Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Ciemność

Szła przez las. Wąska ścieżka prowadziła ją poprzez gęstą puszczę. Paprocie rosły na dróżce, więc musiała uważać, żeby na nie nie nadepnąć. Kochała wszystkie rośliny, ale spotykała się z nimi bardzo rzadko. Tylko od czasu do czasu udawało jej się uciec od Opiekunki i iść do lasu. To był jej dom i nie wyobrażała sobie życia bez niego... Teraz sobie to uświadomiła, teraz, kiedy tego zabrakło. Kiedyś myślała, że po prostu lubi ciszę i spokój, ale to się zmieniło.
Zagłębiała się coraz bardziej w gęstwinę i rozmyślała o ubiegłej nocy. Dużo nie pamiętała. Wtedy czas płynął tak szybko... Wtedy... W ostatnią noc...
To, co wyryło w jej pamięci niezatarty ślad to uczucie paniki, strachu, ale także tryumfu, i właśnie to uczucie przeważało. Przypominała sobie te dziwne słowa wypowiadane przez Opiekunkę nad nią, kiedy spała. Rozważała każdy z trudem przypomniany szczegół. Tak, to wtedy się obudziła. Wtedy, gdy stara kobieta już unosiła nóż żeby wbić go w jej serce. Dobrze się stało, że tego samego wieczora podsłuchała rozmowę Opiekunki Eris z jakimś nieznajomym mężczyzną skrywającym swoje oblicze pod kapturem. Od razu przeczuła, że knują coś niedobrego... Powróciła pamięcią do tamtej chwili, gdy siedziała za starym dębem na skraju lasu. Nikt nie mógł dostrzec jej zza grubego pnia. Za to ona wszystko słyszała.
Miała bardzo dużo szczęścia, że Starucha Eris - bo tak w myślach zwała Opiekunkę - przyprowadziła swojego gościa akurat w to miejsce. Rozmowa od razu wzbudziła jej podejrzenia:
- Dobrze, że przybyłeś tak wcześnie... - chciała wypowiedzieć imię towarzysza lecz ten uciszył ją:
- Sza! Uważaj! nie jest rozsądnie wypowiadać moje imię na skraju Bezimiennej Puszczy.
- A czego mógłbyś spodziewać się po tej głupiej istocie, przybyszu - cicho prychnęła dziewczyna przysłuchując się rozmowie - ma w sobie tyle inteligencji co jej zwierzęta...
- Ona ma władzę nad roślinami, mogłaby się dowiedzieć o naszej rozmowie - ciągnął nieznajomy. Dziewczyna rozpoznała po jego głosie, że jest to mężczyzna trochę od niej starszy
- I wtedy nasz plan nie powiódłby się. A chyba wiesz, co by z tego wynikło - Dodał ironicznie, jakby znał zdanie dziewczyny na temat inteligencji Eris.
- Ależ tak, tak... wiem. Ale zrozum - wyszeptała ze strachem - Ja miałam ją tylko wychować, a to... to co dziś ma się stać, to już nie należy do mnie! - końcowe słowa prawie wykrzyczała płaczliwym głosem, którego dziewczyna nie cierpiała.
- Uspokój się - wysyczał jej zamaskowany towarzysz czujnie rozglądając się na boki - chcesz nas wydać swoją głupotą?
- Nie, nie ja...j..ja przepraszam, wybacz mi, ale... ale to takie trudne, nie jestem przygotowana... Boję się!
- To dla nas wszystkich jest trudne, ale co ja na to poradzę, że Moah nie żyje?! Tego nie przewidzieliśmy. Ale stało się. Musimy dokończyć to co zaczęliśmy, bo inaczej... inaczej...- zdawał się głęboko rozmyślać - Nieważne. Znasz plan? Wiesz co robić? - Eris przytaknęła niepewnie - W takim razie niech sprzyjają ci bogowie. Odwagi, wiesz, o co walczysz...
Dziewczyna usłyszała pospieszne kroki i cichy szloch Staruchy pospiesznie odchodzącej w kierunku chaty. Nieznajomy stał przez chwilę bez ruchu. Po chwili westchnął głęboko i powoli zaczął oddalać się w przeciwną stronę. Dziewczyna ostrożnie wyjrzała zza grubego pnia i wbiła wzrok w malejącą sylwetkę mężczyzny. Ubrany był w brązowy płaszcz z kapturem, a jego twarz skrywał cień. Nagle, jakby wiedział, że ktoś na niego patrzy odwrócił się i ogarnął wzrokiem ścianę drzew, jakby czegoś szukając. Na szczęście dziewczyna stała w zacienionym miejscu, nieosiągalna dla wzroku wędrowca.
Długo jeszcze siedziała pod drzewem i rozmyślała. Była już pewna, że rozmawiano o niej. Ale skąd ten obcy wiedział o jej Darze? Przecież skrzętnie to ukrywała. ?Nie - myślała - to niemożliwe żeby Eris się domyśliła! Nie zauważyłam też, żeby mnie ktoś śledził... Skąd wiedział że mam władzę nad roślinami?! I co chcą ze mną zrobić??
Te niespokojne chwile rozmyślania przerwała jej Opiekunka.
- Vera! Gdzie się znowu ukryłaś, dziewczyno! Cały dzień nic nie robisz, niewdzięczna! - wołała płaczliwym głosem - Ach, i tak mi się odpłacasz za wychowanie i dach nad głową?
- Idę już, idę! - odkrzyknęła dziewczyna
Wstała z ziemi i delikatnie pocałowała pień drzewa, pod którym siedziała. Szepnęła cichutko: - Dziękuję ci za schronienie... I proszę o radę...
- Pytaj o co chcesz, dziecko...- odezwał się Głos z wnętrza drzewa, który tylko Wybrani mogą usłyszeć.
- Czy mój Dar stanie się dla mnie przekleństwem? Czy...- do głowy przyszła jej myśl - Czy oni chcą pozbawić mnie życia?
- Prosta droga twego życia niedługo stanie się wyboista i kręta...- powiedział Głos - Ale masz w sobie siłę aby przetrwać. Ten okres twego istnienia na ziemi dobiega końca, strzeż się, bądź czujna... Jesteśmy z Tobą...
- Dziękuję... - odpowiedziała dziewczyna zwana Verą, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.

* * *

Vera nie rozumiała do końca znaczenia słów Ducha Drzewa, ale postanowiła być bardzo ostrożna i nie zdradzić się, że wie tajemniczej rozmowie. Opiekunka powitała ją jak zwykle. -No, nareszcie raczyłaś się zjawić! Znowu łaziłaś po tym lesie? Przecież tyle razy ci powtarzałam, że siedzi tam jakieś zło... Ale ty jak zwykle mnie nie słuchasz... - zrzędziła krzątając się po chacie - Czemu tak stoisz i się patrzysz? Jazda do roboty, nic samo się nie zrobi!
- Już zabieram się do pracy, pani - odparła Vera, która musiała się tak zwracać do Eris, gdyż, jak mówi prawo, starszym należy okazywać szacunek. ?Nawet tym na to nie zasługującym?? - myślała często.
Posłusznie wzięła się do pracy. Zamiotła niedużą izbę, która pełniła rolę nie tylko ?salonu?, ale także kuchni i jadalni. W pomieszczeniu panował półmrok. Niewielkie okienka dawały niezbyt wiele światła. Pod jednym z nich stał niewielki stolik, w sam raz dla dwóch osób. Na stole rzadko pojawiały się kwiaty. Gdy tylko Vera jakieś przyniosła, Opiekunka natychmiast je paliła. Obok stolika znajdowało się niewielkie palenisko, gdzie Eris przyrządzała niesmaczne posiłki. Blisko paleniska stał najładniejszy mebel w chacie. Była to mała rzeźbiona szafeczka w której Eris trzymała zioła. Gdy Vera była jeszcze dzieckiem bardzo często wpatrywała się w przedziwne ornamenty wyryte na tym niepozornym meblu. Naprzeciw stołu, koło drugiego okienka poukładane były na dużym regale księgi, których i tak Starucha nie czytała - ?pewnie nie umie czytać? - myślała często Vera, która mimo że nikt jej tego nie uczył, rozpoznawała te dziwne znaki. Po jednej stronie regału znajdowały się drzwi prowadzące do sypialni Opiekunki, po drugiej do pokoju Very. Dziewczyna nie wchodziła prawie nigdy do pokoju Eris i nie chciała tam wchodzić. Wiedziała tylko, że znajduje się tam proste łóżko podobne do tego w jej pokoju, jakieś krzesło i stolik a także spory kufer. Właśnie ten ostatni wzbudzał u niej wielką ciekawość, ale gdy Eris zastała podopieczną na myszkowaniu w nim, dziewczyna dostała nauczkę. Dwa dni bez jedzenia - oprócz jagód i jeżyn znalezionych w lesie - oraz plecy pokryte piekącymi ranami od rzemienia, którym Starucha ją wychłostała, stanowiły wystarczający powód, aby więcej tam nie zaglądać. Jej własna sypialnia nie była duża. Ledwo mieściło się tam małe łóżko, szafka na nieliczne ubrania i niewielki stołeczek. Vera bardzo chętnie ozdobiłaby to surowe pomieszczenie roślinami, ale jak już wiemy nie były one miło widziane w tym domu. Tak samo jak roślin nie było tam też ani jednego lustra. Ale dziewczyna nawet nie wiedziała co to jest lustro. Czasami widziała swoje odbicie w studni, gdy jak co dzień wyciągała z niej wodę, ale nie zastanawiała się jednak, jak wygląda.
Chata zamieszkiwana przez starą kobietę i młodą dziewczynę stała z daleka od innych ludzkich siedzib. Od najbliższej osady dzieliły ją dwa dni drogi. Mimo to Vera czasami widywała w oddali wędrowców podążających odległym gościńcem. Nikt jednak nie zapuszczał się na skraj Bezimiennej Puszczy, gdzie miały swój dom ona i Eris.
- Już, dziewczyno skończyłaś? - wyrwała ją z ponurych rozmyślań Starucha - No to teraz idź do tego swojego lasu po drwa na opał, nie będę marzła przez twoje lenistwo! Idź czym prędzej Ver, bo już zapada zmierzch a nie chcę siedzieć w ciemnościach i w dodatku w zimnie! Wynocha!
- Tak, pani. Idę.
Wyszła na zewnątrz. Wiatr zmierzwił jej włosy. Był chłodny wieczór, więc założyła kaptur i włożyła dłonie głębiej w długie rękawy. Spod chaty wzięła pleciony kosz do noszenia drewna i skierowała się w stronę ciemniejącej w oddali ściany drzew.
Rozejrzała się dyskretnie. Od razu wyczuła czyjąś obecność, ale nie dała tego po sobie poznać. Zbliżając się do skraju Puszczy coraz wyraźniej odczuwała też napięcie roślin. One zawsze wiedziały, co ma się stać. Już wielokrotnie się z tym spotykała, ale nigdy w takim stopniu. Teraz to uczucie wręcz obezwładniało ją, ale dawała sobie radę. Zaraz dojdzie do drzew... One jej powiedzą... Wyjaśnią...
- Nie! - do jej uszu dotarło wyraźne wołanie Duchów wszystkich roślin Lasu - Wracaj! Nie! Nie idź tam! Nieee...! Zostań! Nie idź! Uciekaj! - głosy zlewały się i mieszały, lecz Vera już wiedziała, co ma robić. Odwróciła się i zamierzała odejść, ale w tym momencie ujrzała powód, dlaczego. W ciemnościach po jej lewej stronie, pomiędzy krzakami coś błysnęło. Był to ułamek sekundy, jednak wystarczył aby zrozumiała, że tam ktoś jest. Ktoś, kto ma nóż.
Szybko podjęła decyzję. Odrzuciła kosz i chciała biec w stronę chaty, ale nagle z mroku przed nią wyłoniła się ciemna sylwetka. Dziewczyna poznała, że jest to mężczyzna, bardzo wysoki i potężny mężczyzna. Nie było widać jego twarzy, za to bardzo widoczny był nóż, który trzymał w ręku. ?Elficki nóż? - pomyślała Vera, która czytała elfickie księgi i znała ten rodzaj broni - ?Skąd on go ma? Elfowie przecież odpłynęli w dawnych czasach...? - myślała gorączkowo - ? Co on chce mi zrobić????
Odpowiedź nasunęła się sama - zabić. Gdy Vera to zrozumiała, wypadki potoczyły się szybko. Nie tracąc czasu próbowała przebiec pod wyciągniętymi rękami napastnika. Niestety, mimo iż była zwinna i szybka, nieznajomy pochwycił ja. Kaptur zsunął się z jaj głowy. Znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Mężczyzna trzymał ją mocno w żelaznym uścisku. Poczuła, że nachyla się do jej twarzy. Jednocześnie zimnym ostrzem noża pogładził ją po szyi. Zimny dreszcz przeszedł po jej ciele. Usłyszała:
- Więc wreszcie cię spotkałem... - szepnął lekko zachrypniętym głosem - Wiesz, że i rośliny czasem się mylą...?
- Cco... masz na myśli...? - wyszeptała drżącym głosem
- Nie tylko ty masz... hmm... kontakt z roślinami... - odparł. Nóż nadal przesuwał się po jej szyi. - Tym razem wprowadziłem je w błąd... nie dziwię się im, że cię ostrzegły...
- Kim jesteś? Jak chcesz mnie zabić to zrób to teraz! - powiedziała pewniejszym tonem i szarpnęła się mocno. Nie przyniosło to skutku. Mężczyzna był czujny i silny.
- No, no... Mamy duszę wojownika, co? Nic ci to nie da. Nie wygrasz ze mną. Przynajmniej teraz. - ścisnął ją mocniej a ostrze noża powędrowało do jej policzka - Masz ochotę na spacerek? - spytał i nie czekając na odpowiedź pociągnął w stronę niewidocznego już lasu.
Vera nie stawiała już oporu. Miała nadzieję, że to uśpi czujność mężczyzny. Trzymał ją tuż przy sobie, jedną ręką chwycił ją tak, że nie mogła ruszać rękami. Drugą przytrzymywał nóż, wciąż dotykający jej twarzy. Napastnik miał na sobie szary, postrzępiony płaszcz, który kiedyś na pewno był piękny. Poprzetykany srebrną nitką, utkany z cudownie miękkiego materiału, musiał niegdyś należeć do jakiegoś... jakiegoś ?Elfa?? - pomyślała dziewczyna - ?Tak, to by pasowało. Takie płaszcze posiadali tylko Elfowie! Ale ich już nie ma od co najmniej pięciu wieków... A może on okradł jakiś stary grobowiec? Przecież takie szaty przetrwałyby tyle czasu...?- myślała gdy dochodzili już do ściany drzew - ?Drzewa... teraz ucieknę...? - uśmiechnęła się, ale mężczyzna to zauważył.
- Myślisz, że w lesie uciekniesz? Niestety, muszę cię rozczarować, moja miła wojowniczko... Duchy Drzew już zauważyły swoja pomyłkę. Są po mojej... hmm... - zastanowił się - wiesz.... właściwie to po naszej stronie...
Dziewczyna prychnęła.
- Po naszej? Nie jestem i nigdy nie będę po te samej stronie co ty, choć nie wiem, kim jesteś! - odrzekła z wyraźną pogardą. - Nie wiem zresztą po co to mówisz, jeżeli chcesz mnie zabić! - krzyknęła.
Nieznajomy nic nie powiedział. Przycisnął tylko mocniej nóż do jej szyi. Doszli właśnie na skraj Bezimiennej Puszczy. Vera, która znała ten las lepiej niż ktokolwiek inny, teraz nie wiedziała gdzie się znajdowali. Nagle mężczyzna zatrzymał się i rozluźnił uścisk. Dziewczyna przewróciła się na ziemię. Gruba warstwa mchu złagodziła upadek. Podniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy nieznajomego. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że te niezwykle intensywne zielone tęczówki odczytują jej myśli. Z trudem odwróciła głowę. Kiedy ponownie na niego spojrzała, stał odwrócony i spoglądał w głąb Puszczy. Ubrany był w płaszcz, którego wcześniej podziwiała, czarne skórzane spodnie oraz czarną koszulę. Teraz zrzucił kaptur i mogła swobodnie na niego popatrzeć. Był wysoki, wyższy od niej. Dobrze zbudowany i silny, o czym zdążyła się już przekonać gdy szamotała się z nim. Miał czarne włosy, wyraziste, piękne i dostojne rysy twarzy. Stał wyprostowany. Nóż wsadził za srebrny pas.
W tym momencie odwrócił się i Vera ujrzała w jego dłoniach napięty łuk. Celował w nią.
- Siadaj - powiedział. Dziewczyna posłusznie usiadła, ponownie zapatrzona w jego oczy. On także usiadł. Łuk trzymał w pobliżu. - A więc... - zaczął - Jak się nazywasz?
Vera zapomniała o jego oczach.
- Nie wiesz? To po co mnie tu przyprowadziłeś? Tak po prostu, dla zabawy? - krzyknęła buntowniczo - Może mi wyjaśnisz kim ty jesteś?!
- Ja zadaję pytania. - odparł spokojnie - Jak cię nazywają?
- Vera, tak nazywa mnie Eris - odpowiedziała obrażona - no wiesz, moja opiekunka - dodała ironicznie.
- Vera... Cóż... czy wiesz po co tu przybyłem? - zapytał znużonym głosem
- Nie.
- To dobrze. - odgarnął włosy, odsłaniając ucho. Ucho elfa! Dziewczyna zamarła.
Oczywiście wiedziała, jak wyglądają elfy. Ich wygląd był szczegółowo opisany w jednej z ksiąg. - Ach zauważyłaś... Tak, jestem elfem. - mężczyzna zauważył jej spojrzenie - Elfem był też ten Nieznajomy Przybysz, którego widziałaś dziś rano. - Vera spojrzała na niego nieufnie. ?Skąd on to wie?? - myślała
- Nie patrz tak na mnie. To nie byłem ja. Ja nie rozmawiałbym z tą twoją opiekunką. Co wiesz o sobie, o swojej przeszłości? - nieoczekiwanie zapytał
- Nie muszę ci na nic odpowiadać. - powiedziała spokojnie.
Mężczyzna wstał i powoli podszedł do niej. Dziewczyna mimowolnie wstała i zaczęła się cofać. Elf wyciągnął rękę.
- Nie bój się. Nic ci nie zrobię... - wyszeptał zupełnie innym, łagodnym tonem - Siadaj! - krzyknął niespodziewanie, a echo rozniosło jego głos po lesie.
Vera wiedziała, że żarty się skończyły. Nie dbając o konsekwencje zaczęła uciekać w ciemność przed sobą. Nie udało jej się nawet przebiec paru kroków, kiedy Elf ją dogonił i przewrócił na ziemię. Podniósł dziewczynę brutalnie i wysyczał:
- Niedługo moja cierpliwość się skończy... mogłem cię zabić już wiele razy, ale tego nie zrobiłem...! Zrozumiesz wreszcie ze jestem po to żeby ci pomóc?
Vera osunęła się na ziemię z poczuciem porażki. Postanowiła już nie próbować ucieczki. Poza tym pomyślała, że nieznajomy może nie kłamać.
- Dobrze... - wyszeptała - Zrobię co zechcesz...
Elf podszedł i uklęknął koło niej.
- Nie musisz nic robić... jestem zadowolony. Pokazałaś, kim naprawdę jesteś. Teraz ja odpowiem na twoje pytania... - rzekł.
- Kim jesteś? - po chwili wahania spytała
- Twoim wiernym sługą - powiedział.
- Jak się nazywasz? Jesteś Elfem? - śmielej odezwała się Vera.
- Taak... Jestem Elfem. A moje imię to Legothlim. Ale wszyscy znają mnie jako Gothlima. - rzekł pokornym tonem - Domyślam się, że znasz, pani, historię Elfów.
Dziewczyna była bardzo zdziwiona. Jej domniemany zabójca zwracał się do niej z szacunkiem należnym tylko zasłużonym. ?I chyba wcale nie zamierza mnie zabić? - myślała. Wydawało jej się, że może mu zaufać.
- Oczywiście, znam. Czytałam ja wiele razy. Po Wojnie o Pierścień Wszyscy Elfowie odpłynęli na Zachód - odrzekła - I dlatego nie rozumiem, co ty tu robisz, Gothlimie, bo o ile mi wiadomo, opuścili oni Śródziemie siedem wieków temu... i nie powrócili...
- Tak... Spodziewałem się tego. Musisz wiedzieć, pani, że Elfowie wrócili na Ardę już dwa wieki po złamaniu potęgi Saurona. Księgi, które czytałaś, są bardzo stare... zostały napisane sto jedenaście lat po zniszczeniu pierścienia. - wyjaśnił
- Nie wiedziałam... podejrzewałam cię nawet, że okradłeś starożytny grobowiec... wiesz... twój płaszcz... - powiedziała i uśmiechnęła się lekko, wyzbyta już strachu przed Elfem. Legothlim usiadł przy niej.
- Byłem na to przygotowany... Na skraju Bezimiennej Puszczy rzadko pojawia się jakiś elf. W tej części Śródziemia żyją przeważnie ludzie. My zamieszkujemy tylko północny wschód... jest nas niewielu... Nasi bracia i siostry nie powrócili na swe dawne ziemie... Większość ludzi nie jest już naszymi sprzymierzeńcami. Tylko potomkowie króla Elessara darzą nas przyjaźnią.
Vera słuchała z zapartym tchem. Coś ją jednak zaniepokoiło...
- Nasi? Nasi bracia i siostry...? Co masz na myśli?
- Ach, nie wiesz, pani? Ty także jesteś Elfem... Niemożliwe, że tego nie zauważyłaś... - powiedział z niepokojem.
Dziewczyna zamarła. Jej ręce dotknęły uszu. Możliwe... Były inne niż uszy Eris. Za to takie same posiadał Gothlim.
- Nie!
- Ależ tak... Nie patrzyłaś nigdy na swoje odbicie w zwierciadle?
- W czym? Cóż to jest zwierciadło? - zdumiona spytała.
- Pokażę ci, pani - wziął ja za rękę i włożył w nią swój nóż. Vera spojrzała na wypolerowane ostrze i po raz pierwszy zobaczyła swoja twarz. Chciała jeszcze o coś zapytać, ale Elf w tym momencie wstał i pobiegł w stronę chaty. Nie wiedziała co zrobić. Podniosła się i rozejrzała. Po chwili usłyszała cichutki, jakby stłumiony odgłos kroków. Gothlim stał przy niej. W jego oczach zauważyła niepokój.
- Posłuchaj mnie uważnie, pani. Wprawdzie nie wszystko idzie zgodnie z planem, ale poradzisz sobie... Bądź czujna i ostrożna. Twoja Opiekunka już się o ciebie niepokoi. - szeptał szybko - Nie daj po sobie poznać, że coś się przydarzyło. Proszę - podał jej kosz pełny drewna - weź to, pani.
Spojrzał jej jeszcze raz głęboko w oczy. Nie powiedział nic, ale Vera zrozumiała go. Jego oczy mówiły: ?Uważaj na siebie?.

* * *

Dziewczyna podeszła do chaty. Było już całkowicie ciemno. Ciężki kosz postawiła obok drzwi, w których już czekała na nią Eris.
- Gdzieś ty była tak długo! Powinnaś wrócić piętnaście minut temu!
-Wybacz mi, pani, ale zmrok zapadł szybko i miałam trudności ze znalezieniem drewna - odpowiedziała Vera pokornym głosem. To wyjaśnienie chyba wystarczyło Opiekunce, bo nie zadawała już pytań.
Odsunęła się od drzwi i przepuściła dziewczynę, która odniosła wrażenie, iż Starucha jest dziwnie dla niej miła. Teraz, gdy wiedziała, że coś może jej grozić, patrzyła na nią innym wzrokiem i dostrzegała wiele rzeczy, których wcześniej nie zauważała. Nawet to wydawałoby się nieprzyjemne powitanie nie było w jej stylu. Dziewczyna wyczuła, że Eris chce jej coś wynagrodzić swoim ?miłym? zachowaniem. Rozejrzała się po izbie. Pozornie nic się nie zmieniło, ale to już nie było to samo wnętrze. Poczuła na sobie wzrok opiekunki. Próbując się opanować, powoli odwróciła się w jej stronę. Nie dając po sobie poznać, że jest zaniepokojona, spytała obojętnym głosem:
- Czy dostanę coś do jedzenia, pani? Jestem zmęczona...
Najwidoczniej Eris nic już nie podejrzewała. Odpowiedziała zwykłym, dobrze znanym Verze tonem:
- A czymże tak się zmęczyłaś? To ja haruję na twoje utrzymanie, a nie otrzymuję nic w zamian! Nic nie robisz, jesteś leniwa... - mamrotała przygotowując posiłek - Rozpal ogień...
Podczas wykonywania tych tak wiele razy powtarzanych czynności, dziewczyna myślała o tym, co czeka ją w dzisiejszą noc. Dlaczego jej życie jest tak trudne i pełne zagadek...? Zawsze czuła, że mała chata na skraju wielkiej puszczy nie jest jej prawdziwym domem. To wiedziała. Nigdy jednak nie przypuszczała, że Opiekunka - owszem, nie lubiła jej - ale żeby chciała ją zabić? Nie...
To był chyba najgorszy wieczór w życiu Very. Czuła się, jakby miała na twarzy maskę, obojętną na otaczającą ją rzeczywistość. Nieprzyjemne uczucie, że śmierć się zbliża nie dawało jej spokoju. Nie mogła znieść nieustającej głupiej gadaniny Eris. Bardzo wcześnie odeszła od stołu, ale nawet w samotności, w swoim pokoiku, nie czuła się bezpiecznie. W końcu, po wielu godzinach niespokojnego przewracania się z boku na bok, wyczerpana usnęła.

* * *

Światło księżyca posrebrzyło cichy, śpiący świat. Był to jednak pozorny spokój. Tylko wysłużone, ale nadal błyszczące oczy samotnego pustelnika ukrywającego się w samym sercu puszczy, dostrzegały to, co jest niewidoczne dla oczu zwykłych stworzeń.
Starzec wiedział, że nic nie będzie już takie samo. Tej nocy zdarzy się coś, co na zawsze odmieni losy Śródziemia. Tej nocy uwolnione zostanie zło, które będzie chciało zniszczyć całe dobro tego świata. Jedyna nadzieja w tym, że dobro przetrwa...

* * *

Ciemność... tak, to ciemność... jej przyjaciółka... nigdy jej nie zawiodła... zawsze cicha... spokojna... Ale teraz... nie, teraz nie jest jej sprzymierzeńcem, jest jej wrogiem...
Stuk... stuk... stuk...
Ktoś się zbliża... ktoś powoli, ostrożnie idzie w stronę jej pokoiku...
Stuk... stuk... stuk...
Skrzypnęła podłoga. Kroki ustały...
Vera otworzyła oczy. W pomieszczeniu było ciemno. Brak okien sprawiał, że nawet jeden promień światła księżyca nie rozjaśniał wnętrza. Powietrze było ciężkie, gęste. Nieprzenikniony mrok dusił ją, otaczał, paraliżował...
Stuk... stuk... stuk...
Kroki znowu rozległy się za drzwiami. Vera poczuła, że słabnie. Nie bała się już bólu. Bała się tylko tej zniewalającej ją słabości... Pozostała tylko ciemność...

CDN.

Amber_Dragonwick


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl