoików - pójdę ratować moje roślinki. Pomyślałby hobbit, że pokona Saurona, i już wszystkie kochane pietruszki, marchewki i sałatki będą bezpieczne. A tu co? Jak nie susza, to mumakile. I po to szedłem do Mordoru...

Wracamy na środek pustyni. Przedstawienie z hasłami niestety dobiegło już spektakularnego końca w postaci wpuszczenia worków do środka... co dla wszystkich naszych Czytelników stanowi niewątpliwie wielkie rozczarowanie. No, ale cóż. Tak to już bywa z tymi początkującymi pismakami. Teraz nie poczekacie długo, a zaczniemy uśmiercać wszystkich Waszych ulubionych bohaterów po kolei, albo nawet hurtem i wszystkich naraz. No... trzeba się czymś wkupić do środowiska.
Tymczasem w drewnianym pomieszczeniu. Niezgrabny worek rozgląda się z zainteresowaniem. Budka okazała się staroświecką haradzką knajpą. Przychodzi też na myśl określenie "etniczna". Na ścianach wymalowano obsceniczne symbole, w większości przedstawiające Wielkie Oko. Po kątach natomiast walają się odrąbane głowy różniastych posągów. Jest jakiś król, jakaś bogini - nawet jakiś pingwin, stanowiący atrakcję jako obiekt zakładów pt. "skąd to się tu wzięło". Bardzo wiele jest spienionych grzyw fal, co początkujący rzeźbiarz Faramir (wymarzył sobie kiedyś, że przyszłe generacje powiedzą o nim: "zastał Ithilien z drzewami, zostawił z falami") odnotowuje z niejakim zakłopotaniem. Bywalcy patrzą na niego spode łba. Okazują się gromadą dobrze zbudowanych Haradrimów popijających sok z kaktusa. I to nie pierwszego kaktusa, jeśli dobrze im się przyjrzeć. To, co może wydawać się w nich nietypowe, to średnia ich wieku. Gdzieś tak około 80 lat. I właśnie przerwali pijacką piosenkę. O burzy piaskowej, która zasypała szlachetny Najdalszy Wschód.
- No, no, no. Co my tu mamy, Magoustous? - pyta sok z kaktusa ustami mężczyzny - Znowu sprowadziłeś nam jakiegoś - spluwa - pomocnika od siedmiu boleści? A opowiedziałeś mu, jak skończył poprzedni? Kim jesteś, synku?
- Nie jestem twoim synkiem, dziadku. Jestem Faramir, Kapitan i Namiestnik Królestwa .... ...cisza rozlewa się po lokalu. Jest to taka cisza, która ma w sobie noże. I sok z kaktusa, oczywiście. Bardzo dużo.

Sok Z Kaktusa Wszystko Może.

W zagubionej pośród bezkresnej haradzkiej pustyni, starej karczmie zapadła cisza. Szklanki z kaktusowymi napojami zastygały w pół drogi do ust, noże zaczęły podrygiwać u pasków.
Faramir przerywa w pół wypowiedzi. Po raz pierwszy w życiu zastanawia się czy warto skończyć zdanie. Czuje wlepione w siebie ciemne oczy błyskające zza szklanek na sok. Ale on, dzielny Numenoryjczyk przywykł zawsze walczyć z otwartą przyłbicą, więc dzielnie i głupio brnie dalej.
- Jestem Faramir, Kapitan i Namiestnik...
Z brzękiem upada szklanka. Nieco chwiejnie z ławy podnosi się worek na babusy (najprawdopodobniej mieszczący w sobie łysawego staruszka) i wyciąga ręce przed siebie. - Wznoszę się! - skrzeczy ochryple. - Lecę!
Ostra jak nagie noże cisza zmienia się w nabożne milczenie, kiedy worki potulnie pochylają głowy.
- E... Ale ja... - zająknął się Faramir.
- Tam, pod piachu fale -
Już nad plemieniem mumakilim,
Między wieszcze.
Stąd ja szarość skóry mumakila
Rozcieram słowem mym jak piachem...

Sok z kaktusa także zamienił się w słuch. To doprawdy dziwne jakie różne formy może przybrać taka ciecz. Byleby lepiej dopasować się do środowiska. Tak, tak... sok z kaktusa zawsze był i będzie kwintesencją poprawności politycznej. Tymczasem stary wieszcz kończył już swoją profetyczną wizję.
- Nasz naród jak skała.
Z wierzchu ciepła i żółta,
sucha i chropawa.
Lecz wewnętrznego kaktusa i Gondor nie wytępi,
plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

- Do głębi - wzdychają wzruszeni spiskowcy i piją do dna.
W tej chwili z klepiska podnosi się tuman pyłu i pochłania wygnieciony worek na bambusy ukrywający wieszcza. Faramir zaczyna się stanowczo czuć nieswojo. Żadnych fal, żadnych orków i pola do bohaterskich czynów. Nic, tylko jakiś mamroczący starzec i zasłuchane szklanki!
- Ja właściwie to już...
Ale w tej chwili tuman unosi się ponownie i oczom zebranych ponownie ukazuje się wieszcz. Znaczy worek na bambusy. Jeszcze bardziej wygnieciony niż przedtem. Lecz z worka wyciąga się ku nim ręka, z której wyrasta kaktusik.
- Oto kaktus zwycięstwa! - oznajmia zgromadzonym wieszcz.
- Chwileczkę - przerywa zirytowany Faramir. - Ja się pytam: po co to jest? No bo żeby jakaś fala, to ja rozumiem, ale takie zasuszone, kolczaste coś? I to ma uratować waszą rewolucję? Ja się wypisuję z tego interesu, panowie!
(ani się spostrzegł jak zaczął mówić tym ich tu współczesnym językiem)
- Oj, nie tak łatwo, Towarzyszu Gondorczyku - kręci głową jakiś worek. - Wieszcz narodu, przewodnik młodych podarował ci kaktus i wyznaczył cię na jego powiernika.
- Ależ ja wam załatwię powiernika! Mamy takiego etatowego. Właśnie wyjechał na wakacje do Amanu, ale myślę, że za stosowną opłatą zgodzi się wziąć nadgodziny
Zrozumcie, to trzeba odpowiednie przeszkolenia mieć. Myślicie, że co, weźmiecie tak z drogi porządnego Namiestnika i Kapitana Gondoru (tym razem już nie zapada wroga cisza i noże wzdychają z żalem) i dacie mu jakiś uschnięty kwiatek, żeby go przesadził?
Worki na kaktusy tracą głos z oburzenia.
W tym samym czasie w Minas Tirith w komnatach króla Aragorna.
- No i tego, ojciec mi kazali wziąć i przyjść i powiedzieć, żeby tego...
UEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE EEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!
- Arweno, moja droga uspokój naszego kochanego syna - wzdycha Aragorn ukradkiem masując skronie.
Undomiel sztywno wstaje i podchodzi do kołyski. Bierze drogie swe dziecię (owinięte w kunsztownie haftowany sztandar) w ramiona i próbuje domyśleć się, co tym razem się temu bachorowi nie podoba.
- Żeby te całe skalniaczki chronić i wyeksmitować mumakile. O właśnie, bo myśmy jednej nocy mieli mumakile w Tukonie...
- Drogi Frodo, synu Sama, który jest synem Hamfasta i drogim moim przyjacielem, otóż po to nadałem wam autonomię abyście sami mogli pozbyć się mumakili. Przecież to piękne móc chronić swoją ojczyznę przed najazdami tych wielkich stworzeń, które mogę zadeptać skalniaczki...
UEEEEEEEEEEEEE UEEEEEEEEEEE
UEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE EEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!
"Ach, czemuż nie posłuchałam taty i nie pojechałam z nim do tego Amanu!" wzdycha w duchu Undomiel. "A teraz siedzę z tymi niedorozwiniętymi śmiertelnikami. W Amanie żadne dziecko by się tak nie darło! A tutaj... Takie są skutki śmiertelnikomanii, zastanawiam się tylko, czemu Luthien nie napisałam w swoich Pamiętnikach o wrzeszczących dzieciach?!"

Zostawmy rozczarowaną Arwenę samą ze swymi myślami i powróćmy do Faramira, który naprawdę nie wie już co zrobić z natrętnymi spiskowcami.
- Ależ uwierzcie...
Jednak oni nie chcieli słuchać, wcisnęli mu do ręki uschły kaktus i kazali szukać źródełka.
- Wtedy - powtarzali jeden przez drugiego - jego kolce będą jeszcze większe i będzie można urządzić zamach na Mumakila. I wrócą stare dobre czasy, kiedy biło się z Gondorskimi szumowinami...
- CO TAKIEGO?! Z KIM?!
- A ostatni nasz wysłannik to tak się pokuł, że musieliśmy mu rękę amputować. Bo wiesz, rękę lepiej widzimy niż kolec i nie mogliśmy go wyjąć. A to święte kolce i nie mogę być w ręku kogoś zwyczajnego.
- Uważaj też żeby go nie przelać, bo wtedy zgnije!
- Musisz iść na południe, a potem na północ...
- ... zachód...
- i uważaj
- na szpiegów Mumakila...
- Ale ja - protestuje słabo Faramir przytłuczony zbyt dużą ilością informacji, które bambusowe worki siłą mu wtłaczają do łba. - I żadne szumowiny, a wspaniali potomkowie...
- I nie zapominaj o każdym wschodzie słońca pokłonić się ku straconemu wschodowi, gdzie kiedyś Najdalszy Harad zginął pod Piachem...
To przynajmniej Faramir rozumiał. Kłaniać się na wschód i zachód, i czcić fale. Fale są dobre i widać cieszą się sporą popularnością.

Złote popołudnie w Shire. Meriadok zbiega z łomotem z punktu obserwacyjnego trzymając w ręku peryskop.
- PIPPIN!!! PIPPIN!!! - Co? - Pip odrywa się od liczenia worków rodzynek.
- BĄDŹ CISZEJ! IDZIE ARMIA RÓŻY!!!
- O WSZYSCY VALAROWIE! JESTEŚ PEWNY?!?!
- Tak - Merry wreszcie dobiegł. - Spójrz sobie przez peryskop - podaje mu wygięty kawałek rury.
Peregrin chwyta ją niecierpliwie i patrzy w sufit.
- O kurcze, faktycznie! Ale ubaw będzie! FREEEEEEEEEEEDZIUUUUUUUUUUUUU! PLAN 3487!!!!!!
- E, który to był? - pyta zaniepokojony Fredegar
- Tylko nie mów, ze zapomniałeś! To był ten, na wypadek gdybyśmy wykorzystali wszystkie poprzednie trzy tysiące czterysta osiemdziesiąt sześć planów - przypomina mu Merry.
- A faktycznie! Już mi się przypomniało - Fredziu klepie się ręką w głowę.

Srebrne popołudnie z Gondorze (musi pasować kolorystycznie do murów Minas Tirith, tak zarządził Elessar). Woda z fontanny kapie sobie sennie na listeczki jego ukochanej pelargonii. Z dali, zza grubych murów pałacu dobiega nieustawiczny wrzask jego potomka. Aragorn właśnie odpoczywa po męczącej audiencji jakiej udzielił Frodowi. Hobbici jednak rozumują co najmniej dziwnie.
- Zaraz! - mruczy do siebie (tak, tak, władza wpływa na stan umysłu, co się dziwicie?). - Mumakile? Jakie, do jasnej ciasnej mumakile w Shire? Naćpali się tam tym zielem czy jak? Po chwili zastanowienia dodaje:
- Skoro mumakile spacerują po Shire, to co ten dureń Faramir robi w Haradzie?! br>
Różowy zachód słońca nad Haradzką pustynią. Farmir hojnie zaopatrzony przez rewolucjonistów w worki od bambusów patrzy w słońce.
- Smutno mi, Eru, gdy pustyni mej brzegiem maszerują mumakile szeregiem - wzdycha i patrzy się smętnie na Kaktus.


[Z boku rysunku znajduje się dedykacja, która niestety nie jest zbyt widoczna z powodu zmniejszenia rysunku dla potrzeb strony, zatem cytuje napis poniżej - przypis Osse]

Natchniony Faramir i Kaktus 100% dedykowany Wielkiej Parodii i jej Twórcom :)
Dębica dn. 20.10.2006
~By Alda~

Władca Kaktusów.

Zbocze tej czy innej haradzkiej wydmy. Świeżo upieczony Powiernik Kaktusa, Faramir z Gondoru, ostatkiem sił czołga się po jej skraju. Jego umysł błądzi po sobie tylko znanych ścieżkach... Słyszał gdzieś, że nawet tutaj żyją drobne plemiona, które nauczyły się szlachetnej sztuki przeżycia. Ponoć zlizują wodę z ocienionych boków napotykanych wielbłądów. Albo coś. Gdyby ich przenieść do rajskich ogrodów Irmego w Amanie i zaproponować partyjkę bierek - wzięliby człowieka za wariata. Faramir nie chce mieć z nimi nic wspólnego.
Bo tutaj, w samym jądrze upału, nie powinno już być miejsca na cokolwiek poza Misją. Na takiej pustyni znikają wszystkie złudzenia. Zostajesz tylko ty i to, w co wierzyłeś. Zaś nasz Melancholijny Kapitan zawsze, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, wierzył w Wielką Falę. Kilka razy nawet wydawało mu się, że ją widzi; widzi, jak bezlitośnie wzbiera nad horyzontem coby zalać ten bezbożny kraj - ale w końcowym efekcie zawsze okazywało się to tylko kolejną wydmą. Od czasu do czasu Powiernik troskliwie wyjmuje z kieszeni Kaktusa i sprawdza, czy aby roślinka nie gubi kolców. Całymi nocami wpatruje się w niego, i nieśmiało snuje opowieści o Nieśmiertelnym Westernesse i jego marnym losie. Kaktus nigdy się z niego nie śmieje, nie wrzeszczy ani nie każe mu się zamknąć i zabrać w końcu do jakiejś uczciwej pracy. Kaktus go ROZUMIE.

Burzliwa narada worków na bambusy w haradzkiej knajpie. Oczywiście, sok z kaktusa jest tu gościem honorowym, obdarzonym słowem decydującym. Toć wśród przyzwoitej, wiernej tradycji Braci Haradzkiej nie może być inaczej. W przeciwnym wypadku korvetta gotowaby porazić całe towarzystwo słupem ognia, kolumną dymu, albo nawet czymś jeszcze gorszym. Lepiej jej nie denerwować; jest to bóstwo niemal tak samo przewrażliwione na swoim punkcie jak ojczulek Manwe - a przy tym znacznie bardziej zaangażowane społecznie. No ale nic, każdy ma takich bogów, na jakich zasługuje...
Jeden ze starych, steranych życiem worków na bambusy (ten to był pewno weteranem wielkiej misji przemytniczej Bambusowa Burza, przeprowadzonej podczas Wojny o Pierścień, i opierającej się głównie na całkiem sensownym założeniu taktycznym pt. Wszyscy Są Dzisiaj Chyba Zbyt Zajęci, Coby Biegać Po Całym Śródziemiu Za Małą Karawaną Pełną Bambusów) ciska nożem w wymalowany na ścianie napis "Białe Drzewo to chwast".
- Słuchaj no, panie przewodnik narodu, ja wbrew pozorom doskonale rozumiem konieczność zasadzenia kaktusa. Ale czy to aby nie było, no... samobójstwo dla naszej misji, wysyłać z nim tylko tego jednego, zupełnie lichego, Kapitana i Namiestnika? Przecież on tak realnie to nie ma żadnych szans.
Wieszczemu workowi na bambusy udaje się milczeć w sposób wymownie pełen urazy. Jednak worek - weteran nie daje się zbić z tropu.
- Rozumiesz, przecież cała nasza grupa worków najlepszej klasy próbowała się kiedyś wedrzeć do Oazy - tu ścisza głos - Mumakila, Władcy Kaktusów, i zasadzić mu pod samym źródełkiem nasz Jedyny Kaktus. Sam wiesz, z jakimi skutkami. Kazał nam się wynosić, postawił drut kolczasty i napisał do tego swojego - spluwa - Haradzkiego Trybunału Nakazów i Zakazów list z protestem. Z protestem! Taki z niego sąsiad. Procesowałby się całymi latami o nieregularne ułożenie ziarenek piasku. Wiesz, czasami wręcz podejrzewam, że on to robi po prostu z czystej złośliwości, albo z nudów. I nigdy więcej już nie próbowaliśmy. A teraz, ledwo tylko odnaleźliśmy na powrót Jedynego Kaktusa, i znowu mamy jakieś szanse - taki dar od korvetty! - a ty... ty... dajesz go w powiernictwo takiemu... ha, czy nie lepiej byłoby zasadzić go u nas, i... a tego biednego, nieporadnego Faramira nie narażać na wielopokoleniowe procesowanie się?
Pod przenikliwym wzrokiem worka - wieszcza, worek - weteran milknie zakłopotany.
- Plan mój, to jest wydma za granicą świata!
I wzrok haradzki, do niego wysłany za gońca,
Choć szklankę weźmie soku, jego nie dolata,
Tylko o tę kaktusową drogę się uderzy
Domyśla się, że to misja kamikadze, lecz wieszczowi swemu zawierzy
- wyjaśnia łagodnie, kiwając uchwytem.
Słabe ogniwo haradzkiego spisku prycha jednak tylko z powątpiewaniem. Raz jeszcze rzuca nożem w chamską bluzgę na Białe Drzewo, po czym ostentacyjnie opuszcza knajpę. Rusza w głąb pustyni, by odebrać Jedyny Kaktus Faramirowi, i ratować Harad przed Szarym Władcą na swój własny sposób.

Wieszcz smutno kiwa głową. Już od dość dawna spodziewał się po worku - weteranie czegoś podobnego. Zbyt realistyczny, zbyt dosłownie myślący, jak na dobry worek...
- Samotność - cóż po workach, czym jestem dla worków?
Gdzie worek, co z mego planu cały sok wyniucha,
Obejmie wzrokiem wszystko z antymumakilowego ducha?
Nieszczęsny, kto dla worków kufel i szklankę trudzi!


Towarzysze wieszcza ze zrozumieniem kiwają uchwytami. Worek, do którego należy drewniana buda, odkraja czubek z kolejnego kaktusa, i stwierdza:
-Mnie tam ten cały plan bardzo się podoba, nie przejmuj się, wieszczu. Niektórzy zwyczajnie muszą wszystko utrudniać. A ten to tylko by rzucał tymi swoimi nożami w pracowicie naniesione napisy, widział kto takie zachowanie w przyzwoitym lokalu??? W każdym bądź razie Kaktus nie mógł tu zostać. Wiecie przecież doskonale, że Ostatnia Przyjazna Drewniana Buda nie przetrwałaby oblężenia przez Mumakilowe Inspekcje... Zapytaliby o koncesję na kaktusy, no i niby co bym wtedy zrobił??? Nie, zdecydowanie najlepiej jest tak, jak jest. Nawet najbardziej żałosny Kapitan może zmienić bieg przyszłości. A teraz, panowie, wypijmy do korzenia!

Udręczony Powiernik Kaktusa czołga się przez gorące piaski, mamrocząc coś niewyraźnie. Od czasu do czasu sięga do kieszeni, i mocno zaciska palce na Jedynym. Nie ma już nic, żadnej osłony pomiędzy nim a tymi przeklętymi, cienkimi kolcami. Tylko ostatkiem woli powstrzymuje się przed odkrawaniem czubka i zrobieniem z Kaktusa należytego użytku. Ale nie, nie wypije tego soku. Zasadzi kaktus w ogródku Mumakila i swą martyrologią ocali cały Harad przed biurokratycznymi zapędami Szarego Władcy... będą go czcić, dostanie hamak i tyle małych pomarańczy bez pestek, ile tylko udźwignie. Zaśpiewają o nim hymn. Może nawet worek - wieszcz zabierze go na swą planowaną wyprawę na mityczny Najdalszy Wschód, gdzie żadna narwana zachodnia arystokratka już go nigdy nie odnajdzie, i gdzie będzie mógł dokonać życia w świętym spokoju? W każdym razie warto spróbować.

W oazie Szarego Władcy, nad połyskującym jeziorkiem, Mumakil, Władca Kaktusów i Tsunami, do niedawna ulubiona klacz Kapitana Gondoru, pożywają romantyczną kolację przy kaktusach.
- I, rozumiesz, nauczyłem tych szurniętych łobuzów, jak należy hodować prawdziwe kaktusy. Niektóre z nich miały nawet po 95 procent! Wspaniałomyślnie im je porozdawałem, mumakil by się wdzięczności spodziewał, a wiesz, co oni wtedy zrobili? Nie zgadłabyś. Przedawkowali! Uzależnili się! Teraz są wrakami ludzi, z tego przeogromnego wstydu osłaniają swoją marność workami na bambusy - ale zamiast winić siebie, że umiaru nie znali, winili, oczywiście, producenta. Bo tak jest najłatwiej. Potąd miałem ich pretensji, żalów i odbierania ich z małych jednostek granicznych za kaucją. Wstyd mi przynosili i tyle, a poza tym niby skąd mam brać tyle pisemek o treści rozwiązłej bądź lubieżnej??? Jestem przyzwoitym mumakilem. Wygoniłem element z oazy, kazałem się życia nauczyć. Wtedy - ha! - wtedy założyli jakąś idiotyczną organizację wolnościową... Przyszli do mojego ogródka, Haradrimowie marnotrawni, i wycięli mi mój ulubiony, stuprocentowy kaktusik! Tylko jednego takiego udało mi się w życiu wyhodować! Wycięli! Ukradli!
Tsunami patrzy na niego ze współczuciem.
- Czy wiesz, ile w ten kaktus zainwestowałem pracy? Ile uprawnień i kursów musiałem zrobić, żeby mi się taki udał? Sukulent, sukulencik... Takiego kaktusa to można wyhodować tylko jeden jedyny raz. I w taką roślinę twórca wkłada całe swoje serce!
Tsunami wzdycha ciężko. Wielkie nieba, on jest jeszcze gorszy od Namiestnika. Pod Faramirem było jednak ździebko ciekawiej...

Nad siedzącym w cieniu i bohatersko walczącym z pokusą wypicia kaktusa Faramirem wyrasta nagle złowrogi worek na bambusy.
- Ty - zagaja worek - oddaj mi Kaktus.
Faramir wpatruje się w niego z osłupieniem. Mruga oczami. Wreszcie próbuje przerażająco wyrafinowanej sztuczki, tj. bezpośredniej odmowy.
- Nie - odpowiada.
- Nie rozumiesz - tłumaczy gorączkowo worek. Uchwyt mu się trzęsie - Trzeba ratować Harad! Temu całemu wieszczowi tylko bzdury w głowie... Żebyś ty go słyszał... "Taki plan jest siła, dzielność! Taki plan jest NIEŚMIERTELNOŚĆ!! " Śmiechu warte... Jeszcze trochę, a zacznie toczyć pianę i nosić bieliznę na worku... Rozumiesz, właściwie go nie winię ... takie są skutki zażywania tego fajkowego ziela z Shire. Przecież ten cały przemyt rodzynek idzie tylko po to, żeby on miał codziennie swoją działkę! To w sumie przykre, co używki robią z Haradrimami. Znalazłem mu dobry ośrodek terapeutyczny na Najdalszym Wschodzie, niedługo się tam wybiera... Współczuję mu, rozumiesz, ale to jeszcze nie powód, byśmy wszyscy byli częścią jego tripu!!!

Faramir ze skupieniem wpatruje się w worek i usilnie próbuje nadążać.
-Dlatego teraz oddasz mi kaktus, ja pokonam nim Szarego Władcę - ten kaktus ma 100%, wiesz? - i wszystko skończy się dobrze. Pan natchniony wieszcz nie musi o niczym wiedzieć. Do Faramira w końcu dociera, że nastaje się tu na jego ssskarb, jedyny obiekt, który jest w stanie słuchać o Fali godzinami i nie robić przy tym głupich uwag. Zrywa się na nogi, i na oślep zaczyna uciekać. Worek podrywa się do pościgu. Gdy już, już wydaje się, że dopadnie dzielnego Powiernika i cała misja zakończy się fiaskiem...
...na horyzoncie pojawia się nadbiegająca z rozwianą grzywą klacz. Worek ma na tyle rozeznania sytuacji, że orientuje się, że w takim układzie nie ma już żadnych szans. Przemyślnie więc burczy coś pod nosem - że niby nie miał zamiaru niczego nikomu odbierać, a tylko użył niefortunnego skrótu myślowego, no i zrobiło się zgoła niepotrzebne zamieszanie. I sobie idzie (a każdy znawca psychiki worka dobrze wie, że to jeszcze nie koniec).
Faramir zaś i Tsunami padają sobie w objęcia. Faramir wygłasza parę natchnionych truizmów na temat wielkiej, prawdziwej przyjaźni, po czym pakuje się na grzbiet klaczy i każe się nieść. "Prawdziwa przyjaźń" - prycha Tsunami - "Taak. Będę go taszczyć przez całą pustynię, a potem i tak wszyscy powiedzą: bohaterski Kapitan ocalił Harad i cały świat. Może jakiś jeden doda: na grzbiecie Tsunami. Ha! "

Kaktusilion. Powrót Namiestnika.

Bezgwiezdna noc. Gwiazdy postanowiły pogasnąć, jako że w scenariuszu miały zapisane wielkimi literami: CIEMNOŚĆ, a wiadomo, że w tej części Śródziemia chmur nie ma nigdy. Dwa czarne cienie chyłkiem zbliżają się do nędznej, walącej się chatki oznajmującej wszem i wobec, że oto podróżny stanął na granicy z Gondorem. Bijący z chatki zapach natomiast oznajmia wszem i wobec, ze straż graniczna dysponuje nędznym, bo tylko trzydziestoprocentowym sokiem z kaktusa.
- Co za upadek! - mruczy mniejszy cień.
- Prrr - potwierdza większy, oglądając się bojaźliwie czy któraś z wydm haradzkich nie przyjmuje kształtu Mumakila. Cień mniejszy także się obraca, ale by sprawdzić, czy któraś z nich nie wygląda czasem jak Worek.
Cichutko, na paluszkach (Tsunami na samych czubkach kopyt) dwoje podróżnych przekracza Gondorską limes. Na horyzoncie wciąż jeszcze nie widać pościgu, chwała niech będzie wszystkim Falom!
- O, Wielka Falo! - wzdycha Namiestnik Etc. rzucając się na kolana i zapałem całując gondorską ziemię. - Dzięki ci, żeś raczyła mnie, jak ongi Elendila, zanieść na ziemię Gondoru!
Tsunami prycha ze zniecierpliwieniem i przewraca oczami.
- Chodźmy już, mój mitomanie, bo mnie jeszcze Mumakil dopadnie!
Jednakże on nie zwraca uwagi na jej mądre rady, których zresztą i tak nie rozumie, tylko wyciąga zza pazuchy sssswój sssskarb i głaszcze go czule. Nagle:
- Aj! Ugryzł mnie!
- Chyba chciałeś powiedzieć: ukłuł? - prycha klacz.
- Ma charakterek - uśmiecha się czule Namiestnik Etc. - Pewnie po mnie!

Shire. Świt różowiejący szczyty pagórkowatych norek, koniuszki liści, nadajniki na źdźbłach trawy i jakieś dziwne coś. Armia Róży równym krokiem zbliża się w stronę Wielkich Smajali, gdzie po niedawnym przewrocie rodzynkowym władzę objął Peregirn Tuk, który przywiózł złe wzorce zza granicy.
- Kiedy tylko tu dojdą i zobaczą sztandar, trzeba wypuścić Armię Zębatą, kpw.? - szepcze natarczywie Pippin.
- Tak, tak, powtarzasz to od przedwczoraj - mruczy kiwający się sennie Merry. Gdzieś w tle gra mroczna muzyka. Merry przytupuje nogą z takt, Fredziu w takt muzyki trawi. Nagle rozlega się krzyk Peregrina:
- Fredziu! Zjadłeś wszystkie rodzynki z Haradu!!! Jak mogłeś!!!
-Ups - Fredziu drapie się w głowę. - A od kilku lat powtarzam, że nie wiem która jest prawa, a która lewa! A wy wciąż że w tej na lewo są z Lossarnach z na prawo z Haradu!
- Na lewo jest HARAD! - wścieka się Peregrin - Na mszaki Sama, tony "fajkowego" ziela w błoto poszły!
- Raczej w piasek, chciałeś powiedzieć - wzdycha Merry.
- Kopnięty piasek haradzki! Jesteśmy skończeni, rozumiecie! Skończeni!!!!!!
- Głodny byłem - usprawiedliwia się Fredziu,
Zdezorientowana armia Róży staje wkoło nich i spogląda zszokowana. Czemu ci rewolucjoniści się nie biją, nie atakują, nie naskakują na Wspaniałego Ogrodnika Sama, tylko na samych siebie?
- Bucefył jeden! Zeżarł wszystkie rodzynki! - wrzeszczy Pippin.
- A skądś tego bucefała wytrzasnął, mumakilu jeden?!
- Ty glutowata rodzynko!
- Spleśniałe ziele!
- Uschła trąbo olifanta!
- Smarku orka!
- Kupo tłuszczu!
Merry ziewa ostentacyjnie.
- Spoko, dziewczyny - zwraca się do fanatycznych żołnierzy. - Oni tak zawsze. Zaraz przestaną i zajmiemy się wami, ok?
- Eeee, dobra - pani oficer marszczy czoło z wysiłku.
Merry spogląda głośnie Na Peregrina i Fredegara, którzy przeszli już do rękoczynów. Pippin - kung fu, a Fredziu oczywiście sumo.
- Wy cymbały jedne, bezmózgie ameby!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Fredziu i Pippin zastygają w pół ciosów.
- Oooooooo - na tym elokwencja Fredzia wyczerpuje się
- Eeeeeee - dodaje Pippin
- CO, MYŚLICIE, ŻE JA KRZYKNĄC NIE POTRAFIĘ? - wkurza się Merry. - NIE DZIWIĘ SIĘ, ŻE WAS OBU NIE CHCIELI DO MORDORU WZIĄŚĆ, A JA SIĘ MUSIAŁEM TOBĄ OPIEKOWAĆ, TUKU I SAM NIE MOGŁEM PÓJŚĆ PRZEZ CIEBIE, ALE TERAZ TO SIĘ SKOŃCZY!! O NIE, WSZYSCY FANI TOLKIENA UWIELBIAJĄ TUKA, ALE O MNIE NIKT PRAWIE NIE PAMIĘTA! A JA WAM TERAZ POKAŻĘ, CIOŁKI JEDNE!
Doborowemu oddziałowi Róży opadają szczęki.
- Ja wam dam się opierniczać o rodzynki! A nie wiedzieli, że ja większość schowałem w innym miejscu? A mówiłem, że trzeba zbiory zabezpieczyć, mówiłem - uśmiecha się z triumfem. - Fredziu zjadł tylko jedną setną, wy to nawet liczyć nie umiecie.
- Gdzie dałeś moje rodzynki?!?!?! - krzyczy roztrzęsiony Pippin.
Troje spiskowców nachyla się do siebie. Fredziu zajmuje tyle miejsca, że Pippin nie bardzo ma jak wysłuchać tego co powie im Merry, ale przeczołgał się pod Fredziem.
- Szszszszszszszzszsz! - słyszy oddział. - Tszuszszuszuszuszusz!
- pspspspspspspszszpspspzspz!
- szszszszszszu?
- pszipszioiszpisz!
- szszszszszz!
Pippin wychyla się z kręgu bezpośrednio zainteresowanych aferą rodzynkową i uśmiecha do smutnego oddziału, który przecież nie lubi być ignorowany.
- Zaraz się wami zajmiemy, dziewczyny. Rozumiecie, interesy!
Kiwają smętnie głowami.
I znowu:
- ps, szuszuszuszuszuszuszuszu?
- szyszyszyszyszysyzszy!
- pstpsssssssssss!
- szszszszszszsz, szsz, szuszuszuszuszus szyszyszysyz
- pszyyyy...
Oddział pociągając nosami i łykając łzy odchodzi do Bag Eng....
- Oooo! - wzdycha zdumiony Fredziu. - Dziewczyny poszły!
- Nieee - jęczy Pippin - Nie zdążyliśmy nawet wypróbować naszych nowych oddziałów. A takie fajne morsy nam przysłali z Forodwaith za tamte ostatnie gluty!
- E, nie martwcie się. Zepsujemy jakiś skalniaczek, to znów przyjdą - Merry macha lekceważąco ręką. - Ale to potem panowie.
Rodzynkowi rewolucjoniści zaczynają przeprowadzkę do Brandy Hallu, który ma się odtąd stać nową Kwaterą Główną Rewolucji Rodzynkowej. Otworzą nową linię produkcyjną - rodzynki w brandy! Tak, Śródziemie jest piękne. Szczególnie dzięki rodzynkom z Haradu...

Świt. Ithilien, pałac Faramira i Eowiny. Pałac oczywiście jest w kształcie fali, bo projektował go sam Namiestnik Etc. Zewsząd otaczają go najróżniejsze powoje i roślinki hodowane przez Eowinę Jego Żonę I Pogromczynię Wodza Nazguli. Niech czytelnika nie zmylą piękne pozory! Słomianogłowa po traumatycznych przejściach z Nazgulem postanowiła poświecić się hodowli zieleniny. I wychwalają ją uzdrowiciele! Dzięki niej mieli kogo leczyć, bo Słomianogłowa stwierdziła, że nie ma co narażać swojego ciała i część jej roślinek na dziwnego koloru owoce, albo liście w kształcie Nazguli, oryginalnie wonieją...

Nagle słoneczny poranek rozrywa wrzask:
- Faramiruś!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jakaś blada zjawa rzuca się na szyję zdrożonemu wędrowcowi, który zabłądził w tym malowniczym ogródku. Ptaszki naiwnie dają koncerty myśląc, że ktoś ich będzie słuchał, ale są zagłuszane przez głośny szloch.
- Już nie będę - szlocha Eowina, aż się serca krajają jej trującym roślinkom.
- E... czego nie będziesz? - Faramir wytrzeszcza na nią oczy.
- Mówić o swoim Nazguluuuuuu! Tylko nie rzucaj mnie dla Haradrmieeeeeeeeek!!!!
- Haradrimki są nudne - stwierdza prostodusznie Faramir. - I oni tam mają postęp i w ogóle i one noszą takie śmieszne rury na nogach - krzywi się. - Nie, to nie Haradrimki stały się moim szczęściem!
- Tak, kochanie? - przymila się Rohańska księżniczka.
- Ale ON! - a triumfem pokazuje jej malutki i troszkę zmaltretowany po długiej podróży kaktusik. - Gdzie go mogę posadzić... kochanie?


Natchniony Faramir dla Parodystów II ? ilustracja Aldy

Gdzieś na rubieżach Śródziemia. Mumakile udają tym razem dżdżownice - trzeba dbać o konspirację. Tutejsze dżdżownice popatrują na nie zgorszone! No i niech ktoś teraz zaprzeczy mutagennemu działaniu promieni UV! No patrzcie co one zrobiły dżdżownicom z Haradu! Wstrząśnięta dżdżownice dziękuję Yavannie za to, że nie żyją w Haradzie i nie wyglądają jak jakieś no... nie obrażając ich sióstr z Haradu: mumakile!

Nocną atmosferę ubogaca wrzask:
- WRACAJ MÓJ MĘŻU, GDZIE SIĘ WŁÓCZYSZ?????????? BO CI W SHIRE WSZYTSKIE SKALNIACZKI POROZWALAJĄ, WIESZ JACY SĄ CI WANDALE ZE SMAJALI!!!
Szalony Ogrodnik Samwise biegnie trop w trop za mumakilową karawaną a odbiornik w jego ręku świruje.
- Ależ Różyczko, ja muszę uratować moją trawkę. Ona mnie wzywa na pomoc! Bycie Powiernikiem do czegoś zobowiązuje, a nawet Galdriela mi mówiła...
Róża zatrzymuje się z gniewnym jękiem. Nie, to ona już woli wracać sama przez pół Śródziemia niż słuchać znów o tej elfce! Co to, to nie!

Pałac Aragorna. Typowy akompaniament:
UEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE EEEEEEEEE UEEEEEEEEUEEEEEEEEE UE UEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE EEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE EEEEEEEEEEEEEEE!
- A on tylko siedzi i siedzi - wrzeszczy Eowina starając się przekrzyczeć ryki następcy tronu - i gada do tego kaktusa!!! I tylko o tej głupiej fali!
Undomiel chyba traci cierpliwość.
- Co ja, psycholog jestem?! Wpierw Farmir, teraz Eowina, a na dobitkę ten wstrętny bachor!!! Luthien! Wredna, czemuś mi o tym wszystkim nie napisałaś?! Czemu? Mam dość.... chcę do
Amanuuuuuu UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU UUUUUUUUUUUUUUUUUU UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU UUUUUUUUUUUUUUU UUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!
Dzidziuś milknie wpatrzony okrągłymi oczkami w drącą się szacowną matkę. Po chwili zaczyna się śmiać i klaskać rączkami. Undomiel przerywa rozdzierający szloch i rozmazuje sobie kunsztowny makijaż na całą twarz (tworząc w ten sposób nową modę na czarne wstęgi namalowane na całej twarzy).

Aragorn wszedłszy do komnaty staje w progu jak wmurowany. Jego syn przestał płakać, to po pierwsze. Siedzi w łóżeczku i wyje ze śmiechu ledwo łapiąc oddech. Arwena z twarzą umazaną ciemnymi smugami tuszu i cieni do powiek, które spłynęły jej z oczu na policzki wpatruje się w dziecko jakby w podskakującego Manwego. Eowina natomiast ciska się po całej sali, tłucze wazony i wrzeszczy:
- Nienawidzę kaktusów! Nienawidzę! Nienawidzę!!!!!
Elessar łapie się za głowę i wybiega do swojej pelargonii. O, Berenie, czemuś nie wspomniał w pamiętnikach że tak ciężko żyć z elfkami!
- Chyba pójdę w ślady Faramira... Widać znalazł ukojenie w Haradzie

Złociste południe w Ithilien. Kaktus radośnie wyciąga kolce do słoneczka i rośnie sobie spokojnie, buzując swoimi wewnętrznymi procentami.
-...i wiesz, że wtedy Eru zesłał Olbrzymią Falę, Która Zatopiła Starożytne Westernesse.... i przybyli do Śródziemia, by założyć cudny Gondor, bo wiesz, Arnor to tacy nieokrzesani barbarzyńcy w stylu Elessara...
Kaktus cieszy się, że tu nikt nie chce go wypić.
- ...dlatego spójrzmy razem w stronę Zachodu, gdzie...

Ostatnia Przyjazna Drewniana Buda, specjalne posiedzenie wszystkich worków na bambusy.
- Nie pozwolimy komu innemu zatrzymać w swoim ręku Kaktusa! Nie! I niech nas Wieczne Ciemności pochłoną jeśli nie dotrzymamy przysięgi! Ludu Worków na Bambusy! Dlaczego dłużej mieliśmy służyć rewolucyjnym mumakilom, skoro zabrano nam nasz kaktus! Idźmy dopełnić zemsty, ale nawet gdybyśmy nie mieli tej powinności, to i tak nie mamy teraz co pić, bo usychają inne kaktusy. Ale nie jestem chyba jedynym mężnym workiem na bambusy w Ostatniej Przyjaznej Drewnianej Budzie? Czyż my wszyscy nie straciliśmy swego kaktusa?
A potem przysięgli na wieczne ciemności, żeby ich pochłonęły, jeśli pozwolą by jakikolwiek człowiek, elf, mumakil, rodzynka czy worek zatrzymał przy sobie Jedynego Kaktusa...

Eru, którego w obrębie Ardy zwą Iluvaterem pokręcił z ubolewaniem głową... I na co ja stworzyłem tych ludzi?! O kaktusy się będą zabijać...

...wtedy nadeszła Wielka Fala...

***

...i reszta jest milczeniem. A nie... gdzieś spod spienionego żywiołu zalewającego zielone pola pięknego Ithilien dało się jeszcze słyszeć czyjś triumfalny okrzyk, brzmiący jakby "Ha - WIELKA FALA! - a nie mówiłem???!!! Było mnie słuchać, niedowiarki!" ... i reszta jest milczeniem.

***

Na koniec mamy jeszcze dla Was kompletnie bezsensowne karykatury polityków, żeby wkurzyć cenzorów i wywołać kontrowersje, co wydaje się dziś jedynym sposobem na to, by ktokolwiek zwrócił na nas uwagę. Jak to mawiali Monty Pythoni: "Ludzie chcą brudu, rżnięcia piłami spalinowymi, widoku nianiek dźganych igłami przez gejowskich kandydatów na prezydenta, dusicieli kurcząt, uzbrojonych krytyków teatralnych, eksterminujących kozy-mutanty. To jest rozrywka!". Mamy nadzieję, że w niniejszym tekście udało nam się chociaż w części temu sprostać.

THE END.

Tak oto nadszedł czas morałów. To nic specjalnego. Bądź miły dla celników, ostrożny z rodzynkami, i podejrzliwy wobec ludzi ubranych w worki. Uważaj na blondynki.

Autorzy: Vaylei oraz X
Ilustracje wykonała: Alda



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl