Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Siła wspomnień

Przydrożny kurz wirował w promieniach słońca wzbijany w powietrze kopytami białego wierzchowca. Domy grzały swe postarzałe dachy w wiosennym cieple zachodzącego słońca. Pod bezchmurnym niebem uwijały się ptaki, które dopiero co powróciły z dalekich podróży. Wszędzie panował zgiełk właściwy ludzkim miastom - z kierunku, gdzie znajdował się targ dobiegały głosy przekupniów, zwykłe ludzkie kłótnie, bez których nie zawarto by żadnej transakcji; z otwartych drzwi tawerny dobiegały głośne śpiewy, ulicą przechadzała się dwójka uzbrojonych po zęby mężczyzn - zapewne pełnili funkcję strażników miejskich. Dzieci biegały po ulicach z wrzaskiem. Kobiety przekrzykiwały się przy pracy.

O ileż piękniejsza jest wiosna w lasach albo na stepach, pomyślał wędrowiec. Ludzie z lękiem schodzili mu z drogi, uważnie lustrowali go spojrzeniami. Zniżali głosy do szeptu i mamrotali coś między sobą. Dopiero, gdy się oddalał, zaczynali swobodnie rozmawiać. Wciąż czuł na sobie ich spojrzenia. Nie lubił miast i nigdy by tu nie przyjechał, gdyby nie niezałatwione sprawy sprzed dwudziestu lat. Ktoś szybko usunął mu się z drogi. Widząc zachowanie mieszkańców miasta, można by pomyśleć, że nigdy nie widzieli podróżujących. Byłby to jednakże zły wniosek. Harso było bowiem miastem kupieckim - leżało na skrzyżowaniu szlaków handlowych, z czego czerpało niemałe korzyści. Wciąż przybywały tu karawany kupieckie czy podróżni dając zarobek zajazdom. Tak więc powód dystansu, a nawet trwogi, którą ludzie mu okazywali, leżał gdzie indziej. Po prostu - nie był człowiekiem, a ludzie zawsze bali się przedstawicieli innych ras. To dlatego mierzyli go takimi podejrzliwymi spojrzeniami, dlatego trwożnie usuwali mu się z drogi.

Nachylił się w stronę jakiegoś wyrostka i zagadnął:

- Przepraszam, szukam domu nijakiego Troma Kassovo.
Chłopak spojrzał na niego ze skrajnym przerażeniem i wskazał ręką ulicę, w którą powinien skręcić. Wędrowiec skinął mu głową. W tej chwili podeszli do niego dwaj strażnicy.
- Czego chcesz od tego chłopca? - zapytał jeden ponurym głosem.
- Pytałem tylko o dom mego przyjaciela - odparł elf patrząc na niego z wysokości siodła.
- Któż jest owym przyjacielem, panie, jeśli można spytać?
- Nie można - odparł nowoprzybyły i skierował konia w ciemną uliczkę, którą wskazał mu młodzieniec.
- W imieniu prawa, zatrzymaj się! - wrzasnął drugi strażnik.
Na ulicy zrobiło się bardzo cicho. Przechodnie zastygli w oczekiwaniu na sensację. Podróżny spojrzał na dwóch mężczyzn uśmiechając się pod nosem.
- Przez dwadzieścia lat ludzka gościnność doprawdy zmalała - stwierdził i nie zatrzymywany już przez oniemiałych strażników, ruszył swoją drogą. Wąska, ciemna uliczka wyprowadziła go na niewielki dziedziniec otoczony eleganckimi kamienicami. Zatrzymał jakąś kobietę, która go mijała i zapytał:
- Czy mogłabyś mi wskazać dom Troma Kassovo, pani?
Kobieta spojrzała na niego podejrzliwie i rzekła wskazując na wysoką kamienicę pokrytą płaskorzeźbami przedstawiającymi wijące się smoki:
- To ten, panie.
Oddaliła się szybko zostawiając go samego na placu. Elf zeskoczył z konia i podprowadził go do drewnianej bramy z miedzianymi okuciami. Zakołatał w nią. Po chwili odrzwia uchyliły się i stanął w nich odźwierny. Otaksował gościa podejrzliwym spojrzeniem i warknął nieuprzejmie:
- Czego tu?
- Chcę zobaczyć się z Tromem Kassovo - odrzekł elf, siląc się na uprzejmość.
- Wątpię byś był umówiony.
- Nie twoja to sprawa człowieku - podróżny zablokował stopą zamykające się drzwi. Cała ta sytuacja śmieszyła go po prostu. - Wpuść mnie.
- Szlachetnego... Pana... nie ma... w domu - odparł rwącym się ze złości głosem mężczyzna.
- A więc poczekam na niego.
Wtedy zza drzwi dobiegł zdziwiony głos:
- Co tu się dzieje, Movro?
- Jakiś włóczęga chce się dostać przed twe oblicze, o Dostojny! Ja go nie chcę wpuścić, ale on grozi mi mieczem.
Słysząc tak niedorzeczne kłamstwo elf zaczął się głośno śmiać. Miecz miał ukryty w zrolowanym kocu i odźwierny na pewno go nie zobaczył. Drzwi otwarły się i stanął w nich potężny, brodaty mężczyzna.
- Twój służący ma doprawdy bujną wyobraźnię, Tromo - rzekł wędrowiec uśmiechając się.
Mężczyzna chwilkę patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma, aż wreszcie wydusił:
- Yovallor, ty tutaj?! Wchodź, przyjacielu, wchodź! - z rozjaśnioną uśmiechem twarzą wprowadził go do swego pałacyku. Stanęli na otoczonym arkadami dziedzińcu wyłożonym białym kamieniem. Kassovo zawołał chłopca stajennego, żeby zaopiekował się wierzchowcem gościa. Yovallar wziął swoje bagaże i ruszył za gospodarzem, który nie przestawał mówić.
- Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek mnie odwiedzisz. Pozwól, że zaprowadzę cię do komnaty, gdzie będziesz mógł się odświeżyć, a potem porozmawiamy. Przedstawię ci moją żonę i dzieci.
Elf słuchał paplaniny Troma z prawdziwą przyjemnością. Jego głos był drugą rzeczą, za którą tęsknił najbardziej. Pierwszą...
- To tutaj - gospodarz otworzył przed nim drzwi i wprowadził go do rozświetlonej promieniami słońca komnaty. - Przyślę za chwilę chłopca, który zaprowadzi cię do mnie.

Po chwili Yovallor dołączył do Troma w ciepłym, niewielkim ogrodzie. Siedli w altance.
- Na pewno jesteś głodny, więc wydałem już odpowiednie rozkazy. Zaraz przyniosą nam tutaj wieczerzę. Widzisz tamte dzieci? - zapytał wskazując na bawiącą się nieopodal dwójkę. - To moje pociechy. Żona niestety przyjdzie do nas dopiero po zmierzchu, miała jakieś ważne sprawy do załatwienia w mieście.
- Widzę, że dobrze ci się powodzi.
- Tak. Bogowie pobłogosławili. A ty...? - spytał niepewnie po chwili wahania.
Elf wzruszył ramionami.
- Wędruję - odparł krótko.
- Nie... ułożyłeś sobie życia?
- Nie.

Podeszła do nich służąca z wieczerzą. Rozłożyła wszystko na stole.
- Dziękuję ci Marioe. Zawołaj Doalę i Norego do domu. Robi się już zimno.
Dziewczyna skinęła głową i przelotnie spojrzała na gościa. Ich wzrok skrzyżował się na chwilę. Te jej oczy, takie ciemne. Czaiły się w nich wesołe ogniki...


... ale ja ci mówię, że one istnieją naprawdę! - zawołała ze śmiechem
. - A ja ci nie wierzę - odparł Tromo wpatrując się w nią podejrzliwie poprzez płomienie.
- W elfy też nie wierzyłeś - przypomniał mu Yovallor.
- Ach Yovallorze...


... Yovallorze!
Elf drgnął i spojrzał na przyjaciela.
- Już myślałem, że twoja dusza opuściła na chwilę ciało, jak to ma w denerwującym zwyczaju czynić.
- Przepraszam cię, ale chyba właśnie znów to zrobiła - odparł poważnie. Chciał spojrzeć znów na służącą, upewnić się, że to, co widział, znów było tylko przewidzeniem, ale ona już odchodziła z dziećmi Troma do domu. Z twarzy mężczyzny zniknął wesoły uśmiech.
- No, jesteśmy sami. Teraz możesz mi powiedzieć bez owijania w bawełnę po co przyjechałeś.
- Jeżeli powiem, że tylko po to, by się z tobą zobaczyć, to nie uwierzysz? - bardziej stwierdził niż spytał elf.
- Przecież wiesz, że nie.
Yovallor zapatrzył się w gęstniejącą ciemność.
- Całą rzecz trzeba wreszcie zakończyć, Tromo - rzekł cicho, a gdy przyjaciel nie odpowiedział, dodał: - Powinniśmy byli zrobić to już dwadzieścia lat temu, ale wtedy... Przecież wiesz, że to ściągnie na nas nieszczęścia.

Kassovo wyprostował się jak rażony gromem. Wreszcie odpowiedział:
- To tobie się nie udało w życiu, nie mi. Widać to przekleństwo to tylko brednie.
- Mnie to już wszystko jedno - ja nie mam już nic co mogłoby mi zabrać, może prócz duszy. A jeżeli chodzi o ciebie, to dobrze wiesz, że im więcej masz, tym więcej możesz stracić: żonę, dzieci, bogactwo, zdrowie. Możliwe, że tylko dlatego jeszcze jesteś szczęśliwy, bo dali ci to wszystko tylko po to, by potem nagle odebrać i tym bardziej pogrążyć.

*

Ulice i zabudowania tonęły w mgle świtu. Pogoda zmieniła się i dzień wstał szary i zamglony. W ciszy rozbrzmiał stukot podków o bruk i zza zakrętu wynurzyli się dwaj jeźdźcy. Podjechali powoli do bramy miasta i jeden z nich zawołał:
- Hej! Otwórzcie no bramę!
Po chwili z okienka wartowni wynurzyła się głowa zaspanego strażnika.
- Co tak wcześnie? - ziewnął. - Miłosierdzia nie macie!
- Niektórzy muszą wcześnie wyjeżdżać, bratku - rzekł drugi podróżny niezbyt szczęśliwym głosem. - Otwórzcie bramę.

Klnąc na czym świat stoi, mężczyzna wyszedł z wartowni i powlókł się do bramy. Wierzeje otwarły się ze skrzypieniem. Dwoje podróżnych opuściło miasto Harso.

Znów, tak jak kiedyś, byli we dwójkę sam na sam z przygodą.


Gościniec biegł przez szumiące lasy pełne ptaków i innych zwierząt, a czasem nawet tajemniczych cieni snujących się poboczem. Ciężkie chmury wisiały nisko grożąc w każdej chwili ulewą...


...Jeżeli zacznie padać, to... - odgrażał się Tromo. - W ogóle nie rozumiem, czemu opuściłem mój ukochany domek, by pakować się w jakieś tarapaty! Może ty mi możesz to wytłumaczyć? - zwrócił się do jadącego obok niego elfa.
- Niestety nie. Ludzka psychika pozostaje dla mnie zagadką.
- No widzisz. Dla mnie też. A już szczególnie moja własna. Bo jakimż trzeba być idiotą, by jako dostojny syn dostojnego kupca i dostojnej matki, ledwo świt potajemnie opuszczać swoje miasto narażając nerwy swojej rodziny i pozostawiając swoje interesy i narzeczoną, żeby włóczyć się gdzieś po jakichś zimnych, cudzych, twardych gościńcach, spać pod gołym niebem i ogólnie tułać się bez celu po dziewiczych puszczach za przewodnika mając jakiegoś elfa... ups! Przepraszam cię przyjacielu, ale ...
- Cicho!

Yovallor zastygł w bezruchu, tak samo jego koń. Tromo już miał się go spytać o co mu chodzi, kiedy i on to usłyszał. Odgłos podków uderzających o kamienie traktu.
- No nie, jeszcze tego brakuje żeby napadli nas rozbójnicy...
- Bądźże wreszcie cicho! - prychnął elf.
Ujrzeli tajemniczego jeźdźca z rozwianymi, jasnymi włosami. Yovallor zmarszczył brwi i wyjechał nieznajomemu na spotkanie. Wiedział kto go dogonił. Poznał sposób, w jaki podróżny siedział w siodle.
- Czemu mnie goniłaś? - zapytał, gdy się spotkali.
Zwróciła na niego swoje piękne, ciemne oczy i roześmiała się.
- Ach, Yovallorze! Jakiś ty naiwny! Myślałeś, że po naszej ostatniej rozmowie dam ci odjechać tak nagle i bez pożegnania? Rozumiem - powstrzymała go, gdy chciał coś powiedzieć - twojego niespokojnego ducha, który ciągnie cię ciągle ku przygodom. Złożę się, iż znów wyczytałeś coś w księgach mistrza Fariolo! Pokręcił głową.
- To niezupełnie tak, ale nie wiem, czy powinnaś wiedzieć, o co chodzi.
- Trudno. Tak czy owak nie odstąpię cię ani na krok, mój drogi - szepnęła elfka i zarzuciła mu ręce na szyję.

Wtedy ich uszu dobiegło delikatne chrząknięcie. Tromo patrzył na nich z nieukrywanym zdumieniem.
- Oto mój towarzysz podróży - Tromo Kassovo - przedstawił go Yovallor.
- Och! - wykrzyknęła dziewczyna. - Nie sądziłam, iż spotkam cię w towarzystwie człowieka. Jakież to różne wydarzenia spowodowały to przedziwne przymierze? - Długo by opowiadać... - mruknął elf.
- Jestem pewny pani, że cię to zainteresuje - przerwał mu Tromo. - Otóż wszystkiemu jest winna...


...ta moja cholerna głupota! -westchnął mężczyzna
Jego przyjaciel drgnął i spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Bo gdyby nie to, że... - mężczyzna kontynuował, lecz Yovallor puszczał jego słowa mimo uszu obserwując las wokoło nich. Było tu tak cicho i spokojnie!Leciutka, siwa mgła owijała delikatnie pnie drzew, między którymi rosły wszelkiego rodzaju krzewy. Rudy lis przebiegł gościniec, jakiś ptak zanucił ukryty w młodych liściach. Pachniała wilgotna ziemia. Z oddali dobiegał szmer potoku. W takiej scenerii upłynął im pierwszy dzień wędrówki do oddalonego celu. Zatrzymali się, kiedy już zaczęło się zmierzchać. Tromo ani na chwilę nie przerywał swoich tyrad co i rusz zmieniając tylko ich temat.
- ...a to jasno wskazuje, że coś takiego jak sens w ogóle nie istnieje! - zakończył właśnie jedną z nich. Mężczyzna wiedział, że jego przyjaciel w ogóle go nie słucha, ale przecież wcale go to nie obchodziło. Ważne było tylko to, by miał do kogo mówić. To dawało mu szczęście. Niech więc mówi...

Płomienie ogniska wznosiły się wysoko. W tych okolicach niebezpiecznie było rozpalać duży ogień. Ale elf zaniechał dziś wszelkich ostrożności. Nie było to zgodne co prawda z jego naturą. Po prostu chciał by wszystko było tak jak w tamten wieczór...


...Tromo poszedł po chrust do lasu i zostali przy ognisku sami we dwoje. Elfka przytuliła się do niego i zapytała:
- Cieszysz się, że nie pozwoliłam ci tak po prostu odjechać?
- A wiesz, że nawet się cieszę? - odparł z uśmiechem.
Potrząsnęła głową z oburzeniem.
- Może wobec tego powiesz mi, o co ci chodzi?
Zamyślił się. Wrócił Tromo, ale go nie spostrzegli. Yovallor zaczął opowiadać...


...Słońce przeciekało leniwie pomiędzy zielonymi liśćmi bukowego lasu. Gdzieś słychać było śpiew kosa. Zielone krzewy to wspaniałe schronienie dla młodego włamywacza. W ich cieniu nikt go by nie dostrzegł.

Dworek stał opustoszały i cichy. Zawsze był cichy. Nie znaczyło to jednakże iż mistrza Fariolo nie ma w domu. Tym razem jednak włamywacz widział jak mędrzec opuszcza swoją siedzibę. Jednak wciąż brakowało mu śmiałości by włamać się do dworu swego nauczyciela. Było jednakże coś co musiał sprawdzić. Coś bardzo ważnego. Wiedział wszakże, iż Fariolo nie byłby zadowolony, gdyby przyłapał go na przeglądaniu książki, której wyraźnie zakazał mu oglądać. quot;Ta książka sprowadzi na ciebie nieszczęście" mawiał. Szkoda, że Yovallor nie wierzył wówczas w takie gadki... Wielu tragediom zapobiegłby, gdyby nigdy nie zakradł się wtedy do domu swego nauczyciela!

Jednakże on wychynął zza krzaka i zbliżył się szybko do drzwi. A co jeżeli Fariolo zabezpieczył je dodatkowo magią? przemknęło mu przez myśli pytanie. Ale trzeba było spróbować. Pchnął zdecydowanie drzwi. Ustąpiły bez żadnego oporu. To nadspodziewane powodzenie wzbudziło jego podejrzenia. Czyż Fariolo przejrzał jego zamiary i postanowił go złapać na gorącym uczynku?

Elf ostrożnie wkroczył do środka. Pusto tu było, ale to nie zwiodło młodzieńca. Choć widział jak mistrz opuszcza swój dwór, nie mógł być pewny, czy jednak nagle się tu nie pojawi. Po chwili wahania pobiegł szybko do gabinetu mędrca. Była to wielka biblioteka z regałami pełnymi równo poukładanych ksiąg. Yovallor musiałby długo tutaj czegokolwiek szukać, ale on wiedział dokładnie gdzie znajduje się to czego on potrzebuje.

Była tam, gdzie zawsze - gruba księga oprawiona w czarną skórę tkwiąca pomiędzy innymi dziełami elfich artystów. Wyciągnął ręce i z niemałym trudem wydobył ją spomiędzy dwóch woluminów. Jego oddech stał się szybki. Usiadł na chłodnej podłodze i z zapartym ze zniecierpliwienia tchem podniósł okładkę.

Książka nie miała nawet strony tytułowej. Od razu rozpoczynał się drobny tekst, który zapełniał szczelnie jej karty. Elf z cichym westchnieniem zaczął ją wertować. Wiedział, iż czeka go mozolna praca nim zdoła znaleźć interesujący go tekst. Prawda, wszystkie były bardzo ciekawe: Węzły Mocy na świecie, Kult krwi i siła jaką daje, Demony upiory i ich przywoływanie, Wampiryzm sił życiowych i wiele, wiele innych. Jednakże nie miał czasu na przeczytanie całej tej książki. Niestety!

Dzieło nieznanego mistrza przyciągało go dziwnym magnetyzmem. Powstrzymał jednak swoją pasję do nieznanego i odnalazł jeden jedyny rozdział. Ten, który miał w chwili obecnej największe dla niego znaczenie. Zajęło mu to jednak zbyt wiele czasu, by zdążył go przeczytać przed powrotem swego nauczyciela. Decyzję podjął w jednaj chwili. Wyjął zza pasa ostry sztylet. Zaszeleściły cicho cięte kartki. Młodzieniec pieczołowicie ukrył swoją zdobycz pod tuniką, a księgę wsunął na jej miejsce. Upewnił się, że nie zostawił po sobie żadnych śladów i cicho opuścił dom swego mistrza.

Jakże niepojęte są wyroki losu. Włamał się do dworu, aby tylko obejrzeć pewną książkę, przeczytać zaledwie dwadzieścia stron. Wyszedł natomiast jako złodziej. Czemuż nie przypomniał sobie wtedy słów mędrca: "ta książka sprowadzi na ciebie nieszczęście"? Skoro sama księga była omenem zła, to czyż jej fragment też nie był przeklęty? Czyż to nie owo przekleństwo przywiodło wtedy do upadku uczciwość młodego elfa o idealistycznych poglądach? I dlaczego ten prawy elf nie czuł nigdy wyrzutów sumienia z powodu tamtej kradzieży, skoro wcześniej o przygnębienie przyprawiała go byle sprzeczka z przyjaciółką...?


...Yovallorze? - zapytał Tromo wyrywając go z zadumy.
- Hm?
- Dlaczego nigdy nie opowiedziałeś nam dokładnie tego, co było w tamtej książce? Prawdę mówiąc nie wierzę w żadne przekleństwa, a i ty nigdy w nie przecież nie wierzyłeś, jak po wielokroć mi mówiłeś. Skąd więc nagle taka przesądność, że musimy to zrobić jeszcze raz, bo inaczej marnie skończymy?
Yovallor znów się zamyślił i mężczyzna był pewny, iż nie doczeka odpowiedzi. Jakże więc był zaskoczony, gdy elf nagle podniósł głowę znad swoich kolan i spojrzał na niego wzrokiem pełnym wewnętrznego cierpienia.
- Tromo, wybacz mi - poprosił szeptem.
Kassovo zdębiał.
- Co ty? Żartujesz sobie ze mnie? - wydusił.
- Nie. Ja nigdy nie żartuję, przecież wiesz o tym doskonale.
Urwał, a przyjaciel czekał w milczeniu, aż elf wyrzuci z siebie wszystko. Yovallor zaczął mówić. Powoli i jakby z pewnym trudem.
- Widzisz Tromo, ja was zawsze cały czas okłamywałem. Nie mówiłem wam co tam wyczytałam, bo... bałem się, że... że poznacie, jaki jestem naprawdę. Ja, widzisz, ja zawsze wierzyłem w przekleństwa...

- Daj spokój, to przecież nic strasznego - mężczyzna usiłował uśmiechnąć się, ale nie bardzo mu to wyszło; bał się tego co zaraz może powiedzieć Yovallor.

-... bo ja... ja sam je często rzucałem i tyle! - krzyknął elf nagle. - Zawsze interesowałem się czarną magią, a kiedy ukradłem tamte stronice, zacząłem się jej uczyć, oczywiście w tajemnicy przed mistrzem Fariolo. Miałem sam jechać do tej wieży! Ja nie chciałem nikogo narażać, ja nie chciałem... - głos mu się załamał i elf zwiesił nisko głowę.
Tromo przysiadł koło niego i położył mu rękę na ramieniu.
- Nie mogłeś temu zapobiec - próbował pocieszyć przyjaciela, lecz ten spojrzał na niego jakoś tak dziwnie.
- Ty dalej nic nie rozumiesz - szepnął z niedowierzaniem. - A więc posłuchaj: wtedy, dwadzieścia lat temu, byłem młody i niedoświadczony, nie potrafiłem rozpoznać niebezpieczeństwa. Byłem zbyt pewny siebie. Wtedy jeszcze w klątwy nie wierzyłem i dlatego pojechałem do tej wieży. Pomyślałem sobie, że to byłaby ciekawa przygoda i okazja do sprawdzenia moich umiejętności. Cząstką duszy wiedziałem, że to śmiertelne niebezpieczeństwo i koniecznie chciałem być sam. Ale wtedy napatoczyłeś się ty. Taki głupi człowiek, co uciekł potajemnie z domu żądny mocnych wrażeń. A ja ciebie, nie wiem czemu, polubiłem. I myślałem sobie tak: a niech to, kawałeczek drogi mogę z nim jechać. Ale potem podsłuchałeś naszą rozmowę i już nie mogłem cię puścić do domu, musiałem cię zabrać tam z sobą. Ervione też wpierw chciałem odesłać z powrotem, ale była zbyt uparta, a ja zbyt mało stanowczy. Bo mimo niepokoju jej obecność bardzo mnie cieszyła. Ale nigdy, ciągnąc was w te niebezpieczeństwa, nie powiedziałem wam prawdy!!! Rozumiesz?
Tromo skinął głową.
- To dlatego stało się to, co się stało. To j a byłem głównym sprawcą tej tragedii.
- Nie powiedziałeś jej bo bałeś się, że cię zostawi? - spytał Kassovo wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
Elf patrzał intensywnie w ogień.
- Tak. Przecież, gdyby znała prawdę, nigdy by już na mnie nie spojrzała. A ja ją kocham, Tromo, naprawdę.

Przy ognisku zaległa głęboka cisza.
- A więc co tam było napisane? - zapytał człowiek.
Yovallor wyjął zza pasa plik wygniecionych i poplamionych kartek.
- Mogę ci przeczytać jeśli chcesz.


Świt zastał ich przy wygaśniętym ogniu, siedzących nieruchomo i pogrążonych we własnych myślach.
- Wiesz, powiem ci jedno - odezwał się wreszcie Tromo. - Ty naprawdę byłeś głupi!
Słowa te ponuro zabrzmiały w porannej ciszy.
- Ale nie mam do ciebie żalu, żeś nie powiedział nam wszystkiego. Też zataiłbym coś takiego.

Tromo odebrał od przyjaciela plik skradzionych dawno temu stronic i zwinąwszy je w rulon, wsunął w żarzący się popiół. Pergamin wybuchnął czerwienią ognia, skręcił się, sczerniał i rozsypał w proch. Wiatr uniósł zwęglone kawałki tajemnej księgi wysoko ponad drzewa, poniósł w dal...
- Koniec z przeklętym papierem - rzekł stanowczo Tromo.
Yovallor patrzył w niebo, gdzie zniknęły strzępy opowieści, która towarzyszyła mu przez dwadzieścia lat.
- Tak nie rozwiążesz problemu, Tromo - westchnął. - Ale zrozumiem jeśli teraz wrócisz do domu. Sam stawię im czoła...
- Wiesz, że głupio gadasz, więc lepiej się przymknij! - wybuchnął nagle mężczyzna. - Wstawaj i prowadź do tej wieży, ja już tam nie trafię. Lepiej mieć to już z głowy...

Na usta elfa wpłynął nieśmiały uśmiech.
- Nie wiem, czy zasługuję na takie poświęcenie...
- Nie nam o tym decydować, przyjacielu - odrzekł poważnie Kassovo.


Do wieży dotarli po trzech dniach. Jej cień ścielił się czarną rozpadliną na gładkiej, monotonnej równinie. Swym ostrym wierzchołkiem, boleśnie rozdrapywała szare, kłębiące się nisko chmury. Spowijała swoje otoczenie nicością ciszy tak wielkiej, że przytłumiony stukot kopyt końskich zdawał się bezcześcić jej świętość... przekleństo...

Yovallor i Tromo spojrzeli na siebie, a z ich oczu wyzierała niezłomna decyzja. Zdecydowani ruszyli naprzeciw potędze wieży...


... Chłodna ręka Ervione szukała zapewnienia bezpieczeństwa w uścisku jego dłoni. Elfka drżała. Bała się. Lecz nigdy by się do tego nie przyznała. Wiedział, że gdyby pozwolił jej teraz odejść, wyśmiałaby go. Nie wolno okazywać lęku - rodzice powtarzali swym dzieciom, jeszcze gdy były małe. Nie wolno się do niego przyznawać.

A wieża naprawdę była przerażająca. Niema, ciemna, wieczna i potężna. Ale oni nie ulękli się jej. Wolno podążali w jej stronę, kierując się do mrocznej paszczy jej żelaznej bramy...


...Szare schody pięły się w górę ku nieskończoności nieba. A pod nimi szary przestwór stepów, które nie były zaznaczone na żadnej mapie świata. Nad iglicą, hacząc o jej ostry szczyt przepływały ołowiane, ciemne chmury. Lecz nie spadła z nich ani jedna kropla życiodajnej wody. To miejsce przesycone śmiercią, ale zarazem wiecznym istnieniem, nie dopuściłoby, aby skalała je choćby kropla życia.

Wreszcie dotarli do żelaznych drzwi tkwiących w czarnym kamieniu. Yovallor wypowiedział kilka twardo brzmiących słów i wrota otwarły się cicho, bez żadnego dźwięku. Weszli. Na ścianach płonęły pochodnie - tak samo było dawno, dawno temu, gdy przybyli tu po raz pierwszy. Na środku okrągłej komnaty sterczała czarna iglica. Jej czerń pochłaniała wszelkie światło i przyciągała wzrok. Emanowała energią, pulsowała własną świadomością. Dopiero teraz wyczuli jak bardzo było groźna. Jak bardzo oni byli głupi.

Stanęli po przeciwnych stronach kamiennej duszy wieży i podali sobie ręce, tworząc niewielki krąg. Krąg był niepełny i dobrze o tym wiedzieli. Stanowiło to kolejne zagrożenie, ale cóż mogli począć? Ervione już nie było, nie mogli przywrócić jej istnienia - może wieża to zrozumie?

Rozpoczęli inkantację. Śpiewnie wypowiadali słowa, których nigdy nie zdołaliby zapomnieć. Ich głosy brzmiąc w harmonii, napełniły powietrze wibracjami. Żarłoczne ściany pochłaniały ich wysiłek - słowa wpadały między kamienie i ucichały pożarte. Wieża wystawiała ich na próbę sił. Nie zamierzała odpowiadać za szybko. Ale musieli ją zmusić - zaczęli śpiewać głośniej i szybciej z całą mocą jaką mogli z siebie wykrzesać...


... i wreszcie! Z czarnej, sterczącej skały zaczęły się dobywać błękitnawe pasma. Coś przychodziło na świat. Krąg napiął się, starając się utrzymać panowanie nad eksperymentem. Śpiew zabrzmiał jeszcze głośniej. Sopran Ervione, tenor Yovallora i bas Troma brzmiały w idealnej harmonii wibrując pod kamiennym sklepieniem. Opór Czegoś zdawał się maleć, błękitna poświata wirowała wewnątrz kręgu nagle uległa.

W świetle magii twarz Ervione zdawała się być niezwykle blada, rzęsy przymkniętych z wysiłku oczu rzucały głęboki cień na policzki, jasne loki opadały na czoło. Właśnie ten moment Coś wybrało, aby znów zaatakować. Błękitne macki wystrzeliły ku elfce i spowiły ją niesamowitą poświatą. Ona natomiast w ogóle zdawała się niczego nie zauważać - nie zmienił się napięty wyraz jej twarzy, nie przestały poruszać usta wciąż wypowiadające słowa inkantacji, choć mężczyźni nie słyszeli już jej głosu. Z przerażeniem mogli tylko patrzeć, jak postać dziewczyny staje się półprzeźroczysta, a potem znika...

Krąg został przerwany. Coś wymknęło się szybko emanując tryumfem i rozpłynęło się w powietrzu wydostając się na wolność...


... Nareszcie! Z bliżej nieokreślonego punktu zaczęły wypływać wijące się, błękitne pasma. W tej samej chwili Yovallor poczuł w swojej dłoni szczupłą dłoń Ervione. Podniósł wzrok.

Tak; stała między nim a Tromem całkiem materialna, a jednak niezwykle ulotna. Jej głos współbrzmiał z ich zaśpiewem, przymknięte oczy ocieniały policzki, jasne włosy opadały niesfornie na twarz.

Wtem, jakby czując jego spojrzenie, podniosła powieki i spojrzała na niego z przelotnym uśmiechem. Jej oczy nie były takie, jakie zapamiętał. Owszem: ciemne i błyszczące się wesoło, lecz było w nich coś czego nie poznawał, coś spoza materialnego świata...

Coś stawiało szaleńczy opór, lecz w końcu mozolnie zaczęło spływać ku iglicy. Trójka wzmocniła swój wysiłek, ich napięte mięśnie drżały, lecz głos nie zatrząsł się ni razu. Świetlista energia zawirowała a iglica stała się jeszcze czarniejsza, choć przedtem nie wydawało się możliwe, aby mogła być jeszcze bardziej mroczna, i zaczęła wchłaniać drżące, błękitne wstęgi. Jeszcze chwila i po Czymś nie było już ani śladu.

Inkantacja ucichła. Okrągła komnata stała się cicha jak zwykle. Płomienie lizały pochodnie nie spalając ich jednak. Przepływ magii nie zachwiał ich nawet.

Tromo podszedł do Yovallora, który wpatrywał się wciąż w miejsce, gdzie przed chwilą znów, po latach stanęła Ervione i położył łagodnie dłoń na jego ramieniu.

- Ona odeszła, Yovallorze - rzekł cicho. - Już nie wróci...

Elf nie spojrzał na niego. Skinął tylko głową i podszedł do żelaznych, zimnych drzwi.

*

- Odwiedź mnie jeszcze kiedyś, przyjacielu - poprosił z uśmiechem Tromo.

Brama miasta Harso była otwarta na oścież i właśnie wjeżdżała przez nią długa karawana wijąca się jak wąż.
- Kiedyś pewnie jeszcze zawitam do ciebie - odparł Yovallor z bladym uśmiechem.
Kassovo popatrzył za siebie, na dzikie kraje, a potem znów utkwił wzrok w wielkiej bramie. Wkrótce karawana przeszła.
- A więc do zobaczenia, Yovallorze! - człowiek uniósł rękę w geście pożegnania.
- Do widzenia, Tromo - odpowiedział elf.

Odwrócili się od siebie i każdy z nich, tak jak dwadzieścia lat temu, ruszył w swoją stronę...

*

... Wznosi się, ciemna nad szarym morzem równiny. Iglica z czarnej skały. Jak zawsze niezmienna, nieczuła, nieskończona. Swym wierzchołkiem rozdrapuje boleśnie ołowiane niebo - czarną otchłań gęstej samotności.
Walcz, mówi. To jest jedyny sens. Walka... Niewzruszona, ironiczna, wciąż rzuca cień na jego życie, jego trwanie.
Czym jest trwanie?
Żyjesz, aby walczyć. Walczysz - aby żyć. Odejdź, odpowiada. ... puste pustką śmierci oczy Troma...
... pusta nicość Ervione...
Zabiłeś ich. Pamiętasz? Swoich jedynych przyjaciół.
Nieprawda! Tromo żyje! krzyczy, ale wizja nie znika.
Pragnienia są śmiercią Yovallorze.
Odejdź, prosi.
Ale ona trwa i trwa w tle jego życia
Czym jest trwanie?
Istnieniem i wieczną walką: trwasz, aby walczyć, walczysz - aby trwać.
Zamilcz! Rozkazuje.
Czyżbyś nie wiedział, że milczenie nie istnieje?

Niekończące się pustkowie życia, wiecznego trwania - najgorszego z przekleństw. I tylko ona - nieskończona iglica, piekło duszy. Oni byli niewinni. Wiedziałeś, że to tylko nad tobą ciąży klątwa. Zabiłeś ich swoim tchórzostwem.
Odejdź, błaga. Zostaw mnie...

Ale ona tkwi dalej. Iglica nad nieskończonym pustkowiem życia, samotności, trwania...

Koniec

Napisala: Vaylei


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl