Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Nad polem szarym i mglistym

Szare, mokre pole otulała nieprzeniknioną szarością gęsta, chłodna mgła. Zimna i ponura, jak wszystko wokół. Szare kłęby snuły się powoli, żałobnie nad rozmiękłą ziemią. Muskały ostrożnie zastygłe ciała, wpatrujące się wciąż pustymi już oczyma w nieskończony nieboskłon. Malowało się w nich tak dużo różnych namiętności - nienawiść, gniew, strach, smutek, niedowierzanie... i pytania. Tak wiele jeszcze uczuć odczytać można było z twarzy wojowników, którzy wszakże nie czuli już nic. Byli martwi.

Nad szarym, smętnym polem przemykają złowieszcze cienie. Nie da się uchwycić ich spojrzeniem - tak szybko mkną we mgle. Niby są, a jednak nie zdołałbyś ich dotknąć, nie mógłbyś nawet zobaczyć, jak wyglądają, kim lub czym są. Nie usłyszałbyś ich także - spełniają swoją mroczną posługę w całkowitym milczeniu, nie zakłócając ciszy śmierci.

Walkirie z gracją podpływały ku każdemu z wojowników, pozwalając jego duszy opuścić nędzny padół świata. Strażniczki drogi w Zaświaty. Mówiono, że są piękniejsze niż ktokolwiek inny, jednakże nikt nie mógł potwierdzić tych pogłosek, przecież tylko umarli mogli spojrzeć w ich twarze. Tylko umarli mogli je zobaczyć jak krzątały się na polach bitew...

Tylko umarli...

- A więc nie żyję... - wyszeptał śledząc wzrokiem ulotne istoty.

Nie żyję. Umarłem. Nie ma mnie już na tym świecie; a raczej nie istnieję już w postaci materialnej... Wszystkie te myśli niosły z sobą niespodziewaną otuchę. Śmierć w końcu nie okazała się kresem wszystkiego. Wszak istniał dalej. Myślał. Widział.

Śmierć... Była tylko krótkim momentem, jedną sekundą, najkrótszym epizodem jego życia. Śmierć nieodmiennie kojarzyła się z bólem, strachem, ciemnością... i nieznanym. W rzeczywistości była ona tak krótka i tak gwałtowna, że nawet nie zorientował się kiedy umarł. Ból? Owszem, był ból, ale to było wtedy, kiedy zimne, żarłoczne żelazo wgryzło się w jego pierś. Ból był jeszcze podczas życia. Nie po śmierci. Strach? Owszem, bał się, ale wtedy, gdy widział przed sobą zniekształcone wściekłością twarze ludzi, którzy byli gotowi zadać mu najdotkliwsze cierpienia. To nie śmierci się bał, ale ludzi. Ciemność? Nicość? I one okazały się próżnym lękiem żyjących. Przecież istniał dalej...

Gdzieś pośród mgły zatupały konie, zadźwięczały kolczugi. Gdzieś daleko, za białym oparem, w innym świecie rozmawiali ludzie. Mgła złośliwie tłumiła ich głosy, a on tak bardzo, wbrew wszelkiemu rozsądkowi chciał choćby jeszcze raz usłyszeć głos śmiertelnika! Odwrócił głowę, poszukując spojrzeniem rozmawiających. Byli całkiem niedaleko... Kręcili się po polu zasłanym zabitymi i pochylali się nad każdym zmarłym, przyglądając mu się dokładnie. Potem podnosili się, podchodzili do następnego, debatowali chwilę nad nim, oglądali go dokładnie i odchodzili. Ich kolczugi nie lśniły już, kroki utraciły sprężystość. Wtem z nagłym ożywieniem przyskoczyli do któregoś z ciał, lecz i tym razem odeszli zawiedzeni.

Wtedy do uszu Tarquina dotarł wraz z wiatrem strzęp prowadzonej przez nich rozmowy.
- Jestem pewien, że to było gdzieś tutaj - rzekł pierwszy zmęczonym głosem.
- Ciągle to powtarzasz - prychnął jego towarzysz. - Nie wiem, skąd masz tą pewność, podczas bitwy nie ma czasu na uważanie, w jakiej części pola się jest w danym momencie.
- Po prostu mi uwierz.
Zapadło chwilowe milczenie, w czasie którego mężczyźni obejrzeli kolejną parę zwłok.
- Może tylko go ogłuszyłeś? Jeśli tak było, to pewnie już uciekł. Albo jakiś koń rozgniótł mu twarz kopytem i nigdy nie uda nam się go znaleźć na tym pobojowisku!
- Ja go wszędzie poznam, Krive - rozejrzał się z irytacją po polu.

I wtedy Tarquin go poznał... Ja nie żyję myślał poszukując w tej świadomości obrony przed powracającym strachem. Nie żyję...

Tymczasem dwójka wojowników zbliżała się do niego nieuchronnie...

Wtedy jednak nad Tarquinem, jak tarcza zawisła mglista istota. Walkiria... Cała jej postać zdawała się być lekko zamglona i niewyraźna, nawet płomienno rude włosy okalające jej twarz ognistym nimbem. Wyraźne były tylko jej oczy - czarne i niezgłębione jak sama Otchłań.

Jak długo przyglądali się sobie nawzajem? Czy trwało to wieczność czy tylko jedną chwilę? Na te pytania Tarquin nigdy nie potrafiłby odpowiedzieć. Wreszcie jednak walkiria uniosła dłoń w pożegnalnym geście, a na jej wąskich ustach pojawił się nikły uśmiech. Wojownik nie zdążył zaprotestować. W następnej chwili znów leżał sam, wśród martwych towarzyszy broni. Nigdzie nie potrafił też dostrzec ulotnych duchów. Była tylko przeraźliwie zimna mgła i ból palący całe ciało. Chciał krzykiem wyrazić swoją rozpacz i swój strach, ale nie potrafił wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku.

Rozejrzał się z paniką wokoło. Krive i Farmein byli już tak blisko! Jeszcze kilka chwil i w końcu, po tylu latach ucieczki wpadnie im w ręce. A potem będzie wilgotny loch przesycony smrodem strachu, bólu i śmierci. Będzie ogień, rozpalone żelazo i inne wymyślne metody wydobywania z więźniów informacji. Powiem im wszystko, myślał z rozpaczą Tarquin. Wystarczy im godzina, by mnie złamać. Nawet się nie zmęczą. Wiedział, że tak będzie. Nie był mężny, nie stać by go było na milczenie w obliczu cierpienia i ciągłego lęku. Nie potrafiłby się śmiać oprawcom w twarz jak młody Nreyten, albo przez trzy doby w ciszy, bez jęku nawet znosić tortury jak Yavinioe. Oni byli bohaterami, Tarquin nie. Tarquin bał się cierpienia, bał się swojej słabości.

Nigdy nie pozwolę, by mnie dorwali, postanowił kilka lat temu, wyrywając się z obławy Farmeina. Uciekać zawsze, z najciaśniejszego nawet okrążenia. Ale tym razem nie miał siły, nawet żeby poruszyć ręką. Nie zdołałby doczołgać się do zbawiennego lasu...

Mgła kotłowała się nad jego głową, jej smugi układały się w zawiłe wzory. Tworzyła szare spirale i wstęgi, wiła się pomiędzy jego palcami, meandrowała wśród sterczących z ziemi włóczni, strzał i mieczy.

Mgła. Jego dziedzictwo. Matka i siostra zarazem. Znał ją, rozumiał i kochał od zawsze.

Wiedział, że mu się nie uda. Wiedział to, ale jednak mimo wszystko kierowany jakąś nikłą nadzieją spróbował. Wyciągnął rękę ku szarym oparom, a w głowie tłukła mu się tylko jedna myśl: uciec stąd, uciec jak najszybciej.

Udało się - mgła usłuchała. Zgęstniała tak, że wydawało się, iż można ją kroić nożem. Zastygła nad całym pobojowiskiem okrywając je sinym całunem. Człowiek nie potrafiłby dostrzec dłoni przed swoim nosem. Człowiek. Ale nie Tarquin. Bo Tarquin nie był człowiekiem. Dlatego mgła nie ograniczała jego wzroku.

Wstał. Pokonując paraliżujący ból i potworną słabość ciała podniósł się chwiejnie na nogi. I natychmiast spazmatycznie łapiąc powietrze, upadł na kolana. Nie pozwolę by mnie dostali. Nie pozwolę. Jego dłoń zacisnęła się na czymś ostrym. Miecz. Wydobył z błota kunsztownie zdobioną broń. Klinga pokryta była błotem i zakrzepłą, czerwoną krwią - ludzką. A więc to miecz któregoś z poległych verian. Oczyścił ostrze. Spod warstwy brudu ukazały się wyryte w srebrnej stali słowa: tue farneyto-ye, avra crayquine. Żyjesz, aby walczyć...
- ... walczysz, aby żyć - dopowiedział szeptem.
Wbił czubek ostrza w rozmiękłą ziemię, dłonie zacisnął na rzeźbionej rękojeści. Zebrał siły i znów wstał. Zachwiał się, ale tym razem udało mu się utrzymać na nogach.
- Tue farneyto-ye, avra crayquine... - powtarzał robiąc pierwszy krok, potem drugi, trzeci...

Las był daleko. Za daleko. Ale Tarquin szedł. Szedł coraz szybciej, mimo iż na początku sądził, że nie stać go na taki wysiłek. Zataczając się i potykając, upadając i powstając zmierzał wytrwale ku mrocznej ścianie lasu. Nie mógł się załamać, nie mógł pozwolić, by Farmein wydobył z niego to, co chciał wiedzieć.

Kiedy pierwsze drzewa były już blisko, mgła zaczęła wymykać mu się spod kontroli. Zbyt długo była mu już posłuszna i trwała w bezruchu. Teraz chciała już uwolnić się spod jego wpływu. Musiał jej na to pozwolić, nie miał siły, by dłużej nakłaniać ją do posłuszeństwa.

Natychmiast opary rozrzedziły się, a potem rozwiały całkowicie. Jednak przegrał... Za sobą usłyszał triumfalny wrzask. Obejrzał się. Farmein gnał ku niemu na rosłym siwku, a jego stalowo-szare oczy jaśniały nienawiścią.
- Mówiłem, że cię dorwę, tchórzliwy veraninie! - krzyknął.
- Jeszcze mnie nie złapałeś, człowieku - wymamrotał Tarquin i rzucił się pędem w kierunku lasu.

W momencie, kiedy tuż za sobą usłyszał koński oddech i łomotanie kopyt o ziemię, przed sobą ujrzał splątane konary drzew i gęste krzewy poszycia. Skoczył. Drobne gałązki wczepiły mu się w kolczugę, podrapały twarz i ręce, boleśnie wbiły się w ranę, jedna omal nie wykuła mu oka. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że tu dotarł, że był tu, w lesie, który dawał szansę na umknięcie prześladowcom. Owszem, szansa była nikła, ale była.

Przewrócił się na plecy i usiłował stłumić jęk. Wiedział, że musi biec dalej, ale chciał chwilkę odpocząć. Tylko chwilkę...
- Krive!!! Zbieraj ludzi na obławę!!! Tym razem nam nie umknie! - usłyszał stłumione wołanie.

Wstał, a kosztowało go to więcej trudu niż za pierwszym razem. Daleko nie ucieknę; i tak mnie złapią. Kątem oka złowił jakąś postać między drzewami, jednak kiedy tylko spojrzał w miejsce, gdzie stała, znikła. Mimo to wiedział kto to był. Poczuł przypływ sił i otuchy. Nie był sam. Jego Strażniczka czuwała.

Drzewa wzdychały cicho, szeptały szeleszcząc liśćmi. Ich pnie okryte pomarszczoną przez wiek korą wzbijały się ku górze jak kolumny podtrzymujące sklepienie kunsztownie rzeźbione we wzór liści i owalnych żyłek gałęzi. Powróciła mgła i otuliła stopy lasu ulotnym okryciem. Skryła pod sobą mięciutką poduszeczkę mchu wspinającego się na wiekowe pnie. Z białego oparu, jak z sennego marzenia wynurzały się młode drzewka o wiotkich pniach i rozłożyste krzewy przyozdobione różowymi koralami jagód. Las witał Tarquina radośnie, jak matka wita wracającego syna. To dało się odczuć w melodii szeptanej przez drzewa, w łagodnym dotyku gałązek na jego skórze.

Ruszył przed siebie. Szedł bezszelestnie, nie trącając gałęzi i delikatnych listeczków. Za sobą słyszał głos pogoni - ludzkie wrzaski i krzyki zakłócające świętą ciszę lasu. Kilka razy musiał się zatrzymać, aby nabrać sił do przekroczenia zwalonych pni i wykrotów. Każda z tych przerw była dłuższa niż poprzednia. Poruszał się coraz wolniej walcząc zawzięcie z ogarniającą go słabością. Każdy krok był najcięższą walką jego życia. Ale walczył, bo wiedział, że jest zbyt słaby, by milczeć na torturach. Nie był bohaterem, uciekał więc przed bohaterstwem...


...tue farneyto-ye, avra crayquine... - jęknął osuwając się na kolana pośrodku wartkiego potoku. Zimna woda orzeźwiła go trochę i przytomniej rozejrzał się wokoło. Nie miał pojęcia, gdzie jest i nie pamiętał, kiedy doszedł do źródła. Jasne pasmo wszechobecnej mgły wiło się nad powierzchnią skaczącej po kamieniach wody. Patrzył z dziecięcym zainteresowaniem, jak woda barwi się jego krwią i obojętniał na ból, strach, pościg... Wtedy ją znów zobaczył. Unosiła się ponad mgłą, jej płomienne włosy falowały łagodnie, a bezdenne oczy wpatrywały się w niego.
- Jeszcze żyję - rzekł do niej z goryczą. - Jeszcze żyję i tym razem mnie nie oszukasz. Pokręciła głową.
- Nigdy cię nie oszukiwałam - jej głos dobiegał za wszystkich stron świata. - Ty sam siebie okłamywałeś, bojąc się spojrzeć w twarz prawdzie.

Mokrą dłonią przetarł zmęczone oczy pozostawiając na twarzy jaśniejszą smugę. Z daleka znów usłyszał krzyki pogoni. Ludzie błądzili po lesie szukając jego śladów. Człowiekowi ciężko znaleźć trop verianina, Tarquin był pewny, że będą szukać jeszcze długo. Ale prędzej czy później odnajdą go. Może zobaczą gdzieś na liściach plamy krwi, albo jakieś strzępy ubrania? A może po prostu będą mieli głupie szczęście? Tak, w końcu trafią tu, nad ten potok, a on już nie miał sił by iść dalej...
- Zabierz mnie - zwrócił się do walkirii. - Przecież i tak w końcu mnie zabierzesz, więc uczyń to, zanim mnie złapią. Proszę...
- Tarquinie - wyszeptała - ta decyzja nie należy do mnie. Ja odprowadzam dusze zmarłych do Zaświatów, ale to nie ja decyduję o tym, kto i kiedy ma umrzeć.
- A kto? - zapytał, lecz nie doczekał się odpowiedzi.
Potok śmiał się przeskakując z kamienia na kamień.
- Czym jest śmierć? - zadał następne pytanie.
Spojrzała na niego badawczo i odpowiedziała cicho:
- Tym samym co narodziny.
Kiedy zauważyła, że nie rozumie, dodała:
- Bramą między światami. Śmiertelnicy mylą się mówiąc o śmierci i narodzinach, bo nie ma czegoś takiego. W każdym z tych dwóch przypadków jest to po prostu przejście... Dusza nie umiera i nie rodzi się.
Drzewa słuchały uważnie jej słów komentując je cichutkim poszumem.
- Nie uciekniesz im - powiedziała nagle.
Spojrzał na nią szybko i warknął:
- Mylisz się, nie dostaną mnie!
Nic nie odrzekła wpatrując się w niego z lekko drwiącym uśmieszkiem, jakby chciała spytać: a jakimże to sposobem do tego nie dopuścisz?
- Będziesz przy mnie, gdy będę przechodził? - zapytał z nagłym lękiem.
- Oczywiście... Zawsze jestem - odparła.

Tarquin wpatrzył się w korę najbliższego drzewa. Przez chwile rozważał ruszenie w dalszą drogę, ale zrezygnował z tego pomysłu. Wiedział, że i tak nie ma szans uciec. Siedział więc dalej na mokrych, gładkich kamieniach pośrodku potoku, który radośnie pędził gdzieś w dal.

Nie usłyszał niczego, ale wiedział, kto się zbliża. Zdobył się na ostatni wysiłek - wstał. Nie chciał, aby Farmein odnalazł go klęczącego. Oparł się na mieczu i czekał. Las także zamarł w pełnej napięcia ciszy.

Ludzki wojownik bezszelestnie niemal wynurzył się zza drzew i krzaków. Po kolana brodził we mgle, która skutecznie tłumiła odgłosy towarzyszące jego przedzieraniu się przez bujne poszycie lasu. Na jego zmęczonej twarzy malowała się mściwa satysfakcja.
- Wreszcie, zielonoskóry tchórzu - warknął. - Wreszcie wpadłeś w moje ręce.
Tarquin nie zareagował. Patrzył się beznamiętnie na swojego wroga, który ścigał go od tylu lat.
- Pamiętasz verianinie, mówiłem ci kiedyś, że prędzej czy później wszystko z ciebie wyciągnę. Możesz być pewny, że będziesz mówił. Postaram się o to osobiście - mówiąc to podszedł bliżej.
W odpowiedzi Tarquin uniósł miecz na wysokość ramion.
- Nie dostaniesz mnie, Farmein - rzekł cicho. - Przypomnij sobie, obiecałam ci, że zawsze będę ci uciekał. Teraz też ucieknę.
W odpowiedzi człowiek zaśmiał się szyderczo.
- Moi ludzie są tak blisko, że nie masz gdzie uciekać, Tarquin. Poza tym, i tak nie dałbyś rady zrobić nawet jednego kroku.
- Tue farneyto-ye, avra crayquine. Tue crayquino-ye, avra farneyte - rzekł w odpowiedzi verianin.
- Co? - szczeknął Farmein.
- Żyjesz, aby walczyć. Walczysz, aby żyć - przetłumaczył. - Zawsze jest jakaś droga ucieczki.

Człowiek spojrzał na niego podejrzliwie. Po chwili jednak zrozumiał.
- Nie odważysz się - prychnął pogardliwie. - Zawsześ był tchórzem Tarquinie, a do takiego kroku potrzeba odwagi.
Verianin nie odpowiedział.

Potok śmiał się wesoło biegnąc z kamienia na kamień. Mgła wiła się między kolumnadą pni. Walkiria czekała w milczeniu świdrując go spojrzeniem niesamowitych oczu.

Kiedy niedaleko rozbrzmiały ponownie okrzyki pościgu, podjął decyzję. Szybko przyklęknął w zimnej wodzie i zaklinował rękojeść miecza pomiędzy kamieniami. Farmein krzyknął coś i rzucił się ku niemu, aby go zatrzymać.
- Tue farneyto-ye, avra crayquine... - szepnął Tarquin.

Zamknął oczy i rzucił się na zimną stal...


... Jesteś przy mnie, Strażniczko?
Jestem, wojowniku.



autor: Vaylei


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl