Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"Wieńczony Ogniem" - Część IV

Napisała: VanEo

Viladan

Rozdział Czwarty


Vren przeczytał jeszcze raz napisany przed chwilą list. Zalakował wiadomość i odbił swoją pieczęć. Zawołał posłańca. Żołnierz w momencie pojawił się w namiocie. Król podał mu list.
- Do rąk własnych Wulfgara, króla Północnych Wysp. Jak najszybciej.
Popatrzył za gońcem. Wiadomość dotrze na Wyspy za jakieś trzy tygodnie. A co będzie potem... To już go nie interesowało...
Musiał napisać jeszcze jeden list. Prawdopodobnie ważniejszy. Sięgnął po pióro i pergamin. Nie lubił szafować wyrokami śmierci. Nabijanie na pale, rozrywanie końmi, czy ścinanie głów zawsze było imprezą publiczną, a jego ten widok po prostu nie bawił. Skazańcy skamlący o łaskę przyprawiali go o niesmak, a rzadko zdarzał się ktoś, kto przyjąłby śmierć z podniesionym czołem.
Tym razem jednak chodziło o brata zdrajcy i nieważne było, że ma on tylko dziesięć lat. Słowo się rzekło. Lojalność w zamian za życie. Była zdrada, będzie śmierć.
- Creer!
Dowódca Najemników zjawił się niemal natychmiast.
- Zawieziesz ten rozkaz do Isaral, a potem osobiście dopilnujesz jego wykonania.
- Tak jest.
- Pamiętaj. Spartaczysz - umrzesz.
Najemnik skinął głową i wyszedł.

Konie szły wolno górską ścieżką. Gvyanor ciekawie rozejrzał się dokoła. Poszarpane górskie szczyty otaczały ich ze wszystkich stron. Jeszcze nigdy nie był w górach, więc widok oszołomił go do tego stopnia, że nie słyszał, co się do niego mówi. Wpatrywał się w majestatyczne granie, które ciągnęły się aż nad chmury. Wierzchołki lśniły srebrzyście, bo pomimo pełni lata panującego na nizinach, pokryte były śniegiem. Cienie kładły się u podnóży, pięły żlebami w górę. Skalne ściany tu i ówdzie lśniły srebrzystymi wstążkami wodospadów i strumieni. Ciemnozielone świerki i sosny porastały zbocza. Mgła wisiała między wierzchołkami drzew. Powyżej linii lasu soczysta zieleń hal przechodziła w szaro-białe gołe skały, po których tylko kozice odważały się biegać. W powietrzu unosił się zapach żywicy, a wiatr niósł skwir drapieżnych ptaków.
Nea podprowadziła konia do Sigurda.
- Do Ravanu już tylko jedna przełęcz. Będziemy pewnie jeszcze przed południem.
- Nie sądziłem, że w tych górach istnieją takie ukryte doliny - Wyspiarz popatrzył na dziewczynę.
- Jest ich kilkanaście. Zwykle mają strome ściany i nierówne dno wyżłobione przez rzekę. Niewiele nadawało się do zamieszkania. Większość jest zbyt głęboka, by słońce docierał do samego dna nawet w lecie. Nie da się tam nic uprawiać. Co najwyżej owce można hodować, ale to wszystko. Ravan jest pod tym względem wyjątkowy - zbudowano go na naturalnej terasie. Od wschodu i południa szczyty są niższe, więc nie ma tyle cienia i zimna, ile mogłoby się wydawać. Wręcz przeciwnie. Zresztą, sami zobaczycie, kiedy dojedziemy.
Wjechali na ostatni przesmyk. Pięli się do góry, aż dotarli do najwyższego punktu. Od niego ścieżka schodziła w dół do zielonej doliny otoczonej monumentalnymi szczytami. Na jej dnie i jednej ze ścian wznosiło się miasto, przytulone do urwiska. Gdyby stało na równinie, jego wysokie mury robiłyby imponujące wrażenie. Tutaj jednak w porównaniu z ogromem gór wszystko było mniejsze. Masywne, wieńczone blankami fortyfikacje niknęły u podnóży masywu. Główna wieża zamku wystrzelała w niebo, ale wyglądała tylko jakby chciała naśladować dumne szczyty piętrzące się dokoła.
Gvyanor aż otworzył usta ze zdumienia. Od kilku dni próbował sobie wyobrazić, jak wygląda stolica. To co zobaczył przerosło jednak jego fantazje. Miasto-twierdza wyglądało jakby wyrastało z korzeni świata. Jakby było częścią otaczających go gór. Delikatna mgiełka zalegająca na dnie doliny sprawiała, że Ravan wyglądał, jakby unosił się w powietrzu. Do bramy wiodła jedna droga, najpierw przez dolinę, potem do podgrodzia i w końcu długą groblą do bramy twierdzy. Miasto spoglądało na południe, ku otwartemu między górami przejściu.
- Jak tu pięknie - wyszeptał chłopiec.
- Wiedziałam, że ci się spodoba - Nea podjechała do niego. - Nie traćmy czasu.

Kawalkada jeźdźców i pieszych podążała leśnymi ścieżkami w stronę gór. W prawie całkowitej ciszy starej puszczy słychać było przyciszone głosy, czasem ktoś się zaśmiał, ale większość wcale się nie odzywała. Do Ravanu zostało kilka dni drogi, które chcieli mieć za sobą. Ravlyni marzyli tylko o tym, żeby schronić się za murami twierdzy. Choć raz zasnąć w spokoju, z przekonaniem, że następnego dnia obudzą się i nie będzie żadnej wrogiej armii po drugiej stronie fortyfikacji.
Wyspiarze i Nort z kolei zastanawiali się, co ich czeka. Trzystu pięćdziesięciu obcych nie czuło się zbyt komfortowo na nieznanym terenie, wśród żołnierzy, którzy jeszcze kilka dni temu byli ich wrogami. Podczas gdy Ravlyni zachwycali się pięknem swojej krainy, a ci którzy pierwszy raz mieli zobaczyć stolicę otwarcie okazywali swój entuzjazm, byli podwładni Imperium nie mogli opędzić się od ponurych myśli. Na którymś popasie Frey nawet odważył się wyrazić głośno swoje wątpliwości... by po chwili zamilknąć w pół słowa pod spojrzeniem Krigera.

Gvyar przeciągnął się w siodle i rozejrzał dokoła. Wracał do domu po prawie dwudziestu latach dobrowolnego wygnania. To było jak... Nie potrafił tego ująć w słowa. Czuł się, jakby narodził się na nowo. Przez te dwadzieścia lat wyobrażał sobie, jak będzie wyglądał jego powrót. Liczył się z tym, że może nigdy nie wróci. Nigdy jednak nie przyszła mu na myśl sytuacja taka jak ta - powrót na czele armii, z której znaczną część stanowiły oddziały "tej drugiej strony". Roześmiał się sam do siebie. Jak dobrze było wrócić do domu. Popatrzył znów po otaczającym go lesie. Obrócił się do tyłu i dostrzegł Wyspiarzy kilka kroków za sobą. Kriger szedł na ich czele prowadząc konia za uzdę. Zbliżył się do generała. Stary wojownik popatrzył na niego z wysokości grzbietu swojego wierzchowca.
- Czemu idziesz na piechotę? - spytał.
- Bo mam dość jazdy wierzchem na najbliższe sto lat. Wszystko bym oddał za mojego kota - książę nawet nie próbował udawać, że jest w pogodnym nastroju.
Zmęczenie i długa droga nawet jemu dały się we znaki. Nieogolony, z niedbale związanymi włosami i w pomiętym ubraniu bardziej przypominał leśnego rozbójnika niż dowódcę armii. A księciem nie nazwałby go nawet największy romantyk. Generał uśmiechnął się. Chłopak był twardy... To dobrze.
- Miękniesz, chłopcze. Dwa lata na Pograniczu i tęsknisz za swoim pupilkiem? - mrugnął porozumiewawczo do towarzysza.
- Ten pupilek rozszarpałby bez najmniejszych problemów dziesięć koni - skrzywił się Kriger.
- Żałuję, że ich nie widziałem w akcji. Kocia szarża, to dopiero byłby widok - roześmiał się stary.
- Może zobaczysz. Ale nie przyszedłem do ciebie, żebyś robił sobie żarty - w głosie księcia zabrzmiało znużenie.
- Nic się nie zmieniło - Gvyar uprzedził jego pytanie. - Nie wchodzą sobie w drogę. Udają, że się nie widzą. Słowem unikają konfrontacji i uważam, że tak jest lepiej. Jeśli teraz skoczą sobie do oczu, to będzie katastrofa.
- Zaczęli się żreć, zanim cokolwiek się zaczęło - Wyspiarz zamyślonym wzrokiem popatrzył na dwie wysokie sylwetki na czele. - Ciekaw jestem, co z tego wyjdzie. Czy ty wiesz cokolwiek? Po co ona tak naprawdę go potrzebuje? Dla mnie to wszystko powoli zaczyna tracić sens...
- W Ravanie wszystko się wyjaśni. Okaż cierpliwość.
Kriger rzucił Gvyarowi ironiczne spojrzenie.
- Dojedziemy na miejsce, a ona postawi go przed księgą z przepowiedniami, pokaże odpowiednią stronę, a tam będzie jego portret, opromienionego blaskiem boskości. Nigdy nie wierzyłem w bajki, wybacz.
Starzec wybuchnął śmiechem. Tak serdecznym, że książę poczuł się nieswojo.
- Zacznij zarabiać jako prorok. To całkiem dochodowe zajęcie - Gvyar pochylił się i poklepał go po ramieniu.
- Skrzydlaci, jak dobrze, że mnie nie grozi życie wybrańca. Jak dobrze, że jestem zwykłym człowiekiem - westchnął Wyspiarz.
- Pamiętaj, że wybrańcowi zawsze towarzyszą inni wybrańcy - stary generał pokiwał głową. Spojrzenie jakie dostał w odpowiedzi powaliłoby doborowy oddział jazdy.
- Nie patrz na mnie tak brzydko, chłopcze. Przeznaczenie jest najbardziej nieczułym stworzeniem, jakie istnieje na tej ziemi.
Kriger popatrzył pod nogi. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak, jak teraz. Jak dziecko zostawione samo w obcym miejscu... Wypadki ostatnich dni uleżały mu się w pamięci i mógł spojrzeć na nie względnie bez emocji. Powoli docierało do niego, na co tak naprawdę się zdecydował. Nie bał się odpowiedzialności. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, że mogłaby go dosięgnąć sprawiedliwość jego brata. Skoro jedenaście lat temu nie zadziałała, to niby czemu miałaby zadziałać teraz? Chociaż... Vren już pewnie wysłał list na Wyspy. No cóż, czekało go w najlepszym razie wydziedziczenie, w najgorszym wyrok śmierci za zdradę narodu. Pierwsze wyjście było mało bolesne. Potrafił o siebie zadbać, nie bał się ubrudzić sobie rąk. Ale życie jako banita czujący na karku oddech łowców nagród... Podniósł głowę i popatrzył na zielony las ciągnący się po obu stronach drogi. Dostrzegł lisa przemykającego między krzakami. Czujne zwierzątko na moment przystanęło i wpatrzyło się w długi szereg ludzi pnących się traktem pod górę. A potem smyknęło między drzewa błyskając rudozłotym ogonem.

Atli zerknęła kątem oka na Viladana. Nort jechał obok niej, w bezpiecznej odległości. Znowu poczuła tę niepohamowaną złość. Ilekroć na niego popatrzyła miała ochotę udusić go gołymi rękami. Może gdyby mu powiedziała, kim jest... Nie, to by nic nie zmieniło, nie nabrałby szacunku. Wręcz odwrotnie.
Zastanawiał ją i irytował jednocześnie. Przecież wiedział, na co może liczyć. Nie, nieprawda. Skłamała sama przed sobą. Nie wiedział, że jego brat jest bezpieczny. O ile jest... Myśli dziewczyny pognały w stronę Chiran i Nei. Wysłała je tak naprawdę bez żadnego przygotowania. Tylko rzuciła hasło i gdzie mają jechać. Szlag. Wszystko się wali. Jeśli nie dojechały... Jeśli się minęli... Jeśli zginęły... Jeśli tamci zginęli... Jeśli w ogóle nie wydostali chłopca z niewoli...
Znowu zerknęła na wojownika. Przezierające przez listowie słońce igrało na rudych włosach. Z dumnie wyprostowanej sylwetki biła siła woli. Czy jego brat był taki sam? Głupie pytanie. Przecież jeszcze był dzieckiem. Ale po Nort przecież wszystkiego można się było spodziewać. Skoro starszy brat był taki, to dlaczego młodszy miałby być inny.
Viladan całą siłą woli powstrzymał się, żeby nie odwrócić twarzy. Znowu poczuł na sobie spojrzenie Atli. Jak nie przestanie, to coś jej powie i wcale nie będzie to ostrzeżenie przed zezem. Bezczelna. Zachowuje się jak królowa. Jeśli Gwardzistki są takie, to jaka była ich pani. Wolał nie myśleć. Pewnie żądała, by rozkładać jej czerwony dywan gdziekolwiek się udawała, a z komnaty do komnaty nosić się w lektyce.

Nea zeskoczyła z konia tuż przy schodach prowadzących do zamku. Starsi schodzili jej naprzeciw. Gwardzistka przyklękła przed nimi.
- Czcigodni.
- Wstań, dziecko - Salwan położył jej dłoń na ramieniu.
Nea podniosła się.
- Mam wieści.
- Chodźcie - odwrócił się do Chiran i Wyspiarzy. - Porozmawiamy w środku.
Weszli do pustego wielkiego hallu. Ich kroki rozbrzmiewały echem między kolumnami i pod wysokim, rzeźbionym sklepieniem. Z wąskich okien wpadał do środka blask słońca znacząc się jasnymi plamami na podłodze. Wzory ułożone z kolorowego marmuru splatały się jak żywe. W wnękach na cokołach stały rzeźbione w białym kamieniu posągi. Dawni władcy, bohaterowie legend i sag spoglądali spokojnym wzrokiem na ogromną salę. Kiedyś wypełniał ją gwar głosów, śmiech. Słychać było szelest szat uszytych z drogocennych materii i tupot kroków setek ludzi. Teraz hall stał pusty. Nie było dworzan, strażnicy zniknęli ze swoich zwykłych miejsc pod kolumnami. Wojna zabrała większość ludzi, którzy zwykle wypełniali salę.
Salwan szedł powoli patrząc smutno po zimnych marmurach wnętrza. Schował dłonie w szerokich rękawach płaszcza, czując chłód bijący od zimnych, kamiennych ścian.
- Mów - spojrzał na Gwardzistkę kątem oka.
- Armia rozbita - zaczęła dziewczyna. - Rozproszyła się po Pograniczu. Zostały nam dwie twierdze. Reszta albo w rękach Imperialnych, albo w ruinie. Ostatni spalili zamek Idred nad jeziorem Tanai niedaleko Sokolich Skał. Od tamtego czasu nie zajmowali się już fortyfikacjami.
W odpowiedzi usłyszała wstrzymywane oddechy, zduszone okrzyki. Widać wieści z frontu przychodziły do stolicy z opóźnieniem... albo wcale. Idred spłonęła zeszłej jesieni...
- Przecież Falc... - mężczyzna zatrzymał się i odwrócił do gwardzistki.
- Tak, wszystko było jak trzeba, ale do Imperialnych dołączyli najemnicy. Było nas za mało. Roznieśli nas. Prawie połowa poległa w ostatniej bitwie. Druga połowa trafiła w większości do niewoli.
Salwan uniósł rękę, uciszając towarzyszy, którzy znowu zaczęli szeptać między sobą.
- Ile was zostało? - zapytał.
- Jakieś pięć tysięcy z tych, którzy walczyli bezpośrednio z Imperialnymi. Vren ma cztery razy tyle. Ale nie wiem, co z resztą naszych sił. Pogranicze jest duże. Sporo naszych żołnierzy stacjonowało w leśnych kryjówkach - spokojnie odpowiedziała dziewczyna, ale Starszy wolał się nie zastanawiać ile ją ten spokój kosztował.
- A Valeer? Co z nią?
- Żyje. Przynajmniej ja nie widziałam, żeby coś się jej stało. Była w niewoli. Przeciągnęła Nort na naszą stronę. Wyspiarze też się zbuntowali. Podpalili obóz. Nie wiem, czy udało im się uciec.
Salwan aż otworzył oczy ze zdumienia.
- Książę Imperium zdradził swojego brata - dziewczyna popatrzyła na Starszego.
- Falc wspominał, że zdobył potężnego sprzymierzeńca, ale nie sądziłem, że aż tak wysoko. Kriger Hargaan po naszej stronie... A to dziecko? - mężczyzna odwrócił się i wskazał na Gvyanora, który z zaciekawieniem rozglądał się po sali.
- To brat Viladana z Nort. Miałyśmy go tu przywieźć, żeby był bezpieczny. Inaczej Nort nie przeszliby na naszą stronę.
- Jaśniej, Nea. Jaśniej.
- Nort są zakładnikami Imperium. Żeby nie wybuchło tam powstanie. Sformowano z nich oddział...
- Tyle wiem od Falca. Co z tym dzieckiem?
- To brat dowódcy. Był gwarantem, że Viladan nie zdradzi. Gdyby tak się stało, małego czekałaby śmierć. Więc Falc wydobył go z rąk Imperatora i teraz my go mamy. Nic nie stoi na przeszkodzie do buntu w szeregach - gwardzistka wzruszyła ramionami.
- Więc Nort wiedzą, co się stało?
- Nie. Viladan nawet się nie domyśla. Valeer go postawiła przed faktem dokonanym. Pewnie teraz nie chce na nią patrzeć, bo jest przekonany, że zabiła małego. Nie powiedziała mu.
- Cała ona. Najpierw rób, potem pytaj. Gdyby Bryss ją widziała... - Salwan pokręcił głową w smutnym zamyśleniu.
- Królowa Valeer...
- Wiem - starzec spojrzał na dziewczynę - była taka sama. Zupełnie jak ich ojciec. Tyle, że on się nauczył rozsądku, a one... Ech, do czego doszło.
- Starszy, możliwe, że armia Imperium pójdzie za nimi. Imperator nie pozwoli tak sobie grać na nosie. To nieustępliwy człowiek. A jeszcze teraz będzie go gnać żądza zemsty. W końcu jego ukochany brat okazał się zdrajcą.
Salwan pokiwał głową.
- Z jednej strony to straszne, bo brat zdradził brata. Ale z naszego punktu widzenia to same korzyści. Wyspy to potężne królestwo. Gdyby udało się przekonać króla Wulfgara do naszej sprawy, byłby cennym sprzymierzeńcem.
- Ale dzieli nas od niego całe Nort, całe Imperium i kawałek oceanu. Przefruniemy? - Nea założyła ręce na piersi.
Starzec uśmiechnął się pod nosem. Cały Falc... Choćby chciał, córki się nie wyprze.
- A poza tym - dodała dziewczyna - wątpię, by Imperator zostawił bez odzewu zdradę swojego brata. Na pewno wysłał już na Wyspy odpowiednie papiery. Może i dałby się dla księcia Krigera pokroić w plastry, jak to niektórzy barwnie określają...
- Niektórzy w osobie twojego ojca - rzucił Salwan.
- ...ale wiarołomstwa nie odpuści. Z resztą wcale bym się mu nie dziwiła. Ukochany młodszy brat, oczko w głowie, nagle zwraca się przeciwko niemu. Król Wulfgar na pewno już o wszystkim wie - wojowniczka rozłożyła ręce.
- Wiesz co, Nea, kiedy twój ojciec przejdzie w stan spoczynku...
- Chcesz powiedzieć, jak go zabiją - poprawiła wojowniczka.
- Kiedy przejdzie w stan spoczynku, to chyba ciebie wyślemy, żebyś zajęła jego miejsce.
- Jako kto? - prychnęła dziewczyna. - Jako podręczna Imperatora? U nich kobiety w armii nie służą.
- Niekoniecznie w armii...
- No jasne - dziewczyna skrzywiła się. - Do zamtuza lepiej pasuję, co?
- To ty powiedziałaś - Salwan podszedł do chłopca. - Pójdziesz ze mną, młody człowieku? Gvyanor popatrzył na niego podejrzliwie.
- Dokąd? - spytał.
- Do twojego pokoju. Musimy ci jakiś znaleźć. Przyznam, że swoim przybyciem sprawiłeś nam niezła niespodziankę. To jak? - Starszy wyciągnął rękę do chłopca. - Idziemy?
Gvyanor obejrzał się na wojowników, którzy stali obok niego. Ta pani żołnierz, Nea, okazała się całkiem sympatyczna. A z tym człowiekiem chyba się lubili. Chłopiec popatrzył na wyciągnięta do niego dłoń. Starzec miał szczupłe, ale nie żylaste ręce. Raczej nie przypominały dłoni złego czarnoksiężnika. Ujął rękę niepewnie.
- Świetnie - uśmiechnął się Salwan i poprowadził chłopca w stronę drzwi w głębi sali.
Nea popatrzyła za odchodzącymi. Chiran podeszła do niej.
- I pomyśleć, że od tego dziecka tyle zależy... - powiedziała cicho.
- I tak nie będą wiedzieć, że tu jest. Beznadziejna sytuacja - Ranea założyła ręce na piersi i przejechała czubkiem buta po posadzce.
- Nie wyobrażam sobie tego.
- Czego? - Nea odwróciła się do przyjaciółki.
- Przecież tego małego wychowywali obcy ludzie. Gdyby chociaż byli życzliwi. A to byli zaufani Imperatora. Nie wierzę, by po cichu sympatyzowali ze zbuntowanymi prowincjami - w głosie Chiran brzmiały gniewne nuty. - Założę się, że wychowano go w nienawiści do własnego narodu, a w uwielbieniu dla Imperium. Gdyby było inaczej, to jego wychowawcy byliby ostatnimi głupcami. Przecież to tylko małe dziecko. Z łatwością można je ukształtować tak, jak się chce.
- Tak bywa. Ale raczej skłaniałabym się ku temu, że ten mały sam sobie wypracował poglądy. Nie wygląda na głupiego. A jeśli jeszcze pozwalali mu spotykać się z bratem, to Viladan na pewno wychował go po swojemu - Ranea ziewnęła. - Chodź. Nie wiem jak ty, ale ja się muszę przespać. Naszych towarzyszy już odprowadzili do koszar. A ja, jeśli zaraz się nie położę, usnę na stojąco - skierowała się w stronę drzwi.
- Nie pójdziesz do domu? - spytała ją Chiran.
- Mama myśli, że jestem na froncie. Nie chcę jej z samego rana nachodzić. Pójdę wieczorem.
- Widziałam w obozie twojego ojca...
Gwardzistka zatrzymała się. Odwróciła i spojrzała na towarzyszkę broni.
- Nie mów o moim ojcu.

Mira zeszła do hallu, kiedy służąca zawiadomiła ją, że przybył królewski posłaniec. Mężczyzna był Najemnikiem, pamiętała go. Creera ciężko było nie zapamiętać. Z tą szramą przecinająca twarz niemalże na pół wyglądał jak jakiś zabijaka łupiący ludzi po traktach, a nie gwardzista Imperatora.
- Królewskie rozkazy - powiedział Najemnik podając jej pismo opatrzone królewską pieczęcią.
- Czy wyście poszaleli? - spytała zirytowana kobieta skończywszy czytać list. - Przecież mały pojechał na pogranicze ponad dwa tygodnie temu. Zgubił wam się po drodze?
- Co takiego? - zapytał żołnierz. Bardzo spokojnie.
- Gvyanor pojechał na królewski rozkaz osiemnaście dni temu na Pogranicze. Przecież Imperator jest młodym człowiekiem. Nie powinien mieć problemów z pamięcią - Mira skrzywiła się z dezaprobatą.
- Uważaj, co mówisz kobieto - zagroził jej gwardzista.
- Chłopca tu nie ma. Wyspiarze go zabrali.
- Wyspiarze?!
- Przyjechali tu z listem od Imperatora, żeby zabrać dzieciaka. Była pieczęć i podpis to go im wydałam.Co miałam zrobić? Sprzeciwić się woli Imperatora? - kobieta rozłożyła ręce.
Creer nawet się nie pożegnał. Odwrócił się i wyszedł. Wskoczył na konia i pognał przez miasto do kwatery kurierów. Zmienił konia i skierował się z powrotem na Pogranicze.

Spojrzenie posłańca padło na wznoszący się nad portem zamek. Wysokie mury i wieże zdawały się wyrastać wprost ze skały, na której je wzniesiono. Potężna budowla trwała nad miastem niczym milczący obrońca, ostro odcinając się od jasnego, północnego nieba. Masywne fortyfikacje z miejscowego kamienia wtapiały twierdzę w nadmorskie skały. Gdyby nie gładkość murów nie dałoby się ich odróżnić od skał. Łupkowe dachówki lśniły w słońcu. Granatowe proporce powiewały na wietrze. Wyhaftowane na nich srebrne koty poruszały się jak żywe, prężąc się do skoku. Mężczyzna przez moment stał wpatrzony w zamek, po czym chwycił podprowadzonego mu konia i pognał ulicami na szczyt klifu.
Przed bramą twierdzy stało czterech strażników. Wysokich, jasnowłosych mężczyzn w kolczugach do kolan i granatowych tunika z haftem identycznym jak na proporcach. Przy szerokich, plecionych z metalu pasach wisiały długie miecze. W dłoniach trzymali włócznie, których groty lśniły w słońcu. Jeden z nich zastąpił mu przybyszowi.
- Do jego wysokości króla Północnych Wysp. Posłanie od Imperatora - kurier pokazał zalakowaną wiadomość.
Strażnicy przepuścili go bez jednego słowa. Wjechał za bramę. Olbrzymie wrota były otwarte, brona podniesiona. Tutaj żadna wojna nie miała wstępu od ponad dwustu lat. Miasto pozostało niezdobyte nawet podczas najazdu piratów przed sześćdziesięciu laty. Dziedziniec był zatłoczony. Słudzy, pachołkowi i stajenni biegali we wszystkich kierunkach spełniając polecenia swych panów. Ze stajni pod zachodnim murem właśnie wyprowadzano konie przygotowane prawdopodobnie dla posłańców. Kilku jednakowo ubranych mężczyzn zmierzało szybkim krokiem w ich kierunku. Posłaniec Imperatora zeskoczył z konia. Natychmiast pojawił się chłopak, który odprowadził wierzchowca do stajni. Imperialny przeszedł podwórzec i doszedł do wrót twierdzy. Szerokie schody prowadziły do potężnych odrzwi wykutych w brązie. Na każdym stopniu stało dwóch wartowników. Ubrani byli identycznie jak ci przed bramą. I znowu jeden z nich podszedł do posłańca.
- Posłanie do Jego Wysokości Wulfgara od Vrena, króla Imperium Zachodu, Północy i Południa.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie i z lekkością nieprzystającą do ich rozmiarów. Ku swemu zdumieniu zamiast na korytarz posłaniec wkroczył do wysokiego hallu zajmującego całą szerokość budynku. Filary dzieliły go na trzy nawy. Rzeźbione kapitele wyobrażały głowy zwierząt. Między nimi pod sufitem wisiały sztandary rodów Północy. Na ścianach rozwieszone były gobeliny. Plamy światła na podłodze rozjaśniały pełne półcieni pomieszczenie. Wszędzie wokół stali, pojedynczo lub grupkami ludzie - dworzanie sądząc po strojach, ale było też kilku wyglądających na kupców. Barwny tłumek zachowywał godną podziwu ciszę. Rozmowy toczono przyciszonymi głosami tak, że w sali panował jedynie delikatny szum. W całej tej ciżbie to jednak nie cudzoziemscy kupcy czy eleganccy dworzanie w aksamitach i futrach zwracali największą uwagę.
Na końcu hallu, na podwyższeniu stał tron, ustawiony tak, że pozwalał spoglądać na całą salę z góry. Na nim siedział siwobrody starzec, otoczony ludźmi. Rozmawiał z nimi o czymś. Złota korona opasywała jego skronie. Długie siwe włosy mieszały się futrzanym kołnierzem płaszcza. Po obu stronach tronu i za nim stało sześciu czarno ubranych mężczyzn z zasłoniętymi twarzami. W odróżnieniu od gwardzistów pełniących wartę przy bramach i stojących między filarami ci nie mieli na sobie stalowych zbroi, a jedynie skórzane tuniki bez rękawów. Przedramiona opasywały im masywne karwasze, na których posłaniec dostrzegł błysk metalu.
- Posłaniec Imperatora do Jego Wysokości - powiedział strażnik, który wszedł razem z Imperialnym.
Wszyscy odwrócili się w stronę drzwi. Cofnęli. Król skinął dłonią i wysłannik podszedł bliżej. Przykląkł i podał władcy list. Wulfgar popatrzył na niego spod siwych brwi. Spojrzał na pieczęć. Przełamał lak. Zagłębił się w lekturze. W pewnym momencie jednak spojrzał na Imperialnego.
- Czy kazałem ci klęczeć, żołnierzu? Wstań - powiedział spokojnie.
Wrócił do czytania listu. Za każdą linijką coraz bardziej marszczył czoło. Zgromadzeni odnieśli wrażenie, że treść pisma niezbyt przypadła mu do gustu. W pewnym momencie szeroko otworzył oczy, jakby nie wierzył w to, co widzi. W milczeniu podał pergamin jednemu z doradców.
- Zostawcie nas samych - zwrócił się do obecnych w sali ludzi. Polecenie zostało wydane pewnym tonem osoby przywykłej do wydawania rozkazów.
Król zaczekał aż wszyscy dworzanie opuszczą pomieszczenie. Patrzył za nimi jak wychodzą kłaniając się nisko. Gdy ostatni dygnitarz zniknął za drzwiami odwrócił się do otaczających go gwardzistów. Bez słowa skinęli głowami i cofnęli się o dwa kroki. Król popatrzył na mężczyznę trzymającego list.
- Przeczytaj głośno, bo mnie chyba oczy mamią - powiedział.
Dostojnik popatrzył na pismo.
- My Vren, Imperator... - zaczął przyciszonym głosem, tak by słyszeli go tylko najbliżej stojący.
- Dalej.
- Wiadomość ta...
- Dalej. Drugi akapit.
- W zaistniałej sytuacji - zaczął mężczyzna, ale w następnej chwili głos go zawiódł. Patrzył na list z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia.
- Czytaj dalej - polecił król.
Doradca popatrzył na niego, po czym znowu spojrzał na pismo.
- ...zdrady stanu, krzywoprzysięstwa, sprzyjaniu wrogom naszym i naszego królestwa ogłaszamy brata naszego, Krigera, renegatem ściganym prawem królewskim. Od tej chwili wyrzekamy się również jakichkolwiek więzów z nim nas łączących. Z wielkim żalem ogłaszamy tę wieść, bowiem kochamy naszego brata, jak własne życie, a zdrada ta rani nas podwójnie - jako króla i jako krewnego. Podpisano - Vren, Imperator etc. - przeczytał powoli i niepewnie.
Wszyscy, którzy słyszeli wręcz skamienieli ze zdumienia. Wpatrywali się zaskoczonym wzrokiem to w swego króla, to w list.
- Co to jest? - Wulfgara chwycił kartkę i podetknął posłańcowi. - Co to ma znaczyć? Jakim prawem?
- Panie, wybacz mi. Ja jestem tylko posłańcem - żołnierz przykląkł na powrót. - Miałem tylko dostarczyć wiadomość. Dostałem ją w takiej postaci, jaką doręczyłem. - Spojrzenie Imperialnego mimowolnie pomknęło w kierunku zamaskowanych gwardzistów, którzy jednak stali nieruchomo jak posągi.
- Odejdź, żołnierzu. Poślę po ciebie, gdy przyjdzie czas po temu - król opanował się trochę. Klasnął, a po chwili pojawił się służący. - Odprowadź naszego przyjaciela. Niech dostanie pokój i posiłek. Przebył długą drogę.
Sługa skłonił się i wskazał posłańcowi drogę. Imperialny wycofał się z hallu, a król popatrzył po doradcach.
- Wszystkiemu dam wiarę, ale nie temu - powiedział twardo.
Jeden z dostojników popatrzył na list.
- A jeśli to prawda, Wasza Wysokość? Jakkolwiek by to nie brzmiało.
Wulfgar zmiął kartkę w dłoni.
- Jeśli to prawda, Kriger mi za to odpowie. Nie będzie bezkarnie hańbił swego ludu.
Jeden z doradców, siwowłosy starzec pokiwał głową.
- Panie, jeśli wolno mi cokolwiek powiedzieć...
- Mów, może powiesz coś, co mnie uspokoi - władca oparł czoło na dłoni w geście rezygnacji.
- Wojna na Pograniczu trwa już dwa lata bez przerwy. Walczą nawet w zimie. Książę wcale nie musiał nikogo zdradzać. Wystarczy, że odmówił dalszej walki. Nie wiemy przecież, co się dokładnie stało. Jeśli Kriger tu przyjedzie, wtedy go panie zapytaj. A teraz powściągnij gniew, bo nic nie da jeśli będziesz się denerwował. Książę nie zjawi się na Wyspach od tego. Król zmarszczył brwi. Roderich był jego najbardziej zaufanym przyjacielem. Zawsze służył dobra radą, teraz też.
- Masz rację, przyjacielu. Jak zwykle.

Świt zastał ich na przełęczy. Ravan spowijała mgiełka. Powoli, koń za koniem, człowiek za człowiekiem, armia schodziła na terasę. Słońce barwiło szczyty gór. Nort i Wyspiarze z zachwytem wpatrywali się w miasto. Chorągwie łopotały na wietrze, iglice wystrzeliwały w niebo, a cały gród spowity mgłą wyglądał, jakby unosił się w powietrzu.

Energiczne pukanie wyrwało Salwana z rozmyślań.
- Starszy, armia schodzi z przełęczy - rozległ się głos zza drzwi.
Mężczyzna wstał i narzucił płaszcz. I tak nie spał. Po części z racji wieku, po części przez ostatnie wydarzenia. Wieści o klęsce ich armii uderzyły w niego tak samo, jak w każdego innego Ravlyna. Nea powiedziała co prawda, że udało im się uciec. Że Valeer udało się zdobyć sojuszników. Ale czy udało im się przeżyć? Teraz były tylko dwie możliwości. Albo Valeer wracała, albo Imperialni dotarli aż tutaj. Wyszedł z pokoju i udał się na mury. Gvyanor wystawił głowę zza drzwi. Pobiegł cicho za Starszym. Przez ostatni tydzień zaprzyjaźnił się ze staruszkiem, który okazał się być bardzo sympatyczny. Chłopiec przepchnął się między zebranymi i stanął koło Salwana, gdy ten zatrzymał się by porozmawiać z wartownikiem. Gdy skończył popatrzył na chłopca.
- Dlaczego nie śpisz?
Gvyanor podniósł na niego wielkie, szare oczy.
- Podobno coś się dzieje - powiedział niewinnie.
- Nori, jeśli w tej chwili nie wrócisz do łóżka spuszczę ci lanie - Starszy wyszedł na mur.
- Ale.., - dziecko podążyło za nim.
- Żadnych ale. Już.
- Nie. Chcę zobaczyć - rozległ się zdecydowany sprzeciw.
Salwan odwrócił się i zobaczył jak chłopczyk stoi za nim. Ręce założył na piersi, a na jego buzi malowało się zacięcie. Starzec westchnął.
- Chodź.
Gvyanor podbiegł do niego i wcisnął mu się pod rękę. Starszy otulił go swoim płaszczem. Mimo pełni lata noce w górach były chłodne. Ludzie rozsunęli się robiąc im miejsce. Stanęli przy murze.
Armia zstępowała powoli z przesmyku. Konni, piesi, jeszcze nie do odróżnienia zapełniali z wolna przejście.
- Czy oni przyszli tutaj, żeby zniszczyć to miasto? - Gvyanor popatrzył na Salwana.
- Obawiam się, że tak - cicho odpowiedział mężczyzna.

Napisała: VanEo



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl