Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Droższa niż skarby ziemi

Napisała: VanEo

Noc była cicha i wygwieżdżona, tak inna od tych, które mijały spowite w cienie i mroczne opary jeszcze niedawno temu. Czystego, rozświetlonego księżycem nieba nie mąciła nawet jedna chmura. Otulone delikatną mgiełką unoszącą się znad rzeki, miasto odpoczywało po uroczystościach dnia. Cisza ogarnęła domy, place i ulice, opustoszałe, ale już nie martwe jak w czasie oblężenia. Puste bramy już nie tchnęły zimnym bezruchem, szum fontann nie brzmiał już jak grzechot kamiennych odruchów. Dokoła czuło się życie wracające w miejsce zdawało się, że na zawsze skażone śmiercią i stracone. Za zamkniętymi okiennicami spokojnie spały dzieci, ufne w to, że świat jest znowu bezpieczny, a niedawne wydarzenia to tylko zły sen...
Księżniczka odwróciła się od okna. Podeszła do toaletki, usiadła i spojrzała w lustro. Uśmiechnęła się do siebie, a potem otwarcie zaśmiała. Wyjęła z włosów srebrne grzebienie pozwalając czarnym pasmom opaść swobodnie na ramiona. Otoczyły jej twarz miękkimi falami. Tak nosiły włosy kobiety w Rohanie - rozpuszczone, nieskrępowane szpilkami czy uwięzione w skomplikowanych plecionkach, tak uwielbianych przez gondorskie damy.
- Mogłabym tak je nosić - stwierdziła do swojego odbicia i roześmiała się jeszcze raz. W tym momencie rozległo się delikatne pukanie do drzwi.
- Lothiriel, śpisz już? - usłyszała głos ojca.
- Nie, wejdź - wstała.
W drzwiach ukazał się Książe Dol Amroth, jeszcze w ceremonialnych szatach. Wszedł i zamknął za sobą rzeźbione podwoje.
- Czy coś się stało? - zapytała dziewczyna.
- Usiądźmy - Imrahil wskazał jej fotel przy kominku - Miałem z tobą porozmawiać rano, ale zdecydowałem, że to nie może czekać - powiedział tonem, który Lothiriel doskonale znała z dzieciństwa. Kiedy ojciec w niego wpadał sytuacja z reguły stawała się nieprzyjemna. Usiłując zachować spokój usiadła w fotelu i zapatrzyła w ogień. Mimo pełni lata w kamiennych murach panował chłód, by nie rzec ziąb. Księżniczka chciała wierzyć, że to przez zimno ciarki przeszły jej po plecach.
- Córeczko, zawsze sądziłem, że udało mi się wychować ciebie i twoich braci na godnych ludzi. Wydawało mi się, ale dziś zwątpiłem.
Lothiriel spojrzała na ojca zdumiona.
- Nie rozumiem...
Książę Dol Amroth położył dłonie na oparciu fotela córki.
- Zawsze sądziłem, że wiesz, jak powinna zachować się dobrze wychowana panna szlachetnego rodu. Dlatego twoje dzisiejsze zachowanie mogę określić tylko jednym słowem - skandaliczne.
Dziewczyna wstała i odwróciła się do ojca
- Czym tak bardzo cię uraziłam, ojcze? Czy tym, że ośmieliłam się rozmawiać z królową Arweną? A może tym, że pozwoliłam sobie pożartować z hobbitami? - zamilkła na moment. - Już wiem - powiedziała powoli. - Chodzi ci o Eomera...
- Lothiriel! Po pierwsze dla ciebie - króla Eomera! Po drugie, jak ty się do mnie odzywasz? - przerwał córce książę. - I tak, chodzi mi o twoje dzisiejsze postępowanie. Nie uchodzi pannie zostawać sam na sam z obcym mężczyzną...
- Oficjalnie nas sobie przedstawiłeś - dziewczyna wpadła Imrahilowi w słowo. - Poza tym, odkąd przyjechałam do Minas Tirith słyszałam jaki to wspaniały człowiek, szlachetny i honorowy - młody król Rohanu. Więc skoro jest takim uosobieniem cnót prawego rycerza, to odnoszę wrażenie, że ani przez moment nic mi nie groziło. Poza tym, to była tylko chwila rozmowy. Od tego się cnoty nie traci, ojcze!
- Lothiriel!
- Nie, ojcze. Nie jestem już małą dziewczynką, racz to w końcu zauważyć.
Imrahil założył ręce na piersi i patrzył na córkę wzrokiem zdolnym powalić doborowy oddział jazdy. Usta zacisnął w wąską kreskę, między ściągniętymi brwiami pojawiła się zmarszczka gniewu.
- Jak mogłeś w ogóle pomyśleć, że ten człowiek byłby zdolny do jakiejkolwiek nikczemności? Pomijając fakt, że dokoła nas było dwieście innych osób, bo nawet gdybyśmy zostali sami jestem pewna, że byłam całkowicie bezpieczna. Sam mi powtarzałeś tyle razy, że ufasz mu bezgranicznie...
- Na polu bitwy.
- Jak możesz podejrzewać o cokolwiek człowieka, którego prawie nazywasz bratem?!
- Ciszej.
- Mam być cicho, tak?! Ojcze, nie spodziewałam się po tobie takiej dwulicowości!
- Wrócimy do tej rozmowy rano, kiedy ochłoniesz - Imrahil odwrócił się i wyszedł.
Lothiriel popatrzyła za ojcem. Gdy drzwi się zamknęły wyszła na balkon. Musiała odetchnąć świeżym powietrzem, w pokoju się dusiła. Nie mogło do niej dotrzeć to, co się wydarzyło przed chwilą. Nie poznawała własnego ojca. Owszem, bywał despotyczny i nadopiekuńczy, zwłaszcza od śmierci matki, ale jeszcze nigdy nie zrobił czegoś takiego. Oparła dłonie o balustradę. Chłodny marmur pozwolił jej wrócić do rzeczywistości...

Poranek wstał rześki i chłodny. Zniknęła całkowicie duchota poprzedniego dnia. Słońce wstawało za Górami Cienia otoczone delikatnymi chmurami zwiastującymi piękną pogodę. Jego blask nie dotarł jeszcze do niższych poziomów miasta, które trwały w błękitnym cieniu. Lothiriel wyszła na balkon i spojrzała na uśpione domy. Zwykle nie wstawała tak wcześnie, ale wieczorna sprzeczka z ojcem sprawiła, że nie spała prawie cała noc. Bolała ją głowa, oczy piekły z niewyspania. Miała nadzieję, że świeże powietrze choć trochę złagodzi pulsowanie w skroniach. Półprzytomnym wzrokiem potoczyła po widoku rozciągającym się z jej komnaty. Odkąd była dzieckiem zawsze dostawała ten pokój, z widokiem na stajnie i fragment ogrodów. Jako dziewczynka uwielbiała patrzeć na wyjeżdżających posłańców i zastanawiając się, dokąd ich wysłano. Teraz dziedziniec był pusty i cichy jak cała reszta miasta. Rzuciła jeszcze raz okiem na ogrody i zawróciła do pokoju.
W tym momencie ciszę zmącił stuk podków na kamieniach i przed stajniami pojawił się samotny jeździec. Lothiriel przykucnęła przy balustradzie, by widzieć go między tralkami. Potężny siwy wierzchowiec zatańczył w miejscu, gdy dosiadający go człowiek ściągnął cugle. Nie nosił barw Minas Tirith i nie był Dunedainem, to mogła rozpoznać na pierwszy rzut oka. Jednolicie czarny strój - wąskie spodnie wpuszczone w wysokie buty i tunika z krótkimi rękawami - ostro kontrastował z długimi, ściągniętymi w ogon jasnymi włosami. Mężczyzna zeskoczył z siodła i wprowadził wierzchowca do stajni. Po dłuższej chwili pojawił się znowu i księżniczka dostrzegła błysk na jego szyi. Przed oczyma stanął jej mały konik ze srebra, który poprzedniego wieczora jako jedyny zdobił strój króla Rohanu. Zawieszony na krótkim, plecionym łańcuszku rozświetlał ubranie w kolorach czerni i głębokiej zieleni. Wiele się nasłuchała o cudownych, kapiących złotem i klejnotami haftach z Rohanu. Te, które przywozili kupcy ponoć nie mogły się równać z noszonymi przez arystokrację Marchii przy uroczystych okazjach. Dopiero teraz księżniczka zdała sobie sprawę, że wszyscy Rohirrimowie nosili na uroczystości szaty w ciemnych barwach, prawie nie zdobione, a jeśli już to czarnym haftem. U mężczyzn może to nie rzucało się w oczy, ale księżniczka Eowyna też miała suknię w kolorze bardzo ciemnej zieleni wykończoną na czarno i prawie nie nosiła klejnotów. To było tak oczywiste, że umysł tego nie rejestrował. Lothiriel podziękowała w duchu, że jej bracia i ojciec przeżyli tę wojnę.

Siedząc za stołem w jadalni Lothiriel modliła się, by ojciec nie zdążył poprzedniego dnia podzielić się swoimi wątpliwościami i opiniami z królem Rohanu. Miała też nadzieję, że nie zrobi tego teraz. Śniadanie upływało bowiem w miłej, swobodnej atmosferze, wśród śmiechu i żartów hobbitów dzielnie wspomaganych przez Gimlego, a czasem nawet przez Gandalfa. Wszyscy siedzieli uśmiechnięci jakby wojna odeszła całkowicie w niepamięć i była tylko cieniem, który zostawili za sobą. Dlatego niemal z trwogą spoglądała na ojca, który mierzył uważnym wzrokiem siedzącego po drugiej stronie stołu króla Eomera. Rohirrim sprawiał wrażenie lekko rozkojarzonego, jakby myśli zaprzątały mu sprawy o wiele poważniejsze od żartów przyjaciół. Dopiero gdy wszyscy już wstali i zaczęli się rozchodzić, sprawa się wyjaśniła...
- Książę, czy mogę cię prosić na słowo? - usłyszała Lothiriel, gdy już zbierali się z ojcem do wyjścia. Uderzyło ją, że Eomer nie zwrócił się po imieniu tylko używając oficjalnego tytułu.
- Oczywiście, przyjacielu - głos ojca zabrzmiał w jej uszach dziwnie fałszywie.
- A... czy mógłbyś poprosić także szlachetną księżniczkę? Ta sprawa dotyczy was obojga.
Dziewczyna odwróciła się. Popatrzyła na Rohirrima, który stał przed nimi, a potem na ojca.
- Książę - zaczął Eomer patrząc Imrahilowi prosto w oczy - jeżeli w jakikolwiek sposób uraziłem ciebie bądź twoją córkę - skinął głową oniemiałej ze zdumienia Lothiriel - to proszę, przyjmij moje przeprosiny. Nie było to moim zamiarem ani wczoraj, ani nigdy. Jeżeli mogę jakoś wynagrodzić to, co zrobiłem, powiedz tylko jak.
Zdumiony Dunedain patrzył na stojącego przed nim młodego wojownika szeroko otwartymi oczami.
- Jeszcze raz przepraszam - Eomer skłonił się lekko i odwrócił do Aragorna, który wołał go już od dłuższej chwili.
- Czy tego chciałeś, ojcze? - spytała Lothiriel patrząc za odchodzącym Rohirrimem.
Imrahil nie odpowiedział. Spojrzał tylko na córkę wzrokiem, w którym mieszały się wstyd i zaskoczenie.
- Widać słyszał naszą wczorajszą rozmowę - podsumowała dziewczyna.
W tym momencie podeszła do niech Eowyna. Widać było, że chce coś powiedzieć, ale nie wie jak zacząć. Uśmiechnęła się nieśmiało.
- Książę, czy mogę na chwilę poprosić waszą córkę? - spytała.
- Oczywiście, prawda ojcze? - mocno zaakcentowane słowa sprawiły, że Imrahil tylko skinął głową.
Lothiriel i księżniczka Rohanu odeszły kawałek, ale pozostały w zasięgu jego słuchu.
- Dziękuję - zaczęła blondwłosa dziewczyna. - Dziękuję ci za to, co zrobiłaś, księżniczko. Sprawiłaś coś, co wydawało się niemożliwe. Dzięki tobie stał się niemal cud.
Imrahil słuchał słów Eowiny z rosnącym zdumieniem.
- Ale co ja takiego zrobiłam? - spytała Lothiriel.
- Mój brat znowu zaczął się uśmiechać. Dzięki tobie. Wczoraj po raz pierwszy od czasu, gdy na naszym dworze zaczął działać szpieg Sarumana, słyszałam śmiech Eomera, od prawie pięciu lat. Dopiero ty sprawiłaś, że się roześmiał. Nie wiem, jak mam ci za to dziękować księżniczko.
- Nie musisz, pani - zmieszanie Lothiriel było naprawdę szczere. - Ja tylko zamieniłam z Jego Wysokością kilka błahych słów.
- Czasem kilka słów odpowiedniej osoby może zdziałać więcej niż sobie wyobrażamy - Eowina uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Rath Dinen kryła się w cieniu niezależnie od pory dnia. Ulica prowadząca do mauzoleum władców Białego Miasta biegła schowana za wieżą, wzdłuż murów przytulając się do górskiej ściany. Wąska i ponura działała przygnębiająco na każdego. Lothiriel była tu tylko raz, odwiedzając grobowiec swojej ciotki, matki Boromira i Faramira. Nie sądziła, że jeszcze kiedyś będzie zmuszona wrócić w to miejsce, gdzie przeszłość wbijała szpony w teraźniejszość i rzucała upiorny cień na przyszłość. Próbowała iść powolnym krokiem z szacunku dla spoczywających wokół zmarłych, ale nie mogła opanować zimnego dreszczu przenikającego ją raz za razem. Przemykając między grobowcami, wspaniałymi niczym pałace ze swoimi rzeźbionymi kolumnami, marmurowymi kopułami i kutymi z brązu odrzwiami czuła się jak małe dziecko zostawione samo w obcym, przerażającym miejscu. Niemalże trwożliwie zerknęła na osmalony portal i zawalony dach mauzoleum Namiestników. Odwróciła wzrok, jakby bała się, że zobaczy upiora. W końcu dotarła tam, gdzie chciała. Podeszła do uchylonych drzwi prowadzących do jednej z krypt. Pchnęła je delikatnie, ustąpiły bezszelestnie i bez oporu. Zagłębiła się w mroczny korytarz. Na jego końcu widziała jaśniejszą przestrzeń komory. Wykute w kamieniu świetliki wpuszczały nieco dziennego światła. Przebijało się długimi, bladymi promieniami przez zimny półmrok. Cicho doszła do końca korytarza, zatrzymała się przy portalu i zajrzała do komory.
Stał tam. Jedyny żywy pośród umarłych, ale w tej chwili mający w sobie niewiele więcej życia od nich. Twarz miał bladą i ściągniętą bólem. Nawet jasne włosy, świetle słońca lśniące niczym żywe złoto, wydawały się matowe i wyblakłe. Opadały ciężko na czarne sukno tuniki. Zrobiła kilka kroków w jego stronę.
-Eomer... - powiedziała cicho, delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu.
Odwrócił się gwałtownie, wyraźnie zaskoczony. Tylko dlatego dostrzegła jego nienaturalnie błyszczące oczy.
- Co ty tu robisz? - spytał zduszonym głosem.
- Szukałam cię, ale nie było cię ani w cytadeli, ani w ogrodzie, więc spytałam twoich ludzi. Powiedzieli, że jesteś tutaj...
- Nie powinnaś tu przychodzić... - powiedział cicho.
- Przepraszam, nie miałam zamiaru ci przeszkadzać - odwróciła się i chciała odejść, bo nagle poczuła dziwny żal.
- Nie chcę, żebyś z mojego powodu kłóciła się z ojcem.
Zatrzymała się słysząc te słowa. Spojrzała na Rohirrima przez ramię.
- Za bardzo go szanuję i zbyt wiele mu zawdzięczam, by skłócać jego rodzinę - kontynuował. - Nie pozwolę, żeby moja osoba była kością niezgody między wami.
Lothiriel podeszła na powrót do wojownika. Splotła dłonie, przygryzła wargi. Przymknęła oczy zastanawiając się, co powiedzieć. A właściwie - jak. Bo doskonale wiedziała, co chce powiedzieć.
- Mój ojciec - zaczęła powoli - ma trudny charakter... On... nie może się pogodzić z tym, że ja i moi bracia jesteśmy już dorośli. Czasem o tym zapomina i wtedy zdarzają się sytuacje takie jak wczoraj - podniosła wzrok na Eomera. - Bardzo mi przykro, że to do ciebie dotarło. Nie proszę, żebyś wybaczył mojemu ojcu, ale przepraszam.
Rohirrim stał nieporuszony, a w jego spokojnym spojrzeniu nie dało się niczego wyczytać. Gdy skończyła tylko skinął głową i na powrót odwrócił się do katafalku. Księżniczka podeszła bliżej i położyła dłoń na opartej o marmurowy blat ręce króla. Inaczej nie potrafiła wyrazić swojego zrozumienia i współczucia. Ona też straciła w tej wojnie wuja i kuzyna. Czuła, że w tej chwili cokolwiek by powiedziała, zabrzmiałoby sztucznie i nie na miejscu.
- Dopiero teraz, gdy już go nie ma, zrozumiałem jak ważne było, że zawsze stał tuż obok - zdanie wypowiedziane tak cicho, że prawie niesłyszalnie wstrząsnęło dziewczyną.
Popatrzyła na Rohirrima. Po jego policzku powoli płynęła jedna, milcząca łza.

Gandalfa oparł się wygodnie w fotelu i pykając fajkę z rozbawieniem przysłuchiwał się przyjacielskiej kłótni Gimlego i hobbitów. Udowadniając sobie wyższość piwa z Shire nad krasnoludzkim i odwrotnie nie zauważyli nawet, że do czarodzieja podszedł Aragorn. Dunedain przez chwilę patrzył na przyjaciół, po czym zwrócił się do Gandalfa.
- Nie wiesz co się stało Imrahilowi? - zapytał. - Od śniadania chodzi jak struty. Próbowałem go nakłonić, żeby do nas przyszedł, ale odmówił. Martwię się.
Czarodziej oderwał wzrok od przekrzykującej się trójki i spojrzał na byłego Strażnika, który przysiadł w fotelu obok.
- Nie mam pojęcia, o co może chodzić. Ale jeśli chcesz, porozmawiam z nim.
Aragorn skinął głową w podzięce.
- Będę ci wdzięczny. Mnie nie wypada, za słabo go znam. Służyłem co prawda we flocie, ale Imrahil był wtedy młodym chłopakiem, a ja...
- A ty sługą namiestnika Ectheliona, pamiętam. Pomówię z nim. Gdzie się zaszył? - Istari wstał i wytrząsnął popiół z wygasłej fajki.

- Coś cię gryzie, przyjacielu?
Głos Gandalfa wyrwał Imrahil z zamyślenia. Książę Dol Amroth odwrócił się i oparł plecami o mur okalający skalną ostrogę na najwyższym poziomie miasta. Popatrzył na młodziutkie drzewko wznoszące się nad fontanną. Woda skapywała z jego jasnozielonych, delikatnych listków i białych kwiatów.
- I tak, i nie - powiedział wymijająco.
Biały czarodziej podszedł do niego i oparł dłoń na chłodnych kamieniach. Spojrzał na rozciągające się w dole miasto. Stąd domy niższych kręgów wydawały się małe, a uwijający się ludzie bardziej przypominali pracowite mrówki.
- Może mogę ci pomóc?
Dunedain westchnął. Ściągnął brwi i pionowa zmarszczka przecięła mu czoło.
- Chyba popełniłem błąd - powiedział po chwili zastanowienia - który nie da się naprawić.
- O, nie ma błędów nie do naprawienia. Tylko sposoby są coraz trudniejsze - uśmiechnął się Gandalf. - Co się stało?
Książę spojrzała niego z powątpiewaniem. Oparł łokcie o mur i pochylił głowę.
- Zrobiłem komuś krzywdę - powiedział cicho.
- To nie musi być śmiertelna zbrodnia - stwierdził czarodziej.
- Tym kimś jest Eomer...
- Nasz Eomer? A cóż takiego strasznego zrobiłeś?
Imrahil westchnął ciężko.
- Wczoraj wieczorem po uczcie poszedłem do Lothiriel... i trochę się pokłóciliśmy. A on to słyszał. Musiał, bo dziś rano mnie przepraszał.
- Niechętnie to przyznaję, ale nie rozumiem ani słowa - Istari wzruszył ramionami. - To może od początku - Dunedain utkwił wzrok w iglicy Wieży Ectheliona. - Wczoraj na uczcie przedstawiłem Lothiriel Eomerowi, bo tak wypadało. Potem moja córka zniknęła. Gdy nie mogłem jej znaleźć, zapytałem króla Elessara, czy jej nie widział. Dowiedziałem się, że jest na tarasie razem z Eomerem. No i znalazłem ich tam... razem, śmiali się i rozmawiali jak starzy przyjaciele. Miałem do nich iść, ale podeszła do mnie pani Galadriela i zaczęła mówić o bestiach, pięknie i magii. Po czym stwierdziła, że kiedy indziej im powiem, co myślę o ich zachowaniu. Z początku nie wiedziałem, o co jej chodzi, ale kiedy do mnie dotarło... Oni tak naprawdę nic nie robili. Nawet nie trzymali się za ręce. Po prostu stali i rozmawiali. Ale ja poszedłem do Lothiriel i powiedziałem, że zachowała się skandalicznie. Ale rzeczywiście nie powinna sama zostawać z obcym mężczyzną. Powiedziałem jej to. Pokłóciliśmy się.
- A Eomer usłyszał - dokończył czarodziej. - Mógł, jego pokój znajduje się dokładnie na pokojem twoje córki.
- I on dziś po śniadaniu przyszedł do mnie i przepraszał za swoje zachowanie. Nigdy w życiu nie czułem się tak głupio. Ale zrozum mnie - Lothiriel to jeszcze dziecko. Ona ma tylko... Imrahil zamilkł jakby zaskoczony. - Dwadzieścia lat... - dokończył. - nawet nie zauważyłem przez to szaleństwo, że moja córka stała się kobietą. Ale przecież jest jeszcze taka młoda, nie zna życia. Nie wie, jacy potrafią być mężczyźni. Zwłaszcza przystojni - gorączkowo tłumaczył się książę.
Czarodziej przysłuchiwał się urywanym słowom przyjaciela z mieszaniną zdumienia, pobłażliwego rozbawienia i wyrzutów sumienia. Gdyby Imrahil wiedział, że to on z Aragornem zaczęli to wszystko...
- Tacy są najgorsi, rozpieszczeni przez kobiece zainteresowanie. Wydaje im się, że każdą mogą sobie wziąć, jakby uroda dawała im prawdo do wszystkiego. A Lothiriel przecież...
- Nie jest głupia - przerwał mu czarodziej. - Przyjacielu, twoja córka to rozsądna młoda kobieta. A co do Eomera... To, że jest przystojny, a niewątpliwie jest sądząc po minach niektórych dam, niczego nie dowodzi.
- Wiem, ale to moja córka! - w tonie Dunedain zabrzmiało usprawiedliwienie.
- A Eomer to człowiek, który nie zrobi niczego przeciwko tobie. Jego siostra zawdzięcza ci życie i on tego nigdy nie zapomni. Wierz mi - Gandalf położył dłoń na ramieniu księcia. - Nie wyobrażam sobie, żeby twojej córce mogło stać się cokolwiek, kiedy Eomer jest koło niej. On by gołymi rękami pokonał hordę Orków, gdyby tylko jej zagrażali.
- Lothiriel powiedziała coś podobnego - mruknął Imrahil. - I dlatego jest mi podwójnie głupio. Je wiem, że Eomer to dobry człowiek, ale ciągle się boję. Nie mam wielkiego pojęcia o obyczajach Rohanu i to co u nas uchodzi za szczyt impertynencji, u nich może być na porządku dziennym.
- Zapewniam cię, nic jej nie grozi.
- Wiem! I dlatego muszę go przeprosić, ale nie mam odwagi. Nie wiem, jak stanąć przed człowiekiem, który mógłby być moim synem i powiedzieć, że się pomyliłem.
- Mógłby być twoim synem, wiec tak go potraktuj - czarodziej odwrócił się i odszedł zostawiając osłupiałego Imrahil samego na zalanym słońcem placu.

Aragorn wystawił twarz pod promienie słońca rozkoszując się miłym ciepłem. Dziś nie było już duszno, delikatny wiatr chłodził. Powietrze w ogrodzie pachniało kwiatami i rozgrzanymi ziołami. I było cicho. Nareszcie żadnych natrętów, posłów, heroldów, Faramira biegającego z dokumentami i dekretami. Dunedain odetchnął głęboko wsłuchując się w brzęczenie pszczół w lawendzie. W tej chwili czuł się absolutnie szczęśliwy.
- O czym myślisz?
Otworzył oczy, by spojrzeć na pochylona nad nim Arwenę.
- O niczym i to jest najpiękniejsze - westchnął król.
Królowa uśmiechnęła się delikatnie i przegarnęła palcami włosy męża.
- Jesteś szczęśliwy.
- Tak, jestem - wyciągnął rękę i przytulił ją do policzka żony.
Dyskretne chrząknięcie wyrwało ich z idylli. Aragorn usiadł.
- Wasze Wysokości wybaczą - zza krzewu wyszedł sługa - ale czcigodny Gandalf Biały pragnie pilnie pomówić z Jego Królewską Mością.
- To o ciebie chodzi, najdroższy - uśmiechnęła się Arwena, widząc nieszczęśliwa minę męża. Z każdym tytułem Aragorn coraz bardziej markotniał.
- Już idę.
- Nie idź, ja przyjdę - Gandalf wyłonił się zza zielonej ściany.
- Zostawię was - Arwena podniosła się i strzepnęła trawę z sukni.
- Zostań - czarodziej podniósł rękę. - Twoje rady będą cenne, pani. Rozmawiałem z Imrahilem ? zwrócił się do Aragorn.
- I co? - Dunedain oparł się o pień drzewa i otoczył żonę ramieniem.
- Cóż, sytuacja jest napięta - Istari przysiadł na niskiej ławie z darni. - Wojny nie będzie, ale stosunki Rohanu i Dol Amroth... Imrahilowi nie spodobało się zachowanie Eomera i Lothiriel.
- A co oni zrobili? - Aragorn zbladł. Na wspomnienie własnego udziału w wydarzeniach poprzedniego wieczora zrobiło mu się gorąco.
- Nic i w tym właściwie leży problem.
Aragorn potrząsnął głową.
- Nie rozumiem.
- Bo tu nie ma nic do rozumienia. Imrahil traktuje Lothiriel jak małą dziewczynkę i jego zdaniem nie powinna się ona zadawać z mężczyznami.
- Ona ma dwadzieścia lat. Tyle samo miałem, gdy poznałem Arwenę - zauważył Aragorn.
- Lepsze jest to, że on jej powiedział, co myśli na temat tej nieszczęsnej rozmowy z Eomerem. I zrobił to na tyle głośno, że nasz Władca Koni to usłyszał.
- I dziś rano go przepraszał - dokończył Aragorn. - To moja wina. To ja powinienem przepraszać. Ja kazałem Eomerowi iść do Lothiriel, bo on sam nigdy by się na to nie odważył. Własne szczęście zaćmiło mi rozum. Przecież znam Imrahila, powinienem był to przewidzieć...
- Nic byś nie zdziałał, mój drogi - Arwena położyła mu dłoń na ramieniu. - Prędzej czy później ich drogi by się przecięły. My im tylko pomogliśmy.
Dunedain zdumiony spojrzał na żonę.
- Zaczęła to moja babka - przyznała po chwili Arwena.
Mężczyźni wymienili zaskoczone spojrzenia.
- A jaśniej? - spytał Gandalf.
- Chciała poznać Eomera i użyła swoich umiejętności. W ten sposób dowiedziała się pewnej rzeczy.
- Nie chcesz chyba powiedzieć, że rzuciła urok na któreś z nich - skrzywił się Aragorn.
- Dobrze wiesz, że nie robi tego - oburzyła się Arwena. - Ona tylko dostrzegła, że Lothiriel zauroczyła Eomera kiedy się pierwszy raz spotkali.
- No dobrze, wszystko już jasne - Aragorn wzruszył ramionami. - Teraz tylko musimy ich pogodzić, bo niepotrzebne nam animozje zaraz po wojnie.
- Spokojnie, Imrahil przeprosi Rohirrima - uśmiechnął się Gandalf. - To wam chciałem przekazać.

- Jaki jest Rohan? - odważyła się zadać to pytanie dopiero gdy wyszli z Rath Dinen i podążali ścieżką wzdłuż murów. Zerknęła kątem oka na idącego obok niej mężczyznę, ale uspokoiła się widząc na jego twarzy delikatny, niemal rozmarzony uśmiech.
- To kraina pełna sprzeczności. Na pozór wydaje się łagodna ze swoimi równinami porośniętymi zieloną trawą, po których gnają tabuny dzikich koni. Gdy zawieje wiatr step faluje jak ogromne, wyzłocone słońcem morze. Powietrze pachnie ziołami i nagrzaną ziemią. Na wiosnę i latem rozkwitają kwiaty i równina zamienia się w kolorowy dywan, miękki i delikatny. Kiedy otacza cię przestrzeń, którą ogranicza tylko niewyraźny zarys gór na horyzoncie czujesz, że jesteś naprawdę wolna - w jego głosie zabrzmiały nagle jakieś gorzkie nuty. - A jednocześnie jeśli nie będziesz mieć się na baczności, to romans z Rohanem może być tragiczny w skutkach. W rzeczywistości to surowa kraina, gdzie życie jest ciężkie i twarde, a przetrwać można tylko dzięki codziennemu trudowi - Eomer zatrzymał się i oparł o mur. Jego wzrok pomknął na zachód. Dziewczyna przystanęła przy nim.
- Powinnaś go sama zobaczyć. Nie da się opisać słowami słońca zachodzącego w Bramie Rohanu ani stepu srebrnego w świetle księżyca. Wody rozpryskującej się pod kopytami biegnących przez mokradła koni. To jest coś, czego nie opisze nawet mowa Elfów - Eomer zwrócił na nią spojrzenie, którym mieszały się duma i smutek podszyte jakimś osobliwym światłem. Ze zdumieniem rozpoznała w tym świetle miłość.
- Bardzo kochasz swoją ojczyznę - powiedziała cicho księżniczka.
- Tak bardzo, jak tylko może człowiek.
Lothiriel uniosła rękę i samymi opuszkami palców dotknęła policzka Rohirrima. Kątem oka spojrzał na jej dłoń, ale się nie cofnął. - Będziesz najwspanialszym królem, jakiego kiedykolwiek Rohan miał albo mieć będzie - powiedziała patrząc mu w oczy.
Cofnęła dłoń. Chciała odejść, ale Rohirrim chwycił ją za nadgarstek. Delikatnie, ale i tak poczuła stalowy uścisk. Odwróciła się do niego.
- Jedź ze mną do Rohanu... - szepnął.
- Jadę. Razem z ojcem, Faramirem i resztą gości - powiedziała udając, że nie zrozumiała prawdziwego znaczenia jego prośby.
Łagodnie wyswobodziła rękę i odeszła pospiesznie mając nadzieję, że nie zauważył rumieńców, które zabarwiły jej policzki.

Eowyna wyszła z tunelu prowadzącego na siódmy poziom miast i zmrużyła oczy porażone światłem słońca. Teraz, w południe opierało się tak, ze zalewało swym blaskiem połowę szóstego kręgu. Rozejrzała się i po krótkim namyśle skierowała do stajni. Weszła do środka i podeszła do stojącego w boksie Płomiennonogiego.
- Gdzie jest twój pan, koniku? - zapytała głaszcząc wierzchowca po szyi.
Jakby w odpowiedzi siwek parsknął i wstrząsnął łbem. Eowyna odruchowo spojrzała przez ramię i dostrzegła brata siedzącego na beli siana.
- Szukałam cię całe przedpołudnie - powiedziała z lekkim wyrzutem. - Gdzie byłeś?
- Byli tacy, co wiedzieli jak mnie znaleźć - wojownik oparł brodę na dłoni. - Wystarczyło spytać Eothaina albo Elfhelma.
Księżniczka pokręciła głową z dezaprobatą, ale podeszła do brata przysiadła obok niego.
- Byłeś w Domu Królów, prawda? Za Zamkniętymi Drzwiami... trzeba było do mnie przyjść, poszlibyśmy razem.
Eomer spojrzał na siostrę.
- Życie toczy się nadal - powiedział oschłym tonem.
Wstał i skierował się w stronę wyjścia. Eowina zerwała się pobiegła za nim.
- Maer, nie musisz za wszelką cenę udawać silnego! W Edoras widziałam twoje oczy...
- Posiedź kilka nocy nad papierami to będziesz mieć takie same - przerwał jej brat.
- Co się dzieje? - Eowina szarpnęła go za ramię. - Wczoraj widziałam radość w twoim spojrzeniu, słyszałam twój śmiech po raz pierwszy od kilku lat. Co się stało, że wczoraj byłeś taki szczęśliwy, a dziś wyglądasz jak skazaniec przed egzekucją?
Eomer popatrzył na siostrę nieodgadnionym wzrokiem.
- Wczoraj... wczorajszy wieczór był baśnią, pięknym i magicznym snem. I jak każdy sen skończył się zbyt szybko... Dziś to nie wczoraj i trzeba zapomnieć o tym, co było i nie zastanawiać się, co by mogło być, gdyby ten wieczór trwał dłużej. Dziś znów stoję na ziemi, jestem królem i mam swoje obowiązki. Dziś mam pójść do uświęconego miejsca i stamtąd wyprowadzić naszego wuja w ostatnią drogę. Nie mogę tracić czasu na jałowe rozmyślania o tym, co nie może się ziścić. Dość mam problemów, by dokładać sobie kolejny.
Eowina słuchała brata z coraz większym zdumieniem. Nie bardzo rozumiała, o co mu chodzi, ale domyślała się, że to coś poważnego. Eomer nigdy nie rozwodził się nad drobnostkami, a ludzie, którzy to robili drażnili go w najwyższym stopniu odkąd pamiętała. Wzięła go za rękę i nie bacząc na protesty pociągnęła w stronę ogrodów Domów Uzdrowień.

Przeszli przez ogród aż do jego najdalszego zakątka. Eowina upewniła się, że nikt nie będzie im przeszkadzał, po czym usiadła na wygrzanej słońcem trawie. Pociągnęła brata za sobą. Eomer oparł się o mur i przymknął oczy.
- Czy teraz powiesz mi, co ci doskwiera? - spytała łagodnie księżniczka.
Rohirrim otworzył oczy, zerwał źdźbło trawy i obrócił je w palcach.
- Pamiętasz jak któregoś dnia rada napomknęła, że trzeba się zastanowić nad wyborem królowej? - powiedział po długiej chwili milczenia.
Eowina uniosła brwi zdziwiona.
- Trudno zapomnieć. Twoja tyrada o moralności, władcy, który jeszcze nie spoczął w rodzinnej ziemi i zrujnowanym kraju powinna zostać utrwalona w pieśni na przestrogę dla przyszłych doradców. Ale przyznam, że miny członków rady były bezcennym widokiem - roześmiała się.
- Jeszcze wczoraj byłem gotowy zostawić im decyzję i przyjąć wybór, którego by dokonali.
Eowyna wyjrzała zza krzewu. Alejka biegnąca między kwitnącymi krzakami była pusta. Tylko pszczoły brzęczały wśród kwiecia. Odwróciła się do brata i przesiadła bliżej niego.
- Eomer, czy ty chcesz mi powiedzieć, że?... - niedokończone pytanie zawisło w powietrzu.
- Tak... Nie... Nie wiem... - Rohirrim wstrząsnął głową jak narowisty koń. - Mam świadomość, że teraz najważniejsze są sprawy kraju. Trzeba postawić Marchię na nogi, odbudować osady, dać ludziom zapasy na zimę. Z drugiej strony nagle przestało mnie to tak bardzo obchodzić. Wczoraj martwiłem się, że nie poradzę sobie z rządzeniem. Myślałem o tym dzień i noc, zastanawiałem się, co by na moim miejscu zrobił Theodred. A dziś nagle wydaje mi się to mało ważne, bo świat stanął na głowie. Wyn, to ponad moje siły. Ja jestem tylko zwykłym żołnierzem - ostatnie zdanie zabrzmiało niemal rozpaczliwie.
Eowyna uśmiechnęła się i objęła brata.
- Bardzo się cieszę - szepnęła mu do ucha. - Bałam się o ciebie, ale już jestem spokojniejsza. Teraz wiem, że będzie dobrze. Poradzisz sobie ze wszystkim, zapewniam cię. To najlepsza motywacja do działania.
- Co ty sugerujesz? - zapytał Eomer.
Eowyna roześmiała się radośnie.
- Już nie musisz się zastanawiać. Mogę ci powiedzieć z całą pewnością - to jest to, co myślisz. Rohirrim wyrwał się siostrze. Ze zdumieniem dostrzegła jego twarde spojrzenie.
- To nie jest moment na kpiny - powiedział lodowato.
- To nie jest kpina - Eowyna wstała. Strzepnęła suknię. - Ale jeśli chcesz sobie wmawiać coś innego, twoja wola. Jesteś królem i rób jak uważasz - odwróciła się, by nie zobaczył uśmiechu cisnącego się jej na usta.
Brat chwycił ją za rękę.
- Przepraszam - powiedział cicho. - Źle się wyraziłem.
Eowyna zaintrygowana usiadła obok niego.
- Jaśniej
Eomer popatrzył na nią. Takie spojrzenie widziała tylko raz - gdy królewscy żołnierze na rozkaz Theodena wyprowadzali go z Meduseld.
- Co się stało, braciszku? - spoważniała od razu.
- Imrahil dość dobitnie oświadczył, że nie życzy sobie, bym zadawał się z jego córką.
Eowina zakryła dłonią oczy.
- Ale ja jestem ślepa i głupia - westchnęła. - Jak mogłam nie zauważyć, że coś jest nie tak? Gdzie ja miałam rozum? O oczach nie wspomnę.
Tym razem to Eomer spojrzał na siostrę, jakby ta postradała rozum.
- Po śniadaniu pobiegłam do księżniczki dziękować jej za wczorajszy wieczór - dziewczyna uśmiechnęła się bezradnie - a tymczasem jej ojciec miał zupełnie inne zdanie na ten temat.
- Nasz pech - Rohirrim zacisnął dłoń siostry w swojej. Przygarnął ją do siebie. - Nie rób sobie wyrzutów, nic złego nie zrobiłaś.
Eowyna oparła głowę na ramieniu brata i przymknęła oczy. Wspomnienia opadły ją jakby czas nagle się cofnął, a ona znowu była małą dziewczynką. Przypomniała sobie jak wyglądało ich życie - dwójki dzieci, które nagle musiały zacząć liczyć tylko na siebie.
- Maer...
- Tak?
- Mam iść do księcia Imrahila i kopnąć go w goleń tak jak kiedyś Theodreda?
Najpierw poczuła lekkie drżenie, potem do jej uszu doszło jakieś stłumione parsknięcie, a w końcu Eomer ją puścił i padł na trawę nie mogąc opanować śmiechu. Eowyna spojrzała na niego z wyrzutem.
- Nie wiem, co w tym śmiesznego - stwierdziła z udawaną powagą.
Rohirrim opanował się i mocno uścisnął siostrę.
- Dziękuję ci.
- Nigdy nie umiałeś mówić o swoich problemach - dziewczyna odwzajemniła uścisk - dlatego ktoś musi mówić o nich za ciebie.

Słońce przeszło nad miastem i powoli zaczynało zniżać swój bieg. Spokojnie przemierzało bezchmurne niebo o barwie głębokiego błękitu. Minas Tirith lśniło oślepiająco. Biały marmur zdawał się jaśnieć własnym, wewnętrznym światłem. Tylko podcieniach usadowił się delikatny, błękitnawy półmrok dający wytchnienie oczom. Ten sam cień okrywał Rath Dinen, spokojny i jednocześnie porażający, jakby rzucały go skrzydła padlinożernego ptaka. Furtka prowadząca na ulicę umarłych wydawała się wrotami do piekła.
Imrahil odwrócił głowę od ponurego miejsca próbując odpędzić mroczne myśli. Zmrużył oczy gdy jego spojrzenie spoczęło na Wieży Ectheliona z jej srebrzystymi odrzwiami, iglicą mieniąca się niczym gwiazda, na której powiewał czarny sztandar odnowionego królestwa. Nic nie będzie już takie jakie jak kiedyś. Dawne dni przeminęły - pomyślał. Opuścił głowę i westchnął ciężko. Z zadumy wyrwał go odgłos kroków za kamieniach dziedzińca, pospiesznych i ewidentnie zbliżających się w jego kierunku. Popatrzył przed siebie. Dwójka jasnowłosych, młodych ludzi niemalże biegła w jego stronę.
- Dobrze się czujesz książę? - zapytała zaniepokojona Eowyna, gdy razem z bratem znaleźli się przy Dunedainie.
- Tak, wszystko w porządku, księżniczko - Imrahil uśmiechnął się blado.
- Nieroztropnie siedzieć tak na słońcu w południe gdy sam kamień dokoła - powiedziała dziewczyna.
Książę pokiwał głową i tym razem rzeczywiście się uśmiechnął.
- Chłodniej jest przy sadzawce - stwierdził.
- Więc chodźmy do sadzawki - roześmiała się Eowyna.
We trójkę ruszyli powoli przez dziedziniec ku szemrzącej fontannie. Tryskająca woda mieniła się jak diamenty i opadał z pluskiem do źródełka. Poruszane strumieniem listki Białego Drzewa błyskały soczystą zielenią.
- Pomyśleć, że jeszcze tak niedawno stało tu martwe drzewo - powiedział cicho Imrahil delikatnie dotykając białego kwiatuszka, na którego płatkach śniły krople wody. - Jak materialny dowód naszej zawiedzionej nadziei. Wydawało się wtedy, że nic już nie zostało... nadzieja umierała wraz z naszymi dziećmi, które my, starcy, posyłaliśmy do walki o Zachód.
- Nadzieja zawsze umiera ostatnia, książę - Eomer popatrzył na Dunedaina. - I nawet pod Morannonem nie do końca postradała żywota.
Książę Dol Amroth odwrócił się do Rohirrima. Przez długa chwilę patrzył mu w oczy, jakby chciał zobaczyć coś więcej, spojrzeć głębiej niż sięga wzrok.
- To właśnie kocham w młodych ludziach - powiedział z namysłem. - Waszą niezłomną wiarę, tę pchającą was naprzód siłę. My, starzy, robimy się nazbyt ostrożni, nie potrafimy już tak łatwo zaufać w siły innych ludzi. Czasem to doprowadza do nieszczęścia... - pokręcił głową jakby z żalem.
Eowyna dyskretnie wycofała się w kierunku pałacu królewskiego. Uśmiechnęła się do siebie i w duchu pogratulowała temu, kto przemówił księciu do rozsądku. Domyślała się finału tej rozmowy.
Imrahil popatrzył za odchodzącą dziewczyną, po czym usiadł na marmurowej cembrowinie. Zanurzył dłoń w krystalicznej, chłodnej wodzie. Spod oka spojrzał na Rohirrima stojącego przed nim, ostro odcinającego się w czarnym stroju od otaczającej ich bieli kamienia. Kruk na śniegu. Wyrzut sumienia na niezbyt uczciwym triumfie...
- Nie usiądziesz? - spytał Dunedain.
Eomer postąpił krok do przodu i przysiadł koło księcia. Oparł łokcie na kolanach w zupełnie niekrólewskiej pozie, przystojącej raczej zmęczonemu żołnierzowi. Podparł policzek dłonią i w milczeniu czekał na dalszy rozwój wypadków. W oczach miał spokojną obojętność. Książę westchnął ciężko. Nie wiedział, jak zacząć, bo każde słowo wydawało mu się sztuczne w tej sytuacji.
- Pamiętam jak w tym miejscu moja siostra wychodziła za mąż - powiedział końcu po długiej chwili milczenia. - Jak stała w białej sukni, z diamentami we włosach. Była taka piękna, piękniejsza niż wszystkie królowe i księżniczki Elfów. Denethor patrzył na nią jak na największą świętość. Wiedziałem, że się kochają, ale znałem mojego przyszłego szwagra na tyle, by wiedzieć, że jeśli będą szczęśliwi to tylko przez chwilę. Potem widziałem, jak moja siostra niknie w oczach, w tym mieście białych, martwych kamieni. Jak znika, uwięziona, przytłoczona. Jej jedyną pociechą stali się chłopcy. Gdy nie było ich w pobliżu chciała uciec. Uciec z tego miejsca, gdzie śmierć wdzierała się w życie. Gdzie trwał wieczny cień wyglądający zza gór na wschodzie. Kiedyś napisała mi w liście, że czuje się jak roślina przesadzona z nadmorskich dolina na nagie skały. Kiedy umarła, obiecałem sobie, że nigdy nie pozwolę, by taka historia się powtórzyła. Dziesięć lat później przyszła na świat moja córka. W chwili gdy ją zobaczyłem ogarnęło mnie szczęście, którego nie sposób opisać. Wtedy po raz drugi przysiągłem sobie to co kiedyś... - Dunedain nagle podniósł głowę i spojrzał Eomerowi prosto w oczy.
Rohirrim tylko kiwnął głową. Więcej słów nie trzeba było. Wstał i chciał odejść, ale Imrahil chwycił go za rękę. Przyciągnął króla Rohanu do siebie. Eomer przyklęknął przed nim. Dunedain patrzył na niego w milczeniu przez dłuższą chwilę.
- Mam tylko jedną córkę - powiedział cicho. - Droższą mi niż wszystkie skarby tej ziemi. Jesteś człowiekiem honoru. Błagam cię, nie skrzywdź jej - pochylił się i pocałował Rohirrima w czoło.
Wyprostował się, spojrzał gdzieś nad jego ramieniem. Na usta wypłynął mu zagadkowy, trochę smutny uśmiech. Eomer odwrócił się. O krok za nim stała księżniczka Dol Amroth.

Napisała: VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl