Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"Wieńczony Ogniem" - Część V

Napisała: VanEo

Viladan

Rozdział Piąty


Przez chwilę Salwan myślał, że oczy go mamią, ale kiedy podwoje pierwszych wrót otworzyły się, nie miał już wątpliwości. Teraz patrzył jak grupka jeźdźców zdąża do wewnętrznej bramy. Zszedł na dziedziniec o wiele szybciej niż zrobiłby to jeszcze kilka dni wcześniej. Niemalże poczuł, jakby ubyło mu lat, jakby ogromny ciężar spadł mu z serca. Odrzwia rozchyliły się powoli i przybysze wjechali za mury. Na ich czele jechała Atli, a za nią Gvyar Falc-Toran. Dwóch pozostałych nie potrafił rozpoznać, kaptury zasłaniały im twarze. Nieśmiałe domysły kołatały mu się w głowie, ale nie miał odwagi wypowiedzieć ich na głos. Kobieta zeskoczyła z konia i podeszła do Salwana. Uściskała go. Jej oczy lśniły radością.
- Pani - Starszy skłonił się przed nią. - To cud.
- Salwanie - przerwała mu wojowniczka. - Znalazłam go.
Podbiegła do Viladana, który zmęczonym ruchem zsunął się z siodła i zdjęła mu kaptur z głowy. Miedziane loki zalśniły wśród cienia panującego u podnóża twierdzy. Nagle zapadła cisza, przerwana tylko piskiem radości. Viladan jakby nie zauważając, że zgromadzeni dokoła ludzie zaczęli klękać odwrócił się w poszukiwaniu źródła tego dźwięku. Poczuł jak uginają się pod nim kolana. Zrobił kilka kroków naprzód, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Opadł na kamienie dziedzińca. Nawet nie poczuł bólu, gdy jego kolana uderzyły o bruk. Jedyne co był w stanie uczynić to wyciągnąć przed siebie ręce. Gvyanor wpadł w objęcia brata i opasał mu rączkami szyję. Viladan zacisnął powieki. Łzy spłynęły mu po policzkach, ale nie zauważył tego. Przycisnął brata do siebie, jakby to miało mu uratować życie.
- Vila, dlaczego tak długo? - Gvyanor próbował się wyswobodzić z uścisku starszego brata, ale nie dał rady.
- Gvyanor... - tylko tyle wyrwało się ze ściśniętego gardła wojownika. Ludzie wokół nich jakby oszaleli. Rozległy się okrzyki radości, śmiech i życzenia szczęścia. Ci, którzy do tej pory pozostali w domach otworzyli okna i wychodzili na plac.
Viladan w końcu się opanował. Odsunął brata na odległość ramienia. Popatrzył na niego, jakby chciał się upewnić, że to na pewno on, na pewno cały i zdrowy. Gvyanor wyciągnął rękę i starł bratu łzy z policzków.
- Ludzie na ciebie patrzą - powiedział z wyrzutem.
- A niech patrzą - Viladan wstał i wziął brata na ręce. Chłopiec próbował się wywinąć, ale bez skutku.
Gvyar odwrócił wzrok od Nort i popatrzył dyskretnie na Krigera. Wyspiarz zachował kamienną twarz, ale stary znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, co się działo w sercu młodego wojownika. Nie musiał widzieć jego oczu, by być pewnym, że lśnią radością okraszoną łzami bólu. Wiedział, że Kriger zaraz opuści głowę, by nie pokazać ich nikomu. Zamknie oczy i nie pozwoli łzom spłynąć. Podszedł do księcia i objął go ramieniem. Wyspiarz popatrzył na niego. Na twarzy miał uśmiech szczerej radości.
- Udało się - powiedział. Ani jedna nuta nie zadrżała w jego głosie.
- A koszty? - spytał Gvyar.
- Trzeba ponosić.
Stary żołnierz odwrócił wzrok na Viladana. Ponosić koszty, pomyślał, utrata jednego brata w zamian za odzyskanie innego.
- Nie czujesz się urażony? - generał popatrzył księciu w oczy.
- Czym? - spytał Kriger.
- Tym, że Atli cię pominęła.
Wyspiarz roześmiał się cicho, a w tym śmiechu zabrzmiała prawdziwa radość, jakby pozbył się wszystkich trosk.
- Wcale. Raz w życiu czuję się jak zwykły człowiek. I wiesz... to cudowne uczucie - powiedział.
Atli odwróciła się do ludzi zebranych wokół. Ich radosne okrzyki rozbrzmiewały echem wśród murów.
- W południe przyjdźcie do zamku. Będziemy świętować! - krzyknęła.
Salwan podszedł do Viladana, który postawił brata na ziemi i teraz tylko trzymał go za rękę. Skłonił mu się z szacunkiem.
- Panie, prosimy do twierdzy, droga na pewno was wszystkich zmęczyła.
Wojownik skinął głową, bo to wydawało mu się najodpowiedniejsze. Nie miał pojęcia, o co chodzi, ale miał nadzieję, że wkrótce wszystko się wyjaśni. Na ten moment mógł być tylko uprzejmy.
- Dziękuję, czcigodny.
- To jest Salwan - Gvyanor mocniej chwycił brata. - I jest moim przyjacielem.
Starzec zmierzył Nort uważnym wzrokiem. Więc tak to miało wyglądać?
Viladan, książę Nort miał walczyć za ich wolność? Człowiek, którego na wojownika wychowało Imperium?
- Chodźmy - Atli poprowadziła ich do pałacu.
Starszy skinął głową i zaczekał aż wojowniczka go minie. Wciąż zerkał przez ramię na Gvyara i jego towarzysza. Wysoki mężczyzna szedł pewnym krokiem wojownika, ale w jego ruchach było coś jeszcze. Jakaś dziwna gracja, jednocześnie elegancka i złowroga, przywodząca na myśl skradającego się drapieżnika. Starszy zaczekał aż wojownicy do niego dorównają. Skinął głową Gvyarowi. Generał odkłonił się.
- Witaj, przyjacielu - powiedział.
- Wiele czasu minęło od naszego ostatniego spotkania. Zbyt wiele - Salwan westchnął.
- Salwanie, kto przywiózł tutaj chłopca? - zapytał generał.
- Ranea, Chiran i kilku Wyspiarzy. Ran powiedziała, że zdobyłeś bardzo potężnego sprzymierzeńca - spojrzenie Starszego spoczęło na zakapturzonym towarzyszu Gvyara. Zapadła wyczekująca cisza. W końcu mężczyzna podniósł głowę i odwrócił się do Salwana.
- Mówiła prawdę - powiedział zsuwając kaptur.
Starszy aż wstrzymał oddech, gdy spojrzał w zmęczoną twarz o ściągniętych rysach.
- Książę, wiedz, że twoje poświęcenie... - zaczął.
Kriger pokręcił głową.
- To nie jest poświęcenie, panie - powiedział. - To jest obrona słusznej sprawy.

Gvyanor szczebiotał cały czas, kiedy szli przez miasto do zamku, a potem korytarzami twierdzy. Viladan starał się go słuchać, ale słowa brata przelatywały koło niego. Wyrobiona latami praktyki czujność dawała o sobie znać i zamiast słuchać, wojownik obserwował otoczenie.
Długie, wysokie korytarze ciągnęły się prawie w nieskończoność. Światło wschodzącego słońca wpadało przez wysokie okna, lśniło na marmurowej posadzce. Wspierające sufit kolumny rzeźbione w liście bluszczu i akantu odbijały się w niej jak w lustrze. Koronkowe, pokryte stiukami sufity kryły się w delikatnym cieniu sprawiając wrażenie zastygłych chmur. Marmurowe posągi trzymały mosiężne lampy zawieszone na łańcuchach. Ich migotliwy blask ginął w świetle poranka i tylko drżące powietrze świadczyło, że się palą.
Atli doprowadziła wszystkich do potężnych, kutych podwoi i odwróciła się. Popatrzyła po towarzyszach.
- Salwanie, proszę zabierz naszych gości do komnat, a ty, Viladanie pozwól ze mną.
Starszy skłonił się.
- Proszę, chodźcie ze mną. Nori, bez dyskusji - wziął chłopca za rękę, bo mały Nort już otwierał buzię, by zaprotestować.
Atli popatrzyła za nimi jak oddalali się korytarzem w stronę drugich drzwi.
Kiedy zamknęły się za nimi, odwróciła się do wojownika.
- Proszę, chodź ze mną - pchnęła podwoje.
- Czekam na wyjaśnienia - usłyszała za plecami.
Odwróciła się. Viladan stał z założonymi na piersi rękami i patrzył na nią zimno. Wyglądał na zdecydowanego. Wojowniczka westchnęła i ścisnęła palcami skronie. Ze zmęczenia i nerwów zaczynała ją boleć głowa i wyjątkowo nie miała ochoty na dyskusję.
- Od samego początku kłamałaś - powiedział oskarżycielsko Viladan.
- Chodź ze mną, to ci wyjaśnię - całą siła woli starała się, by nie poznał jaka jest wyczerpana.
- Tu i teraz - żołnierz nie zamierzał ustąpić.
- To ja tu rządzę, więc się ze mną nie kłóć - dziewczyna nie wytrzymała. - Albo idziesz ze mną, albo niczego się nie dowiesz.
Wojownik zacisnął zęby powstrzymując się od kilku mocnych słów i poszedł za nią. Poprowadziła go do jakichś krętych schodów. Wspięli się chyba na wieżę. Przynajmniej tak mu się zdawało. Wojowniczka zatrzymała się przed kolejnymi drzwiami. Wyjęła klucz zza tuniki. Zamek szczęknął, ale zawiasy o dziwo nie zaskrzypiały, wbrew wszelkim oczekiwaniom.
Wprowadziła go do komnaty, którą wypełniał metaliczny zapach atramentu i starego pergaminu. Drobinki kurzu wirowały w smugach światła padającego z okien. Pod ścianami stały regały zapełnione księgami, sięgały pod sam sufit. Przy jednym stała wysoka drabina, widocznie służąca do zdejmowania ksiąg w najwyższych półek. Pod oknem na pulpicie leżała jedna. Była otwarta. Atli podeszła do niej i delikatnie dotknęła palcami kartki. Samymi czubkami, jakby nie chciała narażać delikatnego pergaminu na zniszczenie.
- Czy teraz powiesz mi, o co chodzi? - w głosie Viladana zabrzmiała już nie ukrywana złość.
- Dwa lata... A wcześniej półtora roku... Ona za to oddała życie - przesuwała palce po stronie. - A mnie zostawiła nieskończone zadanie.
- Mów jaśniej.
- Bryss szukała półtora roku. Zginęła, ale ja cię znalazłam - spojrzała na wojownika.
- Atli, nie jestem głupcem. Wiem, że jesteś ich królową. Zdążyłem się zorientować po sposobie, w jaki się do ciebie zwracają. Ale wyjaśnij mi, do wszystkich diabłów, po co ci jestem potrzebny?
- Podejdź.
Viladan postąpił krok w jej stronę. Spojrzał na księgę leżącą przed dziewczyną. Jego wzrok obojętnie przesunął się po iluminacjach zdobiących stronę, tekstu nawet nie przeczytał.
- Już rozumiesz? - spytała.
Na stronicy widać było wojownika w czarnej tunice na srebrzystej zbroi. Dwa smoki, złoty i srebrny splatały się na napierśniku. Miecz lśnił w dłoni wzniesionej do ciosu. Wiatr rozwiewał włosy w kolorze ognia wymykające się spod czarnego hełmu kutego na kształt smoczego łba.
- Nie rozumiesz? - powiedziała cicho Atli. - To twoje przeznaczenie.
Viladan popatrzył na nią kpiącym wzrokiem.
- To brzmi jak kiepska, karczemna ballada. Myślisz, że na podstawie jakiejś książeczki pognam walczyć z Vrenem wykrzykując twoje imię? Niedoczekanie - odwrócił się i chciał wyjść.
- To nie jest zwykła książeczka - usłyszał. - A ty nie jesteś jakimś tam wojownikiem, którego można wynająć jako najemnika.
- Miło, że to do ciebie dotarło. Trochę późno, ale jednak - stwierdził kąśliwie Viladan.
- Nie rozumiesz! - wykrzyknęła dziewczyna z rozpaczą. - Jesteś Wieńczonym Ogniem. Naszą ostatnią nadzieją. Moja siostra zginęła szukając cię. Ja cię znalazłam dla mojego narodu, dla ludzi, którzy są mi najdrożsi na świecie.
- Nie rozumiemy się, Atli. Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz.
Dziewczyna opuściła głowę. Viladan odwrócił się. Położył dłoń na klamce i zamarł słysząc głos dziewczyny.
- Niczym ogień zaklęty w lodzie
Płomień twój zimny i jasny
Niczym pochodnia w wiecznej ciemności
Gwiazda nadziei w świecie rozpaczy
Wiodąca ku przyszłości...
Odwrócił się. Stała z dłonią na księdze i wpatrywała się w iluminację. Mówiła cicho, ale pewnym głosem, jakby recytowała wyuczoną lekcję.
- Skąd znasz te słowa? - jego głos zabrzmiał niemal jak warkot bestii.
- Są tu wypisane... Od tysiąca lat, bo tyle ma ta księga. A ty? - spojrzała mu w oczy.
- Nie patrz tak na mnie...
- Boisz się?
- Nie mam czego.
- Wypełnij swoje przeznaczenie.
Viladan podszedł do dziewczyny zdecydowanym krokiem.
- Nie znam mojego przeznaczenia! Prawie całe życie służyłem tyranowi niewolącemu moją ojczyznę! Nie zamierzam być już niczyją marionetką! Zwłaszcza twoją!
- Wolisz zginąć? - zapytała.
- Tak! Przynajmniej wtedy mój ojciec wyzwoli nasz kraj, bo Vren nie będzie go już szantażował!
Atli pokręciła głową.
- Jaki ty jesteś głupi... - powiedziała cicho. - Dlaczego nie chcesz uznać tego, co oczywiste...
Oczy Viladana zwęziły się niebezpiecznie.
- Dlaczego twierdzisz, że to akurat ja?
- Masz rude włosy... Pochodzisz z północy... Nort ma w herbie gwiazdę... Dewizą twoich przodków było "Nadzieja wiedzie ku przyszłości"... Nie sądzisz, że za dużo tych zbiegów okoliczności? A te słowa znasz tak samo dobrze, jak ja bo napisał je twój rodak! Twój przodek!
Viladana podcięło. Tam gdzie stał, tam usiadł. Skąd oni mieli Księgę Północy? Przecież spłonęła razem z pierwszą stolicą Nort. W dodatku istniała tylko jedna kopia, a ona znajdowała się w skarbcu jego ojca, daleko stąd.
- Ale... - To nie jest kopia - uprzedziła jego pytanie.
- Ta księga nie powinna istnieć...
- Ale istnieje. Przywiózł ją tutaj Coregan, twój przodek. Zanim obwołano go królem. Zanim powiedziano, że księga spłonęła.
Viladan słyszał jej słowa, ale nie chciały do niego dotrzeć. Wydawały się zbyt niesamowite. Odnaleziona po tysiącu lat księga proroctw napisana przez Coregana... jak dotąd jedynego w jego narodzie obdarzonego łaską poznania przyszłości...
- Nadal mi nie wierzysz?
Viladan popatrzył na rzeźbę trzymającą w dłoniach pulpit. Przedstawiała Coregana... Ale nie takiego, jak wszystkie, które pamiętał - z mieczem, w zbroi - króla-wojownika. Ten posąg wyobrażał króla-mędrca w długim płaszczu z kapturem ocieniającym twarz, której mądrość nie przystawała do wieku. Ponoć miał niecałe trzydzieści lat, gdy napisał Księgę Północy...
- Odprowadzę cię do komnaty - powiedziała Atli. - Powinnam to zrobić już dawno. Mogłam jutro cię tu przyprowadzić, ale zależało mi na pośpiechu. Chodźmy. Musisz odpocząć - podała wojownikowi rękę.
Chwycił ją, bo czuł, że nie jest w stanie samodzielnie się podnieść. Niczym dziecko pozwolił się poprowadzić przez zamek.

Atli zamknęła drzwi do pokoju Viladana i ruszyła korytarzem. Jej kroki odbijały się echem pod wysokim sufitem. Zmęczenie powoli acz nieubłaganie dawało o sobie znać, ale wiedziała, że jeszcze jedną sprawę musi załatwić od razu. Pchnęła drzwi do królewskiego gabinetu i usiadła za biurkiem. Oparła łokcie na stole, ukryła twarz w dłoniach. Marzyła tylko o tym, by się położyć, bo ból głowy coraz bardziej jej doskwierał. W końcu podniosła głowę i zawołała na służącego. Zjawił się niemalże natychmiast.
- Sprowadź tutaj radę i Gvyara - powiedziała znużonym tonem.
Nie miała ochoty na tę rozmowę, ale musiała wiedzieć. Musiała się przekonać. Odchyliła się na oparcie krzesła i rozejrzała po wnętrzu. Pierwszy raz siedziała po tej stronie biurka. Wcześniej zasiadali tu jej przodkowie, a ostatnio - siostra. Popatrzyła po wyłożonych boazerią ścianach. Deski pociemniały ze starości, ale jakoś nikt nie pomyślał, że należałoby je wymienić. Tak samo jak odwieczny gobelin wiszący na przeciwko okna, przedstawiający scenę koronacji pierwszego króla Ravlynu. Kolory nieco przyblakły, złote i srebrne nici zmatowiały, ale nadal można było rozpoznać rysy poszczególnych osób. Pamiętała, jak przesiadywała na kolanach ojca, a on opowiadał jej kim są ludzie przedstawieni na tkaninie. Te chwile zdawały się tak odległe...
Minął jakiś czas zanim zjawili się wszyscy. Królowa popatrzyła po nich. Wyglądali na zaskoczonych, wręcz zdumionych. Tylko trzy osoby zachowały kamienne twarze. Gvyar, Salwan i Nea... Władczyni wskazała im krzesła przy ustawionym na środku sali stole.
- Muszę wyjaśnić pewną sprawę - zaczęła Atli. - Życzę sobie szczerych, prostych odpowiedzi. Pytanie pierwsze: Czy Gvyar jest renegatem? - wstała i przeszła przed biurko. Przysiadła na jego krawędzi.
Zgromadzeni poruszyli się niespokojnie.
- Pytanie drugie: jeśli rzeczywiście jest naszym szpiegiem, dlaczego o tym nie wiedziałam?
Radcy spoglądali po sobie niezdecydowani, ale Salwan nie zwracając na nich uwagi popatrzył na królową spokojnym wzrokiem.
- Generał Falc-Toran nie jest renegatem i nigdy nim nie był. Jako kuzyn twej matki był najpierw naszym ambasadorem w Imperium, co niejako wiąże się z zawodem szpiega. Potem sfingowaliśmy jego zdradę, tak by mógł bez przeszkód zbierać dla nas informacje nie narażając się na podejrzenia. Jak zapewne wiesz, jako doskonały taktyk szybko zyskał sobie szacunek i zaufanie najpierw Cristana, potem Vrena. Żeby to było możliwe, dla nas musiał stać się zdrajcą. Jak jest naprawdę wiedzieli twój ojciec, rada i twoja siostra. I Maire.
- Nawet jego żona znała prawdę? Więc dlaczego ja nie wiedziałam?! - Atli puściły nerwy. Była zbyt zmęczona, żeby się hamować. - Dlaczego?!
Salwan spojrzał na nią surowo.
- Zostałaś królową na polu bitwy. Po pierwsze nie miał ci kto powiedzieć, po drugie postanowiliśmy zostawić cię w niewiedzy, na wypadek, gdybyś trafiła do niewoli. Jak też się stało...
Oczy królowej zwęziły się niebezpiecznie.
- Celowo ukryliście przede mną te informacje? W tej chwili nie wypada mi nic innego, tylko podpisać na każdego z was wyrok śmierci za zdradę stanu... kto jeszcze wiedział?
- Ja - Nea podniosła wzrok na Atli.
- Co? - monarchini spojrzała na gwardzistkę.
- Ja też wiedziałam, że ojciec nie jest zdrajcą. Matka mi powiedziała, kiedy byłam już na tyle dorosła, by zachować to dla siebie.
- Otaczają mnie fałszywi przyjaciele, zakłamani doradcy i dowódcy-hipokryci. Dlaczego mojemu ojcu i siostrze mogliście służyć bez krętactw, a mnie tylko i wyłącznie okłamujecie? - Atli potoczyła wzrokiem po Radzie. ?- Wyjdźcie, zanim faktycznie zacznę podpisywać wyroki - powiedziała zmęczonym tonem. - Ale zapamiętajcie sobie: jeszcze jedno oszustwo, a potoczą się głowy - jej głos nagle zabrzmiał zimno i władczo. Zgromadzonych aż ciarki przeszły.
Wstali, skłonili się i opuścili gabinet. Atli odprowadziła ich wzrokiem. Dopiero, gdy zamknęły się drzwi za ostatnim, osunęła się bez sił na podłogę. Popatrzyła po ścianach. Wielcy władcy, dowódcy i bohaterowie narodowi spoglądali na nią martwym wzrokiem. Nad kominkiem, na honorowym miejscu wisiał portret jej ojca. Bryss musiała go tam powiesić...
- Tato, co mam robić? - Atli popatrzyła na malowidło. - Nie radzę sobie.

Kriger stanął w otwartych drzwiach prowadzących na taras. Spojrzał na dolinę. Zielona murawa rozciągała się aż do uskoku, poniżej którego widać było pola, sady. Wijąca się między nimi rzeka lśniła jak posypana diamentami. Dolina wydawała się istnieć w jakimś zupełnie innym świecie, gdzie nie dotarła wojna. Jej życie toczyło się spokojnie i sennie, jakby nieświadome zawieruchy pustoszącej tereny leżące przecież tak niedaleko. Wyspiarz przymknął oczy, oparł głowę o framugę. Słońce miło grzało, pozwalało zapomnieć o zmęczeniu. Miasto budziło się do życia, z dołu dolatywał gwar głosów. Ludzie biegli do swoich zajęć i dopiero ich niespokojne głosy przywracały stolicy Ravlynu realny wymiar, odzierały z bajkowego spokoju. Wojownik otworzył oczy i podszedł do balustrady. Oparł dłonie na chłodnym, gładkim marmurze. Spojrzał w dół, na rozciągający się u stóp zamku dziedziniec. Ravlyni zajęci swoimi sprawami wyglądali jak mrówki, każdy spieszył w swoją stronę, każdy miał jakieś swoje sprawy. Książę przeszedł na drugą stronę balkonu i popatrzył na wewnętrzny podwórzec zamku. Koniuszy wyprowadzali wierzchowce dla posłańców, służba biegała za czymś tylko im wiadomym. I nagle wśród tego zamieszania i nerwowej bieganiny pojawiła się ona.
Wyszła zza załomu muru prowadząc konia za uzdę. Długie do pasa kasztanowe włosy miała luźno rozpuszczone, tylko znad czoła zebrane tak, by nie wpadały do oczu. Opadały na metalowe naramienniki, wiły się na skórzanej, naszywanej metalowymi płytkami kurcie. Pojedyncze pasma drżały na łagodnym wietrze. Przystanęła, by porozmawiać z jednym ze strażników. Żołnierz zasalutował jej z szacunkiem. Jeśli była wojskowym, musiała mieć wyższą szarżę. Nawet gdyby miała na pancerzu jakieś szarże, to z tej odległości i tak by ich nie poznał. Patrzył na nią zastanawiając się, kim może być ta niezwykła kobieta... dziewczyna... Z tej odległości nie mógł poznać ile ma lat, ale po ruchach i postawie wydawała się młoda. Chyba poczuła na sobie jego wzrok, bo odwróciła się i spojrzała dokładnie tam, gdzie stał. Kriger zastygł w całkowitym bezruchu pod jej spojrzeniem. Przez twarz dziewczyny przemknął nieokreślony cień. Odwróciła się, wskoczyła na siodło i pogalopowała przez bramę. Widział ją potem, jak mijając ludzi zjeżdża ulicą w stronę murów.
- Nie śpisz? - głos Gvyara wyrwał go z zadumy.
- Nie jestem zmęczony - wojownik założył ręce na piersi.
- Nawet się nie przebrałeś.
Kriger rozłożył ręce.
- W co? Wszystko zostało na Pograniczu, nawet zbroja. Tylko miecz zabrałem i to też przez przypadek.
Stary uśmiechnął się, po czym podszedł do drzwi. Zawołał czyjeś imię i po chwili zjawił się służący.
- Panie? - skłonił się Gvyarowi.
- Kąpiel dla księcia, natychmiast. I coś do przebrania. Jechaliśmy tydzień czasu. Sługa skłonił się i wyszedł, by wypełnić polecenie.
- Usiądziemy? - generał podszedł do ustawionej pod ścianą wyściełanej ławy.
Książę nawet na niego nie popatrzył. Stał oparty o framugę patrząc nieprzytomnym wzrokiem za okno.
- Kriger? Co się dzieje?
- Kim ona jest? - spytał Wyspiarz, jakby nie dosłyszał wcześniejszych słów starego.
- Kto? - zdziwił się generał.
- Tamta dziewczyna...
- No nie. Wyrwaliśmy się twojemu bratu, cudem dotarliśmy tutaj, a ty o pannach myślisz? - zarechotał Gvyar, łzy śmiechu spłynęły mu po policzkach.
- Wydała mi się znajoma... Jakbym już ją gdzieś widział, tylko nie mogę sobie przypomnieć, gdzie. A jestem pewny, że już się spotkaliśmy.
- Może... - zaczął stary.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i stanął w nich służący.
- Gotowe, Wasza Miłość.
- Świetnie - generał wstał i podszedł do księcia. - Poleż godzinę w gorącej wodzie, to ci się zaraz humor poprawi. Tamtędy - wskazał drzwi obok garderoby.
Gorąca woda okazała się zbawienna. Kriger przymknął oczy i spróbował o niczym nie myśleć... gdy nagle głos dotarł do niego jak przez mgłę. Uchylił powieki i zobaczył nas sobą Gvyara. Za nim stał zaniepokojony paź.
- Obudź się, Kriger - stary jeszcze raz zdecydowanie potrząsnął ramieniem Wyspiarza.- Otrzeźwiałeś już?
- Co? - książę zamrugał oczami.
Generał pokręcił głową.
- Czy ty się chcesz utopić? - zagderał generał sięgając po ręcznik. - Wstań. Idziesz spać do łóżka. Nie będziesz mi tutaj udawał marynaty tylko dlatego, że masz takie widzimisię. Przecież lada chwila mogłeś się utopić i nawet pies z kulawą nogą by nie wiedział.
Kriger nie powiedział ani słowa, patrzył tylko nieprzytomnym, na wpół śpiącym wzrokiem. Pozwolił się wytrzeć i położyć jak dziecko do łóżka. Gvyar nawet nie zdążył go przykryć, kiedy książę już zasnął.
Stary wojownik tylko pokiwał głową. Wyciągnął rękę i niespodziewanie czułym gestem naciągnął przykrycie na ramiona księcia.
- Śpij, dziecko, należy ci się. Odeśpij te wszystkie nerwy, które dały ci w kość przez ostatnie tygodnie - powiedział cicho odgarniając Wyspiarzowi włosy z twarzy.
- Panie... - usłyszał za plecami niezdecydowany głos pazia.
- Tak, chłopcze?
- Czy to jest ten Kriger? Kriger Hargaan? Brat Imperatora? - chłopak nie odrywał wzroku od uśpionej postaci.
- Tak, ten sam - generał poklepał go po ramieniu.
- Inaczej go sobie wyobrażałem... On chyba ma tyle lat, co pani generał...
- Więcej.
- Nie wygląda... Dlaczego wszyscy straszyli nas Wyspiarzami? - paź popatrzył na Gvyara. - Przecież on wcale nie wygląda groźnie. Na pewno nie jest takim krwiożerczym barbarzyńcą, za jakiego uchodzi. Widziałem tych, którzy przywieźli tutaj panicza Gvyanora. Wydawali się całkiem sympatyczni i tak serdecznie odnosili się do chłopca, że aż się zdziwiłem.
- A generał Ranea wygląda groźnie? - spytał stary.
Chłopiec zarumienił się.
- Nie. Wybacz, panie, mam obowiązki.

Viladana obudził nagle jakiś ciężar spadający na niego z wysokości. Poderwał się gwałtownie wyrwany ze snu i rozejrzał się dokoła nieprzytomnie. Jego wzrok przemknął po obcym, bogatym wnętrzu.
- Śpisz? - spytał Gvyanor.
- Już nie - Nort popatrzył na brata, który siedział mu na brzuchu.
- To dobrze. Kris przyniósł ci śniadanie.
- Kto taki? - Vila przesadził brata na łóżko, a sam wstał i zachwiał się. Chwycił się krzesła, bo komnata nie chciała przestać wirować mu przed oczami. Po przespaniu prawie doby czuł jakby pod czaszką siedział mu tuzin krasnoludków z wielkimi młotami. Ból rozrywał mu skronie i wciskał za oczy.
- Kris, jeden z paziów. Mój kolega.
- Zdaje się, że zaprzyjaźniłeś się z całym zamkiem.
- Jestem towarzyski - wyszczerzył się chłopczyk.
Viladan pokręcił głową. Przeciągnął się i przeszedł do przylegającej do komnaty łazienki. Ochlapał twarz zimną wodą. Kiedy wrócił Gvyanor z apetytem pałaszował już drugą kanapkę.
- Chwila, to zdaje się było moje śniadanie - wojownik sięgnął po kubek, w którym ku swojej zgryzocie znalazł... ciepłe mleko.
- Nasze.
Vila tylko potrząsnął głową. Nie poznawał swojego brata. Tylko raz, kiedy spędzili razem miesiąc nad morzem chłopiec zachowywał się tak jak teraz. Normalnie był nad wiek poważny, małomówny i zwykle siedział bez ruchu. A może to, co widział w tej chwili było normalnym zachowaniem małego? Nawet nie miał czasu się nad tym zastanowić, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Panie, kiedy będziesz gotowy, racz zawołać, a ja zaprowadzę cię do sali obrad. Królowa życzy sobie twej obecności - paź skłonił się przed wojownikiem.
- A ja też mogę przyjść, Kris? - Gvyanor nagle zmaterializował się koło służącego.
- Ty masz iść się pobawić i nie zawracać głowy starszym - paź, na oko szesnasto, siedemnastoletni chłopak zmierzwił małemu włosy i pchnął go w stronę brata.
- Dlaczego mnie się zawsze wysyła do zabawy gdy zaczyna się dziać coś ciekawego - chłopiec założył ręce na piersi z miną ciężko pokrzywdzonego i usiadł naburmuszony na krześle.
- Zobaczysz, jeszcze kiedyś ci te ciekawe rzeczy wyjdą bokiem - Viladan przytulił go do siebie.
- Słuchaj brata. Panie - paź skłonił się żołnierzowi i wyszedł.
Viladan usiadł i zabrał się za śniadanie. Był ciekaw, po co At... Jej Wysokość chciała go widzieć. Nie, nie potrafił o niej mówić per Wysokość. Wystarczająco zalazła mu za skórę, by nie chciał jej oglądać przez najbliższe kilka dni. Gdyby teraz zaczął ją tytułować, byłby po prostu złośliwy.
Skończył jeść i podszedł do szafy. Odchylił ciężkie, rzeźbione w kiście winorośli drewniane skrzydło. Zawiasy poruszały się lekko, najwidoczniej zadbane aż do przesady przez gorliwych służących, a ciemne drewno w złote słoje lśniło jakby bezustannie je woskowano. W środku miał nadzieję znaleźć swoje własne ubranie, ale srodze się zawiódł. Popatrzył z powątpiewaniem na leżącą na półkach odzież - raczej nie była w jego typie. Nigdy nie lubił ton materiału, a tutaj znalazł tylko szerokie, luźne szaty odpowiednie raczej dla dworskich fircyków. Z samego dna wydobył coś odrobinę węższego i mniej krzykliwego. Z westchnieniem ubrał się i stanął przed lustrem. Krytycznie przyjrzał się własnemu odbiciu.
- Za co?
- Ładnie ci - stwierdził Gvyanor.
Viladan tylko posłał bratu mordercze spojrzenie. Co jak co, ale w to ubranie weszliby obaj. Szerokie rękawy i nogawki powiewały jak sztandary przy każdym ruchu. Tylko pasek i wysokie buty ratowały go przez zaplątaniem się w metry lejącego materiału. Na szczęście kolor był znośny. Zgaszony grafit przynajmniej nie bił po oczach.
Wojownik podszedł do drzwi, otworzył je. Paź już czekał na niego. Poprowadził Viladana korytarzami do gabinetu, gdzie czekała Atli. Razem z nią byli tam już Gvyar, Salwan i inni członkowie Rady. Nigdzie nie widział natomiast Krigera.
- Zapraszamy - Atli wskazała mu krzesło.
Viladan usiadł i popatrzył po zebranych. Zastanawiające, w Radzie zasiadali ludzie w wieku jego ojca i starsi. Nikogo młodego. Chociaż... młodych prawdopodobnie zabrała wojna.
Gvyar obrócił się do drzwi, wyraźnie zirytowany.
- Gdzież on jest? - syknął.
- Spokojnie, przyjacielu - Salwan położył uspokajająco dłoń na jego ręce. - Zaraz przyjdzie. Daj mu trochę czasu.
Po chwili w drzwiach ukazał się Kriger. Jego wzrok na moment spotkał się ze spojrzeniem Viladana, przemknął po jego ubraniu i mężczyźni wymienili dyskretne uśmiechy. Wyspiarz poprawił podwinięty rękaw najwyraźniej zbyt kusej tuniki jaskrawo niebieskiej barwy. Podszedł do Nort i odsunął sobie krzesło.
Zaraz za nim przyszły jeszcze dwie kobiety, szybko, ale bez widocznego pośpiechu. Atli wstała i posłała im zniecierpliwione spojrzenie.
- Jesteśmy już wszyscy, więc może zacznę od prezentacji - zwróciła wzrok w kierunku członów Rady. - Podejrzewam, że nie muszę mówić, kim jest Viladan. Wszyscy go znacie, choćby ze słyszenia. Powiem więc inaczej - oto Wieńczony Ogniem.
Rada zamarła. Patrzyli zdumionym wzrokiem to na wojownika, to na swoją królową. W końcu jedna z kobiet przerwała milczenie.
- Jesteś pewna?
Na dźwięk jej głosu, Kriger o mało nie podskoczył. Popatrzył na nią. To była ta sama, kasztanowowłosa wojowniczka, którą widział na dziedzińcu. Nagle go olśniło - w obozie to ona obiecała mu śmierć... Zacisnął dłonie na poręczach fotela, co nie uszło uwagi Gvyara.
- Tak. Jestem pewna - królowa popatrzyła po swoich doradcach. - Księcia Krigera Arendala-Hargaana też znacie. Więc też powiem inaczej - oto człowiek, dzięki któremu Imperium nie zmiotło nas pierwszym uderzeniem. A teraz powtórzę to, co mówiłam już wcześniej. Tak na wszelki wypadek - powiodła wzrokiem po doradcach. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżeliby martwi. - Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zostanie przede mną zatajona czyjakolwiek tożsamość, działanie lub misja, potoczą się głowy. Nie pozwolę na coś takiego, jak miało miejsce w przypadku Gvyara. Nie jestem dzieckiem, któremu można wmówić byle co.
A teraz może naszym przyjaciołom - odwróciła się do Krigera i Viladana - przedstawię pozostałych. To jest Salwan - arcykapłan - wskazała na starca, który poprzedniego dnia powitał ich u bram miasta. - To Naer - tym razem skierowała się w stronę sąsiada Salwana, siwowłosego mężczyznę w granatowej szacie. - Rives i Korhanan - wskazała dwóch kolejnych, nieco młodszych urzędników. Jeden z nich był brunetem o krótko ściętych włosach, drugiemu tylko nad uszami sterczały rzadkie resztki jasnych włosów. - Odpowiadają za politykę wewnętrzną, finanse i inne wam niepotrzebne sprawy. Te panie zaś - stanęła za krzesłami zajmowanymi przez kobiety - to Chiran Ver-Sana, dowódca wojsk i Ranea Falc-Toran, dowódca Gwardii. Moje dwie prawe ręce.
Kriger popatrzył na tę, którą królowa nazwała Raneą. Cały czas nie mógł się pozbyć wrażenia, że kogoś mu przypomina ta dziewczyna. Pomijając fakt, że była bardzo podobna do Atli... I to nazwisko...
- Ran to moja córka - usłyszał głos Gvyara.
Zmroziło go. No tak... Coś błysnęło w jej oczach, kiedy generał się odezwał. Spojrzała na niego z dumą. Potem przeniosła wzrok na Krigera. Odniósł wrażenie, że go wyzywa. Tylko skinął jej głową, jak wojownik wojownikowi.
- Skoro już wszyscy się znamy, musimy przedyskutować sytuację, która zaistniała - Atli usiadła u szczytu stołu. - Sytuacja wygląda tak, że rozwścieczyliśmy Imperialnego lwa, który na pewno nie pozwoli sobie grać na nosie. Musimy się zastanowić, co zrobić. Od naszej ucieczki minęły dwa tygodnie. Vren na pewno zwołał już wszystkich swoich dowódców i obmyśla, jak się do nas dobrać... - Nie - przerwał jej Kriger. Jego spokojny ton zabrzmiał wręcz złowieszczo.
- Proszę? - królowa zwróciła na niego spojrzenie zdolne powalić oddział ciężkiej jazdy.
- Znam mojego brata. Nie poprowadzi ataku na Ravlyn, nie teraz. Pierwsze co zrobi, to wyśle gońców na Wyspy do króla Wulfgara i do stolicy do swoich zaufanych ludzi, żeby zlikwidowali Gvyanora. Wyspami bym się nie przejmował, droga tam trwa ponad dwa tygodnie ze stolicy. Gorzej będzie, kiedy dostanie wiadomość z Isaral. Gdy dowie się, że chłopca od dawna tam nie ma, wtedy się wścieknie i zaatakuje. Mamy jakieś półtora tygodnia na ustawienie defensywy. A biorąc pod uwagę obecną sytuację, nie mamy szans obronić całego Pogranicza. Musimy się skupić na najbardziej strategicznych punktach obrony...
- Czy ty się trochę nie zagalopowałeś, książę? - spytała Atli tonem, od którego ciarki przechodziły po plecach. - To chyba mój kraj, moje wojsko i mój przeciwnik. Twierdzisz, że lepiej ode mnie pokierujesz obroną tego kraju?
- Nie takiego nie powiedziałem. Ja tylko mówię, co zrobi mój brat. Bo znam go chyba trochę lepiej od ciebie, pani - Kriger popatrzył spokojnie na królową, ale tylko Skrzydlaci znali cenę tego spokoju.
Gvyar z Salwanem wymienili spojrzenia. Generał splótł dłonie i zasłonił cisnący mu się na usta uśmiech. Arcykapłan opuścił głowę i też oparł się na ręce. Ramiona zadrżały mu od tłumionego śmiechu.
- Co jest takie zabawne, panowie? - usłyszeli głos Atli.
Mężczyźnie popatrzyli po sobie, tłumiąc uśmiechy. Już żaden nie ukrywał twarzy, chociaż opanowanie rozbawienia przychodziło im z wyraźnym trudem.
- Pani, jeszcze nic się dobrze nie zaczęło, a już nie możecie dojść do porozumienia - Salwan rozłożył ręce. - Wasza Wysokość, nie odbierz tego jako zarzutu, ale książę ma rację. Lepiej zna swojego brata, więc radziłbym go wysłuchać.
- To podrywanie mojego autorytetu - Atli wstała i pochyliła się nad stołem. - Nie zostało tu powiedziane nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby cię obrazić. Powściągnij swój gniew, Wasza Wysokość i spokojnie zastanówmy się, jak wykorzystać fakt, że wśród nas są ludzie, którzy całe życie spędzili w imperialnej armii - Gvyar poparł arcykapłana.
- Od moich ludzi żądam bezwzględnego posłuszeństwa -oświadczyła lodowatym tonem kobieta. - Skończyły się czasy, kiedy każdy mógł robić, co uważał za stosowne. Jeśli wydam rozkaz ma on zostać wykonany bez słowa sprzeciwu. Czy to jasne?
Viladan i Kriger jak na komendę odwrócili się w jej stronę.
- Nie jesteśmy twoimi ludźmi, pani - powiedział zimno Nort wstając z miejsca. - i nie zamierzamy nimi być. To, że podstępem przywlekłaś nas tutaj do niczego cię nie uprawnia.
- Jesteście zdrajcami, czy tego chcecie, czy nie. Służba Ravlynowi to wasza jedyna szansa - Atli popatrzyła na nich obojętnym wzrokiem.
- Nie jedyna. Jeszcze możemy wrócić z podkulonymi ogonami do mojego brata - Kriger stanął koło Nort. - A właściwie, to nie tyle z podkulonymi ogonami, co z radą Ravlynu na postronku. Łącznie z jego królową...
- Grozisz mi? - królowa oparła dłonie na stole i pochyliła się w kierunku Wyspiarza. - Nie dojechalibyście nawet do bram miasta. Więcej, nawet z tego pałacu byście nie wyszli - uśmiechnęła się triumfująco.
Rada zamarła.
- Kriger... - Viladan oparł dłoń na ramieniu Wyspiarza, ale ten nawet nie zwrócił to uwagi.
- Ostrzegam... Żaden z nas nie jest dzieckiem. Każdy ma na swoje rozkazy własnych ludzi. Nie zrobisz z nas swoich zabawek.
- A kim ty jesteś, żeby tak się do mnie odzywać? - Atli mocniej oparła się na blacie.
- A kim ty jesteś, żeby dyktować mi, co mam robić? - Kriger pochylił się w jej stronę.
Dwa spojrzenia starły się ze sobą.
- Zdrajcą własnego narodu - powiedziała Atli. Po spojrzeniu księcia wiedziała, że trafiła w czuły punkt. - Od chwili, kiedy zacząłeś współpracować z Gvyarem, sprzedałeś się na moją służbę.
- Jeszcze wczoraj nic o Gvyarze nie wiedziałaś, wiec teraz nie wmawiaj mi, że mam wobec ciebie jakiekolwiek zobowiązania.
Aj, zabolało. Wiedział, co robi.
- Gdybym chciała znać wszystkich moich szpiegów, to bym chyba musiała sobie to zapisać, żeby się nie pogubić.
Zły argument. To zaczynało brzmieć jak licytacja.
- Co chcesz osiągnąć, pani? Bo na pewno nie to, że z radością oddamy ci się na służbę - odezwał się Viladan.
Twarz królowej przybrała kamienny wyraz. Kobieta odetchnęła i zamilkła na moment.
- Źle zaczęliśmy - usiadła. - Uspokójcie się, proszę - wyciągnęła ręce do Nort i Wyspiarza. - Nie miałam zamiaru was obrażać, ani wam grozić. Puśćmy w niepamięć to, co było i zacznijmy od nowa. Od tego, że wszyscy jesteśmy w beznadziejnej sytuacji. Ravlyn, bo nie dał się podbić. Ja, bo jestem jego królową. Wy, bo zdradziliście. Tylko działając razem mamy jakiekolwiek szanse.
Nort i Wyspiarz wymienili spojrzenia. Kriger tylko wzruszył ramionami i odchylił się na oparcie krzesła. Spojrzał za okno.
- Czego od nas właściwie oczekujesz? - spytał Viladan.
- Pomocy. Jako taktyków, jako dowódców. Moja armia jest przetrzebiona, straciłam wielu dowódców. Ravlyn potrzebuje silnych ludzi - popatrzyła na Krigera. - I bohaterów - odwróciła się do Viladana. - Jeżeli teraz odejdziecie, mój kraj stanie się kolejną częścią Imperium. A tak, mamy szansę nie tylko obronić Ravlyn, ale może nawet wyzwolić inne prowincje. Proszę, nie zawiedźcie mnie. Czy chcecie mnie o coś zapytać?
- Jaka gwarancja, że ich nie wydasz? - zapytał Gvyar.
Królowa spojrzała na starego generała urażonym wzrokiem.
- Ja nie porzucam sprzymierzeńców.
- Ale nie wahasz się nazwać ich zdrajcami - powiedziała cicho Nea.
- Nie prowokuj mnie, Ran - Atli spojrzała na kuzynkę.
- Nie robię tego. Stwierdzam fakt.
- Jeżeli powiedzieliście już wszystko, co chcieliście, to ja też skończyłam. Dziękuję wam, że przyszliście. A was - spojrzała na Viladana i Krigera - proszę, żebyście nie odbierali mnie jako kogoś, kto chce ograniczać waszą wolność. Przemyślcie spokojnie to, co dziś usłyszeliście. Mam nadzieję, że nasze następne spotkanie będzie bardziej przyjazne. Wybaczcie mi teraz, ale mam kilka spraw do załatwienia.
Zebrani wstali. Członkowie rady skłonili się i wyszli. Viladan i Kriger podążyli za nimi.
- Viladanie... Książę...
Odwrócili się słysząc głos Atli.
- Nie sądźcie mnie zbyt pochopnie. Nie tylko wy znaleźliście się w trudnej sytuacji.

Drzwi królewskiego gabinetu zamknęły się za nimi i Viladan z Krigerem zostali sami na korytarzu.
- Trudna sytuacja - prychnął Wyspiarz. - Co ona sobie myśli? - podszedł do okna i oparł się o futrynę.
- Jest skołowana - powiedział bez przekonania Nort.
- Bronisz jej? - książę spojrzał na towarzysza.
- Nie. Stwierdzam fakt - Vila założył ręce na piersi i spuścił wzrok na podłogę. Wypolerowany marmur był tak gładki, że niemal mógł się w nim przejrzeć.
- Teraz rozumiem, dlaczego Vrenowi tak łatwo poszły pierwsze miesiące wojny - w głosie Krigera zabrzmiało udane zdumienie. - Bardzo dużo tutaj ludzi stwierdzających fakty, nikt natomiast nie zajmuje się jakąś bardziej kreatywną pracą. Na przykład zaplanowaniem logicznej obrony tego kraiku, który można przykryć obrusem na stół w królewskiej jadalni w Isaral - wskazał ręką za okno.
- Zajmiemy się - westchnął Viladan. Podniósł dłonie do skroni, bo ból nie chciał ustąpić. br> - Po co ona cię wczoraj zabrała?
- Nie uwierzysz jak ci powiem, książę...
- Koniec - Wyspiarz odepchnął się od ściany i zdecydowanym krokiem podszedł do towarzysza. - Nie mamy co prawda nic do picia, ale może wreszcie zaczniesz się do mnie zwracać tak, jak prosiłem. - Wyciągnął dłoń. - Kriger.
- Viladan - Nort ujął rękę księcia. Mocny uścisk jego dłoni w jakiś sposób uspokoił skołowanego wojownika. ?- Zabrała mnie, żeby mi pokazać księgę, która od tysiąca lat nie istnieje i oświadczyć mi, że jestem ich bohaterem narodowym.
Książę pokiwał głową.
- Twoje szczęście.
- Chyba pech... Szczęście to ty masz.
- Tak sądzisz? - Kriger dotknął splecionych włosów.

Napisała: VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl