Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"Wieńczony Ogniem" - Część III

Napisała: VanEo

Viladan

Rozdział Trzeci


Imperator popatrzył po zgromadzonych w jego namiocie ludzi. Kriger siedział koło niego z tak znudzonym wyrazem twarzy, że było to aż dziwne. Bawił się sygnetem. Blask świec odbijał się w szmaragdzie rozsyłającym dokoła zielonkawe błyski. Obok jego brata stał Gvyar. Stary generał nie wyglądał na zdenerwowanego. Raczej na zirytowanego, ze wyrwano go z namiotu w środku nocy. Przy wejściu zatrzymali się Viladan i dziewczyna. Też spokojni i opanowani, ale tylko Skrzydlaci wiedzieli, ile ich ten spokój kosztował. Atli czuła jakby serce chciało jej wyskoczyć z piersi, tak szybko biło. Zerknęła kątem oka na towarzysza. Nort nawet nie drgnął jeden mięsień na twarzy. Popatrzył na Imperatora nieporuszony.
- Doszły mnie pewne informacje... - władca zawiesił głos.
Odpowiedziała mu cisza. Słychać było jak syczy knot w świecy.
- Są to wręcz sensacyjne wiadomości. Rzucają one oszczerstwa przede wszystkim na mojego drogiego brata. Mówią o zdradzie...
Kriger popatrzył na niego jak na idiotę. Skrzywił się z niesmakiem. - Ponoć masz, braciszku, spiskować z Gvyarem przeciwko mnie... a ty z kolei, generale, masz wspomagać tych dwoje - wskazał na Nort i Ravlynkę. - w planowaniu przewrotu w armii...
Zebrani popatrzyli na niego wielkimi oczami. W końcu Krigerowi zadrgały kąciki ust i wybuchnął tak serdecznym śmiechem, jakiego Viladan jeszcze u niego nie słyszał.
- Och, bracie, ja słyszałem jeszcze lepsze rewelacje. Wiesz, że napisałem do stolicy, żeby wydali Gvyanora w moje ręce? W końcu wtedy Viladan będzie miał możliwość przejścia na stronę wroga. Ja go oczywiście wspomogę moimi siłami, bo przecież zdradzam cię już od kilku ładnych lat. Dodatkowo załączyłem też osobny list, w którym idealnie podrobiłem twój podpis, a który głosi, że abdykujesz na moja korzyść a resztę życia spędzisz w górskim klasztorze na kontemplacjach i modłach.
Vren uśmiechnął się zimno.
- Gdyby ktokolwiek inny to powiedział, straciłby głowę. Wierzę ci tylko dlatego, że jesteś moim bratem i wiem, że nigdy byś mnie nie zdradził. Aczkolwiek dziwi mnie, że uważasz to za zabawne.
- Bracie - Kriger oparł dłoń na nadgarstku króla. - Plotki były, są i będą. Ale za to, co usłyszałem dziś daję ci swój honor i mówię: "To nieprawda".
- Honor?
- Tak.
- Za nich i za siebie?
- Tak.
Vren spojrzał w oczy brata. Kriger był najszczerszym, najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znał. W jego spojrzeniu nie było cienia fałszu. Jeżeli przysięgał na honor...
- Każdy król powinien mieć takiego brata, jak ja - Vren pochylił się i pocałował Krigera w czoło.
Książę spojrzał tylko kątem oka na pozostałą trójkę. Zacisnął zęby.

Kiedy wyszli, Atli odetchnęła. Już myślała, że wszystko stracone, a oni zawisną jeszcze przed świtem. Odwróciła się do Viladana.
- Obejmij mnie - powiedziała wieszając mu się na ramieniu.
- Co?
- Obejmij - szepnęła mu do ucha. Zachichotała i ugryzła go w szyję.
Gdy dotarli do namiotu, pociągnęła go na posłanie.
- Co ty wyprawiasz? - spróbował ją odepchnąć.
- Zamknij się i słuchaj - wtuliła nos w jego szyję. - Wszystko, co powiedział Kriger jest prawdą. Siedzimy po uszy w bagnie. On, Gvyar, ty i ja - jej ton bynajmniej nie należał do tych, którymi oświadcza się komuś, że jest zdrajcą. - O północy uwolnię dwoje moich ludzi. Pojadą po pewną bardzo ważną przesyłkę. Chyba wiesz, o co mi chodzi?
- Nie
- To trudno - przecież nie powie mu, że uwolniła jego brata z pomocą księcia. - Mamy czas do północy. Król pewnie nas śledzi, więc wykrzesz z siebie choć iskrę aktorstwa.
W końcu zrozumiał, o co jej chodzi. Posłanie zgrzytnęło w proteście.
- Wreszcie dotarło - zachichotała. - Słuchaj mnie. Wy musicie przejść na naszą stronę. Ja się przed niczym nie cofnę. Do stolicy poszły sfałszowane rozkazy. O północy jesteśmy razem, albo nie żyjesz - pocałowała go. - A teraz chodź spać. Dalej do niego nie docierało, co mu powiedziała. Nagle świat stanął na głowie. Zdrada Krigera. Sfałszowane rozkazy. Uwalnianie jeńców.
- Atli, to szaleństwo...
- W tym szaleństwie jest metoda. Do północy masz czas to przetrawić - przytuliła się do niego. Zamknęła oczy.

Gvyanor rozejrzał się dokoła. Wyjechali ze stolicy wcześnie rano. Teraz dochodziło południe. Gdy tylko miasto zaczęło niknąć na horyzoncie, zjechali z głównego traktu. Poruszali się równolegle do niego, ale w bezpiecznej odległości. Pod osłoną lasu podróż była wolniejsza, ale mieli gwarancję, że nikt ich nie będzie śledził. Chłopiec nie protestował. Najpierw się bał, ale potem ciekawość wzięła górę i w końcu postanowił zapytać żołnierzy, co się dzieje.
- Dokąd jedziemy?
Wyspiarze odwrócili się do niego. Słyszeli o bracie Viladana z Nort. Mały rzeczywiście był podobny do niego.
- Do twojego brata, ale nie zobaczysz go jeszcze kilka tygodni.
- Jedziemy na Pogranicze? - spytał chłopiec.
- Tak. A potem jeszcze dalej, ale to już nie z nami.
- A dlaczego?
Wojownicy wymienili uśmiechy. Co jak co, ale małomówne to dziecko nie było. A jego opiekunka powiedziała, że chyba coś ma nie tak z głową, bo się prawie nie odzywa.
- Zobaczysz, jak dojedziemy.
- Jak macie na imię?
Teraz Wyspiarze wybuchnęli śmiechem. Chłopiec na pewno był całkiem normalnym dzieckiem. Może aż nazbyt śmiałym. Potrzebował tylko odpowiednich warunków, żeby jego charakterek się ujawnił.
- Dziecko, ludzie, którzy cię chowali to zakute łby - jeden z nich poklepał chłopca po głowie.
- Wiem - stwierdził poważnie Gvyanor. - Ale dalej nie wiem, jak wam na imię.
Żołnierze pospoglądali po sobie.
- Ja jestem Sigurd - powiedział ten, który tak pozytywnie wypowiadał się o Imperialnych. - To jest Anshelm, a zwiadowca nazywa się Ivar. Jeszcze chcesz coś wiedzieć?
Gvyanor uśmiechnął się. Zdecydował, że lubi Wyspiarzy, i że wcale nie są tacy, jak mu opowiadała Mira. Podjechał bliżej do Anshelma i wyciągnął rękę w kierunku jego miecza. Przejechał palcami po zdobionej pochwie.
- Czy ja też kiedyś taki dostanę?
- Może. Jeśli zasłużysz.
- A jak się zasługuje na taki miecz?
Wojownicy wymienili spojrzenia.
- Krwią, chłopcze - powiedział poważnie Sigurd.

Nie jechali głównymi drogami i to zaintrygowało Gvyanora. Już od ponad tygodnia przedzierali się przez lasy i małe wioski. Omijali wszelkie większe zbiorowiska ludzkie poprzestając na małych osadach, gdzie nikt o nic nie pytał. Trzech Wyspiarzy uzbrojonych w słynną północną stal skutecznie zamykało usta co bardziej gadatliwym. Tak samo efektywnie jak złoto.
Że coś jest ewidentnie nie tak chłopiec zorientował się po kilku dniach. Skręcili wtedy z Zachodniego Gościńca na mało uczęszczany, dłuższy i mniej wygodny trakt. Jechali nim dwa dni, żeby potem nagle zerwać konie do biegu, jakby goniło ich stado demonów.
Teraz znowu zanosiło się na kolejną jazdę. Po dwudniowym odpoczynku konie były świeże. Wyspiarze obudzili go przed świtem. Tym razem nie jechał sam. Sigurd posadził go przed sobą, a luźnego konia przywiązał do łęku siodła łatwym do puszczenia węzłem.
- Dlaczego tak gnamy? - spytał chłopiec wojownika.
- Bo musimy się śpieszyć. Twój brat nie będzie czekał.
Z następnego tygodnia Gvyanor zapamiętał przesuwające się w szaleńczym tempie krajobrazy. Puszcza ustąpiła stepowi, góry jakby urosły. Teren stał się bardziej pagórkowaty i stracił tę płynność, jaką miał wokół stolicy. Tutaj horyzont na północnym wschodzie znaczył się poszarpanymi szczytami gór, a wschód linią pogranicza. Dokoła widać było pozostałości toczonej wojny. Spalone i nieodbudowane miasta, woski, z których zostały tylko fundamenty. Opuszczone zagrody. Wokół nie było żywego ducha. Tylko wiatr świstał nad stepem poruszając wysokimi trawami, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej żółte i rosły już kępami, a nie równym łanem. Tylko przy samej ziemi niska, zielona murawa kuliła się, jakby chcąc zatrzymać resztki życia. Skały wyrastały z ziemi niczym zatknięte dłońmi olbrzymów.
Na pograniczu zaczęli się poruszać ostrożniej. Gvyanor o nic nie pytał. Kiedy raz spróbował Wyspiarze zbyli go krótkim zdaniem, że to oni są od myślenia. Ale w końcu mimo wszelkiej ostrożności pojawił się problem.
Ivar podjechał galopem do Sigurda.
- Patrol Imperialnych na północ od nas. Jadą w tę stronę.
- Ilu? - jasnowłosy wojownik spojrzał we wskazanym kierunku.
- Około dziesięciu.
- Widzieli cię?
- Obawiam się, że tak. Starałem się, żeby nie zobaczyli, ale tutaj nie ma się jak ukryć.
Sigurd pokiwał głową. Dziesięciu... Za dużo, żeby z nimi walczyć, zwłaszcza jeśli mieli ze sobą dziecko.
- Co robimy? - spytał zwiadowca.
Dowódca przygryzł wąsy.
- Uciekamy. Nic innego nam nie zostało. Jeśli złapią małego, Kriger będzie martwy.
- Co się stało? - Anshelm podjechał do nich.
- Gvyanor, masz ochotę zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie wojownika? - Sigurd pochylił się do siedzącego przed towarzyszem chłopca. Uśmiechnął się, nie chcąc straszyć dziecka. Oblicze Gvyanora rozpromieniło się.
-Pewnie.
-W takim razie trzymaj się mocno - Wyspiarze pogonili konie.

Patrol wyjechał na szczyt wzniesienia. Dowódca popatrzył na Wyspiarzy, którzy teraz widoczni byli jak na dłoni. Zmierzali w stronę Sokolich Skał.
- Wyspiarze tutaj? - zdziwił się jeden z żołnierzy.
- Pewnie poselstwo do księcia.
- Nie. Żadne poselstwo - dowódca pokręcił przecząco głową. - Gdyby byli poselstwem, to by teraz nie uciekali.
Wojownicy popatrzyli na jeźdźców, którzy ewidentnie przyspieszyli i zaczęli się od nich oddalać.
- Dezerterzy?
- Jak ich złapiemy, to się przekonamy. Przygotować łuki.
Dziesięciu żołnierzy spięło konie ostrogami. Rumaki pomknęły w dół zbocza.

Pierwsza strzała świsnęła tuż koło Ivara i wbiła się w ziemię. Byli na otwartym terenie. Wystawieni jak płoszona na polowaniu zwierzyna. Za sobą słyszeli tętent kopyt i głos dowódcy. Sigurd spojrzał przez ramię. Byli blisko. Za blisko.
- Gnaj! - krzyknął.
Koń zarżał i przyspieszył. Jeździec popatrzył po przyjaciołach. Gnali równo z nim.
- Gvyanor?!
Chłopiec odwrócił się do niego. W oczach strach mieszał mu się z ekscytacją. Śmignęły następne strzały.
Imperialni pogonili konie widząc, że uciekinierzy przyspieszają. Rozciągnęli szyk. Spróbowali ich oskrzydlić. Wyspiarze ewidentnie kogoś chronili. Normalnie rozbiegliby się w różnych kierunkach. Teraz jechali razem. Dwóch z tyłu osłaniało tego, który jechał przed nimi. Konie rżały zmuszane do coraz szybszego biegu.

Wyspiarze spojrzeli za siebie. Imperialni znowu napinali łuki. Gdyby mieli tu swoje koty... Strzały śmignęły tuż koło nich. Sokole Skały majaczyły już na horyzoncie. Niebo na wschodzie pomroczniało. Za nimi słońce zachodziło czerwono. Chmury zbierały się nad horyzontem. Nagle koń Ivara kwiknął. Strzała utkwiła mu w zadzie. Poderwał tylnymi nogami, ale się nie wywrócił.

Imperialni aż krzyknęli z radości. Strzała trafiła wierzchowca. Pogonili konie jeszcze bardziej. Rumaki Wyspiarzy biegły jakby wolniej. Widzieli ich teraz wyraźnie. Dowódca rozpoznał Sigurda i Ivara. Uśmiechnął się triumfująco.

Sokole Skały wyrosły przed nimi jak spod ziemi. W pełnym pędzie wpadli między ostre skałki. Konie przysiadając na zadach kluczyły między ostańcami. Imperialni oskrzydlili ich i zbliżali się coraz bardziej. A wtedy strzały świsnęły także z przodu.

Viladan wyszedł przed namiot. Ostrożnie, ale bez przesady. Rozejrzał się dokoła. Uśpiony obóz trwał w ciszy, która przerywało tylko trzaskanie ognisk i pojedyncze, przyciszone głosy strażników. Armia Imperium odpoczywała po kolejnym ciężkim, upalnym dniu. Schłodziło się, ale było duszno. Ciężkie chmury, które przez cały dzień wisiały daleko nad horyzontem przybliżyły się. Od wieczora wiał wiatr. Świszczał na pustym, wypalonym słońcem stepie. Wojownik odgarnął pasmo włosów, które wymknęło się z warkocza i założył je za ucho. Jeszcze raz popatrzył po strażach. Nie było ich wiele. Odsunął wejście do namiotu. Dziewczyna wymknęła się niczym cień i pobiegła cicho w kierunku jeńców.

Atli delikatnie przekręciła klucz w zamku. Zgrzytnął. Dziewczyna skrzywiła się. Zaklęła cicho. Viladan odwrócił się do niej.
- Szybciej.
Postawił swoich ludzi pod broń, tak na wszelki wypadek. Jeśli teraz wpadną, to będzie koniec. Widział to aż zbyt dobrze. Odwrócił się z powrotem do dziewczyny. Otwierała drzwiczki.
- Nea, Chiran...
Dwie wojowniczki podeszły do wyjścia.
- Pani...
- Szybko. Konie są w zagrodzie. Sokole Skały. Trzech Wyspiarzy przywiezie dziecko. Hasło brzmi: "Na wojnie". Odzew: "Wieczna chwała". Szybko. Kobiety wymknęły się, a Atli podeszła do drugiej klatki. Ją też otworzyła.
Viladan wpatrzył się w ciemność. Po chwili usłyszał szamotaninę.
- Więc to jednak prawda - rozbrzmiał w ciemności głos króla.
Vren podszedł bliżej. Za nim stał Kriger, a obok Gvyar.
- Więc jednak...
- Mówiłem, Wasza Wysokość - rozległ się głos z tyłu.
Viladana zmroziło. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Odwrócił się powoli. Triver podszedł bliżej z pochodnią w dłoni. Viladan popatrzył mu w twarz. W oczach miał niedowierzanie.
- Triv... Dlaczego?
- No, tak się złożyło, wodzu - Nort uśmiechnął się. - Przykro mi.
Dopiero teraz Vila zobaczył, że Gvyar i książę stoją pod obstawą.
- Brać ich - głos króla wprost ociekał satysfakcją.
- Wyspiarze! - rozległ się krzyk gdzieś z tyłu i zgrzyt wyciąganych mieczy.
Wojownicy z Północnych Wysp z obnażoną bronią stanęli kręgiem wokół nich. Ostrza zalśniły zimnym blaskiem.
- Jeden rozkaz, książę - Frey podniósł miecz.
- Chyba nie sądzicie, że w 50 dacie radę armii zebranej w tym obozie - roześmiał się król.
- Nie. Ale w 650 uciekniemy - Kriger chwycił brata za szyję i przydusił go ramieniem. - Vila! Atli! Ruszać się. Gvyar, żołnierze pod twoją komendę.
- Nort! Do broni - Viladan ze zdumieniem usłyszał własny głos.
Po niebie przetoczył się pierwszy grom. Wycofali się powoli z obozu. Mijali Imperialnych żołnierzy, z których żaden nie miał odwagi podnieść broni na królewskiego brata. Lunął deszcz. Wydeptana ziemia w momencie zamieniła się w błoto. Niebo rozjaśniły błyskawice.
- Kriger, Kriger, Kriger - Vren roześmiał się. - Myślicie, że uda wam się uciec? Reszta wypadków potoczyła się tak gwałtownie, że Viladan zapamiętał tylko ogólny chaos. Nigdy nie tracił głowy, a jednak tym razem zupełnie nie wiedział, co robi. Pamiętał tylko deszcz, przecinane piorunami niebo. Konie kwiczące, bo ktoś wypuścił je z zagród i rozpędził. Ogień, który rozszalał się w obozie. To było jak chory sen. Porwali króla. Wyspiarze, Nort i Ravlyni... 650 ludzi przeciwko prawie 5 tysiącom w samym obozie. Zobaczył, jak dwie gwardzistki chwytają konie i odjeżdżają na południe. Potem sam nie do końca wiedzą, co robi wskoczył na pierwszego lepszego konia i pogonił go na wschód.

Nea odwróciła konia. Za nimi szalał pożar. Obóz Imperium płonął. Na tle łuny widziała ludzi wskakujących na konie, biegnących na wschód. Poprawiła łuk i kołczan, który udało się jej zdobyć na strażniku. Zwróciła wierzchowca w stronę Skał. Miała nadzieję, ze uda im się tam dotrzeć następnego dnia.

Dwa rumaki gnały przez równinę. Gwardzistki odwracały się od czasu do czasu, ale nikt za nimi nie jechał. Do Sokolich Skał miały jeszcze kawałek. Zwolniły oszczędzając siły koni.
- Myślisz, że się im uda? - Chiran podjechała bliżej Nei.
Generał tylko pokręciła głową.
- Nie wiem. Mam nadzieję. Masz jakąś broń?
Chiran z zadowoleniem poklepała miecz wiszący z drugiej strony siodła.
- Udało mi się zwinąć konia z pełnym wyposażeniem. Mam miecz i łuk.
- To dobrze. Ja mam tylko łuk.
Nea popatrzyła na niebo. Chmury zbierały się dalej. Nocna burza nie wyczerpała całkowicie ich zasobów. Ziemia odrobinę odetchnęła i nie była już tak martwo spalona słońcem. Trawy zazieleniły się odrobinę. Słońce jednak nadal świeciło oślepiającym blaskiem.
Po południu dotarły do Skał. Grupa ostańców wyrastała jak iglice z równiny. Nikt nie wiedział, jakim cudem się tu znalazły. Do gór było za daleko, by mogły być pozostałością jakiegoś pasma. Wśród ludu pogranicza krążyła legenda, ze to Skrzydlaci uformowali ten naturalny fort, kiedy walczyli z demonami na początku świata.

Jakakolwiek była prawda, to faktem było, że miejsce idealnie nadawało się do obrony. Największa skałka tworzyła wzniesienie z płaskim, równym szczytem, a dokoła niej jak las wyrastały ostańce o kształcie igieł. Tworząc naturalny labirynt były wręcz idealną pierwszą linią obrony. Spękane od wiatru ruszyły się tworząc ostre krawędzie, dodatkowo utrudniające poruszanie się między nimi. Nea oparła się o skałkę. Po jeździe całą noc i cały dzień czuła, że mogłaby zasnąć nawet w tej chwili. Przymknęła oczy. W pewnym momencie jednak je otworzyła, bo zdawało się jej, że coś usłyszała. Wstała i wyszła na zachodnia stronę skał. Chwyciła łuk.
- Chiran, do broni - napięła cięciwę i posłała strzałę w kierunku Imperialnych.

Pocisk przeleciał koło Sigurda i utkwił w ziemi pod nogami Imperialnego konia. Rumak spłoszył się i stanął na zadzie. Kolejna strzała przecięła powietrze trafiając w ramię żołnierza Imperium.
- Anshelm, z dzieciakiem do przodu! - krzyknął Sigurd odwracając konia i dobywając broni. Miecz błysnął krwawo w świetle zachodu.
Jeździec spiął wierzchowca, a jego towarzysze zwrócili się ku przeciwnikom. Strzały znowu świsnęły zza nich powalając kolejnych dwóch Imperialnych. Ze wzniesionym mieczem Ivar natarł na jednego z żołnierzy. Broń opadła rozbijając hełm. Ostrze Sigurda rozpłatało kolejnego niemalże na dwie części. Po kilku chwilach Imperialni leżeli na ziemi w równym rządku. Konie stały nieopodal, już spokojne, ale strzygące uszami i rozglądające wokół jakby w poszukiwaniu czegoś. Wyspiarze odwrócili się w kierunku skałek. Od ich strony nadchodziły dwie kobiety. Obie trzymały napięte łuki. Żołnierze stanęli spokojnie, czekając, aż wojowniczki podejdą na wybrany dystans.

Nea popatrzyła podejrzliwie na jasnowłosych mężczyzn. Jeden z nich trzymał za rękę drobnego, rudowłosego chłopca. Postanowiła zaryzykować.
- Na wojnie... - powiedziała powoli.
- Wieczna chwała - odpowiedział jej wojownik, który chyba był dowódcą. - Dziękujemy za pomoc. Gdyby nie wy, nie udałoby się nam ich pokonać. Gwardzistka skinęła głową.
- Ja jestem Sigurd, to Anshelm i Ivar.
- Nea.
- Chiran.
Kobiety opuściły broń.
- A to kto? - wskazała na chłopca.
- Jestem Gvyanor - mały postąpił do przodu. Założył ręce na piersi i starał się wyglądać najgroźniej jak umiał. - Brat Viladana Nort.
Wojowniczki uśmiechnęły się.
- Słyszałyśmy o twoim bracie. To jeden z dwóch najsłynniejszych wojowników na Pograniczu - Nea podeszła i wyciągnęła rękę do dziecka.
- A kto jest drugim? - zainteresował się chłopiec.
- Kriger Hargaan, książę Generał Imperium - gwardzistka pociągnęła chłopca w kierunku ich obozowiska. - Problem w tym, że obaj byli naszymi wrogami. Gvyanor wyrwał rękę z jej dłoni. Cofnął się. Podbiegł do Ivara i wyrwał zdumionemu Wyspiarzowi sztylet z pochwy. Wycelował nim w kobietę.
- Nie podchodź do mnie, ty ravlyńska buntowniczko - krzyknął. Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni. Nea podeszła do chłopca.
- Cofnij się - Gvyanor dźgnął sztyletem w jej stronę.
Kobieta podniosła ręce w poddańczym geście. Popatrzyła spokojnie na dziecko.
- Odłóż to, chłopcze. Teraz wszyscy jesteśmy po tej samej stronie. Twój brat przeszedł ze swoim wojskiem na stronę naszej królowej.
Gvyanora zamurowało. Niezdecydowany opuścił broń.
- Kłamiesz! Mój brat nigdy by się nie zwrócił przeciwko swojemu władcy!
Nea przyklękła przed chłopcem, żeby ich oczy znalazły się na jednym poziomie.
- Nie mam powodu cię okłamywać, młody człowieku. Twój brat stanął po stronie uciemiężonych.
- Serio? - spytał niepewnie po chwili.
- Tak.
- Co się stało? - Sigurd wspiął się za Chiran na szczyt skałki.
Rozejrzeli się. Dokoła nie było żywego ducha. Konie Imperialnych stały spokojnie przywiązane do skałki. Ciała ich panów leżały ukryte między skalnymi występami.
- Nasz dowódca, Atli uwolniła nasze wojsko wzięte do niewoli i przetrzymywane w głównym obozie. Z tego, co widziałam, to obóz stanął w płomieniach, a Nort zabrali konie i uciekli z naszymi na wschód - Chiran odwróciła się do dowódcy Wyspiarzy. Odrzuciła z twarzy włosy szarpnięte podmuchem wiatru. - Nie wiem, co zrobili Wyspiarze.
Wojownik pokiwał głową.
- My nie mamy wyboru. Musimy jechać z wami.
- O tym rozmawiaj z Neą. Ona jest starsza stopniem.

Kriger pogonił konia. Spojrzał za siebie. Łuna widniała nad horyzontem. Rzucił okiem w stronę wierzchowca, na którym jechał jego brat. Vren nie sprawiał wrażenia porwanego. Wręcz zachowywał się jak na niedzielnej przejażdżce. Ujechali spory kawałek. Od obozu dzieliło ich już kilka dobrych staj. Rozejrzał się za pozostałymi. Gvyar, Viladan i dziewczyna jechali z przodu razem z Nort. Wyspiarze osłaniali tyły. Ravlyni otaczali ich ze wszystkich stron. Gdyby przyszło im uciekać, nie daliby rady.

W końcu Atli podniosła rękę i zatrzymali się. Podeszła do Vrena.
- Wasza Wysokość, jesteś wolny. Wracaj do swoich żołnierzy.
Król tylko spojrzał na nią z wysokości końskiego grzbietu. Kriger stanął koło jego strzemienia. Podniósł oczy na brata.
- Wracaj, Vren - powiedział. - Nikt nie podniesie na ciebie ręki.
Król roześmiał się, a potem spoważniał.
- Kriger, ta zabawa przestaje być śmieszna. Jeśli chciałeś w ten sposób wtrącić Nort do więzienia, to ci nie wyszło. Niech twoi ludzie zbiorą ich z powrotem. A my porozmawiamy w obozie.
Książę zacisnął powieki. Opuścił głowę. Oparł dłoń na strzemieniu brata.
- Vren... - cofnął się. - Wybacz mi...
Król potrząsnął głową. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi i słyszy. Kriger? Jego mały braciszek odważył się na taki krok?
- Ty zdrajco - wycedził przez zęby.
Zeskoczył z konia. Podszedł do Krigera. Książę stał jak wrośnięty w ziemię. Vren stanął tuż przed nim.
- Poświadczyłeś honorem zdradę...
W oczach księcia błysnęły łzy, ale nie popłynęły. Patrzył tylko na brata z niewypowiedzianym bólem.
- Nie wiesz, co robisz. Jesteś opętany nienawiścią. Ktoś to musi przerwać - powiedział cicho.
- A ty jesteś tym kimś? - głos króla ociekał jadem.
- Wybacz mi, Vren - Kriger odwrócił się i chciał odejść.
Król chwycił go za ramię. Obrócił do siebie.
- Wyspiarz... Zakłamany jak całe twoje plemię... - odepchnął brata całą siłą. Kriger nieprzygotowany na to zachwiał się, ale nie przewrócił. W milczeniu patrzył jak Vren wskakuje na konia i odjeżdża na zachód.
Viladan patrzył na całą scenę z rosnącym smutkiem. Współczuł księciu. Za jednym zamachem Kriger stracił wszystko - brata, ojczyznę i honor. Vren ogłosi go zdrajcą stanu, to nie ulegało wątpliwości. Już niedługo łowcy głów będą uganiać się za królewskim bratem, a jego podobizny zawisną obok pospolitych rzezimieszków i morderców. Chciał do niego podejść, ale Frey go zatrzymał. Pokręcił przecząco głową.

Przed świtem dotarli do lasu. Puszcza wyrosła przed nimi niespodziewanie, gęsta i ciemna. Ravlyni prowadzili ich w głąb sobie tylko znanymi ścieżkami. Viladana zastanawiało, czy aż tak im nie ufają. Zauważył, że kluczą. Przechodzili ten sam strumień trzy razy.
Bór budził grozę. Cienie zastygły między pniami wiekowych drzew. Konary zwieszały się na ich głowami niczym ramiona jakichś przedwiecznych olbrzymów. Wiatr szeleścił w koronach. W przerwach między listowiem prześwitywało nocne niebo. Księżyc przedzierał się srebrzystymi promieniami przez gałęzie. Gdzieś zahukała sowa. Błysnęły zielono oczy nocnego łowcy. Kiedy w końcu dotarli do ukrytego obozowiska, Viladan był tak wykończony, że nie wiedział co się z nim dzieje. Adrenalina opadła i teraz do głosu doszły nerwy, zmęczenie i głód. Nawet jego przyzwyczajony do dużych obciążeń organizm nie wytrzymał. Nort opadł na wskazane mu posłanie i zasnął snem, jakiego nie zaznał od miesięcy.
Obudził się z bólem głowy. Tępe pulsowanie chciało rozsadzić mu skronie. Podciągnął kolana i oparł na nich czoło. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Ktoś dotknął jego ramienia. Podniósł głowę. Koło niego stał książę. W dłoni trzymał parujący kubek.
- Napij się. Pomoże ci - powiedział.
Viladan przyjął naczynie. Poczuł jak ciepło przenika mu dłonie.
- Dziękuję, Wasza Wysokość.
- Nie nazywaj mnie tak. Mogę?
Nort skinął głową i książę usiadł koło niego. Odgarnął z oczu niesforny kosmyk włosów. Reszta ściągnięta była do tyłu i związana rzemieniem w nieporządny węzeł. Pojedyncze pasma wiły się na ciemnej tunice. Viladan zerknął na niego kątem oka. Kriger wyglądał na koszmarnie zmęczonego. Pod oczami miał sine kręgi, twarz bladą jak kreda. Z westchnieniem oparł brodę na kolanie.
- Powinieneś odpocząć, książę...
- Już ci mówiłem, nie tytułuj mnie - głos Krigera zabrzmiał jak warknięcie.
- Wybacz...
-To ja przepraszam. Nadal nie wierzę w to, co się stało - książę przymknął oczy.
Zaśmiał się, a właściwie zachichotał jak z dobrego żartu opowiedzianego w nieodpowiedniej sytuacji. W końcu zaczął się śmiać zupełnie jawnie. Viladan patrzył na niego niezdecydowany, co zrobić. Książę opadł na plecy, podłożył ręce pod głowę i popatrzył na niebo, którego maleńki skrawek widać było między liśćmi. Śmiech zamarł mu na ustach.
- Kriger?
Książę popatrzył na wojownika z północy. Wzrok miał przytomny, jakby ta wcześniejsza chwila szaleństwa nie miała miejsca.
- Jak długo? - Nort nie odważył się dokończyć pytania.
- Zdradzałem brata, kraj i wszelkie wartości moralne, jakie ktokolwiek wymyślił! Czy jak długo jestem draniem? - Imperialny spojrzał na niego kątem oka. - Od około czterech lat i całe życie. Zanim wyjechałem z Imperium, Gvyar był moim nauczycielem. Gdy wróciłem, poszedłem do niego i złapałem na wysyłaniu meldunku. Wymusiłem, żeby mi powiedział, co się dzieje. Jak się okazało, że jest szpiegiem, to były tylko dwa wyjścia - albo go wydać, albo do niego przystać. Podjęcie wiążącej decyzji zajęło mi dwa lata. Ravlyn miał wtedy jeszcze króla. Rok później dostał królową, a następny rok później wojnę. Tylko dlatego, że mój brat postanowił poszerzyć swoje włości i przebić naszych przodków pod względem pazerności na cudze ziemie. Gdy przyszedł do mnie z pięknie wykaligrafowanym pismem oznajmiającym, ze mianowano mnie na generała i powierzono dowództwo nad częścią armii Imperium, w końcu się zdecydowałem. Jaka to była decyzja - wiesz sam. Od dwóch lat za moim pozwoleniem i pod moją ochroną Ravlyni dostawali wiadomości o naszych posunięciach. Między innymi dlatego tak dostaliśmy od nich na wiosnę. Kriger mówił to tak spokojnie, że Viladana aż ciarki przeszły. Spodziewał się ataku, krzyku, że to nie jego sprawa. Tymczasem dostał prostą, rzeczową odpowiedź.
- Nigdy nie sądziłem, że dojdzie do czegoś takiego. Nie chcę myśleć, co zrobią Gvyanorowi - powiedział cicho Nort. - I wolę się nie zastanawiać, na co naraziłem mój naród.
Książę usiadł i położył towarzyszowi dłoń na ramieniu. Nie mógł mu przecież powiedzieć, co zrobili. Jeśli chłopak zginął po drodze, bo i tak mogło się stać, to nie było sensu dawać Viladanowi nadziei.
- Obudziłeś się - Atli podeszła do nich.
- Zostawię was - Kriger wstał i odszedł.
Dziewczyna popatrzyła za nim, a potem odwróciła się do Nort.
- Dobrze, że wstałeś. Twoi ludzie zaczynali szemrać, że coś ci się stało. Nie wiem, czy książę byłby w stanie ich opanować - usiadła naprzeciwko wojownika.
- Gdzie jesteśmy? - Viladan upił łyk napoju, który okazał się grzanym piwem z miodem.
- W jednej z naszych baz wypadowych. Między innymi stąd dawaliśmy wam w kość w...
- Dlaczego? - przerwał jej. Podniósł na nią oczy. - Dlaczego to zrobiliście? - Mówiłam ci, że muszę cię mieć po swojej stronie. Próbowałam po dobroci. Odmówiłeś. Teraz nie masz wyboru. Jesteście z nami, albo was nie ma.
- Jesteś bezduszna...
- Jestem patriotką, która za wszelką cenę usiłuje ratować swój kraj - Atli uniosła głowę i popatrzyła z góry na mężczyznę. Spojrzenie ciemnych oczu było zimne i wyniosłe.
- Doprowadzając do śmierci dziesięcioletniego chłopca, zdrady brata i narodu! - Viladan nie wytrzymał. Pobladł z gniewu. - Jesteś najbardziej nieludzką osobą, jaką znam! Nawet Vrena pobiłaś! Jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś tak nieludzkiego jak ty! Po trupach do celu! A czyje to trupy, to już cię nie obchodzi! Walczysz dla własnej wielkości, nie dla swojego kraju!
Atli patrzyła na niego spokojnie. Wokół nich zapadła taka cisza, że słychać było szelest liści poruszanych wiatrem.
- Skończyłeś? - zapytała, gdy przerwał, by złapać oddech.
- Jeszcze tylko jedno zdanie. Gardzę tobą - Viladan wstał i rozejrzał się dokoła. Nort i Wyspiarze patrzyli na niego zażenowani. Jakby chcieli przeprosić, że przez przypadek podsłuchali ich rozmowę.
- Rozejść się - warknął Nort.
Żołnierze powoli odwrócili się i wrócili do poprzednich zajęć. Viladan oparł się o ścianę szałasu i przymknął oczy. Gniew nie chciał go opuścić. A właściwie nie tyle gniew, co poczucie wielkiego żalu. Całe życie był marionetką w rękach wrogów jego ludu. Wraz z Atli pojawiła się możliwość wyrwania się z tej klatki. A teraz znowu wpadł w sidła. Właśnie dzięki niej.
Wolał nie myśleć, co się stanie z jego bratem. Nie był w stanie sobie tego wyobrazić i dziękował za to Skrzydlatym.
Atli wstała i odeszła w stronę, gdzie siedział Gvyar. Stanęła przed nim. Stary żołnierz popatrzył na nią z lekką ironią.
- Pierwsza małżeńska sprzeczka? - spytał.
- Jesteś beznadziejny - dziewczyna usiadła koło niego. Zwiesiła głowę. Oparła czoło na dłoni. - Nie wiem, co mam robić.
- W tej sytuacji najlogiczniej będzie wrócić do Ravanu.
- I co dalej? - popatrzyła na niego.
- To co na wojnie. Zbierać armie i ruszać na wroga.
- Wróg jak dobrze pójdzie to podąży za nami.
- Strasznie biadolisz, dziecinko. Przyznaj, zraniło cię to, co powiedział. Tylko zacisnęła zęby. Powstrzymała się od ciętego komentarza. Gvyar miał rację. Ubodło ją to, co powiedział Viladan. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że jedna wypowiedź może ją tak wyprowadzić z równowagi. A ostatnie zdanie dopiekło jej do żywego. On nią gardził? A niech sobie gardzi, proszę bardzo. Ale niech nie osądza tego, o czym nie ma pojęcia. Z jednej strony miała ochotę go zabić na miejscu, z drugiej rozumiała co czuł. Zdecydowanym ruchem wstała i podeszła do wojownika.
- Możemy porozmawiać? Spokojnie? - zaakcentowała ostatnie słowo.
- Nie mamy o czym - Viladan nawet nie otworzył oczu.
- Owszem, mamy.
- Kobieto - Nort popatrzył na nią. - Przewróciłaś moje życie do góry nogami. Zrobiłaś ze mnie zdrajcę i banitę. Zabiłaś mojego brata. Doprowadziłaś do tego, że moi ludzie zostali wyjęci spod prawa. Książę poświadczył honorem zdradę i obrócił się przeciwko swojej ojczyźnie. O czym tu rozmawiać?
- O tym, jaki jesteś ważny. A jesteś. Mogę cię tylko prosić, żebyś pojechał ze mną do Ravanu, a tam wszystko się wyjaśni. Wszystko.

Napisła:VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl