Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"Wieńczony Ogniem" - Część II

Napisała: VanEo

Viladan

Rozdział Drugi

Poranek wstał gorący i słoneczny jak każdy od dwóch miesięcy. Viladan chlapnął wodą na twarz. To była jedyna pozytywna strona obozowania w tym miejscu - zimna, kryształowo czysta woda z pobliskiego źródła. Przegarnął mokrymi rękami włosy. Splątane pasma opadły pod wpływem wilgoci. W końcu schylił się i oblał sobie kark. Poczuł jak zimna woda spływa mu po szyi, skroniach, plecach. Moczy włosy i rozpełza się miłym chłodem po całym ciele.
- Co ty wyprawiasz?! - Atli szybko narzuciła mu ręcznik na plecy. - W taki upał oblewać się zimną wodą. Przecież będziesz chory.
- Nie będę - wojownik wyprostował się. - Nie do takich rzeczy przywykłem.
- Wierzę, ale to już przesada.
- Atli...
- Wiem, nie jestem twoja żoną - dziewczyna usiadła i założyła ręce na piersi. Popatrzyła gdzieś w bok.
- Pięknie się dąsasz - Viladan uśmiechnął się krzywo.
Odpowiedziała mu zabawnym skrzywieniem. - Viladan, wodzu! - usłyszeli głos Trivera.
Żołnierz wpadł do namiotu.
- Co się stało? - Nort chwycił podkomendnego za ramię.
- W nocy uciekło kilku jeńców. Vren się wściekł, bo to byli ci, których usiłowała uwolnić twoja panienka. Pilnowali ich Imperialni, a potem nasi. Po zmianie warty okazało się, że brakuje jeńców. Tych, co stali na warcie Vren kazał stracić. Wzywa cię, żebyś ich osobiście ściął - dokończył cicho.
- Co?! - Viladan chwycił tunikę i niemalże wybiegł z namiotu. Narzucił w biegu ubranie. Roztrącając żołnierzy dotarł do miejsca, gdzie stał król z generałami. Przed nim klęczało dziesięciu Nort.
- Nareszcie raczyłeś się zjawić - Vren założył ręce na piersi i popatrzył na Viladana.
- Panie, co się dzieje?
- Nie wiesz? - spytał jeden z generałów, Creer. Od zawsze było wiadomo, że nienawidzi Nort.
- Twoje psy puściły jeńców.
- Moi żołnierze wypełniają swoje obowiązki sumiennie i nigdy nie zawiedli - Viladan popatrzył na niego wzrokiem, który mógłby zabić.
- Więc jak wytłumaczysz fakt, że po zejściu z warty Nort brakowało 50 jeńców? Wyparowali? A może pomyliliśmy się w liczeniu?
W szeregach rozległ się śmiech.
- Ręczę za moich ludzi.
- Tak? - Vren popatrzył na niego. Podszedł do Nort. Viladan był od niego wyższy o pół głowy. - To ja ci udowodnię, że jest inaczej. Ściąć ich!
- Nie! - krzyk Viladana zagłuszył rozkaz króla.
Siepacze zatrzymali się niezdecydowani. Opuścili broń. Spojrzeli pytająco na władcę. Wokół nich błyszczały miecze Nort.
- Niech twoi schowają broń - warknął Vren.
- Oszczędź życie moich żołnierzy, a będziemy ci służyć jeszcze wierniej niż do tej pory - w oczach Viladana pojawił się błysk rozpaczy.
Atli wyjrzała zza ramienia Trivera.
- Błagaj na kolanach - usłyszała.
Z bólem i zdumieniem patrzyła, jak Viladan klęka i ponawia prośbę. A potem zobaczyła tylko to jedno skinienie i dziesięć głów potoczył się po ziemi. Zacisnęła powieki, żeby nie widzieć, co się działo potem.

Viladan opadł całym ciężarem na posłanie. Nie mógł otrząsnąć się z szoku. Jak on mógł? Jak miał sumienie? Wiedział, że Vren jest bezduszny, ale żeby do tego stopnia? Wtulił twarz w futro.
Poczuł na ramieniu dotyk małej dłoni. Usiadł. Atli przykucnęła przed nim. Aż ją zmroziło, gdy spojrzała w jego oczy. Ból mieszał się w nich z wściekłością. Rozpacz z nienawiścią. Łzy spływały po policzkach. Milczące i przerażające. Tknięta czymś przytuliła jego głowę do swojego ramienia. Ogniste loki okryły ją jak płaszcz.
- Nie miał prawa - usłyszała cichy szept. Brzmiał jak skarga skrzywdzonego dziecka. Pogłaskała go po włosach. Odsunął się. Znowu zamiast twarzy miał tę kamienną maskę, którą widziała praktycznie przez cały czas.
- Może to pytanie jest nie na miejscu, ale czy teraz rozważysz moją propozycję? - spytała cicho.
- Nie - głos miał zduszony, schrypnięty. - Nie, dopóki mają Gvyanora. A on jest miesiąc drogi stąd. Nie zrobię nic przeciwko Vrenowi dokąd nie będę pewny, że mój brat jest bezpieczny... ze mną.
Opuściła wzrok. Usiadła na piętach. Pokiwała głową ze zrozumieniem.
W tym momencie do namiotu wszedł przyboczny Gvyara.
-Panna idzie ze mną. To rozkaz generała - oświadczył.
Atli błagalnie popatrzyła na Viladana, ale on tylko potrząsnął głową.

Namiot Gvyara stał praktycznie tuż obok części obozu zajmowanej przez Nort. Atli szła między namiotami odprowadzana spojrzeniami, w których nie dało się nic wyczytać. Otaczał ją mur milczenia.
Kiedy dotarli na miejsce, ordynans wszedł do namiotu zostawiając dziewczynę. Po chwili wrócił i bez słowa wskazał jej wejście.
Atli stanęła w wejściu. Namiot był pogrążony w półmroku. Dodatkowo weszła z pełnego słońca, więc upłynęła chwila, zanim wzrok przywyknął do zmiany światła.
Kiedy w końcu go zobaczyła, stary żołnierz siedział przy stole i patrzył na nią badawczo. - Podobna jesteś do niej i to coraz bardziej - powiedział.
Tylko wyniośle na niego spojrzała.
- Już go kochasz, prawda? Chcesz go nie tyle po swojej stronie, co dla siebie, mam rację?
- Nie będę rozmawiać ze zdrajcą.
Oficer uśmiechnął się krzywo.
- Nie powiedziała ci - stwierdził. - O wszystkim ci powiedziała, tylko nie o tym. Ciekawe, dla czyjego dobra?
- Nie waż się tak o niej mówić. Powiedziała, co miała powiedzieć. O tobie nie padło ani jedno słowo.
- Koniec o mnie, dziecinko. Powiem ci coś, co potwierdzi ci każdy Starszy. Sam fakt, że ta wojna trwa już dwa lata i dopiero teraz ponieśliście klęskę to moja zasługa. To, że o wszystkich ruchach Imperialnych wiedzieliście wcześniej to też moja zasługa. A teraz powiem ci, że jeśli chcesz Nort po swojej stronie, to najpierw musisz wyrwać Gvyanora. Viladan palcem nie kiwnie, dopóki mają jego brata.
- Tyle sam mi powiedział.
- Lepiej zacznij mi wierzyć.
- Zdrajcy? Renegatowi? Mordercy własnych rodaków? O nie, nie jestem głupia.
- Proszę, możesz mnie obrażać do woli. Tylko jak wrócisz do domu, spytaj Starszych o Falca.
- A jeśli uwierzę, to co?
- Co ja zrobię, chciałaś zapytać. Wyślę małego do Ravlynu... przejdzie przez ten obóz na twoich oczach. Brata nie zobaczy, bo to żadnemu nie wyszłoby na zdrowie. Możesz się nie bać, że podmienię dzieciaki. Gvyanor to mniejsza kopia Viladana.
- Dlaczego miałabym ci uwierzyć? - dziewczyna popatrzyła nieufnie na żołnierza.
- Bo nie masz wyboru. A teraz wracaj do swojego kochanka.
- Nie jest moim kochankiem.
- Nie ? A to ciekawe...

Po wyjściu Atli Viladan wstał, ochlapał wodą twarz i wyszedł.
- Triver!
Przyboczny natychmiast zmaterializował się tuż koło niego.
- Wodzu.
- Trzeba godnie pożegnać naszych towarzyszy.
- Zająłem się tym. Zgodnie z tradycją.
- A Vren?
- Nie obchodzi go, co zrobimy. Tak oświadczył, gdy książę Kriger go spytał.
Viladan zamyślił się. Kriger... Jeden z nielicznych w tej armii życzliwy jemu i jego ludziom... Jakby ta połowa imperialnej krwi nic nie znaczyła. Jak to możliwe, żeby był tak różny od brata...
- To on powiedział, żebyśmy ich zabrali i pożegnali zgodnie z naszym obyczajem - dodał przyboczny.
- Muszę iść i podziękować - Viladan pokiwał głową.
-Vila...
- Co?
- Twoja panna wraca. Sama - Triver kiwnął w stronę Atli.
Dziewczyna szła w ich stronę jak zahipnotyzowana. Przeszła obok bez słowa.
- Atli, do namiotu - głos Viladana był trochę zbyt ostry. - Potem pogadamy. Pójdę do Krigera - zwrócił się do przybocznego.
- Oszczędzaj nogę. Widzę, że ktoś mnie poprawił - żołnierz spojrzał na nowe szwy. - Przecież porządnie to zrobiłem.
- Ty tak. Ja to zapaprałem. Atli szyła to od nowa.
- Pozwoliłeś jej? Trzeba było mnie wezwać. Już nie pierwszy raz bym cię łatał.
- Byłeś na patrolu. A jak wróciłeś to zwyzywałeś ją od dziwek, a nas od niewolników.
- Przepraszam, poniosło mnie - kasztanowa grzywka opadła żołnierzowi na oczy, gdy pochylił głowę.
- Wiem. Idę.
Mijając żołnierzy, Viladan odniósł wrażenie, że ktoś wpatruje mu się uparcie w plecy. Dyskretnie spojrzał za siebie. Gvyar stał w wejściu do swojego namiotu. I to on na niego patrzył. Nie wiedział, co myśleć o generale. Stary był ravlyńskim renegatem. Zdradził swój kraj...

Strażnik przed namiotem księcia pozdrowił Viladana przyjaźnie. Wyspiarze, jako jedyni w tej armii traktowali Nort jak równych sobie. Tego akurat wojownik znał jeszcze sprzed paru ładnych lat - był jednym z osobistych gwardzistów królowej, a potem został przybocznym Krigera.
- Książę u siebie? - spytał Nort.
- Tak. Wejdź. Współczuję wam. Król postąpił niesprawiedliwie.
- Nie mów tak głośno, Frey. Dziękuję.
Viladan wszedł do środka. Książę siedział nad mapami i coś pisał. Nort znowu zdumiał się, jak bardzo różnił się od brata. Nawet jeśli byli tylko przyrodnim rodzeństwem.

Wyglądem zupełnie nie przypominał Vrena. Król był niższy, ciężej zbudowany. Kriger smukły, wysoki, wyższy nawet od Nort. Właściwie, to przypominał bardziej Wyspiarza niż Imperialnego. Jasne włosy i zielone oczy odziedziczył po matce, księżniczce Północnych Wysp.
- Książę.
Kriger podniósł głowę. Wstał na powitanie żołnierza i wyszedł zza stołu. Był dziesięć lat młodszy od Vrena, ale wyglądał jeszcze młodziej. Nikt nie dawał mu jego 27 lat.
- Viladan. Chodź, usiądź - wskazał na krzesło. - Przykro mi z powodu twoich towarzyszy. To nie była ich wina. A Vren po prostu przegiął...
- Ja... właśnie dlatego tu jestem - wojownik podszedł bliżej, ale nie usiadł. - Chciałem podziękować za okazaną łaskę i...
- Viladan - łagodnie przerwał mu książę. - Nie musisz za nic dziękować. Każdy zasługuje na godne pożegnanie, a już zwłaszcza twoi żołnierze. Wyspiarze przyjdą i złożą im ostatni hołd. Ja też. Powiedz tylko kiedy.
- Nie chciałbym sprowadzać jakichś problemów. Król...
- Król może sobie robić co zechce. Jestem jego bratem. Najwyżej się na mnie wydrze. Ale wtedy ja nie pozostanę mu dłużny, a Wyspiarze odmówią wykonywania rozkazów. Proste. A wy nawet nie wiecie, jacy my jesteśmy uparci - na ustach Krigera pojawił się wredny uśmiech.
Viladan skłonił się i wyszedł. Wciąż nie mógł pojąć, jak to możliwe, żeby Kriger i Vren tak się różnili. Książę po prostu był bardziej Wyspiarzem niż Imperialnym.

Ogień płonął. Słup ciemnego dymu wzbijał się w powietrze. Viladan poczuł, jak ściska mu gardło. Opuścił głowę, zacisnął powieki, żeby powstrzymać łzy. Nadal nie mogło do niego dotrzeć to, co się stało. Patrzył na płonący stos i nie mógł uwierzyć.
Podniósł głowę. Z boku dostrzegł Wyspiarzy. Stali w karnym ordynku jak na jakiejś oficjalnej uroczystości. W pełnym umundurowaniu, mimo żaru lejącego się z nieba. Na ich czele stał Kriger. Blask płomieni odbijał się w jego zbroi.
- Jakby żegnali własnych przyjaciół - przemknęło Viladanowi przed myśl.
Kriger z Freyem podeszli do niego. Oddali honory.
- Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. Ale to już wiesz - książę popatrzył Nort w oczy. - Oby nigdy więcej...
Viladan tylko skinął głową. Nie był w stanie wydusić z siebie słowa.

Gvyar wślizgnął się do namiotu księcia. Teraz, gdy Kriger wrócił z pogrzebu Nort mogli w spokoju porozmawiać.
- Mogę, książę?
- Tak. O co chodzi?
- O całokształt.
Kriger wstał. Oparł się o stół. Popatrzył na Gvyara wyczekująco.
- Więc chodźmy na spacer - stary wskazał wyjście.
- Z chęcią. Może wywietrzeje ze mnie ten zapach stosu.

- Słucham - książę zatrzymał się, gdy wyszli poza obręb wart. Celowo przeszli między Nort.
- Chodzi o dziewczynę.
- O brankę Viladana?
- Tak. Ona chce ich przeciągnąć na swoją stronę.
- Życzę jej powodzenia - roześmiał się Kriger. - Jak jej się uda, to oddam jej mojego kociaka.
Gvyarowi stanął przed oczami obraz potężnego kota. Jednego z tych, które hodowano na Północnych Wyspach zamiast bojowych wierzchowców. W górach konie nie miały szans.
- Kriger, on nie ruszy palcem dokąd Vren ma małego. Powiedziałem Atli...
- Dziewczynie?
- Tak. Powiedziałem, że to załatwię. Problem w tym, że ona ma mnie za zdrajcę. Nie powiedziała jej.
Kriger popatrzył w niebo. Gwiazdy lśniły na nim jak krople wody na czarnym aksamicie. Na usta księcia wypłynął gorzki uśmiech.
- Ma najlepszego szpiega na świecie pod bokiem, który w dodatku pracuje dla niej i uważa go za zdrajcę. Los bywa okrutny.
Starszy wojownik założył ręce na piersi.
- Może to i lepiej. W ten sposób oboje jesteśmy bezpieczni.
- Czego ode mnie oczekujesz?
- Napisz w imieniu króla do stolicy. Niech wydadzą chłopca twoim ludziom i przywiozą tu. Przekażemy go Ravlynom, a oni już o niego zadbają.
- A potem?
- Nort przejdą na stronę Ravlynu. Tobie też bym radził to zrobić, chłopcze. Wyspiarze już szemrzą.
- Mają dość tej wyrzynki. Od dwóch lat mordują wszystko co się rusza i za szybko nie ucieka. To męczy...
- Ty też jesteś zmęczony, Kriger...
Książę zwrócił spojrzenie na starego żołnierza.
- Ciężkie brzemię dźwigasz, dziecko.
- Gdyby Vren się dowiedział obwołałby mnie zdrajcą. Miałby rację.
- On by się nie wahał, gdyby miał zdradzić ciebie. Poza tym, on już nie będzie długo królem, zobaczysz.
Księcia zmroziło.
- Czy ty masz zamiar wywołać rewolucję?
- Nie. Tyle, że nawet Imperialni nie są bez nerwów. Każdy ma jakąś wytrzymałość. Nie będą się bawić w wojnę w nieskończoność. A jeśli Nort i Wyspiarze przeszliby na stronę wroga...
- Nie kończ. Wiem o co ci chodzi.
- Napiszesz?
Na moment zapadła cisza. W końcu Kriger popatrzył na Gvyara. W jego wzroku pojawiła się determinacja.
- Napiszę.

Klatki stały na obrzeżu obozu. Jeńców trzymano pod strażą i kluczem, a jednak części udało się przedrzeć przez kordon wartowników. Kriger popatrzył na solidne, drewniane, wzmacniane metalem kraty. Jak oni tego dokonali? Niepojęte, do czego ludzie stają się zdolni chcąc odzyskać wolność. Zatrzymał się. Między prętami błyszczały w ciemności czyjeś oczy. Płomień pochodni odbijał się w nich, migotliwy i niepokojący. Jakby był odblaskiem jeszcze potężniejszego ognia, ukrytego we wnętrzu tego kogoś. Podszedł bliżej tknięty jakimś przeczuciem, czy czymś innym. Poświata wydobyła z mroku zarys twarzy okolonej ciemnymi włosami. Błyszczące spojrzenie jakby przykuło go do miejsca. Patrzył w te oczy i zobaczył w nich obietnicę śmierci. Jego śmierci.
- Zginiesz... - szept był cichszy niż szelest skrzydeł przelatującego obok nietoperza, a mimo to usłyszał go wyraźnie. Chyba się go spodziewał. Cofnął się. Odwrócił. Słodki dźwięk głosu ciągle brzmiał mu w uszach.

Frey z niepokojem popatrzył jeszcze raz po obozie. Kiedy dostrzegł wracającego Krigera odetchnął.
- Brat cię odwiedził - zatrzymał księcia w wejściu. - Siedzi i czeka na ciebie.
Wojownik tylko wzruszył ramionami.
- Mógł spytać, czy jestem - wszedł do środka.
Vren siedział na jego krześle i bębnił palcami o blat stołu. Kriger tylko rzucił na niego okiem.
- Ponoć Wyspiarze poszli pożegnać Nort - głos króla ciął jak brzytwa.
- Tak - książę odwrócił się do brata.
- A ty z nimi.
- Tak.
Vren już nie ukrywał wściekłości. Wstał i podszedł do brata. Oczy zwęziły mu się w szparki. Usta wykrzywił grymas.
- Jak śmiałeś? - wycedził przez zęby.
- Jestem twoim bratem, nie niewolnikiem. Robię to, co uważam za stosowne. A to, że poszedłem pożegnać towarzyszy broni nie naraziło kraju na klęskę.
- Ty - Vren podniósł rękę.
Kriger może i był jego bratem, ale on nie tolerował niesubordynacji u nikogo. Ani bezczelności. A Kriger był mistrzem obu. Od dzieciństwa robił, co chciał i wszyscy mu przyklaskiwali. A teraz, po ośmiu latach spędzonych w ojczyźnie swojej matki nabrał jeszcze tej wyspiarskiej maniery - przekonania, że jest panem świata.
Blondyn tylko popatrzył z politowaniem na brata. Podniesiona ręka Vrena nie robiła na nim wrażenia już od dawna.
- Przypominam ci, bracie, że to ja tu jestem królem. I to ja mówię, co moi żołnierze mogą, a czego nie mogą robić - Imperator opuścił rękę.
- Ja tego wcale nie podważam - Kriger minął go i nalał sobie wina.
- Swoim zachowaniem zaprzeczasz wszelkim prawom feudalizmu.
- Ja nie jestem feudałem. Nie przypominam sobie, żebym składał ci hołd. Idę za tobą, bo cię kocham i szanuję, a nie dlatego, że złożyłem ci jakąś głupią przysięgę. Jestem ci wierny, bo jesteś moim bratem.
- Wyspiarze - w ustach króla zabrzmiało to jak obelga.
- Imperialni - odciął się w ten sam sposób Kriger. - To co? Dalej zamierzasz się na mnie wściekać, czy się ze mną napijesz?
- Zabić cię to mało, Krig - Imperator złagodniał.
Musiał to przyznać. Traktował Krigera jak rozpieszczone dziecko. Nie potrafił się na niego gniewać dłużej niż pięć minut.
Przypomniał sobie, jak ojciec powiedział mu, że będzie miał nową żonę. Miał wtedy osiem lat. Naere, jego matka zmarła dwa lata wcześniej. Pamiętał, że nie chciał nawet słyszeć o nowej żonie ojca. Płakał, krzyczał, zrobił się niegrzeczny, nieznośny wręcz. Piastunka miała z nim same problemy. A potem pojawiła się nowa niania. Młodziutka, miała tylko 18 lat i Nanna na imię. Żartowała, że nawet imię wskazuje na jej zawód... Była blondynką i śmiała się tak zaraźliwie, że polubił ją od razu. Opiekowała się nim przez kilka miesięcy, aż w końcu powiedział jej, że nie chce tej nowej mamy, że woli ją. Wtedy ojciec powiedział mu, że to właśnie Nanna będzie jego nową mamą.
A kiedy urodził się Kriger, Nanna powiedziała mu: "Jesteś już dorosłym mężczyzną, opiekuj się swoim małym braciszkiem, bo on jeszcze długo będzie potrzebował twojej pomocy". I opiekował się, dokąd mógł. Ale zawiódł...
- Na zdrowie - głos brata wyrwał Vrena z zamyślenia.
Trochę nieprzytomnie spojrzał na niego. Przyjął podany mu puchar.
- Za braterstwo - stuknął krawędzią naczynia w kielich brata.
- Za braterstwo - odpowiedział Kriger.
Vren nie dosłyszał, albo nie chciał dosłyszeć drżenia w jego głosie.

Chłopiec był inny. Nie bawił się żołnierzykami jak jego rówieśnicy. Nie biegał za piłką. Nie krzyczał, nie piszczał, nie uśmiechał się. Spod ciemnomiedzianej grzywki spoglądały zamyślone oczy. Szare jak niebo w deszczowy dzień. Zbyt poważne jak na dziesięcioletnie dziecko. Jego ulubionym zajęciem było siedzenie przy oknie, albo w ogrodzie i przypatrywanie się otaczającemu światu. Zwierzętom, roślinom, ale raczej nie ludziom. Ludzie byli dla niego zbyt sztuczni. Hałaśliwi. Dziwni.
Ale pamiętał jednego człowieka. Swojego brata. Pamiętał dwa miesiące spędzone z nim nad morzem. Kiedy mógł robić co chciał. Pamiętał spacery na plaży. Budowane z piasku zamki. Muszle zbierane nad wodą. Skakanie przez fale. Wtedy przestał bać się wody - kiedy Viladan nauczył go pływać. Pamiętał, jak pokazywał mu gwiazdozbiory na nocnym niebie. Delfiny skaczące na falach...
Głosy na podwórzu wyrwały Gvyanora z zadumy. Generalnie nie podsłuchiwał, ale teraz wyjrzał na zewnątrz. Jacyś żołnierze na koniach wjechali na dziedziniec. Poznał ich jasne włosy. To musieli być Wyspiarze. Viladan opowiadał mu o nich. Nieustępliwi, odważni wręcz do brawury. Szczerzy i prawdomówni. Niezrównani na polu walki. Jak herosi z dawnych legend.
Jego opiekunka wyszła do nich. Dali jej jakieś pismo. Poprosiła ich do środka. Pewnie znowu coś nie tak. Ci dorośli...

Żołnierze przeszli za kobietą do głównego hallu, a później do jej prywatnych pokoi. Mira jeszcze raz spojrzała na pismo. Pieczęć królewska... Podpis królewski... ale Wyspiarze jako posłańcy?
- Co skłoniło Jego Wysokość do tak nagłego zawezwania chłopca do siebie? jak dotąd nie przejmował się nim zbytnio - popatrzyła badawczo na żołnierzy.
- Wybaczcie, szlachetna pani, jesteśmy tylko posłańcami. Rozkazano nam dostarczyć wiadomość, a potem odprowadzić dziecko do obozu na pograniczu.
- Kiedy chcecie jechać?
- Życzeniem Imperatora było jak najszybciej.
Pokiwała głową. Skoro Imperator rozkazał.
- Wyjedziecie jutro rano. Musicie być zmęczeni, a poza tym już popołudnie.
- Dzięki ci, pani.
- Gvyanor - Mira weszła do pokoju wychowanka.
Chłopiec podniósł na nią spokojne spojrzenie.
- Jutro wyjeżdżasz. Spakuj swoje rzeczy.
Pokiwał twierdząco głową.
Mira wyszła zamykając za sobą drzwi. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale bała się tego dziecka. Bała się tego, jak na nią patrzyło. Nie pomagało tłumaczenie, że to mały chłopiec. W nim było coś, co kazało się zastanowić, czy Gvyanor przypadkiem nie wie więcej niż chce pokazać.

- Załatwione - Gvyar popatrzył na Atli. - Masz trzy tygodnie na przeciągniecie Viladana na swoją stronę. Powodzenia - odprawił ją gestem.
- Jeśli mnie zdradzisz... - głos dziewczyny zabrzmiał głucho - przysięgam, że własnoręcznie cię zabiję.
Odprowadził ją jego śmiech.

Viladan przyjrzał się baczniej dziewczynie. Przez cały tydzień chodziła jak zahipnotyzowana. Jakby coś pochłaniało ją do tego stopnia, że nic do niej nie docierało. Kiedy coś do niej mówił, pytała tylko: "Co?", by na powrót wpaść w swój trans.
Sprawy wojny znowu zaczęły nabierać tempa. Vren przygotowywał armię do inwazji. Toczona przez dwa lata wojna na pograniczu dała mu w kość do tego stopnia, że marzył tylko o zrównaniu Ravanu z ziemią. Musiał jednak poczekać, aż armia zbierze siły, a to bynajmniej nie poprawiało mu humoru. Ostatnia bitwa zebrała krwawe żniwo. Najkrwawsze ze wszystkich do tej pory. Ranni nie mieli czasu na wydobrzenie. Medycy przy wydatnej pomocy Krigera zdołali w końcu wyperswadować Vrenowi, że forsowanie rannych żołnierzy przyniesie więcej szkód niż korzyści. Trzy dni trwało zanim w końcu król ogłosił, że ofensywa rusza dopiero za miesiąc.
A Atli? Tylko chodziła i powtarzała szeptem: "Jeszcze dwa tygodnie..." Nie miał pojęcia, co będzie za dwa tygodnie. Nie miał pojęcia, co się dzieje z dziewczyną. A kiedy spytał o jedno i drugie, tylko na niego popatrzyła i nie odpowiedziała. Pozostały mu własne domysły, ale im z reguły nie ufał. Wolał nie dramatyzować.

Zostały dwa dni, a Atli nie miała żadnego pomysłu, jak rozwiązać problem. Za każdym razem, gdy obiecywała sobie porozmawiać z Viladanem, tchórzyła. Nie wiedziała, jak mu powiedzieć, że jego brat jest bezpieczny bez mówienia o konkretach. Inną kwestią było to, komu i jak przekazać chłopca. Dopiero teraz dotarło do niej, jakie dziury zawierał jej plan. I jeszcze zaufała zdrajcy. Paranoja.
- Gvyar - odsunęła połę namiotu.
Po trzech tygodniach w obozie poruszała się po nim zupełnie swobodnie. Po części należącej do Nort chodziła bez najmniejszych przeszkód. Wojownicy z Północy potraktowali ja jako dodatek do namiotu dowódcy, który w końcu zrobił się trochę mniej "kamienny", jak to określili. Wyspiarze traktowali ją podobnie jak Nort. Imperialni z kolei przyjęli za pewnik, że jest branką Viladana. Kiedy jednak spróbowali się zabawić powstrzymało ich trzysta ostrzy. Nort stanęli w jej obronie jak jeden mąż. Dziwnie się z tym czuła. Jako jeniec, bądź co bądź powinna chyba raczej siedzieć pod strażą...
- Co?
- Potrzebuję pomocy - oparła się o stół. - Musze uwolnić moich ludzi.
Stary żołnierz popatrzył na nią ironicznie.
- Plan się sypie, dziecinko? Zaczynamy ufać zdrajcy, jak nam nie został inny wybór.
- Przestań. Ja nie mam wyboru.
Gvyar oparł się wygodnie i ugryzł jabłko.
- Tu masz rację.
- Pomożesz mi?
- Czego chcesz?
- Musze przejść miedzy wartami i uwolnić dwie moje towarzyszki. Pojadą i zabiorą chłopca.
- Kogo?
- Dwie towarzyszki.
- I pewnie mam opóźnić zmianę wart.
- Zrobisz to? - w oczach dziewczyny zalśniła desperacja.
- Dziś o północy. Reszta to twoja sprawa. Ja się wyprę wszystkiego, jeśli spartolisz.
Odwróciła się i skierowała do wyjścia. Już miała opuścić namiot, ale jeszcze raz popatrzyła na niego.
- To się dzieje za szybko... Za łatwo...

- Coś kombinują, panie. Ona od dwóch tygodni łazi do Gvyara. Vila pozwala jej na wszystko, z tego będzie coś złego.
Król popatrzył na wojownika stojącego przed nim. Jak do tej pory nigdy go nie zawiódł w żadnej sytuacji.
- Jesteś pewny?
- Jak słońce na niebie, panie. Z resztą, twój brat, Wasza Wysokość też macza w tym palce...
- Nie waż się oczerniać mojego brata - warknął władca.
- Generał wysłał gdzieś trzech swoich jakiś tydzień temu. Co to może być innego jak nie zdrada?
- Jeśli coś kombinują, to ty masz się tego dowiedzieć. Po co cię mam? A teraz precz.
Wojownik odwrócił się i skierował do wyjścia.
- A następnym razem jak będziesz chciał powiedzieć słowo na mojego brata, to najpierw się upewnij, że to prawda. Twoja głowa nie jest dla mnie cenna.

Atli wróciła do namiotu Viladana. Usiadła na jego posłaniu i oparła czoło na ręce.
- To wszystko za proste...
- Co jest za proste? - usłyszała nad sobą dowódcę Nort.
Nie odpowiedziała. Tylko potrząsnęła głową. Popatrzyła na niego wzrokiem, który błagał o spokój.
- Atli, odpowiedz na moje pytanie - w głosie wojownika zabrzmiała groźba.
Potrząsnęła przecząco głową.
- Atli, Jeżeli w tym momencie nie powiesz mi, o co chodzi to nie ręczę za siebie. Od prawie trzech tygodnie chodzisz jak duch. Mówisz do siebie. Wszystkie moje pytania zbywasz milczeniem. Nie położę głowy za twoje matactwa - ostatnie zdanie zabrzmiało jak warkot zwierzęcia.
- Viladan - Triver wszedł do namiotu. - Vren was wzywa. Oboje. Natychmiast.

Ciag dalszy nastapi...

Napisała: VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl