Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"Pozory" - VanEo

To opowiadanie jest inne niż wszystkie wcześniejsze. Zawiera bowiem w sobie pomysły kogoś innego. Świetnej artystki obdarzonej niepospolitym talentem i wielkim poczuciem humoru. Kasiopei, której serdecznie dziękuję, że zgodziła się pożyczyć mi odrobinę swojej twórczości.

"Mężny to był rycerz, powszechnie go sławiono. Rzadko odwiedzał Marchię, bo wiele czasu poświęcił wojnom na wschodniej granicy, lecz spotkałem się z nim kiedyś. Bardziej mi się wydał podobny do porywczych synów Eorla niż do statecznych mężów z Gondoru [...]"

Eomer o Boromirze
"Dwie Wieże", ks. III, rozdz. 2 "Jeźdźcy Rohanu"


Pozory

W pogrążonym we śnie obozie panowała cisza. Od czasu do czasu zaparskał koń albo trzasnęło polano w ognisku, ale prócz tego nic nie mąciło spokoju wiosennej nocy. Ciepły wiatr niósł zapowiedź nadchodzącego szybko lata. Wiosna, chłodna i deszczowa odchodziła ustępując ciepłej, słonecznej pogodzie. Step zamienił się w jedno zielone morze falujących traw. W powietrzu unosił się zapach ziół i rozgrzanej ziemi, poruszane wiatrem źdźbła szeleściły cicho.
Silniejszy podmuch zachwiał płomieniem świecy. Theodred zasłonił go dłonią. Ognik uspokoił się i Marszałek wrócił do przeglądania leżących przed nim dokumentów. Właściwie powinien w tej chwili siedzieć w Rogatym Grodzie i doglądać spraw Zachodniej Bruzdy, ale królewski rozkaz zagnał go na wschodnią granicę. Poselstwo z Gondoru równie dobrze mógłby eskortować ktokolwiek, ale jego ojciec uznał, że wypada by powitał ich następca tronu. W ten sposób Theodred został zmuszony do opuszczenia swojego rewiru i wyjechania na wschód. W obozie o pół dnia drogi od granicy siedzieli już od dwóch dni i czekali na Dunedainów, którzy najwyraźniej postanowili zrobić sobie dłuższy postój po drodze. Płomyk zachwiał się po raz drugi i książę znowu zmuszony był zostawić papiery. Przetarł dłonią zmęczone oczy. Odchylił głowę do tyłu i podłożył ręce pod kark. Przymknął oczy.
-Skończyłeś ?
Otworzył oczy i popatrzył na kuzyna. Eomer leżał zwinięty na jego posłaniu i walczył z sennością.
-Nie, ale jestem zmęczony.
-Idź spać, Theo. Dziś już na pewno nie przyjadą, a jutro wezmę kilku ludzi i wyjadę im naprzeciw. Może wreszcie raczą się zjawić.
-Jeszcze ich nie znasz, a już ich nie lubisz - książę uśmiechnął się.
Eomer tylko parsknął w odpowiedzi. Przewrócił się na plecy i przeciągnął. Długa, biaława blizna na jego boku wyraźnie odcinała się od opalonej na złotawo skóry. Pierwsza do kolekcji... ile ich jeszcze będzie ? Theodred potrząsnął głową chcą odegnać nieprzyjemne myśli.
-Nie o to chodzi, że ich nie lubię - powiedział jego kuzyn podkładając ręce pod głowę. - Drażnią mnie. Nic więcej. Ta ich napuszona ceremonialność jest irytująca. To ciągłe gięcie się w ukłonach, te uśmiechy przez zęby, te komplementy. To ohydne.
-Ohydne? Dlaczego? - Theodred rzucił niechętnym spojrzeniem na raporty.
-Bo fałszywe. Obłudne. Żaden z nich nie myśli tego, co mówi i robi.
Książę spojrzał spod oka na kuzyna. Uśmiechnął się kącikiem ust. Jemu nie wypadało powiedzieć tego głośno, ale miał dokładnie takie samo zdanie na ten temat.
-Idź spać, Eomer.
-Nie jestem zmęczony.
-Bzdura. Do łóżka, już.
-Odsyłasz mnie jak małe dziecko ? - w głosie chłopaka zabrzmiała uraza. Usiadł i podciągnął kolana pod brodę.
-Nie jak małe dziecko, tylko jak żołnierza, który dopiero wrócił z patrolu.
-Pamiętaj, że to ja tu dowodzę - Eomer wstał i zarzucił tunikę na ramiona.
-Ubierz się - rzucił za nim kuzyn. - Bo mi tu jeszcze wilka dostaniesz, wodzu.

Step Rohanu rozciągał się przed nim niczym wielkie morze. Falujące trawy przybrały złocistą barwę w świetle zachodzącego słońca. Na horyzoncie majaczyły góry - różowawe cienie na purpurowym niebie. Czerwona kula słońca znikała za widnokręgiem. Wiatr pędził w jej stronę granatowe chmury.
Jeździec odetchnął głęboko pachnącym powietrzem. Spiął konia i ruszył przez ocean traw. Za nim zapadał szaro-błękitny zmierzch. Na wschodnim niebie rozpoczynała panowanie noc.

Gwiazdy lśniły na niebie słabym blaskiem. Skryci w zaroślach żołnierze wpatrywali się w ciemność. Przytłumiony płomień ogniska nie dawał wiele światła. Blask rozświetlał tylko maleńką część ukrytej w lesie Firien polany. Dowódca siedział przygarbiony na zwalonej kłodzie tuż koło ognia. Splecione dłonie zasłaniały twarz. Żołnierz podszedł bliżej, by w razie czego obudzić przełożonego.

-Panie... - powiedział cicho.
Wojownik podniósł głowę. Spod jasnej, wystrzępionej grzywki błysnęły zielone, zupełnie przytomne oczy. Nie spał.
-Tak ?
-Jakiś jeździec się zbliża od północy.
-Jest sam ?
-Tak.
-Otoczyć i zatrzymać. Nie robić krzywdy. Musimy się dowiedzieć, kim jest. Nie trzeba nam tu podejrzanych nieznajomych.
-Tak jest.
Kiedy żołnierz oddalił się, by przekazać rozkazy, dowódca wstał i wyprostował się. Przeciągnął aż chrupnęły stawy. Poprawił płaszcz, który zsunął mu się z ramienia i ruszył w ciemność.

Jeździec zatrzymał się gwałtownie, gdy dokoła niego wychynęły z cienia obce postaci. Koń parsknął, gdy tuż przy jego pysku zalśniło ostrze włóczni. Nieznajomy sięgnął po broń.
-Nie radzę - powiedział jeden z napastników. - Kim jesteś ?
-Z Gondoru - rozległ się cichy głos spod kaptura.
-Odsłoń twarz.
Koń zatańczył niespokojnie. Jeździec ściągnął cugle. Krąg postaci zacieśnił się.
-Jestem posłem.
Ktoś przyniósł płonącą żagiew. W blasku ognia zalśnił metal kolczug, hełmów i ostrzy. Jeździec naciągnął głębiej kaptur.
-Posłowie nie zakradają się nocą jak złodzieje. Odsłoń twarz.
Nieznajomy sięgnął po broń. Szczęknęła wyjmowana z pochwy klinga.
-Nie zmuszajcie mnie, bym uczynił coś, czego pożałuję. Nie chcę, by komukolwiek stała się krzywda. Odsuńcie się.
-Dość! - rozległ się nowy głos.
Żołnierze rozstąpili się i w krąg światła wszedł młody, wysoki wojownik. Jeździec odwrócił się w jego stronę. Spod kaptura błysnęło bardziej zaintrygowane niż zaniepokojone spojrzenie. Przez chwilę patrzył dowódcy w oczy.
-Cofnąć się - powiedział Eomer.
Rohirrimowie bez słowa wykonali rozkaz.
-Masz posłuch u swoich żołnierzy, panie - w głosie nieznajomego zabrzmiał szacunek. - Cieszę się, że nie doszło do starcia, bo nie wiem, jakie byłyby jego wyniki.
-Dostali rozkaz, by cię tylko pochwycić, a nie ranić... panie Boromirze.
Rohirrimowie popatrzyli zdumieni na dowódcę, a potem na nieznajomego. Eomer zdecydowanym krokiem podszedł do wierzchowca przybysza i chwycił go za uzdę. Ogier parsknął, ale nie ugryzł.
-Nierozsądnie postąpiłeś, panie, zapuszczając się sam w środku nocy do tego lasu. Gdyby ktoś inny tu dowodził, kto wie, jak sprawy by się potoczyły.
-Skoro już mnie zdemaskowałeś, wojowniku - jeździec zsunął kaptur, spod którego ukazała się przystojna twarz okolona kruczoczarnymi włosami. Spojrzenie jasnoszarych oczu zmierzyło dowódcę od stóp do głów. - to się przedstaw i powiedz mi, gdzie zrobiłem błąd, bym mógł go uniknąć w przyszłości. - Syn Namiestnika uśmiechnął się.
-Jestem Eomer, syn Eomunda. A twój błąd, panie, to twoje dziedzictwo.
Boromir zmrużył oczy.
-Kuzyn Theodreda - powiedział. - Pamiętam małego szkraba siedzącego na kolanach ojca. A tu minęło już piętnaście lat. I powiadasz, że zdradziło mnie moje dziedzictwo...
-Gdyby nie róg, nie wtrąciłbym się i pozwolił moim ludziom cię pojmać, panie.
Gondorczyk spojrzał w dół na przypięty do pasa róg ozdobiony srebrnymi okuciami.
-Odsłoniłeś go sięgając po broń ?-dodał Rohirrim.
Syn Namiestnika roześmiał się w głos.
-A ty, młody Eomerze, stałeś przez ten cały czas w cieniu patrząc, co zrobią twoi ludzie ? A gdybym nie miał tego rogu ? Albo gdybyś go nie zauważył ? - oparł ręce na łęku siodła i pochylił się do Eomera. - Co wtedy ?
-Wtedy powędrowałbyś, panie, w kajdanach do obozu Marszałka, w najlepszym razie - odpowiedział spokojnie Rohirrim. - A teraz bądź łaskaw zsiąść z konia, bo do naszego obozu konno się nie dostaniesz - cofnął się, puszczając wodze.
Dunedain zeskoczył z siodła.
-A mnie gryziesz, zdrajco - mruknął do wierzchowca, który zastrzygł uszami.
Odwrócił się do Eomera.
-Daleko do tego obozu ?
-Chwilę - Rohirrim zaczekał aż syn Namiestnika do niego dorówna.
-Bardzo precyzyjne określenie - mruknął pod nosem Boromir.
-Wybacz, panie, ale nie liczyłem kroków.
-Spokojnie, młodzieńcze - Gondorczyk roześmiał się. - Nie chciałem cię urazić. Theodred tu jest ?
-Do Marszałka pojedziemy rano. Stoi obozem o pół dnia drogi stąd.
Zanim dotarli do obozu Boromir zdążył przekląć las na wszelkie sobie sposoby i we wszystkich językach jakie znał. Ciągłe wyplątywanie płaszcza z krzaków zaczynało doprowadzać go do szału. Gdy w końcu doszli na polanę aksamit był pełen rzepów, zeschłych liści i pędów kanianki. Gondorczyk przegarnął ręką włosy tylko po to, by stłumić przekleństwo gdy wyciągnął z nich ułamaną gałązkę. Nawet jeśli nigdy ich nie spotkali, Rohirrimowie mieli coś wspólnego z Elfami - zamiłowanie do niedostępnych miejsc.
-Dowódca! - krzyknął ktoś, gdy wyszli z zarośli i żołnierze stanęli na baczność.
-Spocznij - Eomer machnął ręką. - Namiot dla pana Boromira, migiem.
-Nie trzeba - zaprotestował Dunedain.
-Nalegam - Rohirrim poprowadził go do ogniska. - Jesteś sam, panie ?
-Nie, moja eskorta została jakiś dzień drogi w tyle. Wraz z nimi podróżuje czterech zakurzonych osobników, których mój ojciec i brat wyciągnęli chyba z najgłębszych zakamarków biblioteki - Boromir usiadł na pniu. - Pewnie dotrą tu jutro.
-Życzysz sobie na nich zaczekać, panie ?
-Nie, trafią do obozu Theodreda. Na pewno nie przyjadą w środku nocy, więc nie będzie problemów - rzucił beztrosko Gondorczyk. - jeśli chcesz, to mogę zostawić twoim ludziom jakiś znak, żeby nie było nieprzyjemności.
-Jadą pod sztandarem Gondoru ? - spytał Eomer.
-Pod sztandarem Namiestnika - w głosie Boromir zabrzmiały ostre nuty.
-Więc nie będzie takiej potrzeby - Rohirrim odwrócił się. - Namiot gotowy, więc jeśli czujesz się zmęczony, albo życzysz sobie zostać sam to proszę. Gdybyś czegoś potrzebował, panie, wystarczy zawołać.
-I tylko ja mam spać w namiocie ? - spytał Gondorczyk, znowu z uśmiechem.
-Jesteś gościem, panie Boromirze. A teraz wybacz mi, mam obowiązki - Eomer skinął mu głową i odszedł do żołnierzy.
Boromir popatrzył za nim zamyślony. Takiej sytuacji się nie spodziewał.

Obudziły go ptaki. Ich radosny świergot świadczył, że nadszedł już poranek. Boromir wyszedł przed namiot i odetchnął rześkim powietrzem.
-Dzień dobry - usłyszał.
Odwrócił się. Eomer siedział na kłodzie koło dogasającego ogniska.
-Witaj... A właściwie, to nawet nie wiem, jak się zwracać. Książę Eomerze ? Panie dowódco?
-Po prostu Eomerze.
-Tak samo zwracają się do ciebie wszyscy inni? - syn Namiestnika splótł ręce na piersi.
-Żołnierze mówią "mój panie" - Rohirrim wstał. - Masz ochotę coś zjeść, panie ?
Co prawda to tylko racje wojskowe, ale jak dojedziemy do obozu Marszałka zjemy coś konkretniejszego.

Boromir sięgnął po kromkę chleba i usiadł na pniu.
-Theodred zarządza zachodem ?
-Sam ci opowie o szczegółach, panie.
-Kiedy jedziemy ?
-Kiedy zechcesz
Gondorczyk przełknął ostatni kęs.
-To jedźmy.
Wstał i podszedł do konia. Rumak zarżał i wyciągnął szyję.
-Pieszczoch - mruknął Dunedain sięgając po uździenicę.
-Jak ma na imię ? - Eomer spojrzał z podziwem na karego ogiera z białą gwiazdką na czole.
-Elenear. To w mowie Elfów "Morska Gwiazda". Prezent od wuja
dorzucił widząc niezdecydowaną minę Rohirrima. - Imię wybierała moja, wtedy ośmioletnia, kuzynka.
-To nie jest bojowy ogier - Eomer podszedł bliżej do rumaka.
-Nie, ale jest szybki i zwinny. Idealny na podróż - syn Namiestnika dociągnął popręg wskoczył na siodło.
-Do skraju lasu idziemy na piechotę. Przykro mi - Eomer chwycił swojego konia za wodze i poprowadził w kierunku, z którego przyszli poprzedniego wieczoru.
-A twój ?- rzucił Boromir za Eomerem.
-Co "mój" ? - Rohirrim obejrzał się przez ramię.
-Jak ma na imię twój koń ?
-Płomiennonogi.
-Też ciekawie. Kto wybierał ?
-On sam.
-Aha - Boromir udał mądrego. Niektóre aspekty kultury i mentalności Rohirrimów pozostawały dla niego całkowitą zagadką. I były co najmniej dziwne.
-Nie boi się skakać przez ogień - powiedział tonem wyjaśnienia Eomer.

Kiedy w końcu wyszli z lasu słońce stało wysoko. Eomer wskoczył na siodło i poprowadził konia na zachód.
-Jedziemy sami ? - Boromir obejrzał się.
-To dwie staje stąd. Przed południem będziemy na miejscu.
Gondorczyk rozejrzał się. Za nimi na skraju lasu pasły się jelenie. Nawet nie zwróciły na nich uwagi.
-Marzy mi się polowanie - Boromir przeciągnął się. - Ale takie z prawdziwego zdarzenia. Na niedźwiedzia, albo na dzika. Tylko z włócznią. Bez konia - wyjął sztylet i zamierzył się na jedną z łań.
Eomer spojrzał na niego przez ramię. Czy ten Gondorczyk mówił poważnie ?
-W sprawie polowania pertraktuj z moim kuzynem, panie. Na pewno z chęcią oderwie się od obowiązków.
Theodred przetarł oczy. Popatrzył jeszcze raz na leżące przed nim pismo. Po co zabierał to ze sobą ? No po co ? Z poczucia obowiązku - podpowiedział wewnętrzny głos. Westchnął i odłożył pióro.
Wyszedł przed namiot. Popatrzył na bezchmurne niebo. Jeśli teraz było tak ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco, to co będzie w lecie ? Byle tylko nie było suszy.
-Theodred ! - usłyszał znajomy głos. Odwrócił się. W jego stronę jechał Eomer a za nim...
-Boromir ?! - Marszałek wyszedł im naprzeciw.
Przyjaciel zamknął go w niedźwiedzim uścisku.
-Co ty tu robisz ? Ojciec cię skazał na banicję ? - roześmiał się Rohirrim.
-Powiedział, że przyda mi się trochę ruchu - stwierdził Boromir z uśmiechem. - Ponoć w Ithilien się zasiedziałem. Nic się nie zmieniłeś, przyjacielu.
-Ani ty. Chodźcie - Theodred wyciągnął rękę do kuzyna. Drugą objął przyjaciela. - Napijemy się. Trzeba uczcić spotkanie po latach.
-Eomer mówił, że utknąłeś w Zachodniej Bruździe.
-Jak zobaczysz mój namiot, to stwierdzisz, że zmieniłem się w urzędnika - Marszałek puścił przyjaciela i kuzyna przodem. - Siadajcie. Długo wam zeszło. - Postawił przed nimi po pucharze z winem.
-Ja i tak się wyrwałem reszcie orszaku. Jakbym chciał jechać z nimi, to bym tu nigdy nie dotarł - Boromir upił łyk wina. - Dobre.
-Z Dol Amroth - Eomer popatrzył na niego znad krawędzi naczynia. Uśmiechnął się krzywo. -Przekaż wujowi wyrazy uznania - Theodred podniósł puchar.
-Przekażę. Zdrowie.
-Ja was przeproszę. Mam obowiązki - Eomer wstał. Skinął głową gościowi i kuzynowi, i wyszedł.
Boromir popatrzył za nim.
-No jak to było ? Ojciec cię wysłał, czy sam się wysłałeś ? - Theodred rozsiadł się wygodniej.
-Jak się dowiedziałem, że ojciec śle posłów do twojego ojca to powiedziałem, że się chętnie przejadę. I się zgodził - Dunedain wzruszył ramionami.
-Tak po prostu ? A Ithilien ?
-Faramir przejął dowództwo. Na litość, nie patrz tak na mnie. On już nie jest małym chłopcem. Poradzi sobie.
-No fakt, w końcu ma już prawie trzydzieści lat - Rohirrim podniósł puchar.
-Złośliwiec. A tak a propos - Boromir spoważniał. - Ile lat ma twój kuzyn ?
-Eomer ?
-A masz innego ?
-Dwadzieścia jeden. Dlaczego pytasz ?
-Zawsze jest taki ?
-Jaki ?
-Surowy, poważny i zasadniczy.
Theodred obrócił kielich w dłoni. Pochylił się do przyjaciela.
-O co ci chodzi ?
-Bo pamiętałem słodkiego berbecia, który się rozpłakał jak mu powiedziałem, że jest za mały by jeździć na moim koniu. Nigdy bym nie przypuszczał, że wyrośnie na kogoś takiego.
-Czy mam ci przypomnieć o pewnym synu Namiestnika, który się rozpłakał bo zgubił sztylet...*
-Theodred...
-...a potem jak dostał od mojego ojca drugi rozpłakał się jeszcze bardziej, bo miałby dwa gdyby nie zgubił tamtego ?* I co tu z kogo wyrosło ?
-Oszczędź mi tego, proszę - Boromir zasłonił twarz dłonią.
-A tak na poważnie. Wiele się zdarzyło i uważam, że Eomer i tak wyszedł z tego wszystkiego obronną ręką.
-Mówisz o jego rodzicach ?
-Też
-Nigdy bym nie uwierzył, że jest taki młody. Jak się spotkaliśmy, to myślałem, że jest gdzieś pięć lat starszy... A potem popatrzyłem mu w oczy i się przestraszyłem - Boromir potrząsnął głową. - Theodred, róbcie coś. Przy swojej gładkiej buzi ten chłopak ma spojrzenie starego człowieka.
Książę wysłuchał przyjaciela z zamyśloną miną. W końcu popatrzył na niego.
-Ty też zauważyłeś.
-Trudno było nie zauważyć. Jego ludzie o mało nie roznieśli mnie na włóczniach, a on stał spokojnie z boku i się przyglądał. Powstrzymał ich dopiero, kiedy zobaczył róg...
-Więc nie wiedział, że to ty - przerwał Marszałek.
-A co ? Miałem wparować wam w sam środek obozu z wypisanym na czole "Boromir, syn Denethora II, Namiestnika Gondoru"?
-Nie powiesz mi chyba, że wystraszyłeś się mojego kuzyna ? - roześmiał się Theodred.
-Nie, no skąd. Czego się bać, kiedy dziecko o wzroku najemnego mordercy nasyła na ciebie swoich ludzi w środku nocy w środku lasu - głos Gondorczyka ociekał ironią. - Gdyby to byli ci urzędnicy, którzy jadą za mną, mielibyście cztery trupy na miejscu.
-Dramatyzujesz. Na pewno nie było aż tak źle - roześmiał się książę. - A poza tym, miał wszelkie prawo nasłać tych żołnierzy. On tu dowodzi.
Boromira na moment zamurowało.
-Żartujesz - powiedział nienaturalnie spokojnie.
-Nie. Ja tu jestem tylko w roli reprezentacyjnej. Ci ludzie należą do załogi Aldburga i pozostają pod komendą mojego kuzyna.
Syn Namiestnika odstawił pucha i splótł dłonie pod brodą. Oparł łokcie na kolanach.
-Chcesz powiedzieć, że oddaliście wojska Wschodniej Bruzdy pod dowództwo młodzika ? Twój ojciec się na to zgodził ? Macie dwudziestoletniego Marszałka ? Czy wyście już całkiem oszaleli ?
Theodred tylko uśmiechał się pod nosem słuchając tyrady przyjaciela.
-Odpowiedzi w kolejności pytań: nie, tak, nie, zależy jak na to popatrzyć. Eomer jak na razie służy pod rozkazami Elfhelma w Aldburgu i zajmuje się głównie uczeniem giermków posługiwania się bronią. I nawet sobie radzi. Dzieciaki go słuchają.
-Nie wątpię - mruknął Gondorczyk. - Jeśli tak ich traktuje jak mnie...
-Nie miej mu za złe jego zachowania - książę rzucił okiem w stronę wyjścia z namiotu, skąd doleciał w tej chwili głos jego kuzyna. - Eomer to dobry chłopak. A poza tym - w jego oczach błysnęły wesołe iskierki - gdzieś musi się nauczyć dowodzenia armią.
-A czy musi uczyć się na mnie ? - Boromir udał obrażonego.
-Jak się zachciało uciekać orszakowi to się nie ma prawa mieć pretensji.
-Skomplikowane zdanie jak dla mnie. Jestem tylko prostym żołnierzem.
-Sam się dorobiłeś.
-No, i tak rozumiem.
Roześmiali się.

Eskorta i "zakurzeni osobnicy?" zjawili się po południu. Gdy przyszło do powitania Theodred doszedł do wniosku, że ojciec chyba miał zły humor, gdy go wysyłał. W duszy pozazdrościł Eomerowi, który tylko stał za nim w towarzystwie swoich zastępców i ładnie wyglądał. Gondorczycy bowiem nie zrezygnowali ze swojego zamiłowania do ceremonii i w trybie silnie przyspieszonym dostosowali ceremoniał do zaistniałych warunków. Gdy skończyły się wszystkie ukłony, uprzejmości i wyrazy szacunku, książę odetchnął w duchu. W trochę lepszym nastroju poprowadził posłów do przygotowanego namiotu, w którym mieli zjeść obiad. Kątem oka spojrzał na kuzyna - Eomer stał nieporuszony, że swoją zwykłą kamienną miną. Nie zdążył już jednak dojrzeć, jak chłopak przymruża oczy, a kąciki ust unosi mu pełen pogardliwej ironii uśmieszek. Nie umknęło to jednak Boromirowi...

Posiłek toczył się atmosferze uroczystej, by nie rzec podniosłej. Gondorscy posłowie cały czas rozprawiali o celu swojej podróży, wypytywali o samopoczucie Theodena i wyrażali nadzieję na owocne załatwienie spraw, które sprowadziły ich do "jakże surowej, ale jednocześnie jakże urokliwej krainy, jaką jest Rohan". Książę dzielnie prowadził z nimi rozmowę, ale Eomer niemalże widział prawdziwe myśli swojego kuzyna. W oczach Theodreda lśniło nieme błaganie o zakończenie całej tej farsy. Syn Eomunda w duchu podziękował wszystkim opiekuńczym duchom, że jako dowódca eskorty nie musi się angażować w tę, jakże pasjonującą, konwersację. W najgorszych momentach, gdy już czuł, że nie wytrzyma i parsknie śmiechem mógł po prostu się odwrócić, albo ukryć twarz za pucharem.

-Denerwujący, prawda ? - usłyszał nagle nad uchem głos Boromira.
Odwrócił się. Syn Namiestnika usiadł koło niego i sięgnął po wino.
-Raczej zabawni.
-Ja ich nie znoszę - skrzywił się Dunedain. - Pomyśleć, że kiedyś będę musiał ich tolerować przy sobie przez cały czas. Nie cierpię urzędników.
-W Rohanie na szczęście ich nie ma. A przynajmniej nie takich - Eomer odstawił pusty puchar na stół.
-Wasze szczęście. Gdyby to ode mnie zależało, to jako Namiestnik otoczyłbym się sprawdzonymi ludźmi, których znam i wiem, że mogę ufać. Najlepiej takimi, z którymi walczyłem ramię w ramię. Ty pewnie też.
-Co to za stwierdzenie ? - Eomer popatrzył na niego badawczo.
-Zauważyłem, jak się śmiejesz. Te gryzipiórki wywołują różne uczucia, ale nigdy nie widziałem, by sprowokowali kogoś do śmiechu. Aż do dziś... ty chyba nie lubisz ludzi, którzy za dużo mówią, prawda ? - spoważniał Boromir.
-Od gadania nic się nie zmieni. Zamiast mówić trzeba działać.
-Bez ustalenia co się chce zrobić ?
-Bez zbędnego roztrząsania spraw oczywistych.
-Uważasz, że wszystko jest takie oczywiste ?
Rohirrim oparł brodę na plecionych dłoniach.
-Nie słuchasz, panie Boromirze.
Dunedain roześmiał się.
-Będziesz strasznym człowiekiem. Jeszcze kilka lat, a ludzie będą przed tobą drżeć, młody Eomerze.
-Tak ? - w głosie chłopaka zabrzmiało zdziwienie.
-Tacy ludzie budzą lęk. Inni czują, że nie mogą sprostać ich wymaganiom. Tobie podobni oczekują konkretnych efektów i nie zadowalają się półśrodkami. Nie satysfakcjonuje ich połowiczny sukces. Nigdy nie pozwolą na partactwo i powierzchowne załatwienie sprawy. Zwykli ludzie nie rozumieją takich. W ich przekonaniu jeśli można coś zrobić małym kosztem, z małym nakładem zaangażowania i wysiłku to trzeba to wykorzystać. A o takich jak ty w Gondorze mówimy, że są perfekcjonistami natchnionymi przez Valarów.
-Nie jesteśmy w Gondorze, panie Boromirze - Eomer wstał. - Wybacz mi. Muszę rozstawić warty.
Dunedain patrzył za młodym wojownikiem jak wychodzi z namiotu. Zachodzące słońce oświetliło jego sylwetkę otaczając ją złocistą aureolą. Boromir uśmiechnął się. Długą drogę przebył ten mały chłopczyk, którego pamiętał.

Droga do Edoras dłużyła się w nieskończoność. W każdych innych warunkach byłaby wspaniałą, odprężającą wycieczką, ale towarzystwo skrybów ciągle rozprawiających o pismach, paktach i innych urzędowych sprawach potrafiło doprowadzić do skrajnej rozpaczy. W końcu już nie tylko Theodred ale i eskorta mieli ich serdecznie dość, choć pokrywali niechęć i irytację uprzejmą obojętnością. Kiedy więc u podnóża gór zamajaczył masyw twierdzy Aldburg żołnierze odetchnęli. Teraz ich balast miała przejąć gwardia Edoras, która do tej pory używała słodkiego lenistwa za murami zamku.

-Jutro będziemy w Aldburgu - Eomer podszedł do kuzyna i syna Namiestnika, którzy siedzieli przy ognisku korzystając z chwili spokoju wolnej od gadaniny posłów.
-Kiedy ostatni raz tam byłem miałem chyba dziesięć lat - Boromir przesunął się, robiąc miejsce chłopakowi. - A o tobie nawet jeszcze wróble nie ćwierkały, młody Eomerze. Rohirrim spojrzał na niego spod oka.
-A co do mnie mają wróble ? - spytał.
-To znaczy, że jeszcze nikt nawet nie podejrzewał, że się kiedyś urodzisz - Theodred poklepał kuzyna po ramieniu.- Idiom - szepnął mu na ucho.
-Grota sobie poklep, a nie mnie - zjeżył się Eomer.
-Grot ? - zdziwił się Boromir. - Myślałem, że twój koń ma na imię Strzała*.
-To jego syn. Strzała odszedł w zeszłym roku. Miał już ponad trzydzieści lat.
-Aj - syn Namiestnika skrzywił się zabawnie. - Przykro mi.
-Ale brykał do samego końca - mruknął Eomer. - Dziękuję za staruszka, który o mało mnie nie stratował.
-Skoczył na niego - dodał Theodred widząc zdumioną minę Boromira. - Trzy lata temu.
-Co ?
-Normalnie - Eomer wstał, bo podszedł jeden ze strażników. - Stanął na zadnich nogach i przednimi mnie kopnął, jak chciałem go sprowadzić z padoku - rzucił przez ramię i odwrócił się do podwładnego.
-Wybił mu bark i prawie złamał obojczyk. Na szczęście już nie był podkuty. Jakby był, to wolę o tym nie myśleć - Theodred popatrzył za Eomerem.
-Dziękuję - Boromir zasłonił się obronnym gestem. - Wolę nasze konie. One tylko gryzą. Słysząc to Eomer odwrócił się. Popatrzyli na siebie z kuzynem. Theodred roześmiał się. Eomer tylko pokręcił głową i wymownie popatrzył w niebo.
-Pogryźć też mnie zdążył - mruknął.
-Hmm, zanim poproszę was o konia to się dwa razy zastanowię. Wybaczcie, idę spać. Od tej gadaniny naszych drogich gryzipiórków boli mnie głowa - Boromir wstał i oddalił się do swojego namiotu.
-I co ? Dalej go nie lubisz ? - Theodred popatrzył na Eomera, który wrócił i przykucnął koło ogniska. Wyjął jakąś cienką gałązkę i patrzył jak złoty płomyk robi się niebieski, a potem powoli gaśnie.
-Nie o to chodzi, że go nie lubię. Jest dziwny.
-Dziwny ? Co przez to rozumiesz ?
-On... za wszelką cenę próbuje być swobodny i otwarty. Udaje, że nie widzi dzielących nas różnic. Niby traktuje mnie jak równego sobie, ale w każdym słowie, w każdym geście pokazuje, że to on jest górą... Podkreśla aż do przesady, że jest starszy... Zachowuje się jak wujek, który próbuje udawać dobrego kolegę.
-Tak to widzisz ?
-Ty jesteś jego rówieśnikiem, w dodatku następcą tronu. Ja przy was jestem smarkacz i to jeszcze mało znaczący.
-Smarkacz, który mu zaimponował - Theodred zmierzwił kuzynowi włosy.
-Prosiłem, żebyś tego nie robił - Eomer przegarnął palcami grzywkę doprowadzając ją do porządku.
-Słuchałeś mnie ?
-Tak. Zaimponowałem mu. Czym ? Bo chyba nie tym, że moi ludzie zdybali go w środku lasu, gdzie żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie zapuściłby się w pojedynkę.
-Tym, jaki masz posłuch u żołnierzy. Jaki jesteś stanowczy. Nawet go wystraszyłeś.
Rozległo się pogardliwe prychnięcie - to, czego Theodred najbardziej u swojego kuzyna nie lubił.
-Ciekawe jak ?
-Bo stałeś z boku i przyglądałeś się jak twoi żołnierze go osaczają. Wiesz, co mi powiedział ? Że przy swojej gładkiej buzi masz oczy płatnego zabójcy - wyciągnął rękę i posmerał kuzyna po policzku.
Spojrzenie, które dostał w zamian wystarczyło aż nadto za odpowiedź.
-Zostaniecie w Aldburgu, czy jedziecie do Rogatego Grodu ? Wujek w ogóle wie, że Boromir się tu zjawił ? - Eomer zmienił temat.
-Nie wie. Boromir sam się wysłał. Więc pewnie zostaniemy parę dni u ciebie, a potem pojedziemy do mnie.
-Mam prośbę. Trzymaj go z dala od moich giermków, dobrze ?
-Co to za prośba ? boisz się, że ci ich podbierze ?
-Nie, boję się, że im naopowiada głupot. On jest taki jak mój ojciec. Najpierw robi, a potem myśli. A ja próbuję tym chłopakom wbić do głów, że trzeba odwrotnie.
-Nie przesadzasz ?
-Jak byliśmy sami to usłyszałem, że mu się marzy polowanie na niedźwiedzia albo dzika z samą włócznią. A potem o mało nie rzucił sztyletem w pasące się jelenie. To chyba o czymś świadczy.
-Że sądzisz po pozorach. Chciał sobie z ciebie pożartować, a ty od razu zachowujesz się, jakby sprofanował największe świętości tego kraju.
-Bronisz go, bo to twój przyjaciel i nie podoba ci się, że go krytykuję.
-Nie bronię go, tylko chciałbym, żebyś zanim zaczniesz go osądzać lepiej go poznał.
-Co, mam go zaprosić na piwo ?
-Po prostu traktuj go z mniejszym dystansem.
-Jeszcze mi powiedz, że jestem do niego uprzedzony - Eomer wyciągnął kolejną gałązkę z ogniska.
-Bo jesteś - Theodred wstał i odszedł w stronę swojego namiotu.
Kuzyn nawet za nim nie popatrzył. Tylko patyk trzasnął mu w dłoniach.

Twierdza wznosiła się nad doliną niczym kolos. Masywne, zwieńczone blankowaniem mury rzucały cień na łąkę ciągnącą się u ich podnóża. Droga prowadząca do potężnych, zaopatrzonych w bronę wrót nie była bardzo szeroka, ale wyłożona kamieniem i dobrze utrzymana. O tej porze roku prawie pusta, bo większość okolicznych mieszkańców udała się ze stadami koni na pastwiska leżące po drugiej stronie wielkiego gościńca, albo w góry gdzie wypasano owce. Ci którzy zostali - kobiety, dzieci, niewielka liczba mężczyzn doglądali gospodarstw, sadzili warzywa. Rzemieślnicy w codziennym trudzie dbali, by nikomu nie brakło podków, kół, garnków. Życie toczyło się spokojnym, wręcz leniwym rytmem według utartego schematu.

Konie szły powoli, bez pośpiechu. Mijani ludzie kłaniali się, uśmiechali. Czasem ktoś rzucił pozdrowienie, powiedział coś co wywoływało ogólną wesołość wśród Rohirrimów. Nawet Eomer parę razy się uśmiechnął i rzucił jakiś komentarz na odczepkę. Boromir zaś doszedł do wniosku, że będzie musiał poprosić Faramira o kilka lekcji języka Rohanu, bo mimo szczerych chęci nie mógł ni w ząb pojąć, o czym mowa. Pierwszy raz w życiu przeklął fakt, że nie chciało mu się przykładać do nauki, a pouczenia nauczycieli traktował jak bełkot orków*.
-Już prawie jesteśmy - Theodred dorównał konia do niego. - Bardzo zmęczony ? W Ithilien chyba nieczęsto jeździcie konno.
-Mniej niż przywykłem - syn Namiestnika pokiwał głową. - A zawsze bardzo to lubiłem... - odwrócił się do Rohirrima z błyskiem w oczach. - Ostatni przy bramie jest fajtłapą ! - spiął konia, który wyskoczył do przodu.
-Niedoczekanie twoje ! - krzyknął za nim Theodred i też pogonił wierzchowca.
Dwa rumaki pomknęły jak burza ku murom. Podkowy zadzwoniły na kamieniach gościńca.
-Nie jedziesz za nimi ? - jeden z zastępców podjechał do Eomera.
-A jakby to wyglądało ? Dowódca zostawiający swoich ludzi dla głupiego wyścigu. Założę się, że Elfhelm stoi teraz na murze i patrzy na nas.
-Może i masz rację. Ale czasem przydałoby ci się więcej swobody.
-Swobodę mam po służbie.
-Wygrałem ! - triumfalny okrzyk Boromira poniósł się echem po dziedzińcu.
-Tylko dlatego, że oszukiwałeś - Theodred zeskoczył z siodła.
-Wcale nie - syn Namiestnika udał, że się obraza.
-Godności trochę. Co sobie ludzie o tobie pomyślą ? - książę poprowadził konia do stajni.
-A co mi tam. Raz się żyje. W domu ojciec wymaga ode mnie odpowiedzialności, rozwagi i poważnego zachowania. A tutaj przynajmniej nikt mi nie stoi nad głową i nie zadręcza mnie wymówkami - Dunedain podążył za nim. - No chyba, że ty chcesz to robić. Albo twój kuzyn, który zdaje się dość surowo mnie ocenia.
-Eomer traktuje wszystkich jednakowo - Rohirrim schylił się, by odpiąć popręg siodła.
-Jednakowo ostro.
-Spróbuj go zrozumieć. Ten dzieciak doświadczył w życiu więcej niż niejeden siwobrody starzec. Przecież już rozmawialiśmy na ten temat.
-Wiesz, ja tylko porównuję go do mojego kuzyna. Jest rok starszy od Eomera.
-Masz na myśli Erchiriona z Dol Amroth ? Z tego co wiem, to on jest wypieszczonym, wychuchanym dzieciątkiem, które ma szczęście posiadać oboje rodziców, trójkę rodzeństwa i cały dwór na zawołanie. To chyba nieco inny układ - Theodred oparł się o drzwi stajni.
-Pewnie masz rację - Boromir stanął koło niego.
W tej chwili na dziedziniec wjechała eskorta, którą zostawili w tyle. Eomer zeskoczył z siodła. Lekko i z gracją jak zauważył, nie bez podziwu, Boromir. Rohirrimowie rzeczywiście byli urodzeni w siodle. Jeden ze strażników zamku podszedł do chłopaka i coś powiedział. Młody oficer skinął głową w odpowiedzi i poprowadził wierzchowca do stajni.
-Czyżby Elfhelm wzywał cię do siebie ? - spytał Theodred, gdy kuzyn mijał go w wejściu.
-A to takie dziwne ? W końcu to mój dowódca, więc raport będę składać jemu a nie kowalowi.
-Szacunku trochę dla starszego kuzyna, chłopcze - roześmiał się Boromir.
-To niech nie zadaje głupich pytań.
-Uuu, pyskate toto - Dunedain skrzywił się zabawnie.
-Mam prośbę do ciebie - Theodred odwrócił się do przyjaciela. Widać było, że jest bardzo poważny - nie traktuj Eomera jak dziecko. Nie mów do niego chłopcze, mały ani młody. On ma tu wystarczająco ciężko, żebyś jeszcze ty podrywał jego autorytet i pewność siebie. Ty wyjedziesz, ale to co powiesz zostanie.
-Odnoszę wrażenie, że pewności siebie to mu nie brakuje.
Rohirrim pociągnął przyjaciela za sobą.
-Wszyscy tutaj, którzy są mniej więcej w naszym wieku lub starsi patrząc na Eomera widzą jego ojca. On był tutaj panem i władcą. On tutaj dowodził. I mimo, że nie żyje od dziesięciu lat wszyscy tutaj o nim pamiętają i wspominają go. Tu jest jego grób. To naprawdę nie ułatwia Eomerowi życia. Ciągle go oceniają i porównują do ojca. I co najgorsze, próbują to samo zaszczepić tym młodym chłopcom, których szkoli mój kuzyn. Te dzieci nie znały Eomunda, wychowano je na legendzie wielkiego, walecznego wodza i od Eomera oczekują, że też w dzikim szale będzie się rzucał na każdego orka, który przekroczy granice tego kraju. Bo skoro ojciec był taki nieustraszony i zdecydowany to dlaczego syn miałby być inny. A on właśnie jest inny. Jest dokładnym przeciwieństwem swojego ojca.

-Wybacz. Nie wiedziałem, że aż tak to wygląda - Boromir podniósł ręce w poddańczym geście.
-No to już wiesz. I proszę cię. Wiem, że mój kuzyn to jeszcze smarkacz, w dodatku dość bezczelny, ale nie miej mu tej bezczelności za złe. On się broni, nie atakuje.

Elfhelm pochylił się nad mapą wschodniej Marchii. Zakreślił na niej jakieś miejsce i podszedł do biurka. Usiadł i oparł głowę na dłoniach. Westchnął i wrócił do przeglądania raportów. Z jednej strony to był doskonały pomysł - raporty na piśmie. Gdyby chciał wysłuchać każdego dowodzącego z osobna chyba by zwariował, a już na pewno brakłoby mu doby. Z drugiej stosik papierów, które każdego dnia lądowały na jego biurku przyprawiał go o mdłości. Doszło do tego, że Elfhelm z utęsknieniem wspominał czasy służby w gwardii Theodreda. Owszem, większość czasu spędzali jako wiecznie nudząca się eskorta księcia, ale przynajmniej nudzili się na świeżym powietrzu. A tu ? Zamknięty w czterech ścianach Elfhelm czuł się jakby miał sześćdziesiąt sześć a nie trzydzieści sześć lat.
"Chyba faktycznie się starzeję" - pomyślał. - "Oszaleję, jeśli coś się nie wydarzy".
W tej chwili rozległo się pukanie. Wojownik zdusił chichot. Popatrzył wymownie w sufit.
-Dziękuję za szybkie rozpatrzenie prośby - powiedział. Proszę !
W drzwiach stanął Eomer.
-Chciałeś mnie widzieć, panie, jak tylko przyjadę - powiedział.
-Zgadza się. Podejdź.
Chłopak stanął przed nim i Elfhelm nie potrafił nie zauważyć, jak bardzo Eomer robi się podobny do ojca. Twarz, postawa. Nawet sposób w jaki opierał dłoń na głowicy miecza. Tylko oczy miał matki... Przez moment dowódcy przed oczami stanęła księżna Theodwina...
-Słucham. Udało się wam dotrzeć tutaj bez problemów ? Na granicy spokojnie ? -Spokojnie...
Elfhelm usiadł wygodniej. Eomer stał przed nim sztywno wyprostowany, wpatrzony w sztandar wiszący na ścianie. Nigdy nie patrzył mu w oczy gdy składał raport. Nigdy od prawie dwóch lat odkąd tu trafił. Jakby się bał zobaczyć... dezaprobatę ? niezadowolenie ? rozczarowanie ? Elfhelm sam nie wiedział co. I nie próbował się domyślić. Wiedział, jak wygląda sytuacja. Próbował rozmawiać ze starszymi żołnierzami, ale na niewiele się to zdawało. Eomer miał przypiętą łatkę "syn Eomunda" i nic tego nie mogło zmienić.
-Doskonale się spisałeś - powiedział, gdy chłopak skończył.
-Dziękuję, mój panie.
-Siadaj - dowódca wskazał Eomerowi krzesło.
Chłopak chwilę się zawahał, ale usiadł. Pierwszy raz odkąd wszedł popatrzył Elfhelmowi w oczy.
-Kiedy cię nie było urządziłem sobie małą, prywatną lekcję z twoimi chłopcami - powiedział dowódca. - Świetnie sobie radzą. Robią coraz większe postępy.
-Są pracowici. Widzą sens w tym, co robią - Eomer spuścił wzrok.
-To doskonale świadczy o nauczycielu, który potrafi ich zmotywować - uśmiechnął się Elfhelm. - Wiesz, co mi powiedzieli ?
Chłopak popatrzył na niego.
-Że udajesz takiego groźnego, a w rzeczywistości jesteś bardzo sympatyczny.
Eomer zamrugał, jakby nie do końca dotarły do niego słowa dowódcy.
-Nie rób takiej miny. Przejrzeli cię - roześmiał się Elfhelm.
-Jeśli udaję groźnego, to dlatego, że muszę - powiedział Eomer. - A jeśli oni tak to odebrali, to...
-To co ? Eomer, każdy prowadzi jakąś grę pozorów. Dla mnie jesteś grzeczny i posłuszny. Dla nich - surowy i stanowczy. A dla wuja jesteś zagubionym dzieckiem. Taka jest prawda. A który z nich jest prawdziwym Eomerem ? Wszyscy i żaden. Więc już nie udawaj przed tymi dzieciakami straszniejszego niż jesteś. I tak cię będą słuchać, bo po prostu cię lubią i szanują.
-Ale ja nie udaję.
-Eomer - dowódca wstał i podszedł do chłopaka. - Wiem, że za wszelką cenę chcesz się pozbyć etykietki "syn swojego ojca". Ale nic na siłę. Jeszcze trochę i ludzie zobaczą w tobie ciebie, a nie tylko syna twojego taty. Daj im czas. Zobaczysz, w pewnym momencie dotrze do nich, że tak jak on był wiecznie roześmiany, tak ty jesteś poważny. On sobie pozwalał na różne nieprzemyślane działania, a ty zawsze kalkulujesz wszystko na zimno. Zobaczysz, ludzie w końcu to dostrzegą.
-Tak jak ty ? - chłopak popatrzył na niego.
-Ja to wiedziałem od początku. A teraz już cię nie męczę. Idź, odpocznij. Chcesz mieć jutro wolny dzień ?
-Nie. Muszę tych moich leni porządnie przegonić. W końcu mieli dwa tygodnie wakacji - w oczach Eomer błysnęła przekora.

Boromir wyszedł na mur i odetchnął świeżym, pachnącym powietrzem. Słońce stało już wysoko. Na błękitnym niebie widać było tylko kilka białych baranków. Piękna pogoda zapowiadała się do końca dnia. Ciepły wiatr niósł zapach traw i kwiatów.
Dunedain przeszedł kawałek wzdłuż blanków, gdy jego uwagę przykuł dochodzący gdzieś z drugiej strony znajomy głos. Poszedł w tamtym kierunku i zaciekawiony oparł się o mur. Zobaczył dwa tuziny piętnasto- i szesnastolatków stojące pojedynczo lub małymi grupkami na skraju placu ćwiczeń. Przed nimi, odwrócony tyłem do zamku stał długowłosy wojownik. W dłoni miał ćwiczebny miecz.
-Nie mówcie mi, że nie pamiętacie. W ciągu dwóch tygodni nie da się zapomnieć takich podstawowych rzeczy. Pokazuję ostatni raz. Patrzeć, a nie gadać o głupotach, bo znowu będą ponaciągane ścięgna i skręcone kostki. Jak się zadaje cios, to idzie się do przodu tą nogą, z której strony się tnie. Prawa ręka - prawa noga. Lewa ręka - lewa noga. Widać ?
Odpowiedział mu pomruk potwierdzenia.
-To broń w dłoń i stawać.
Giermkowie ustawili się w karnym porządku.
-Postawa.
Miecze uniosły się w górę.
-Cięcie skosem w lewo. W prawo.
Boromir uśmiechnął się mimowolnie, kiedy Eomer podszedł do jednego z chłopców. Stanął za nim, chwycił go za dłoń i poprowadził cios prawidłowo.
-Spokojnie. Z góry na dół. Płynnie. I prawa noga do przodu - delikatnie trącił chłopaka w kostkę. - Jasne ? - odwrócił się w inną stronę, bo nagle za plecami usłyszał śmiech. - Eothain, skoro tak ci wesoło, to rozumiem, że cięcia z góry to dla ciebie pestka. W takim razie pozwól do mnie.
Jeden z chichoczących giermków spoważniał.
-Przepraszam, to się nie powtórzy.
-Przestań chichotać jak panna, tylko wracaj do roboty. Fastred, co ty wyrabiasz ?! Haleth, to samo ! Dalej od siebie, przecież sobie zaraz głowy porozbijacie. Później sobie pogadacie.

Boromir pokręcił głową i zszedł murów. Zaczepił jakiegoś przechodzącego pachołka.
-Którędy się idzie na plac ćwiczeń ? Ten z tyłu, za zamkiem.
-Głównym korytarzem do końca, a potem w lewo.
-Dziękuję.
Dotarcie na miejsce zajęło Dunedainowie nie dłużej niż kilka minut. Zatrzymał się w drzwiach. Z cienia obserwował ćwiczących giermków i krążącego między nimi Eomera.
-Dobra, kłamczuchy, dość. Już mi nie wmówicie, że wam pamięć szwankuje, bando wałkoni. Świetnie wam idzie jak na takich co cierpią na zaniki pamięci?
Z szeregów rozległy się okrzyki aprobaty i oklaski.
-Dobra, dobra. Nie podlizywać się, bo wam to nic nie da. Ustawić się parami. Panowie, równi wzrostem. No co, Deor ? Będziesz podskakiwał do Brega ? Przecież on jest od ciebie o głowę wyższy. Wymień się z Eothainem. Pamiętacie, jak się stawiało górny blok ?
Chłopcy pokiwali głowami.
-No, to sobie poćwiczymy atak i obronę. Eothain, podejdź. Reszta niech stanie bliżej, żeby było dobrze widać.
-Dlaczego zawsze ja ? - spytał chłopak rozżalonym tonem, ale posłusznie podszedł.
-Już ci mówiłem: bo jesteś najwyższy. Stawaj. A reszta patrzy i się uczy. Zaatakuj mnie - Eomer odwrócił się do chłopaka. Prawie przyklęknął, żeby wyrównać różnicę wzrostu. Eothain ciął z góry, jego miecz ześlizgnął się po zastawie Eomera.
-Stop. Jeszcze raz.
Sytuacja się powtórzyła.
-Było widać ? Jeszcze raz, ale jak powiem "stop" to zatrzymaj ostrze.
Miecz znowu świsnął w powietrzu.
-Stop.

Skrzyżowane ostrza znieruchomiały w powietrzu. Eomer popatrzył na uczniów.

-Popatrzcie jak ustawiam ostrze - płazem i szpicem w dół - książę przejechał palcami po swoim mieczu. - W ten sposób miecz napastnika ześlizguje się po moim i nie robi mi krzywdy - ściągnął powoli ostrze Eothaina w dół. - Rozumiecie ? Eothain, jeszcze raz, powoli.
Znowu rozległ się szczęk broni.
-A teraz coś wam pokażę. Eothain.
Tym razem nie skończyło się na prostym zablokowaniu ciosu. Zastawa opadła, giermek pochylił się do przodu trafiając mieczem w ziemię. Ostrze Eomera zakreśliło luk i zatrzymało się tuż przy szyi Eothaina. Gdyby było prawdziwe chłopak straciłby głowę, albo przynajmniej miałby podcięte gardło.
-Nigdy nie lećcie całym ciężarem za ciosem. Przeciwnik wykorzysta to bez litości i stracicie życie z powodu najgłupszego z możliwych błędów - powiedział Eomer. - Wracajcie na miejsca. Pamiętajcie - zastawa - ostrze w dół i płazem. I równowaga !
Plac wypełnił szczęk broni. Boromir pokręcił głową. Uśmiechnął się. Przypomniały mu się jego własne lekcje szermierki. Wyrzekania ojca. Skargi nauczycieli. Dziwnym trafem jego ciosy zawsze lądowały w miejscach, no cóż, wrażliwych na uderzenia*.
-Dość. Wystarczy na dzisiaj. Dobra robota, panowie. Po południu jazda, czy coś się zmieniło? Rozległo się chóralne "nie", po czym giermkowie złożyli broń w kącie placu i skierowali się do drugich drzwi. Kiedy zamknęły się za ostatnim chłopakiem, Boromir wyszedł na plac.

Eomer popatrzył za uczniami znikającymi za drzwiami. Spodziewał się, że gorzej się zapuścili przez te dwa tygodnie. Widać "mała, prywatna" lekcja Elfhelma nie ograniczyła się tylko do minimalnego machania mieczem. Będzie musiał iść i podziękować. Najlepiej od razu. Ściągnął mokrą od potu tunikę i rzucił w trawę. Podszedł do stojącej przy murze beczki i ochlapał twarz i kark. Woda była jeszcze chłodna.
-Gratuluję - usłyszał.
Odwrócił się. Nieopodal stał Boromir. Oparty o mur, z rękami założonymi na piersi.
-Przyglądałem się wam. Świetnie sobie radzisz. Masz dobre podejście do młodzieży.
-Panie Boromirze, oni są tylko pięć lat ode mnie młodsi. Jeszcze pamiętam, jak to jest - Eomer ściągnął rzemień włosów i roztrzepał je dłonią. Grzywka opadła mu na czoło. Odgarnął ją na bok, ale postrzępione pasma i tak ułożyły się po swojemu.
-Nie wątpię. Mimo wszystko świetnie ci idzie.
-Staram się im wbić do głów, że można wyjść z walki bez szwanku jeśli tylko ma się umiejętności i głowę na karku. Przede wszystkim głowę - Rohirrim odwrócił się do syna Namiestnika, oparł dłonie na biodrach.
-Głowa, czy umiejętności ? - spytał Boromir.
-Nie rozumiem.
-Takie blizny nie biorą się z niczego.
Ręka Eomera mimowolnie dotknęła długiej, białawej szramy między żebrami.
-Jedno i drugie - powiedział po chwili.
-Dlatego tak ich gonisz. Dlatego udajesz takiego strasznego. Żeby ich nie spotkało coś takiego.
-Jeśli mogą uniknąć moich błędów, to niech się tak stanie - Eomer podniósł porzucone ubranie i skierował się do drzwi, za którymi zniknęli giermkowie.
-To nie był ćwiczebny miecz, prawda ? - rzucił za nim Boromir.
Rohirrim zatrzymał się. Odwrócił.
-Nie. Zwinęliśmy z kolegą ostre ze zbrojowni. Wydawało nam się, że już umiemy na tyle, że możemy nimi walczyć. Poślizgnąłem się na trawie i nabiłem na ostrze. A potem pamiętam tylko ogólny krzyk i bieganinę.
-Dawno ?
-Sześć lat temu. Przeleżałem trzy miesiące. Pół roku nie byłem w stanie złapać głębszego oddechu. Jeśli swoim zachowaniem zdołam uchronić chociaż jednego z tych chłopaków przed czymś takim, to mogę udawać nawet samego Morgotha. Niech się boją nieuwagi, lekkomyślności. Niech myślą, co robią.
Boromir skinął głową.
-Szlachetne zamysły.
-Staram się.
-A, jeśli można spytać, dlaczego zwracasz się do nich w Westronie, a nie w waszym języku ?
-Bo im się przyda.
-Słusznie.
-Wybacz, panie Boromirze. Mam obowiązki - Eomer odwrócił się.
-Obowiązki. Ciągle mówisz tylko o obowiązkach. A jakie obowiązki może mieć chłopak w twoim wieku i twojego stanu ? - Dunedain rozłożył ręce. - Jeszcze tutaj ? W tej oazie spokoju, jaką jest Rohan ?
-Jakie ? Jeden z nich widziałeś na własne oczy. Oprócz tego, ja też się uczę. A mój wiek i stan nakłada na mnie odpowiedzialność za innych. W odróżnieniu od nich nie mogę sobie pozwolić na nieodpowiedzialne zachowanie. W odróżnieniu od ciebie, panie.
-Uważasz, że jestem nieodpowiedzialny ? Na jakiej podstawie ?
-Na podstawie tego, co widzę i słyszę. Na podstawie twojego zachowania i twoich słów. Boromir popatrzył badawczo na chłopaka.
-Masz na myśli te głupoty o polowaniu ? Wyścig do bramy ? A może krytykowanie urzędników ? Bo jeśli oceniłeś mnie na tej podstawie, to rzeczywiście, mogłeś uznać mnie za lekkoducha, który ma pstro w głowie. Nie przypominam typowego Dunedaina, co ? - syn Namiestnika usiadł na trawie. - Za bardzo jestem spontaniczny, za dużo we mnie swobody. Najpierw robię, potem myślę. Nie jesteś pierwszy, który tak o mnie mówi. Pierwszy był mój ojciec. Nie rób takiej miny - roześmiał się, widząc, jak zaciętość na twarzy Eomera ustępuje miejsca bezgranicznemu zdumieniu. Chłopak wrócił się i usiadł naprzeciwko niego.
-On stwierdził, że nadaję się tylko na żołnierza, bo brak mi cierpliwości właściwej uczonym. A z drugiej strony powiedział, że nie nadaję się na dowódcę, bo nie umiem powściągnąć temperamentu. A co do ciebie, gdybym był innym człowiekiem to pewnie twoje sądy bardzo by mnie uraziły. W końcu nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby mnie bliżej poznać. Widziałeś mnie zaledwie w kilku sytuacjach. I na tej podstawie wyrobiłeś sobie o mnie zdanie. Mało pochlebne, skądinąd - uśmiechnął się Dunedain. - Eomerze, jestem rówieśnikiem twojego kuzyna. Jestem od ciebie starszy o trzynaście lat. Widziałem wojnę, śmierć. Doświadczyłem goryczy bezsilności wobec ich okrucieństwa. Wiem, że tak samo było z tobą - spoważniał Boromir. - I to nawet jeszcze gorzej, bo byłeś małym chłopcem kiedy cię to spotkało. Wiem, że mając takie doświadczenia ciężko jest znieść czyjąś beztroskę. Sam się złapałem na tym, że drażni mnie trzpiotowatość niektórych ludzi, zwłaszcza wojowników. A potem dotarło do mnie, dlaczego tacy są.
-Dlaczego ? - wyrwało się Rohirrimowi.
-Bo w ten sposób pokrywają strach, niepewność. Beztroską odreagowują wszystkie ciężkie chwile. Stwarzają sobie jakby oddzielny świat, złożony z pozorów bezpieczeństwa, gdzie można sobie pozwolić na największe głupstwa, bo nie grożą za to konsekwencje. I uciekają w niego jak tylko mogą najczęściej. Stąd głupie żarty, śmiech w pozornie zupełnie nieśmiesznych sytuacjach. Rozbawienie i przechwalanie się przed bitwą. A potem odkryłem jeszcze coś - że sam zaczynam tak robić, i że jest mi z tym dobrze. A ty miałeś to szczęście, albo raczej tego pecha, że poznałeś akurat tego Boromira, który odpowiedzialność zostawił w domu, a powagę zgubił w jakiejś gonitwie. Jeśli Theodred będzie jechał kiedyś do Minas Tirith, poproś go, żeby cię ze sobą zabrał. Wtedy poznasz Boromira-syna Namiestnika, poważnego i odpowiedzialnego aż do przesady dowódcę wojsk. Ale powiem ci, że żaden z nich nie jest tym prawdziwym Boromirem. Jego nawet ja nie znam. Z resztą, po co ja ci to mówię. Sam doskonale wiesz, jak to jest, prawda ?
Eomer popatrzył na niego zaskoczony.
-Bo ten prawdziwy Eomer wcale nie jest taki straszny jak kapitan leśnego patrolu. Nie jest taki surowy i zasadniczy jak dowódca eskorty, która nam towarzyszyła. Ani taki srogi i odpowiedzialny jak nauczyciel giermków. Bo to wszystko tylko pozory. Prawda ? - w szarych oczach Boromira pojawiło się jakieś ciepło. - Chodź. Na pewno macie tu gdzieś kantynę. Może przy dobrym piwie lepiej się zrozumiemy - wstał i skierował się do drzwi, kiedy usłyszał śmiech.
-Co cię tak bawi ?
-Theodred stwierdził, że sądzę cię po pozorach. Spytałem, czy w ramach lepszego poznania mam cię zaprosić na piwo.
-I co ?
-Kazał mi tylko zmniejszyć dystans.
Tym razem roześmiał się też Dunedain.
-Chodźmy - wyciągnął rękę.

Theodred popatrzył na Elfhelma. Starszy wojownik tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się. Ich spojrzenia z powrotem skierowały się na plac ćwiczeń. Dwójka wojowników właśnie znikała za drzwiami. Ich śmiech wciąż brzmiał echem wśród murów.


*Zaczerpnięte z komiksów autorstwa Kasiopei:
- BIIP_IV_7
- BIIP_V_
- BIIP_VI_
- 3BIIP_VII_6 i 7


Napisała: VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl