Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"Wieńczony Ogniem" - Część I

Napisała: VanEo

Viladan

Rozdział Pierwszy

Z westchnieniem ulgi Viladan odpiął naramienniki i rzucił w stronę hełmu. Potrząsnął obolałymi ramionami. Cios maczugą o mało nie pogruchotał mu kości. Gdyby nie karwasz jego ręka wyglądałaby teraz jak stratowany na drodze kot. Rozpiął klamry pancerza i poczuł, jak jego ramiona gwałtownie protestują przed podniesieniem dziesięciokilogramowego kirysu i odłożeniem go na swoje miejsce. Przemógł się i odstawił zbroję. Oparł nogę na krześle i odpiął nagolenicę. Podzieliła los naramienników. Po chwili w jej ślady poszła druga. Wojownik ochlapał twarz wodą. Gdyby spojrzał teraz w lustro zobaczyłby nieludzko zmęczonego człowieka. Młodego, a jednak o spojrzeniu wiekowego, znużonego życiem starca. Przetarł twarz ręcznikiem. Zostały na nim bure smugi. Oparł dłonie na krawędzi miednicy. Na kostkach długich, szczupłych palców odznaczały się rdzawe kreski, a paznokcie były ostre i nierówne. Wojownicy z Nort nie nosili rękawic...

Podszedł do posłania i opadł na miękkie futro. Mógł nie jeść, nie pić, ale to musiał mieć. Przymknął oczy. Powoli odpływał w tę krainę, w której zawsze zamykał się po bitwie. Miły chłód i półmrok namiotu dodatkowo to ułatwiały. Wydawało mu się, że zamknął oczy tylko na chwilę, kiedy obudził go czyjś głos.
- Viladan, wodzu, obudź się - Triver, jego przyboczny delikatnie potrząsnął jego ramieniem. Gdyby tylko go dotknął, a nie odezwał się, skończyłby z nożem w gardle.
- O co chodzi? - wojownik usiadł i oparł czoło na dłoni.
- Imperator cię wzywa.
Viladan zwlókł się z posłania. Zacisnął zęby, kiedy przypomniała o sobie nie opatrzona rana. Udo zapulsowało bólem, poczuł krew spływającą po skórze. Sięgnął po pierwszą rzecz, która mu się nawinęła pod rękę. Ironią losu był to ten sam ręcznik, którym wcześniej się wytarł. Obwiązał nogę. Triver patrzył na to wszystko z rosnącą dezaprobatą.
- Opatrzę ci to porządnie jak wrócisz. Teraz już idź, bo on się wściekł.
- Niech się wścieka. Jak mnie zabije, to mój ojciec w końcu nie będzie musiał na nic się oglądać i wyzwoli Nort.


Żołnierz stanął w wejściu do królewskiego namiotu. Popatrzył dyskretnie po zebranych. Wszyscy dowódcy siedzieli przy stole zawalonym mapami, na których stały teraz puchary z winem. Cerer... Gvyar... Toran... Harek... i Kriger, brat Imperatora... Opijali zwycięstwo... Chociaż opijaniem by tego nie nazwał. Wystarczyło popatrzyć na Vrena, żeby zrozumieć powód ich kwaśnych min. Władca krążył po namiocie jak lew po klatce. Kiedy zobaczył Viladana, zatrzymał się. Zmierzył go gniewnym wzrokiem.
- Właśnie się zastanawiałem, kiedy raczysz się zjawić - stwierdził jadowicie. Wojownik bez słowa wszedł do środka. Jego miedziane włosy zalśniły w świetle ognia.
- Dlaczego tak długo zwlekałeś? Wszyscy złożyli raport po bitwie, tylko nie ty.
- Siły Ravlynu są rozbite. 270 jeńców, w tym elitarne gwardzistki królowej. Po naszej stronie 2 rannych, bez strat w ludziach. Jak było, tak jest 300 Nort na twoje rozkazy, panie - powiedział beznamiętnym tonem Viladan.
Dowódcy popatrzyli po sobie. Pokiwali głowami. Nort w 300 potrafili pokonać czterokrotnie silniejszą armię i zawsze wracali bez strat własnych.
- Tylko tyle? - król opał dłonie na blacie i wyglądał teraz jak szykująca się do skoku bestia.
- Ich królowa poległa. Ciała nie znaleźliśmy. Musieli ją zabrać.
Vren pokiwał głową.
Nienawidził Viladana, tak jak nienawidził Nort. Wszystkich, bez wyjątku. Do tej pory pamiętał, ile kosztowało jego ojca podbicie tego kraju. A kiedy to zrobił, nawet nie spalił stolicy. Zabrał tylko Viladana i 300 innych dzieci jako gwarancję, że ich ojcowie nie wpadną na genialny pomysł wywołania powstania. Chłopak miał wtedy 6 lat. 10 lat później do grona zakładników dołączył młodszy brat Viladana, wtedy półroczny Gvyanor...

Od tamtego czasu minęło kolejne 10 lat. Viladan stał się mężczyzną, wojownikiem. Przez ostatnie 6 lat oddział sformowany z zakładników Nort wygrywał bitwy z góry skazane na klęskę, zdobywał twierdze uznawane za niezdobyte. Vren coraz bardziej ich nienawidził, ale gdy sam został królem względy praktyczne przeważyły nad osobistymi pobudkami i Nort nadal służyli w armii Imperium. Nawet jeśli Viladan budził w nim tylko i wyłącznie negatywne odczucia, Vren nie mógł odmówić mu talentu stratega i charyzmy prawdziwego wodza, który porywa żołnierzy do walki samą swoją obecnością. A teraz ten człowiek stał przed nim i w bezczelny sposób okazywał brak szacunku.
- Usiądź z nami, napij się - te słowa ledwo przeszły królowi przez gardło. - Musimy uczcić zwycięstwo. - Spojrzenie Vrena prześlizgnęło się po owiniętej nodze wojownika. Krew ściekała strumyczkiem spod prowizorycznego opatrunku.
Nort przyjął puchar, popatrzył na niego.
- Chwała pokonanym - powiedział i wychylił go jednym duszkiem.
Skłonił się Vrenowi i wyszedł.

W wejściu namiotu powitał go Triver. Viladan usiadł na posłaniu i odwinął przesiąknięty opatrunek. W milczeniu patrzył, jak jego przyboczny wyciąga igłę i inne potrzebne mu rzeczy. Zacisnął dłonie na futrze, gdy Triver czyścił, a potem zszywał ranę. Nawet nie pisnął.
- Gotowe - żołnierz skończył bandażowanie i oparł dłonie na kolanach. - Kto cię tak załatwił?
- Jedna z gwardzistek. Dobre są, cholernie dobre. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, że kobiety potrafią się tak bić.
- Przyniosłem ci coś. Od rana nie jadłeś.
Viladan ugryzł kawałek sera, poczuł mieszające się smaki - łagodny, kremowy sera i ostry porastającej go pleśni. Dojadł i położył się. Przymknął oczy.
- Potrzebujesz jeszcze czegoś? - usłyszał.
Pokręcił przecząco głową. Usłyszał jak opada płachta zasłaniająca wejście. Podniósł się. Zdjął tunikę i rzucił ją gdzieś w kąt. Te diabelne upały nie dawały mu normalnie żyć. Wychowany na południu był jednak dzieckiem północy i taka pogoda była dla niego co najmniej uciążliwa. Opadł na powrót na posłanie. Miękkie futro miło załaskotało skórę. Zamknął oczy, a sen przyszedł szybciej niż się spodziewał.


Po wyjściu Nort, Vren odwrócił się do generałów. Popatrzył na nich wściekłym wzrokiem. Wyraźnie szukał kozła ofiarnego, na którym mógłby się wyładować. Opadł na swoje krzesło. Zacisnął dłonie na podłokietnikach. Napięta skóra pobielała. Kriger podsunął bratu pucha wina.
- Napij się, ulży ci - powiedział.
Vren wściekłym gestem zmiótł naczynie ze stołu. Szkarłatny płyn bryznął na pergaminy i mapy rozłożone na blacie.
- Ulży! - warknął. - Ulży jak zobaczę głowę Viladana na tym stole.
- No, to jeszcze poczekasz - Kriger upił łyk wina.
- Nieważne, gdzie ich poślę, zawsze wygrywają. To urąga wszelkim prawom logiki. Połowa z nich powinna już dawno gryźć piach - głos króla brzmiał jak charkot bestii.
- Popatrz na to od drugiej strony, bracie. Ich zwycięstwa powiększają twoją sławę. A poza tym, jeśli oni zginą, to ojciec Viladana nie będzie miał powodu, żeby cię słuchać. Bo domyślam się, że Gvyanora też byś się pozbył w takiej sytuacji - książę spojrzał na brata spod oka.
- Panie, lepiej zastanówmy się, co zrobić z jeńcami. Przecież trzeba ich karmić, poić. A nasze zapasy nie są niewyczerpane - Torvan, główny kwatermistrz jak zwykle podszedł do sprawy ze strony praktycznej.
Król zastanowił się. Wściekłość trochę mu minęła, teraz był tylko poirytowany nowymi problemami.
- Ja ci poradzę, panie - Creer, dowódca Najemników, gwardii przybocznej Vrena oparł się wygodnie o krzesło i wziął kiść winogron. - Powywieszaj ich wszystkich. Nie będziesz się martwił o zapasy, a Ravlyn w końcu zobaczy, że z nami nie ma żartów. Za długo już się z nimi pieścimy. Trzeba im pokazać, gdzie ich miejsce.
Kriger z Gvyarem wymienili spojrzenia. Stary generał tylko prawie niedostrzegalnie pokręcił głową. Kriger odstawił puchar na stół. Pochylił się w stronę brata. Położył dłoń na jego ręce.
- Okaż miłosierdzie - powiedział cichym, spokojnym głosem, zupełnie innym od ironicznego tonu, który zwykle można było od niego usłyszeć.
Vren popatrzył na brata. Wielkie, zielone oczy Krigera lśniły delikatnym blaskiem w świetle ognia. Patrzyła z nich łagodność niezwyczajna u wojownika, który jeszcze kilka godzin temu bez litości mordował wszystko, co wpadło mu pod miecz i miało pecha nie uciec.
- Pomyśl, jak to o tobie zaświadczy, jeśli wymordujesz bezbronnych jeńców. Chyba nie chcesz być postrzegany jako bezlitosny ciemiężyciel?
Król spojrzał jeszcze raz spod oka na brata.
- Jesteś królem, nie rzeźnikiem. Autorytet bierze się z szacunku. Pozwól się szanować.
- Więc co niby mam zrobić? - w porównaniu z niemalże słodkim głosem Krigera, król zabrzmiał jak skrzeczący ptak.
- Uwolnij ich - książę spojrzał bratu w oczy.
- Co?! - Creer nie wytrzymał. - Książę generale, ty chyba nie mówisz poważnie?! To wojna, nie majówka, i jeńcy a nie przyjaciele, którzy przegrali grę w podchody!
Kriger popatrzył na pieniącego się z wściekłości dowódcę najemników. Creer miał żądzę mordu wypisaną na twarzy. Nienawidził go, i książę dobrze o tym wiedział. Wystarczyłby mały gest ze strony króla i gwardzista bez wahania skręciłby mu kark. Ale ten gest jak do tej pory nawet nie przeszedł Vrenowi przez myśl.
- Ale też nie są rzeźnym bydłem. To ludzie, żołnierze jak my. A żołnierze szanują wrogów, jeśli tylko ci okażą się tego godni - w spokojnym głosie księcia zabrzmiały takie nuty, że gwardzista się cofnął. - bezmyślne wyrzynanie nic nie da.
- Sam ich wyrzynałeś, panie. Jeszcze dziś w południe - jadowitym tonem przypomniał Creer.
- Nie. Ja walczyłem z równymi mi żołnierzami, a ty chcesz wyrżnąć w pień bezbronnych ludzi.
- Dość - ostry ton głosu króla przeciął dyskusję. Vren chwycił brata za szczękę, obrócił jego twarz ku sobie. - Nie wypuszczę ich - powiedział z naciskiem. - Ani ich nie zabiję - popatrzył na gwardzistę. - Zatrzymam ich. W razie czego będzie za kogo wymienić naszych.
Kriger pochylił się i pocałował z szacunkiem dłoń brata.
- Prawem twoja wola - powiedział oficjalnie.
Creer zacisnął zęby w bezsilnej furii. Kriger znowu wygrał. Nie całkiem, ale jednak.


Kolejne dwa dni minęły leniwie. Armia liczyła straty, na kolejną potyczkę się nie zanosiło. Upał stał się jeszcze większy i teraz równina przybrała odcień spłowiałej żółci. Powietrze falowało nad rozgrzaną ziemią. Namioty dawały cień i względny chłód, problemem stała się woda. Jedyne źródło zaopatrywało cały obóz. O ile wcześniej zdarzały się sporadyczne sprzeczki, to teraz wybuchła prawdziwa wojna. Tylko Nort zachowywali dyscyplinę. Gdyby było inaczej, Viladan zająłby się tym osobiście... Jedynym plusem były chmury zbierające się nad górami, wskazujące na nadchodzący deszcz. Ale były dopiero na horyzoncie.
Viladan odsunął połę namiotu, wszedł do środka i zdębiał. Popatrzył na Trivera i Korana, którzy stali po obu stronach klęczącej postaci. Rozburzone czarne włosy przesłaniały twarz. Spod pancerza widoczna była poszarpana tunika... krwistoczerwona. Gołe uda były podrapane i posiniaczone.
- Co to ma znaczyć? - spytał wojownik.
- Schwytaliśmy ją przy jeńcach. Stwierdziliśmy, że tobie pozostawimy decyzję, co z nią zrobić.
Gwardzistka podniosła głowę. W oczach miała nienawiść i wściekłość, ale kiedy jej spojrzenie padło na Viladana nagle zbladła. Jej wargi poruszyły się bezgłośnie. W oczach pojawiło się zdumienie.
Ze swojej strony Viladan nie mógł nie zauważyć, że wojowniczka jest młoda, pewnie młodsza od niego. I piękna. Siniaki, brud i opuchnięty policzek nie zdołały ukryć jej urody.
- Kim jesteś? - spytał wojownik siadając na krześle i biorą do ręki kistkę winogron.
- Odpowiadaj jak wódz pyta - Triver szturchnął kobietę. Zmierzyła go pogardliwym wzrokiem.
- Mów!
Splunęła żołnierzowi pod nogi. Triver podniósł rękę, ale Viladan go powstrzymał.
- Nie bij jej. Zostawcie nas samych.
- Co?
- Jest związana, a ja umiem się bronić. Nie ma was.
Żołnierze wyszli. Triver tylko w wejściu rzucił powątpiewającym spojrzeniem w stronę dowódcy.
Viladan z powrotem odwrócił się w stronę kobiety. Zaintrygowała go. Przyszła uwolnić swoich, to nie ulegało wątpliwości. Co innego robiłaby w ich obozie w środku nocy. Pytanie tylko, kim była...
- Jak ci na imię? - spytał Nort.
Kobieta tylko prychnęła w odpowiedzi. Nadal jednak spoglądała na niego ukradkiem tym nieodgadnionym, zdziwionym wzrokiem.
- W porządku, nie chcesz, to nie mów - Viladan sięgnął po kolejną kistkę winogron. Zauważył, że wojowniczka wpatruje się w jedzenie.
- Głodna? - wyciągnął rękę w jej stronę.
Była związana, więc musiałaby ugryźć zębami. Dosłownie jadłaby mu z ręki. Przełknęła ślinę, ale nie wzięła owoców.
- Nie chcesz, to nie jedz.
- Bawi cię to - to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
Głos miała ochrypły, ale normalnie musiał brzmieć ciepło i melodyjnie.
- To, że tu jesteś? Nie. Wolałbym, żeby cię tu nie było.
- To mnie wypuść.
Nort roześmiał się.
- Taki głupi nie jestem. Masz wybór. Albo będziesz grzeczna, albo zginiesz. Pragnę cię powiadomić, że jest tu jeszcze król, łasy na takie panny jak ty. Lepiej więc, dla ciebie oczywiście, żebyś nie wpadła w jego ręce. Tego nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi.
- Wypchaj się.
- Ostrożnie, panienko. Jestem cierpliwy, ale tylko do czasu. A teraz, powiedz mi, jak ci na imię.
Zacięła się w milczeniu. Odwróciła głowę tak, że widział jej profil. Miała drobny, prosty nos, delikatnie zarysowane usta.
- No dobrze. Twój wybór - Viladan wstał i podszedł do posłania.
Przytulił twarz do miękkiego futra i zamknął oczy. Po chwili jednak je otworzył i wstał. Wyjął sztylet i podszedł do kobiety. Po jej spojrzeniu domyślił się, do czego ona by wykorzystała nóż... Rozciął jej więzy.
- Puszczasz mnie? - spytała.
- Nie. Daję wybór. Albo zostaniesz tu i moi ludzie zagwarantują ci bezpieczeństwo, dokąd nie wymyślę, co z tobą zrobić, albo pójdziesz i następnym razem trafisz w łapy gwardii króla.
- Mam tu zostać?
- Rób co chcesz.
Znowu prychnęła. Podniosła się na nogi i zobaczył, że prawie dorównuje mu wzrostem. Rozmasowała nadgarstki.
- Nie boisz się, że spróbuję cię zabić?
- Mam lekki sen. Ale jeśli ci się uda, tym lepiej - położył się i zamknął oczy.
Po chwili usłyszała jego cichy, równy oddech.
Obudził go szelest. Otworzył oczy. Rozejrzał się. Kobieta siedziała na krześle. Na stole stała butelka wina... do połowy opróżniona.
- Widzę, że się rozgościłaś - powiedział siadając.
- Jak widać.
- Dlaczego nie śpisz?
- Bo spanie tuż koło wroga jest niebezpieczne.
- Czy ty się mnie boisz? - spytał zaintrygowany.
Podniosła na niego oczy. Viladan wstał i zapalił świecę. Migotliwy płomyk delikatnie rozświetlił namiot i zalśnił złotymi refleksami na włosach wojownika.
- A powinnam? - spytała przekornie kobieta.
- Wielu się mnie boi.
- Tak? - w jej głosie zabrzmiała kpiąca nuta. - Oczywiście. Przecież Viladan i jego Nort są po pierwsze nieobliczalni, po drugie okrutni jak bestie, po trzecie bezduszni. Typowe krwiożercze zwierzęta z północy. Powinni się bać.
- A ty się nie boisz.
- Jesteś tylko człowiekiem - popatrzyła na niego wyzywająco. - Niech inni mówią, że jesteś Skrzydlatym, któremu odebrano skrzydła. Dla mnie jesteś człowiekiem. Wiem, co widzę. A widzę zmęczonego wojownika o oczach starca, cierpiącego od koszmarów. Skrzydlaci nie krzyczą przez sen. I nie wołają swojego rodzeństwa.
Popatrzyła na niego znowu, z ciekawości. Siedział z głowa opartą na dłoni. Miedziane loki przesłoniły mu część twarzy. Zauważyła, jak nieznacznie drgnęły mu ramiona. Płakał, czy hamował śmiech? A może gniew...
- Twoi ludzie nie przyprowadzili mnie tutaj tylko po to, żebyś mnie przesłuchał, prawda... - zawiesiła głos.
- Pewnie cię rozczaruję, ale jesteś w błędzie - spojrzał na nią lekko rozbawionym wzrokiem, który zaraz potem stwardniał. - Ja się nie zadaję z kobietami.
- Wolisz wojowników? - pytanie było proste i zadane tonem bez śladu kpiny, czy pogardy.
- Przyrzekłem sobie, że moje dzieci nie będą niewolnikami tego psa w koronie.
Kobieta pokiwała głową. W jej oczach błysnął szacunek.
- Tacy jak ty zwykle umieją tylko walczyć, a ich największą chlubą są karby na włóczni, znaczące kolejnych zabitych wrogów. Nie jesteś takim tępym rębajłą, za jakiego cię miałam.
- Miło, że ktoś to w końcu zauważył - wstał, zawadzając o stół.
Skrzywił się z bólu i usiadł na posłaniu. Przycisnął dłoń do opatrunku. Podeszła do niego. Popatrzyła na brudny bandaż.
- Musiało wejść zakażenie. Nie zmieniałeś bandaży i rana się zabrudziła.
- Pewnie za późno ją opatrzono. Jedna blizna w tą, jedna w tamtą. Co za różnica.
-Zakażone rany mogą doprowadzić nawet do śmierci - kobieta zdecydowanym ruchem odwinęła bandaż.
Rana była zaogniona. Skóra ciepła w dotyku i rozpulchniona. Sięgnęła po sztylet. Zamoczyła go w alkoholu, a potem opaliła nad świecą. Przecięła szwy. Nacisnęła brzegi. Z rany wysączyła się ropa.
- Gratuluję. Tobie i temu rzeźnikowi, który cię opatrywał. Widać, jak się na tym zna.
- Na pewno lepiej niż ty - Viladan odepchnął jej rękę.
- Przestań zachowywać się jak dziecko - syknęła.
Oczyściła ranę i założyła nowe szwy. Zostawiła niezabandażowane.
- Musi być sucha i się wietrzyć. Nie zapaprz tego znowu.
- Mówisz, jakbyś była moja żoną, a nie branką.
- Czasem branki przydają się do innych rzeczy, nie tylko do łóżka - wstała i chciała odejść, ale chwycił ją za rękę.
Popatrzyła najpierw na opleciony jego palcami nadgarstek, potem na niego.
- Dziękuję - powiedział patrząc jej w oczy. Szczerze.
- Proszę.
Puścił ją. Podeszła do złożonych koców. Wzięła jeden.
- Mogę? - spytała.
- Tak.
Ułożyła się na ziemi po drugiej stronie namiotu. Viladan długo potem nie mógł zasnąć. Zastanawiała go ta nagła zmiana. Najpierw wyglądała, jakby chciała go zabić. Kiedy go zobaczyła, nagle jakby się wystraszyła. A teraz opatrywała mu rany. Coś tu było nie tak, albo on zaczynał tracić zmysły.


Z samego rana Viladan został wezwany przed oblicze króla. Vren, wściekły jak rzadko, miotał się po namiocie. Kiedy Nort wszedł, raptownie się zatrzymał. Popatrzył na wojownika wzrokiem, który powaliłby batalion ludzi. Podszedł i bez słowa uderzył Viladana tak, że ten upadł na ziemię. Normalnie takie ciosy nie robiły na nim wrażenia, ale teraz oparł się na zranionej nodze i to ona nie wytrzymała. Poza tym, uderzenie było naprawdę mocne.
- Gdzie ona jest? - król chwycił wojownika za włosy i szarpnięciem zmusił do popatrzenia na siebie.
- Kto? - wydusił zdumiony Viladan.
- Ty... - Vren pchnął Nort na ziemię. - Jak śmiałeś ją przede mną ukryć!? Powiedziałeś, że poległa!!
Viladan oparł się na rękach. Spomiędzy miedzianych pasm spojrzały na władcę zdumione czarne oczy.
- Nikogo nie ukryłem.
- Jak śmiesz?! - kolejny cios znowu powalił go na ziemię. - Powiedziałeś, że poległa, a masz ją u siebie!
Viladana olśniło. Królowa...
- Kobieta, którą schwytali moi wojownicy to tylko jedna z gwardzistek. Chciała uwolnić więźniów. Nie jest królową. Nic na to nie wskazuje. Jedyna, która mogła być ich władczynią poległa. Sam widziałem, jak wojowniczka w złotej zbroi padała pod ciosem jednego z moich ludzi.
- Wynoś się - wycedził Vren przez zęby.


Kiedy go zobaczyła, zerwała się z miejsca.
- Skrzydlaci na wyżynie - podbiegła do Viladana. Ujęła jego twarz w dłoń i odwróciła do światła. Ślad po królewskim sygnecie zaczynał podbiegać krwią.
- Usiądź, zaraz coś z tym zrobię - pchnęła go w kierunku posłania. Chwyciła dzban ze świeżą wodą i ręcznik. Przyłożyła zimny kompres do policzka wojownika.
- To z mojego powodu, prawda - to było stwierdzenie, nie pytanie.
- Nie - zaprzeczył. - To moja wina. Myślałem, że się nie dowie.
Do namiotu wpadł Triver. W jego oczach zalśniło zdumienie, gdy zobaczył, jak branka opatruje jego wodza.
- Słyszałem awanturę - odwrócił się do Viladana.
- I dobrze słyszałeś - warknęła kobieta. - Co to za żołnierze, którzy pozwalają tak traktować swojego dowódcę...
- Niewolnicy, dziwko.
- Triver!
Żołnierz zdumiony popatrzył na Viladana. Oczy dowódcy pociemniały jeszcze bardziej, o ile było to możliwe. Żołnierz podniósł ręce w poddańczym geście.
- Rób, co chcesz, Vil. To ty jesteś dowódcą - wycofał się z namiotu.
Zapadła ciężka cisza. Dopiero po chwili Viladan podniósł głowę i napotkał zamyślone spojrzenie wojowniczki. Patrzyła na niego, jakby coś rozważała.
- Pewnie myślisz, że jestem głupi. Moi podwładni na głowie stają, żeby mnie chronić, a ja mam to gdzieś.
- Nie - powiedziała cicho i powoli.
- Dlaczego nie chcesz powiedzieć...
- Atli...
- Atli, dlaczego tak nagle zmieniłaś nastawienie do mnie? Kiedy cię tu zastałem, wyglądałaś, jakbyś chciała mnie zabić gołymi rękami.
- Bo tak było.
- Więc dlaczego?
Wojowniczka odwróciła głowę w bok. Popatrzyła gdzieś w przestrzeń.
- Bo widzę, że jesteś inny, niż tamci. Niż ci, którym służysz. Walczymy z wami od dwóch lat, bez przerwy. Miałam czas, żeby się przyglądać. Wy, Nort... Łatwo was odróżnić od tej zbrojnej hołoty, która mieni się armią Vrena, władcy Imperium Północy, Południa i Zachodu. Macie...
- Dyscyplinę...
- Honor - popatrzyła mu w oczy. - Jeszcze nigdy nie widziałam ludzi takiego honoru. A jestem wojowniczką od bardzo dawna i wielu już spotkałam.
- Ile masz lat?
- 25.
Zapadła cisza mącona tylko chlupotem wody, gdy Atli wykręcała kompres.
- Gdy mnie pojmali, chciałam cię zabić pierwszej nocy. Postanowiłam, że to zrobię zanim jeszcze cię zobaczyłam - jej głos był rozbrajająco szczery, gdy się odezwała.
- A co cię powstrzymało?
- Twoja uroda.
Viladan prychnął. Popatrzył wymownie na powałę namiotu.
- Teraz to może brzmi śmiesznie, ale kiedyś ci to wytłumaczę. Jak mój kraj będzie wolny.
Wojownik westchnął.
- No, to jeszcze sobie poczekasz. Vren nie odpuści, zwłaszcza teraz.
- Jeśli się do nas przyłączycie, razem możemy go pokonać - kobieta odłożyła ręcznik na dzban. - Pomyśl, ile możemy zdziałać, my i wy, razem.
- To nie takie proste. Nawet jeśli byśmy przeszli na waszą stronę, pomyśl, co się stanie - Viladan oparł łokcie na kolanach. Popatrzył na Atli. - Wasza armia jest rozbita, zostało was może 5 tysięcy na całym pograniczu. Nas jest 300. Jeśli nawet zbierzemy wasze całe siły, uwolnimy jeńców i dołączymy moich ludzi, to będzie nas najwyżej o tysiąc więcej. Vren ma 20 tysięcy.
- Ale nie zna tych terenów - w głosie wojowniczki zabrzmiał zapał. - Są tu nieprzebyte puszcze, bagniska, góry. Rzeki tak głębokie, że nikt ich nie przejdzie. Ukryjemy się w matecznikach, zwabimy ich na grzęzawiska - nieświadomie Atli chwyciła Viladana za ręce.
Kiedy zauważyła, co robi, cofnęła się, jakby zalękniona. Spuściła wzrok.
- Wybacz mi - wyszeptała.
Viladan podniósł jej głowę. Popatrzył w oczy. Miały kolor nieba w sztormowy dzień. Jakby go zaczarowały...
- Wodzu!
Niemalże odskoczyli od siebie, gdy usłyszeli głos Trivera.
- Wodzu - żołnierz wpadł do namiotu. - Vren chce cię widzieć. I ją też. - Kiwnął głową w stronę kobiety.
Viladan i Atli wymienili spojrzenia. Wstali i podążyli do namiotu króla.


Vren przywitał ich milczącym gniewem. Nie był sam. Otaczali go dowódcy. Gvyar i Kriger jak zwykle siedzieli razem i rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami. Para wojowników stanęła przed nimi niczym oskarżeni przed sądem. Żeby się nie zachwiać, Viladan oparł się na zdrowej nodze. W zranionej czuł szarpiący ból. Król popatrzył najpierw na niego, potem na Atli.
- Gvyar - odwrócił się do generała. - Widziałeś królową Ravlynu.
- Tak, panie - potwierdził zapytany.
Jego poznaczona bliznami twarz i posiwiałe włosy świadczyły, że widział już wiele wojen.
-To ona?
Atli zbladła. Żołnierz zmierzył ją wzrokiem z góry na dół.
- Nie. Tamta miała jaśniejsze włosy i była niższa.
- Przez kilka lat mogła podrosnąć.
- To nie ta. Tamta była starsza. Ona jest za młoda - Gvyar pokręcił przecząco głową. - Na pewno nie ona, panie.
Król odwrócił się. W jego oczach lśniła furia.
- Wynoście się - warknął.
Atli wmurowało w miejsce. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Gvyara. Viladan pociągnął ją za sobą. Jak zahipnotyzowana popatrzyła na niego.


Stary wojownik odprowadził odchodzących wzrokiem, po czym odwrócił się do Krigera. Pociągnął go w swoją stronę i już miał mu coś powiedzieć, gdy odezwał się król.
- Gvyar, jaką masz pewność, że to nie ona?
Wojownik popatrzył spokojnie na swego władcę.
- Bo to nie ona. Wiem, jak wygląda Bryss - Varen Larian. To na pewno nie ona.
- Rozejść się - warknął król.
Dowódcy wstali i po kolei opuszczali namiot. Gdy zostali już tylko we dwóch, Kriger na odchodnym odwrócił się do brata.
- Nie mścij się na przypadkowych ludziach. Widać ona rzeczywiście nie żyje.


Kiedy znaleźli się z powrotem w namiocie Nort, kobieta straciła panowanie nad sobą. Rozdygotana osunęła się na kolana. Viladan usiadł koło niej na krześle.
- Co się stało?
Nie odpowiedziała.
- Chcę ci pomóc.
- Nie możesz... W czym mi pomożesz, jeśli nie masz odwagi postawić się, gdy ktoś cię poniża.
W tym momencie dotarło do niej, co powiedziała. Viladan popatrzył na nią wzrokiem, w którym ból mieszał się z gniewem.
- A wiesz czemu? - powiedział cichym, ochrypłym jak warkot bestii głosem. - Nie masz pojęcia. Ten ktoś ma mojego brata - za każdym słowem pochylał się coraz niżej w jej stronę.
Gdy spróbowała się cofnąć, chwycił ją za ramiona. Uścisk miał jak stalowe kleszcze.
- To mały chłopiec. Ma 10 lat. Zarżną go bez litości, jeśli będą mieli chociaż cień wątpliwości co do mnie. Rozumiesz, dziwko bez wyobraźni? - odepchnął ją tak, że upadła do tyłu.
Zwinęła się w kulkę na ziemi. Jej ramionami wstrząsnął szloch. Viladan nalał wina do pucharu.
- Masz - podsunął jej naczynie pod nos. - Przestań ryczeć.
Atli podniosła na niego zapłakaną twarz. Pociągnęła nosem. Wierzchem dłoni starła łzy z policzków. Drugą ręką wzięła puchar. Powoli podniosła do ust. Przymknęła oczy. Ostatnie łzy popłynęły jej po twarzy.
- Nie musiałeś mnie obrażać - powiedziała cicho i żałośnie.
- Mam przeprosić? - Viladan pociągnął słuszny łyk prosto z butelki.
Dziewczyna popatrzyła na niego. Nagle ukazał się jej w innym świetle. Do tej pory widziała zgnębionego człowieka, rozdartego między pragnieniem wolności, a znienawidzonym obowiązkiem. Kogoś zasługującego na wielki szacunek i wielkie współczucie. Zdesperowanego bezsilnością.
Teraz jednak zobaczyła przysłowiową drugą stronę medalu - człowieka twardego, nieustępliwego. Zahartowanego przez wojnę i zmienionego przez nią w zimny, bezduszny głaz. Jeśli pozostali Nort byli tacy, to nic dziwnego, że wszyscy się ich bali.
- Wybacz mi - położyła rękę na jego kolanie. Pod palcami poczuła starą bliznę. - Zapomniałam się.
Popatrzył na nią podejrzliwie. Kpiła? Kłamała? Uwodziła? W jej oczach zobaczył tylko szczera skruchę. Chyba rzeczywiście żałowała swoich słów.
- To ja powinienem przeprosić - powiedział po chwili. - Nie miałem prawa tak do ciebie mówić. W końcu to nie twoja wina, że jestem, kim jestem.
Zapadło milczenie. Viladan bezwiednie położył dłoń na ręce Atli. Kobieta przytuliła do niej policzek. Z wahaniem dotknął jej włosów. Zanurzył palce w kruczych lokach. Były miękkie...
- Nie. Są nieumyte.
- To co? Moje też.
Poczuła, jak się pochyla. Jego włosy połaskotały ją w ramię, gdy oparł się o nią. Wzięła jedno pasmo w palce. Ciemnomiedziane, niemalże rdzawe, lśniące złotem na skrętach. Nie zabiła go właśnie przez te włosy. Czy to rzeczywiście był on? Ten, o którym mówili Wielcy?
- Atli...
- Tak?
- Dlaczego tak zbladłaś, gdy Vren spytał Gvyara, czy cię zna? Przecież on chciał wiedzieć, czy jesteś królową Ravlynu, a nie jesteś. Nie masz się czego bać.
- Zbezcześcił jej pamięć. To renegat. Królowa była... moją przyjaciółką. Byłam jej zaufaną gwardzistką. Zginęła przeze mnie, bo ją zawiodłam, bo nie zdążyłam... - powiedziała cicho, zduszonym głosem.
- Nie mów tak. To nie była twoja wina.
Podniósł się i wstał. Podszedł do jej posłania. Wziął koc.
- Zmęczona?
- Znużona...
- Idź spać.
Ułożył się na swoim posłaniu. Po chwili zasnął. Wtedy podeszła do niego. Jeszcze raz popatrzyła na miedziane loki zmieszane z siwym futrem. To musiał być on. Musiał...

***

ciag dalszy nastapi...


Napisała: VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl