Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Poniższe dedykuję memu Bogu Omikowi, którego blask spływał na mnie w trakcie pracy twórczej.

DO WSZYSTKICH ODBIORCÓW (W SPRAWIE SENSU): Czytajcie a znajdziecie.

Dyliżans do ankh morpork


Sceneria: Pola kapusty. W oddali widać... pola kapusty?.. No tak... Ujmiemy to jeszcze prościej: cała sceneria tworzona jest przez pola kapusty. W podobnym otoczeniu piaszczysta droga wydaje się nie lada atrakcją. Ludzie z kilku okolicznych wiosek w święta przyjeżdżają z rodziną, aby ją sobie obejrzeć. Liczą, że jeśli będą mieli szczęście, to może zobaczą nawet przejeżdżający dyliżans... Teraz właśnie jeden przejeżdżał.

***

W dyliżansie podróżowało sześciu lu... pasażerów. Ich, hmmm... różnorodna przynależność gatunkowo- klasowa sprawiała, że woźnica na koźle pocił się ze strachu w oczekiwaniu kłopotów, które w podobnym towarzystwie może wywołać nawet całkiem niewinna uwaga skierowana nieopatrznie w stronę nieodpowiedniego współpasażera. Jeszcze raz przejrzał ich w myślach. Bezdyskusyjnie najwięcej przestrzeni (zarówno tej fizycznej, jak i mentalnej) zajmował Potężny i Wielki Mag (jak sam siebie z widoczną przyjemnością określał). Woźnica wytężył pamięć, by przypomnieć sobie, jak też się on przedstawił... Ach tak... Vagnerion Mauricius deu?l Mourtys, Najwyższy Wielki Mag i pomocnik królewski z jakiegoś państewka, o którym woźnica nigdy nie słyszał, ale które według Maga miało doniosłe znaczenie strategiczne i prężnie rozwijało się, by kiedyś zająć poczesne miejsce wśród wielkich dyskowych imperiów. Patrząc na niego miało się nieomal pewność, że tak właśnie się stanie. Deu?l Mourtys twierdził, że udaje się do Ankh Morpork, aby na tamtejszym Uniwersytecie podnieść swoje kwalifikacje i stać się jeszcze Większym ("...o ile to możliwe" dodał w myślach woźnica, jednak nie odważył się zwerbalizować tak bezczelnego i śmiałego stwierdzenia) i Potężniejszym. No i jest jeszcze... Tak, Zoto. Jakiś krasnoludzki magnat z Ramtopów. Dorobił się na handlu ketchupem i chce zwiedzać świat. Nowobogacki... Woźnica wydął pogardliwie usta. W ogóle by go nie przyjął, gdyby troll, którego ten najął jako Osobistą Ochronę nie zasugerował mu, że niewątpliwie więcej nieprzyjemności spotka go, gdy nie przyjmie krasnoluda, niż gdy go przyjmie. Jego argumenty były nie do odparcia, więc zarówno Zoto, jak i Osobista Ochrona (OO) podróżują teraz jego dyliżansem. Woźnica nie wiedział, kto przekonał trolla, by służył jako ochrona krasnoluda i, szczerze mówiąc, wcale go to za bardzo nie interesowało. Niech sobie same załatwiają sprawy między sobą, te nieludzie... Wtrącanie się jest bardzo nietaktowne, a przynajmniej odbierane jako nietaktowne przez rzeczonych. Poza tym, po co komu kłopoty, których mogłoby nie być?

No, jeszcze On. Nie wiadomo, jak się nazywa, gdyż uprzejmie (jednak z dziwnym błyskiem w oku) stwierdził, że w danej sytuacji jego dane personalne nie mają większego znaczenia, liczy się natomiast to, że jak każdy uczciwie zapłaci za przejazd. Szczerze mówiąc, wydawał się szpiegiem. Wyglądał jak szpieg. Był niski, drobnej budowy, nosił długi czarny płaszcz i - z niewiadomych przyczyn- zielony beret. Zarówno oczy jak i włosy miały barwę stali. W dyliżansie przebywał jeszcze bard Juan, obdarzony przez Stwórcę taktem młota pneumatycznego i czymś, co z braku lepszego słowa można nazwać poczuciem humoru. Poczuciem humoru dość rubasznym i- zdaniem woźnicy- zupełnie nie na miejscu. Wydawał się nie dostrzegać delikatności całej sytuacji i niestrudzenie próbował podtrzymać rozmowę. Jeszcze trochę, a zacznie opowiadać dowcipy o krzemie i wszyscy marnie skończą. To był taki typ człowieka.

Wydawać by się mogło, że już jest źle... A kogo dostali na ostatnim przystanku? Nikogo innego, tylko wampira. Wampira Yktourna. Yktourna, też coś. Wyglądał na całkiem dobrze wychowanego, jednak z takimi to nigdy nic nie wiadomo. Jak wszyscy chciał jechać do Ankh.

Pędzili więc do Ankh, jednak choćby woźnica dawał z siebie wszystko, na pewno nie dotrą tam wcześniej niż za kilka dni. I co przez ten czas? Doprawdy, jak wszystko ułoży się gładko, skończy z piciem i odda cały zarobek z tej trasy na Świątynię Pomniejszych Bóstw. Może nawet przestanie bić żonę, choć nad tym trzeba się jeszcze zastanowić...

***

- Wiecie, znam jeszcze jedną - pochwalił się bard.- Opowiada o... Wszyscy zrobili przerażone miny. Wątpliwej jakości twórczość Juana nie budziła w nich entuzjazmu, choć był on najwyraźniej przekonany, że powinna. Nie budziła również rozbawienia, choć niektórzy na podstawie co soczystszych fragmentów doszli do wniosku, że w tym właśnie celu powstała. Mag, w desperackim wysiłku, spróbował odwrócić czymś uwagę barda.
- Och, spójrzcie za okno, mistrzu Juanie!- zawołał z doskonale udanym zdumieniem.- Czy widzicie... widzicie... kapustę?!
- Tak- poparł go szpieg w przypływie solidarności wobec pozostałych pasażerów dyliżansu. - Czyż nie jest fascynująca?
- Sceneria tego typu powinna, hmmm... zachwycić twórcę twojego pokroju, mistrzu- wtrącił wampir Yktourn z wyraźną nadzieją w głosie.- I... - Wzbudzić głębokie refleksje- podpowiedział mu krasnolud, kiwając głową.
- Więc nawet nie próbuj śpiewać- burknął OO, który nie poznałby dyplomacji, choćby ta wykonała przed nim pewien taniec specyficznego pokroju.

***

Dyliżans pędził w zawrotnym tempie przez wiadomego rodzaju scenerię. Jakiś człowiek pomachał na niego, lecz woźnica się nie zatrzymał. Wolał nie myśleć, kto mógłby to być tym razem. Miał dość. Naprawdę miał już tego wszystkiego dość.

***

-...i wtedy wszyscy mieszkańcy tej małej osady wydali ucztę, aby wyrazić mi swoją dozgonną wdzięczność- dokończył deul Mortys z kołtuńskim samozadowoleniem.
- Niesamowite- parsknął z kpiarskim zachwytem szpieg.
- Prawda?- ucieszył się Mourtys.- W dzisiejszych czasach wdzięczność to prawdziwa rzadkość.
- A poza tym nie bardzo rozumiem, za co właściwie- ton głosu wampira świadczył, że czuje się osobiście urażony.- Za to, że dopadłeś go bezbronnego w środku dnia i wbiłeś mu kołek w plecy?

Wszyscy pozostali, którzy już słuchając owej kolejnej opowiastki maga wyczuli nadchodzące kłopoty, milczeli pilnie. Rozpędzał się on coraz bardziej i bardziej, aż w końcu popadł w taki samozachwyt, że zaprzestał ostrożności związanej z możliwością urażenia współpasażera. A że ów współpasażer był wampirem, wszyscy zdawali się nie słyszeć tej wymiany zdań i obecnie w najwyższym skupieniu obserwowali... no tak, obserwowali kapustę, ale przecież liczą się intencje.

Mag jeszcze nie ochłonął.
- Więc dlaczego nikt inny tego nie zrobił, hę? Bo wymagało to niezwykłych umiejętności, wrodzonej ogromnej mocy, a także doświadczenia w podobnych sprawach, którym mam zaszczyt się legitymować...
- Doświadczeniem- głos wampira Yktourna stał się- o ile to możliwe- bardziej lodowaty.
- Właśnie- potwierdził dumnie mag, wykazując się skłonnościami samobójczymi.- Nabytym w czasie wieloletniej...-nagle zdał sobie sprawę, do kogo mówi-...oj.
Groza unosiła się w dyliżansie niczym dym z papierosów szpiega, który dopiero co udało się wywietrzyć.
- A znacie ten kawał o krzemie?- spytał radośnie bard, który nie orientował się w niuansach podobnych rozmów.- Właśnie go sobie przypomniałem i jestem pewien, że wszystkim się spodoba...
Wielkie kamienne czoło OO zmarszczyło się gniewnie.
- Więc był ten troll...- zaczął Juan.
- Nie będziesz opowiadał kawałów o krzemie- powiedział Osobista Ochrona.
- A dlaczego?- zdziwił się bard.- Jest naprawdę bardzo śmieszny.
- Nie będziesz opowiadał kawałów o krzemie- argumentacja nie była mocną stroną trolla, jednak z pewnością potrafił obstawać przy swoim stanowisku. Tym razem dołożył jeszcze wsparcie się pod boki. Aby stać się bardziej przekonującym, prawdopodobnie. Zgodnie ze starożytną tradycją, której początki ginęły gdzieś w mrokach dziejów, trolle uznają mowę ciała za swój wyjątkowy atut w dowolnego rodzaju dyskusjach z innymi rasami. Był dość często stosowany, i zazwyczaj na swój sposób skuteczny.
- Och, nie bądź taki sztywny...- zaczął Juan.
Wszystko wskazywało na to, że zniewaga ciężko zachwiała wykazywaną przez Ochronę do tej pory cierpliwością. Zaczął się podnosić...
- Spokojnie, mój drogi- Zoto pyknął fajką.- Kto będzie potem płacił za szkody, zastanawiam się. No i w gruncie rzeczy, twoja interwencja byłaby mile widziana jedynie gdyby ten tu artysta- flegmatycznie skinął w stronę barda- miał ochotę opowiedzieć jakiś dowcip o złocie.
- Skoro już o tym mowa to znam jeden bardzo dobry- uśmiechnął się z nadzieją Juan.
W zaległej po tym stwierdzeniu chwilowej ciszy dało się słyszeć pozornie spokojny głos wampira, który przez cały ten czas był zajęty pilnym tłumaczeniem czegoś Mourtysowi.
- ...i wówczas, posłuchaj uważnie, znalazłem tego łobuza, co próbował na mnie tej starej sztuczki z osinowym kołkiem i...
- To jeden z moich lepszych- przechwalał się Juan.- Ludzie zawsze się turlają ze śmiechu. W kopalni złota pracuje trzech krasnoludów. Jeden z nich mówi... A nawiasem mówiąc... Od razu mnie to zaintrygowało... Przecież Zoto to prawie jak...
- Rodzice mieli kłopoty z pisownią- mruknął Zoto.- I naprawdę nie widzę w tym nic śmiesznego.
-... i wtedy wszystkie wampiry z tej małej osady wydały ucztę, aby wyrazić mi swoją, hmmm... z braku lepszego słowa dozgonną wdzięczność- dokończył Yktourn z kołtuńskim samozadowoleniem.

***

Woźnica spróbował jeszcze bardziej pogonić konie. Nie dał rady. Od razu podejrzewał, że najprawdopodobniej nie da rady. Jednak w desperackiej nadziei co chwila próbował. Fakt, że do tej pory jego dyliżans był jeszcze cały wydawał mu się nieprawdopodobnym cudem, za który pewnie jeszcze kiedyś przyjdzie mu zapłacić. Słuchając ich rozmowy- nie mógł się powstrzymać- miał wrażenie, że cały czas balansuje ona na skraju przepaści. Gdy jeden konflikt osiągał już natężenie wystarczające do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków, ktoś, najczęściej bard, rozpoczynał kolejny. Zastanawiał się, jak długo jeszcze wytrzyma. Pociły mu się ręce. Już jakiś czas temu postanowił przestać bić żonę. Zastanawiał się, co jeszcze mógłby zrobić. Może kupi jej prezent?

***

- Nie, nie wygrałeś- tłumaczył Zoto z anielską cierpliwością.- Udało ci się zebrać tylko Dwa-Kwarce-I-Samorodek. Yktourn ma Dwa-Samorodki, co powoduje możliwość wymiany na Sztabkę, a wtedy będzie mógł wejść w Konflikt Wydobywców Szlachetnego Kruszcu ze... ze szpiegiem i jeden z nich wygra. Ty nie wygrałeś- spojrzał z nadzieją.- Rozumiesz?
- Nie bardzo- przyznał mag.- A zresztą mam wrażenie, że ktoś oszukuje.
Ponieważ nie sprecyzował swego sądu dokładnie, a oszukiwali praktycznie rzecz biorąc wszyscy, uwaga ta wywołała tylko ciąg zakłopotanych chrząknięć i rozbiegane spojrzenia.
-Zresztą- kontynuował deu?l Mourtys- ta gra jest nudna.
-Chcesz powiedzieć, że przegrywasz- mruknął wampir, który od samego początku żywił wyraźną awersję do maga.
-A poza tym nie widzę żadnego powodu, aby wypowiadać się w ten sposób- Zoto wręcz promieniował oburzeniem.- To jest gra, w którą grały pokolenia krasnoludów od samego zarania...
-Dziwne...
-Co niby jest dziwne?- krasnolud nastroszył się jeszcze bardziej.- Tradycja ta sięga wspaniałych wieków, gdy...
-Nie o to mi chodziło- zaprotestował szybko szpieg.- Miałem na myśli tych typów, którzy zabarykadowali przed nami drogę. Trudno nie zauważyć, że nie wydają się przyjaźnie nastawieni.

Dyliżans zatrzymał się. Teraz już wszyscy zauważyli grupę uzbrojonych mężczyzn, którzy bardzo się starali wyglądać tak groźnie, jak to tylko możliwe. Zwłaszcza, gdy człowiek zaczyna już pomału podejrzewać, że popełnił błąd, i będzie miał szczęście, jeśli nie okaże się on tragiczny w skutkach. Wszyscy wysiedli- oprócz trolla, który uznał, że nie warto.
-Moi dobrzy ludzie! Czy nie uważacie, że wasza obecna działalność przynosi wstyd tej... tej uroczej krainie, która wydała takich wspaniałych mężów nie po to, aby...- zaczął pompatycznie bard, ale przerwał mu deu?l Mourtys, który zauważył nerwową reakcję zamachowców na widok dziwnej kompanii i uznał, że najlepiej kuć żelazo, póki gorące.
-Najlepiej będzie, jeśli sobie pójdziecie- oświadczył tonem, który- jak miał nadzieję- sugerował, że kule magicznego ognia pozostają otwartą możliwością. Poprawił kapelusz.
-Na waszym miejscu posłuchałbym tego dżentelmena- podpowiedział wampir.- Jest to mag wielkiej mocy i umiejętności, a poza tym, mam wrażenie, dość porywczy.
Szpieg tylko się uśmiechnął. Ten uśmiech był przerażający; wyglądał, jakby nauczono się go z wykresów.
-Pieniądze albo życie?- zasugerował herszt, który uznał, że powinien chociaż spróbować.
-Myślę, że weźmiemy pieniądze- oświadczył stanowczo krasnolud.- Prawda? -Pieniądze byłyby miłym akcentem- przyznał mag.- Byłbym może skłonny zapomnieć o całej sprawie.
Przywódca najwidoczniej się wahał. Widać było, że pragnie zakończyć całą tą kompromitującą rozgrywkę, a jednocześnie boi się stracić twarz wśród swoich kompanów.
Tę właśnie chwilę wybrał troll, aby wyjrzeć z powozu.
-Długo jeszcze?- zapytał.
Widok Osobistej Ochrony załamał niedoszłego zamachowca do reszty.
-Pieniądze- mruknął.- Jasne. Czemu nie? Chłopcy, dajcie szanownym panom pieniądze.
Nikt jakoś nie kwapił się do protestu. Rozległy się miłe dla ucha brzęki i po chwili stan posiadania ekipy z dyliżansu znacznie się powiększył.
-Życzymy miłej podróży- dodał herszt z wisielczym humorem.
Bard postanowił, że takiej okazji nie może stracić.
-Jakie to piękne, że po tak dramatycznej wewnętrznej walce wasza dobra strona odniosła ostateczne zwycięstwo! Doprawdy, jeśliby wasze rodzicielki widziały was w tej chwili, łzy wzruszenia...
Wampir wepchnął Juana do dyliżansu.

***

Woźnica nie był pewien, czy ma się cieszyć, czy raczej być zaniepokojony. Spróbował więc przeprowadzić wewnętrzny rekonesans i wybadać dobre i złe strony. Prawda, napad nie doszedł do skutku, ale z własnego doświadczenia wiedział, że podczas takich wydarzeń on sam wychodzi bez szwanku- bandyci zwykle ograniczali się do obrabowania pasażerów. A teraz podejrzewał, że zapamiętali jego dyliżans i jeszcze upomną się o oddane dziś złoto. A ponieważ z lodowatą pewnością zdawał sobie sprawę, że on sam nie zobaczy z niego ani szeląga, wychodziło na to, że będzie musiał wyłożyć ze swoich... Co z kolei przywodziło na myśl reakcję jego ślubnej, a o tym nie chciał w tej chwili nawet myśleć. Jeśli chodzi o stosunki pomiędzy swoimi pasażerami to doskonale wiedział, że byłby zupełnie naiwny, jeśliby liczył na jakąś znaczącą poprawę po tym krótkim zjednoczeniu w obliczu niebezpieczeństwa. Prawdopodobnie już niedługo zaczną kłócić się o pieniądze.

***

-Doprawdy, nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbyś zgarnąć 46%!- krzyczał Zoto.- Nie zrobiłeś żadnej magicznej kuli ani nic!
-Nie wyciągnął nawet gołębia z rękawa- dodał Yktourn, który najwyraźniej świetnie się bawił.
-Ale mogłem wyciągnąć... to znaczy, zrobić kulę! Wielką, gorącą kulę! Magiczną- dodał ze strasznym przekonaniem, że jego wypowiedź staje się mętna.- Nie znacie się! Wystarczyłby jeden nieostrożny ruch... i paf!
-Trele morele- wykrztusił wampir. Pokładał się ze śmiechu.
-Co?!- mag wyglądał, jakby miał zaraz dostać apopleksji.- Nie będę wysłuchiwał takich insynuacji od... od krwiopijcy!
-Dobrze, że zauważyłeś- wampir uśmiechnął się tak, aby pokazać zęby.- Więc na twoim miejscu siedziałbym cicho i myślał o życiu, ze szczególnym uwzględnieniem tego, gdzie w swoim popełniłeś błąd.
-Wiecie, ja uważam, że oni postąpili bardzo szlachetnie. Taki gest w takiej chwili... Ale skoro już o tym mowa to chyba to moja przemowa skłoniła ich do odstąpienia od tego karygodnego zamiaru obrabowania nas? Zatem wznoszę pozew o przyznanie mi 39% udziału w zyskach. Z góry dziękuję.
-Co? Co?- krasnolud podskakiwał na siedzeniu. Było jasne, że zamierza walczyć do ostatniej kropli krwi o każdą grudkę.- Gdybyśmy ci dali dokończyć, być może. Poza tym, była żałosna. Za dobre chęci jestem ci w stanie odstąpić zaledwie 12%!!! Ani sztabki więcej!!!
-Poza tym, czyż dla artysty sztuka nie jest wartością nadrzędną?- spytał chłodno wampir.- O ile się orientuję, niedawno mówiłeś, że pieniądze nic dla ciebie nie znaczą.
-Wtedy nie miałem szansy ich zdobyć- przyznał Juan z rozbrajającą szczerością.- No dobrze, niech będzie 20%. Uważam, że wszyscy mamy swój wkład... Z wyjątkiem szpiega, który się tylko uśmiechnął. To się nie liczy. Wszyscy ucichli w oczekiwaniu na jakiś protest. Ponieważ nie nastąpił, rozejrzeli się w poszukiwaniu tajemniczego współpasażera. Nie znaleźli.
-Zaraz... Czy to nie on trzymał sakiewkę?- zapytał Yktourn, wyrażając obawę większości.

***

Woźnica odetchnął z ulgą. Tym razem zaczynało to już wyglądać naprawdę poważnie. Był niemal wdzięczny szpiegowi, który ulotnił się z pieniędzmi. W przeciwnym razie... Nieważne, upomniał się, nie myśl o możliwościach, skup się na rzeczywistości... Tak czy siak po tym incydencie ekipa z dyliżansu przestała się na moment kłócić i zjednoczyła swoje potencjały do wyzywania złodzieja od najgorszych i wzajemnego przekonywania, że od początku było dla nich jasne, co z niego za jeden. Jednak to tylko odsuwanie nieuniknionego... Wzdrygnął się. Spokojnie, pomyślał. Nic się nie stało. Już wszystko dobrze, wszystko będzie dobrze, jeszcze tylko cztery dni... Nie. Nie wolno myśleć o czasie. Boże, mój Boże, dlaczegoś mnie opuścił? Dlaczego, draniu? Nie licz więcej na żadne ofiary. Co mam robić? Wszystko będzie dobrze, wszystko... Zaczynam podejrzewać, że tracę rozum.
-I jesteście teraz zadowoleni z siebie?- zawołał do wnętrza dyliżansu.

***

Noc zapadała nad równiną.
-Spójrzcie za okno- zaczął bard tonem, którego nauczyli się już obawiać.- Czyż widok nie przejmuje was dreszczem? I ten tajemniczy odgłos wiatru świszczącego między...
-...główkami kapusty- dokończył Zoto szczerząc zęby.
Juan spojrzał na niego z pretensją.
-Naprawdę, czy wy nie możecie okazać choć odrobiny zrozumienia dla artysty? Moja dusza zachwyca się wschodzącym miesiącem w pełni i pragnie wyrazić swoje emocje w dziele sztuki, które obiegnie świat i wzbudzi w każdym wrażliwym sercu...
-No właśnie- mruknął mag.- Chociaż raz powiedziałeś coś istotnego. Księżyc jest w pełni, Yktourn. Czy zamierzasz...
-To wilkołaki- oznajmił chłodno zapytany.
-No tak, wybacz... Tak łatwo o pomyłkę...
-Mówiłem coś i naprawdę chciałbym dokończyć, jeśli wolno...
-Zamknij się.
-To jest właśnie to, o czym chciałbym was pouczyć. Ja, jako, rozumiecie, wieszcz i przewodnik narodu, z łaski Stwórcy obdarzony talentem...
-...ziarnka grochu...
-TALENTEM- powtórzył bard, postanawiając chwilowo ignorować krasnoluda.- Uważam, że traktowanie mnie w taki sposób jest tylko wyrazem waszej ignorancji, nad którą trzeba się pochylić ze zrozumieniem. Dlatego teraz przedstawię wam moją najnowszą odę...
Krasnolud uznał, że pozostaje już tylko jedno wyjście.
-Mam wino i sucharki. Macie może ochotę?

***

Woźnica zacisnął zęby. Teraz to już koniec, myślał. Jak się poupijają, to niech wysiadają i robią, co chcą. On nie kiwnie nawet palcem, by ich ocalić przed inwazją różowych piłeczek pingpongowych... Czymkolwiek one są, te małe łobuzy. On sam przeszedł już przez granicę szaleństwa i rozpędzał się coraz bardziej. Ale się nie przejmował. Głosy wyjaśniły mu, że to żaden problem.

***

-Bło, widzicie, zzawsze żem uważał, że niospera... nieuspro... niuesprowiedliwy jesst świat- oświadczył z powagą Yktourn.
Deu?l Mourtys pokiwał ze zrozumieniem głową.
-Fakt- oświadczył. Czuł jednak, że wymaga się od niego czegoś więcej, więc poklepał wampira po ramieniu, zachwiał się, spadł z krzesła i z podłogi oświadczył:
-Masz raację. Jesst parszy... parszuwie, nie ma co.
-Nie zzapraszaają mnie nawet na przyjęcia. Żywiom jakieś ssstereoty... O czym żem mówił?
-Złoto, złoto, złoooooto...- zawodził Zoto tradycyjną krasnoludzką piosenkę pijacką.
Juan, od jakiegoś czasu siedzący cicho, co samo w sobie było niesamowite, poderwał się teraz i z błyskiem w oku zawołał:
-Napiiszę epopejem!!!
-Nuaprawwde?- zapytał Yktourn, który osiągnął już taki stan umysłu, że nie mógł się powstrzymać.- Aa o czymże, jueśli wuolno sspytać?
-Będzie tam taki artysta, który chce ocalić swój naród, ale nikt go nie rozumie, więc on idzie do Stwórcy, rozumiecie, do Stwórrrrcy, i tak muu mówi, do Stwórcy, rozumiecie? Więc mówi mu: Jua czuję niuśmier... niuśmiurtelność, niuśmiurtelność tworzę!!! Tak mu mówi, Stwórcy tak mówi. I wiiecie, co jueszcze mu mówi? Wyzywam Cię uroczyście. Wyzywam, tak. A wiiecie, co Stwórrca na to? Nic. Tak, otóż to. Nic, w rzueczy saamej.
Odetchnął, zadowolony, że udało mu się przekazać Ideę, która błyszczała mu w głowie i wypalała mózg.
Nastąpiła chwila pijackiej zadumy.
-Mua swój urok- przyznał ostrożnie wampir.- Niikt go nie rozu... mie, powiadasz? Na puewno nie zapraszalli go na przyjęcia... Krwiopijca, mówillii... Sstuerotypy, niec jeno sstuerotypy...
-I puewno mówili jeszsze, żeee jesst zuarozumiały- dodał mag z podłogi.- I gruby.
-Złoto, złoto, złoooto...- jęczał nadal krasnolud, do którego nic nie dotarło.

***

Ciemność unosiła się nad polami kapusty. Wszędzie panowała cisza, nawet w pojawiających się od czasu do czasu wioskach, których mieszkańcy dawno już poszli do łóżek, zgodnie z odwieczną tradycją, która nakazywała im czynić to z kurami (to znaczy, nie dosłownie z kurami, jak można by pomyśleć. Po prostu w tym samym czasie. To tylko jedna z takich niefortunnych metafor). Gwiazdy, dla twórczych umysłów przypominające łupież na kołnierzyku Stwórcy, połyskiwały radośnie nad piaszczystą drogą, którą raźno podążał nasz znajomy dyliżans (woźnica uznał, że najlepiej zrobi nie zatrzymując się na noc). Z owego dyliżansu zaś dobiegała pijacka piosenka, śpiewana mniej więcej równo i do mniej więcej tej samej melodii? No dobrze. Wcale nie równo i do melodii tak różnych, jakby były dobrane specjalnie pod tym względem. Jednak z całą pewnością wszyscy się starali, więc zasługują przynajmniej na eufemizmy. Piosenką tą była słynna w podobnych okolicznościach "Laska maga ma na czubku gałkę". Ci nieliczni wieśniacy, którzy obudzili się słysząc te wokalne próby sił, mieli niepowtarzalną okazję do poszerzenia swej wiedzy o laskach magów. Jednak prawdopodobnie nawet nie domyślili się dwuznaczności...

***

Następnego ranka humor pasażerów dyliżansu był prawie nie do opisania. Najlepiej jednak byłoby zacząć od określenia "ogólne skrępowanie", a następnie posuwać się dalej. Gdzieś po drodze na pewno pojawiłaby się także "piekielna drażliwość". Ten stan ducha znają prawie wszyscy: stan, gdy człowiek nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, co właściwie robił poprzedniego wieczora, lecz zaczyna już podejrzewać, że najprawdopodobniej było to coś bardzo głupiego. Ta świadomość zaś nie staje się mniej dokuczliwa, jeśli dana osoba wciąż przebywa w towarzystwie świadków swych nocnych poczynań, którzy również zdążyli już wytrzeźwieć. Istnieje, więc możliwość, że przypomną sobie, że, nie dalej jak wczoraj, próbowało się wlewać sobie alkohol do nosa, co wszystkim wydawało się wówczas bardzo zabawne. Teraz jakoś przestało. Yktourn uśmiechnął się w sposób mający sugerować, że lepiej go nie zaczepiać, gdyż pamięta każde słowo, które zostało wypowiedziane przez jego towarzyszy zeszłej nocy.
-No i jak tam, panie magu?- zapytał zaczepnie.
-Jeśli to ma być prowokacja, to możesz sobie darować- mruknął deul Mourtys.
Właśnie przypomniał sobie piosenkę, którą wczoraj śpiewali, i nie poprawiło mu to nastroju. Miał też niejasne przeczucie, że to on sam wytłumaczył kolegom, jak można rozumieć zwrot "laska maga". To było okropne. Postarał się wyglądać nonszalancko.
-A tak. Miała to być prowokacja, nie mogę zaprzeczyć.
-Uważaj no... Żebym nie musiał ci przypominać... przypominać...- mag zawahał się. Był prawie pewien, że ten przeklęty krwiopijca również się wczoraj kompromitował, tak samo jak wszyscy. Jednak szczegóły pozostawały poza jego zasięgiem.- Żebym nie musiał ci czegoś przypominać- zakończył, więc niezbyt szczęśliwie, starając się wyglądać na człowieka, który wie, o czym mówi.
Wyglądało na to, że to niesprecyzowane ostrzeżenie odniosło skutek. Wampir nie był wprawdzie całkiem pewien, czy ten zarozumialec faktycznie może pamiętać jego wczorajszy pokaz tańca flamenco, który wykonał, gdy zatrzymali się na chwilę wśród pól. Uznał jednak, że lepiej nie ryzykować. Zamilkł, wpatrzony posępnie w kapustę.
-Wiecie...- zaczął niepewnie Juan.- Może kojarzycie... To znaczy, miałem wczoraj taki świetny pomysł... Był tam taki wieszcz...- zebrał się na odwagę.- Pamięta ktoś, o co tam właściwie chodziło?
-O ile się orientuję, to nikt go nie rozumiał- mruknął mag. Wciąż był wściekły.- Stwórca nie zapraszał go na przyjęcia, bo był krwiopijcą. Coś takiego.
-Dyskryminacja i nietolerancja, gdziekolwiek by nie spojrzeć- zwrócił się Yktourn do świata jako takiego.
Na twarzy barda malował się wysiłek umysłowy.
-Znaczy... kto był krwiopijcą?- zapytał niejasno.
Mag spojrzał tępo.
-No bo uściślijmy... Powiedziałeś, że Stwórca nie zapraszał go na przyjęcia, bo był krwiopijcą... Czyli Stwórca był krwiopijcą czy wieszcz?
Deu?l Mourtys zastanowił się. Sam nie był do końca pewien.
-Jeden z nich- stwierdził w końcu.- Tak. Na pewno jeden z nich.
-Było jeszcze coś o narodzie- dodał krasnolud, który chciał być pomocny.- Znaczy, on chciał coś zrobić ze swoim narodem... Mam to na końcu języka... Chyba podpalić.
Mag pokiwał głową. Wszystko zaczynało się układać w logiczną całość.
-Ustalmy to, co już wiemy- poradził.- Mamy wieszcza-krwiopijcę, którego Stwórca nie zaprasza na przyjęcia. Nikt nie rozumie jego uczuć wywołanych takim jawnym przejawem wszędobylskiej nietolerancji, podejmuje, więc drastyczne kroki: zamierza podpalić swój naród- zastanowił się nad tym, co właśnie powiedział.- Znaczy, to miała być epopeja? Nie chciałbym cię urazić, ale jakoś nie pasuje.
Juan weschnął.
-Masz rację- przyznał.- Stek bzdur. A wczoraj wyglądało to na taki świetny pomysł...
Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głowami. Wczoraj wiele rzeczy wyglądało na świetne pomysły.

***

Zbliżał się już wieczór, a dyliżans był w drodze bez przerwy od dwóch dni, nie zapominając o obfitującej w wrażenia nocy. Woźnica nie czuł się najlepiej, i to nie tylko z wiadomych względów- tym razem był jeszcze zmęczony, na tyle zmęczony, że głosy z jego głowy chwilowo dały mu spokój. Docierały do niego natomiast głosy z jego dyliżansu. Były to poirytowane głosy, a mówiły o takich sprawach jak dobrodziejstwa łóżek, wanien i ciepłych posiłków. Konie również były coraz bardziej zmęczone i woźnica zaczynał się martwić, co będzie, gdy nagle staną, a on będzie musiał wytłumaczyć swoim pasażerom, dlaczego właściwie mają spędzić noc w otwartym polu...
Krótko mówiąc, wszystkie bodźce docierające do jego zmaltretowanego umysłu miały za zadanie z wyrzutem przekazać dowództwu wiadomość o konieczności natychmiastowego postoju.
***

Cała czwórka siedziała przy stole w wiejskiej gospodzie. Troll uznał, że woli zostać na zewnątrz, gdzie wśród pól kapusty można było czasem napotkać ciekawe monolity, którym chciałby się bliżej przyjrzeć, w nadziei, że któryś okaże się odpowiedni, aby uprawiać z nim seks lub go zjeść. Woźnica natomiast z niewiadomych przyczyn stwierdził, że dużo lepiej będzie mu się jadło przy ladzie. Wyglądał na takiego roztrzęsionego, że nikt nie miał serca się z nim kłócić.
Mag zajrzał do przygotowanej zawczasu karteczki.
-Wiecie co? Wezmę trzy duże kufle zimnego piwa, półmisek śledzi w śmietanie, łososia, dzika w świeżych jarzynach i sosie własnym, paterę owocową, ciasto cytrynowe, pudło czekoladek miętowych i cztery paczki paluszków.
Wszyscy patrzyli na niego z otwartymi ustami.
W końcu Zoto, który uznał, że już wszystko zrozumiał, uśmiechnął się szeroko i poklepał kolegę po plecach.
-Od początku wiedziałem, że szczodry z ciebie gość- pochwalił.
Deu?l Mourtys wyglądał na dość zakłopotanego.
-Znaczy... Myślisz, że powinienem zamówić też coś dla reszty?- zapytał.

***

Gdy w kwestii planowanego zamówienia wszystko zostało już ustalone, postanowili wysłać z nim maga- w nadziei, że od osoby z jego uzdolnieniami nikt nie zażąda napiwku ani niczego podobnego. Nawet się zbyt dużo nie awanturowali- byli zbyt głodni. Po prostu siedzieli, machali nogami i obserwowali, jak deul Mourtys kłóci się z karczmarzem.
W końcu Juan szturchnął wampira.
-Wraca- szepnął.
-Nie wygląda na zbyt zadowolonego- zauważył Zoto, zdobywając tym samym Nagrodę Bagniaka za Spostrzegawczość. Czerwony z gniewu mag, nadchodzący przy akompaniamencie dudnienia nóg, spod których strzelały czarodziejskie iskry, rzeczywiście nie wyglądał na zadowolonego. Ani trochę.
-Nie mógł sobie podarować odrobiny efektów specjalnych, co?- spytał złośliwie Yktourn.
-Co tam za strawę nam niesiecie, towarzyszu?!- wołał już z daleka bard.
-Bigos- odparł kwaśnym tonem deul Mourtys. Uwaga o efektach specjalnych nie poprawiła mu nastroju. Naprawdę liczył, że tymi iskrami zrobi na wampirze takie piorunujące wrażenie, że ten w końcu zaprzestanie swych szyderczych komentarzy. Cóż- Yktourn okazał się zbyt ograniczony, by pojąć ogrom jego umiejętności.
-Bigos?- zdziwił się Juan.- Nie przypominam sobie, by była mowa o bigosie. Nienawidzę bigosu.
-Trudno- stwierdził mag.- To nie jedz.
-Co to znaczy?! Czemu akurat bigos?! Nikt nie chciał bigosu!!!- denerwował się głodny bard.- Naprawdę uważam, że tym razem przesadzi...
-Tak się składa, że mają tu tylko bigos- wyjaśnił słodkim tonem deu?l Mourtys.- Smacznego.
-Tylko bigos?! Co to znaczy tylko bigos?! Na bogów, jesteśmy w gospodzie!!! Muszą mieć coś więcej niż tylko jakiś głupi bigos! Wypraszam sobie! Nie będę jadł bigosu!
-Ciekaw jestem- zapytał Zoto, podchodząc do problemu filozoficznie- ileż to potraw z kapusty wymyśliłby nasz pan Kreatywny?
-No...-zastanowił się Juan.- Bigos i...- urwał na moment.- W każdym razie to nie o to chodzi- kontynuował, próbując udawać, że w ogóle nie podejmował wyzwania.- Chodzi o to, że... O to, że... To paskudne tak sobie mieć tylko bigos!
-Jak gdyby nigdy nic- pokiwał głową wampir.
-Cicho bądź- burknął Zadeklarowany Antybigosista.- Zaczynam już mieć dość twego zwichrowanego poczucia humoru. Uważasz, że to takie zabawne? W takim razie poczęstuj się bigosem.
-Tak się składa, że lubię bigos- uniósł się honorem wampir.- Nie widzę nic złego w porządnym, przyzwoicie przyrządzonym bigosie i nie pozwolę go znieważać byle knypkowi, który nie odróżniłby sałaty od kapusty, choćby oberwał obydwoma podczas swego ulicznego występu!
-Możesz mi wierzyć, że po dwóch dniach tej naszej podróży jestem prawdziwym ekspertem od kapusty- mruknął bard.- Poznam kapustę w nocy o północy. Co nie znaczy, że muszę się nią zachwycać. Jestem poetą, wiem, co mówię. Kapusta nie jest od zachwycania się. Od tego są... No, na przykład żonkile albo zachody słońca.
-To spróbuj się nimi najeść- Zoto wydawał się zadowolony, że udało mu się wytknąć Juanowi lukę w rozumowaniu.
-Na tym polega problem z laikami- westchnął ciężko artysta.- Nie odróżniają strawy cielesnej od duchowej...
-My odróżniamy- przerwał mu krasnolud.- To ty nie odróżniasz, skoro wyjeżdżasz przy obiedzie z żonkilami.
-W takim razie proszę, napisz mi sonet o kapuście, który przetrwa wieki po śmierci swego twórcy, zapewniając mu nieśmiertelność. Chętnie bym się z nim zapoznał. Taki sonet na pewno wstrząsnąłby podwalinami starego ładu, budując dla ludzkości nowy, lepszy świat- bard postanowił pokazać wszystkim zainteresowanym, że on również opanował trudną sztukę ironicznych uwag.
-Przynajmniej jest z niej jakiś pożytek, nieprawdaż? Z kapusty znaczy. I nie mówimy tu tylko o bigosie. Musisz się w końcu nauczyć, mój drogi, że życie to coś więcej niż nierozumiani wieszczowie i zachody słońca- Zoto zaprezentował swe pragmatyczne podejście do rzeczywistości. Wydawał się bardzo z niego zadowolony.
Juan natomiast uznał, że czas położyć kres takiemu karygodnemu lekceważeniu jego osoby. Bądź, co bądź istnieją pewne granice. Dość już długo znosił krasnoluda i wszystkie jego drobnomieszczańskie fochy. Nadeszła pora, by zademonstrować mu niewątpliwą wyższość artysty nad takim motłochem jak on i mu podobni, wliczając w to pewnych cynicznych wampirów, którzy uważają, że zjedli wszystkie rozumy.
-Obawiam się, że wysłuchiwanie tego, co o sztuce ma do powiedzenia handlarz ketchupem, jest nieco poniżej mojej godności- oświadczył. Parszywa, kołtuńska satysfakcja niemal krystalizowała się w jego głosie.
-Na pewno. To wszystko tłumaczy, naturalnie- Zoto nabił fajkę. Uśmiechnął się, jak uznał bard dość bezczelnie, i z wyższością wypuścił dym uszami.
-Nie mam pojęcia, co chciałeś przez to powiedzieć- obruszył się Juan- I nie będę się nawet domyślał. Bo sztuka, przyjacielu...
-Mówcie co chcecie- przerwał mu mag.- Ja mam swoje zdanie.
-A jakie?- spytał z ciekawością niedoszły twórca nowatorskiej opinii na temat istoty sztuki.
-Moim zdaniem...
Wszyscy umilkli, zaintrygowani malującym się na twarzy deul Mourtysa skupieniem. To będzie coś, czego warto posłuchać, myślał bard, żywiący do Potężnego i Wielkiego Maga mimowolny respekt. To człowiek o wielkiej mądrości, mający za sobą wieloletnie studia o sprawach ważkiej i egzystencjalnej natury. Jego opinia na temat roli dzieła i jego twórcy w nowoczesnym społeczeństwie na pewno będzie opinią dokładną i przemyślaną, opinią, którą on, Juan, będzie się już zawsze kierował podczas swej przyszłej kariery...
-Więc moim zdaniem...- kontynuował autorytet w sprawach ważkiej i egzystencjalnej natury- to naprawdę okropne, że dają tu tylko bigos, no nie? Znaczy, rozumiem, na miejscu mają tylko kapustę, fakt. Ale przecież można chyba było sprowadzić coś sobie zza granicy, prawda? Choć szczerze mówiąc wydaje mi się, że są na to zbyt ograniczeni. Spójrzcie tylko na nich. Wszyscy gapią się na nas z otwartymi ustami. To raczej nie świadczy o inteligencji, co? -Święte słowa- potwierdził Yktourn, przewracając oczami.- Słuchajcie tego maga. Wie, o czym mówi.
-Zamknij się- odparował autorytet w sprawach ważkiej i egzystencjalnej natury.

***

Również karczmarz, nieco zdezorientowany, przysłuchiwał się rozmowie swych gości. W końcu podszedł do woźnicy, który z ponurą determinacją siedział przy ladzie i próbował się upić destylowanym przesączem z kapusty.
-Oni tak zawsze?- zapytał.
Spojrzały na niego przekrwione oczy.
-Cały czas- potwierdził klient.- Bez przerwy. Jeszcze raz to samo.
Gospodarz rzucił okiem na towarzystwo przy stoliku, a następnie raz jeszcze na twarz woźnicy. Poklepał go po ramieniu.
-Na koszt firmy, przyjacielu- rzekł.

***

Ekipa siedziała na swych łóżkach w najlepszym pokoju w gospodzie. I cokolwiek mag miałby do powiedzenia na ten temat, dostanie się do niego nie było jego zasługą? Ponieważ był to również jedyny pokój w gospodzie, jak to w przypływie spostrzegawczości zauważył Juan. Gdy pospiesznie usunięto pajęczyny, okazał się zdatny do spędzenia w nim nocy- możliwe nawet, że wygodnej, choć wymagało to znacznego naciągnięcia definicji tego słowa. Po standardowej prezentacji warunków ("to je okno, sie naprawde otwira, to je pompa, leci z niej woda, jak sie pomacha tom wajchom, a to jestem ja i czekam na jakiś piniondze") zostali w końcu sami, co mogło na dłuższą metę nie okazać się dobrym pomysłem. Zapraszali wprawdzie woźnicę, jednak on z niewiadomych przyczyn odmówił. Nikt nie mógł biedaka zrozumieć, chociaż długo (i nieco drżącym głosem) tłumaczył jak bardzo przywiązany jest do dyliżansu, swojego ukochanego miejsca pracy, i jak paskudnie by się czuł zostawiając go na pastwę wszelkiego typu zagrożeń współczesnego świata. Krasnolud, który z kolei był bardzo przywiązany do swoich pieniędzy i chciał rozłożyć koszty pokoju na więcej osób, nie ustępował. Przekonywał, że przyjmą go z prawdziwą radością, gdyż mają w planach długie męskie rozmowy, grę w strzałki i wiele innych atrakcji, przy których jego obecność może się okazać niezastąpiona. Powiedział to w najlepszych intencjach. Nie wiadomo, zatem, dlaczego skłoniło to biednego człowieka do panicznej ucieczki. Z krzykiem.
-Coraz gorzej z nim- skwitował całe zajście Yktourn.- Trzeba będzie popracować nad jego stosunkiem do rzeczywistości.
-Jutro z nim pogadam- obiecał mag.- Skończyłem kiedyś kurs "Psycholologia w trzech trudnych i osiemnastu łatwych lekcjach". Taki przypadek to coś w sam raz dla mnie.
Z zewnątrz dochodziło zawodzenie Juana. Bard wylosował pierwsze miejsce w kolejce do kąpieli i obecnie manifestował swą obecność w balii tym, co pewnie uważał za zabawną piosenkę stosowną do okoliczności. Piosenka mówiła o pastereczce. Oczywiście w sensie najbardziej ogólnym z możliwych- Zoto słusznie podejrzewał, że pastereczka była tu jedynie pretekstem. Dostrzegł też kilku tubylców, którzy wychylili się ze swoich chat i gorączkowo robili notatki. I nic dziwnego. Piosenka była niewątpliwie bardzo pouczająca, zwłaszcza dla prostych wieśniaków, którzy całe swe życie hołdowali przyzwoitości i uczciwej pracy, jedynie od święta spotykając się przy ogniskach aby pośpiewać ckliwe piosenki o tytułach brzmiących zazwyczaj "Kapusto, moja kapusto". Krasnolud miał niejasne wrażenie, że stan ten niedługo ulegnie zmianie.
Wielkim wysiłkiem woli przestawił fonię na pokój. Nie wyglądało tu wcale lepiej- mag i wampir pogrążeni byli w dyskusji tego typu, jaką jego współplemieńcy zwykle określali z pogardą jako "kwantową".
Zoto, którego Los uznał za stosowne obdzielić krasnoludzią naturą w połączeniu z intelektem wystarczającym do kariery sprzedawcy ketchupu, intuicyjnie podejrzewał, że gdy dyskusja zaczyna dotykać paradygmatów temporalności czasoprzestrzeni, to jego rolą jest uśmiechać się mądrze, kiwać głową i robić wrażenie ogólnie zorientowanego. Od czasu do czasu można też powiedzieć coś w stylu "ach tak? " albo "to ciekawe". Technikę miał opanowaną do perfekcji- używał jej zazwyczaj, kiedy odwiedzała go rodzina, a rozmowa przy stole toczyła się na temat złota, sztolni, złota, wydobycia rudy, złota i złota. Czasami padały też wyrwane z kontekstu komentarze na temat czarnych owiec w rodzinie i nikt nie doceniał wspaniałego ketchupu, który dostawali do jedzenia. Na samo wspomnienie przeszedł go dreszcz. Wrócił do rzeczywistości, która okazała się tylko trochę lepsza.
-I co?! I co z tego?!- darł się mag.- Jak uważasz się za takiego spryciarza, to może mi wytłumaczysz, w jaki sposób taki typowy kwant, właśnie ten kwant, który najwyraźniej wzbudza twój ślepy zachwyt, mógłby...- zastanowił się szybko- mógłby stworzyć kulę ognistą albo co? Cokolwiek użytecznego. Gołębia chociażby. Ha! Sam widzisz! Poprosisz o standardowego gołębia z rękawa, którego uczymy naszych studentów zaraz na początku, to znaczy zaraz po pokazaniu im gdzie są toalety i takie różne, i ten twój marny kwant spuszcza nos na kwintę! No i jest jeszcze to continuinuinuum, kolejny wymysł. Jak dla mnie brzmi to bardzo podejrzanie, ot co. Cała osnowa rzeczywistości temporalnej chowa się pod ziemię, gdy słyszy wywody kogoś, kto nie dość, że ma takie teorie, to jeszcze jest na tyle nieuprzejmy, by o nich opowiadać.
-Prawdopodobnie się chowa- przyznał mu rację wampir.- Nie zaprzeczę. Ale jeśli chcesz, to mogę ci wytłumaczyć, mój drogi, co ją do tego doprowadziło. Otóż była to banda grubych staruchów z brodami, którzy już tyle razy przebijali ją w poszukiwaniu utraconej mądrości, że obecnie siedzi cicho i stara się nikomu nie wchodzić w drogę. A co do kwantów... Obawiam się, że byłem już świadkiem podobnych reakcji. Zwykle ze strony ludzi o zbyt mało rozwiniętej umysłowości, by przyswoić takie manifestacje oczywistego geniuszu jak Teoria Ogólnej Continuinuinalnej Nieoznaczoności, już nie wspominając o cudownej złożoności świata paradoksów, które to w ostatnich latach zdołały obalić większość praw, według laików rządzących tym prymitywnym światem trzech wymiarów. Większość z tych praw, czystym przypadkiem, została opracowana przez magów.
-Ach tak.
-Tu nie chodzi o prawa!- deul Mourtys wzniósł oczy do nieba, ubolewając nad takim rażącym niezrozumieniem natury rzeczy.- Wszyscy wiedzą, że tak naprawdę to służą one jedynie uspokajaniu społeczeństwa! Chodzi, przyjacielu, o to, że trzeba się zachowywać z godnością! Nie można biegać dookoła w wytartej szacie i wrzeszczeć: " Hura, hura, leci następny kwant! ". Nie można tak sobie obalać całkiem przyzwoitych zasad czy praw, które były dobre dla naszych dziadów, i które powinniśmy przekazać w dobrym stanie kolejnym generacjom! Poza tym nie pochwalam tych wszystkich... kwanciarzy. Są niehigieniczni, jak tak ciągle kręcą się wkoło porządnych obywateli. Żywię też poważne podejrzenia, że jedną z rzeczy, które powinien zrobić człowiek, kiedy nagle odkrywa w sobie skłonność do myślenia w kategoriach nieoznaczoności, jest sprawdzenie, czy już się ślini i nosi bieliznę na ubraniu. Bez urazy.
-Urazy? Dobre sobie. Jak dla mnie nikt nie jest bliższy noszenia bielizny na ubraniu niż właśnie magowie. Takie... takie kurczowe trzymanie się reliktów przestarzałego systemu ideologicznego musi... Zoto, przestań tak się szczerzyć, głupio ci to mówić, ale z tą miną wyglądasz jak półgłówek... musi w końcu doprowadzić do pewnych odchyleń. Poza tym taka stara wytarta szata reprezentuje sobą pewien styl, podczas gdy wy, o ile zauważyłem, kiedy widzicie błyszczące obiekty charakteryzujecie gustem i opanowaniem obłąkanej sroki. Nie chciałbym nic sugerować, ale pewnie, jak wszyscy, wiesz, co mówią o magach.
-To ciekawe- mruknął Zoto. Już się nie uśmiechał. Po przeanalizowaniu uwagi wampira musiał przyznać, że odrobinę przesadził z zamaszystym kiwaniem głową i wykrzywianiem się jak obłąkaniec. Będzie musiał poprzestać na wyrażających zrozumienie komentarzach... Krasnolud był tak zafrapowany problemem stosownie inteligentnego zachowania, że przeoczył powrót rozmowy na stare, znajome tory, takie jak "Nie chciałbym nic sugerować, ale jesteś głupi". Od czegokolwiek by tych dwóch nie zaczynało zawsze kończyli na czymś takim. To prawdopodobnie jeden z cudów istnienia.
-Nie wiem... A co mówią?- spytał mag, litościwie ignorując wyrażający zrozumienie komentarz Zota.
-Ach tak.
-No więc...- Yktourn uśmiechnął się złośliwie.- Mówią, że...
-To ciekawe.
-Słuchaj, zamknij się, dobrze? Bigos ci zaszkodził, czy co? No, słucham, panie Specjalisto od Niczego... Co takiego ci wariaci od kwantów rozpowiadają o magach, hm? Mam tylko nadzieję, że to nie żaden paradoks. Nienawidzę pieprzonych paradoksów.
-Nie, nie, żaden paradoks, skąd. Dotyczy to waszych lasek.
-Lasek.
-Tak. Dokładnie chodzi o to, że, rozumiesz, taka typowa laska maga, znaczy, wiesz, z gałką na czubku i wszystkim, co trzeba, to...
Z zewnątrz dobiegł plusk. To Juan przewrócił się wychodząc z balii do wtóru radosnych wersów opowiadających o perypetiach pastereczki w pewien piękny majowy poranek. Akompaniament bard zapewniał sobie za pomocą żółtej gumowej kaczuszki.
Wampira i maga na moment zatkało, zaprzestali więc swej continuinuinalnej awantury.
Na dworze rozpoczęła się zwrotka dotycząca perypetii tejże pastereczki w piękny czerwcowy poranek. Kaczka piszczała do rytmu.
-W porządku- mruknął pojednawczo deul Mourtys.- Jestem gotowy przyznać, że ludzkiej psychice zdarzają się gorsze rzeczy niż kontaktowanie ze światem na poziomie kwantów. Gorsze nawet niż bycie wampirem. Dziwny jest ten Dysk, jeśli się dobrze zastanowić...
Yktourn zawahał się. Wiedział, czego się teraz od niego oczekuje, jednak nie osiągnął jeszcze tego stanu ducha, który pomógłby mu sprostać wymaganiom narracyjnym.
Za oknem rozległ się kolejny plusk. Tym razem bard poślizgnął się na mydle i wykorzystał nadarzającą się okazję, by wygłosić krótką poetycką improwizację, w której zwracał się do wszechświata jako całości z pytaniem, kto, do diabła, tu to położył, i czy uważał to za zabawne.
Potem nadepnął jeszcze na kaczkę.
Wampir poddał się.
-No dobra. Zdarzają się gorsi niż magowie.
Widać było wyraźnie, że jest zdegustowany koniecznością wypowiedzenia tak niezgodnej z jego tradycyjnym światopoglądem hipotezy. Cała jego natura protestowała przeciwko przyznaniu wobec tego bufona, że na tym padole łez istnieją typy gorsze niż on i jego banda. Sytuacja nie pozostawiła mu jednak wyboru.
-Ale nieczęsto- dodał z naciskiem, desperacko próbując ratować resztki swej w pełni uzasadnionej wyższości.
-To ciekawe- Zoto pokiwał głową. Zaryzykował też minę, która, jak uznał, będzie sugerować głębokie zrozumienie natury rzeczy. Nie osiągnął w pełni zamierzonego efektu: mina wprawdzie dawała do zrozumienia istnienie jakichś związków z szeroko pojętą naturą rzeczy, jednak tego rodzaju, jaki osiąga się zazwyczaj po sporej dawce czegoś nielegalnego.
Yktourn westchnął i ukrył twarz w dłoniach.
-Chociaż ostatnio jakby częściej- przyznał, uginając się pod gradem dowodów.

***

Nim wieczór dobiegł końca prości wieśniacy mieli okazję poznać jeszcze parę alternatyw dla przeboju o kapuście.
Zoto śpiewał tradycyjną krasnoludzką piosenkę kąpielową, brzmiącą mniej więcej: złoto, złoto, złooooto! Hej, ho, hej ho złooto, złoto... Ktoś kreatywny dodał kiedyś to hej ho, i tak już zostało. Zamknęło to usta wszystkim, którzy twierdzili, że piosenki krasnoludów są monotonne. Nie mieli racji- jest to lud otwarty na nowe idee, pod warunkiem, że pasują one do pewnego schematu (to znaczy jest odpowiednio dużo złota). W każdym razie Zoto mógł być z zawodu drobnomieszczańskim handlarzem ketchupem, jednak genetycznie pozostał krasnoludem, nic, więc dziwnego, że w sytuacjach ekstremalnych (takich jak pijaństwo albo kąpiele) geny cisnęły mu na usta strofy: złoto, złoto, złoooto? Yktourn śpiewał Laskę Maga, głównie po to, by zrobić na złość deul Mourtysowi.
Mag zaś nie śpiewał nic, gdyż chciał zademonstrować wampirowi, jak podczas kąpieli powinien się zachowywać człowiek kulturalny.
Według przeprowadzonego w okolicy sondażu, najwyższe notowania osiągnął ostatni występ.

***

-A co właściwie robisz?- spytał wampir, mimo woli zaciekawiony.
Bard spojrzał na niego z wyraźną niechęcią. Poznał już Yktourna na tyle, by podejrzewać go o użycie w tym zdaniu sarkazmu- nawet jeśli akurat w tej chwili nie wiedział dokładnie, czego on dotyczy.
-Łączę się z naturą wszechrzeczy aby osiągnąć nadziemską harmonię- oznajmił wyzywająco.- Mogę, jeśli zechcę.
Wampir przyjrzał się Juanowi. Bard siedział na podłodze pokoju ze skrzyżowanymi nogami i wyciągał ręce w górę, łącząc kciuk z palcem wskazującym. Prezentował przy tym minę bardzo podobną do tej Zota i mruczał pod nosem coś brzmiącego jak yoongyongYONGyoongtao... Zastanowił się nad możliwym komentarzem. Zrezygnował.
-Aha- oświadczył.- To dobrze.
-To bardzo ważne dla zachowania równowagi- dodał Juan gwoli wyjaśnienia.- Pomaga uspokoić nerwy, wystawione na zbyt długi wpływ osób psychicznie niezrównoważonych. YoongyongYONGyoongtao...
yoongyongYONGyoongtao...

***

Krasnolud przechadzał się wzdłuż szeregu złożonego ze swych zakłopotanych towarzyszy. Z satysfakcją stwierdził, że wyglądają na dość skruszonych- świadczyło o tym choćby pilne przyglądanie się własnym stopom, które nigdy dotąd nie zdawały się ich interesować. Tak- na pewno coś się za tym kryło. Taki deul Mourtys raczej nie należał do osób, które przyglądają się swoim stopom ot tak bez powodu.
-Więc- rozpoczął Zoto swoją odezwę.- Słucham.
Stopy nadal znajdowały się w centrum uwagi winowajców. W każdym razie nikt się nie odezwał. Zoto poczuł, że cała sytuacja zaczyna go bawić... Teraz wreszcie to on im dopiecze. Zobaczą, co to znaczy zadrzeć z krasnoludem biznesu!
-Chciałbym usłyszeć, co macie na swoje usprawiedliwienie- podjął niczym doświadczony zrzęda.
-Mrumrumru- oznajmił mag, głównie po to, żeby potem nie było, że nie dość, że narozrabiał, to w dodatku nie uważa.
-Przepraszam, nie zrozumiałem- oznajmił krasnolud. Poborcy podatkowi wydaliliby go ze swych szeregów za nadmierną złośliwość.- Czy mógłbyś powtórzyć, tak żebyśmy wszyscy mogli usłyszeć, co masz do powiedzenia?
-On zaczął- oznajmił zapytany, wskazując na wampira.- Nie moja wina. Przecież nie mogłem tego tak zostawić. Jak waszym zdaniem czuje się poważny mag, kiedy poduszka ląduje mu na głowie?
-Chrapałeś- mruknął Yktourn.- A z doświadczenia wiem, że poważne argumenty do ciebie nie docierają.
-Świetnie więc- oznajmił Zoto.- Naprawdę wspaniale. Honorowe rozstrzygnięcie nieporozumień. Mamy już motyw, zdaje się.
-Nie było w tym ani krzty honoru- zaprotestował mag.- Zaatakował, kiedy spałem!
-Sprowokowałeś mnie! Chrapałeś, mówiłem już. Mam ci to może zapisać?
-A potrafisz?
-Cisza!- ryknął Zoto.- To ja zapłaciłem za okno, co sie naprawde otwira, i za pompe, co leci z niej woda, jak się pomacha tom wajchom, i za ścianę, co to naprawde jest ścianom. I za poduszki, słownie cztery. Więc teraz ja będę mówił, co mam do powiedzenia. A do powiedzenia mam to, że chcę się dowiedzieć, co macie na ten temat do powiedzenia. Ty!- wskazał na Juana, który drgnął.- Po tych dwóch się właściwie niczego lepszego nie spodziewałem, ale ciebie stać chyba było na coś więcej? Dlaczego mnie nie obudziłeś i nie powiedziałeś, co robią twoi koledzy?
-To nie są moi koledzy!- zajęczał Juan.- W ogóle ich nie znam! Ja nie chciałem, zmusili mnie, ja jestem tylko biednym młodzieńcem, który wpadł w złe towarzystwo, mam ojca alkoholika, moja matka uciekła przed moim urodzeniem, a poza tym to ja nic nie pamiętam.
Towarzysze zbrodni spojrzeli na niego z wściekłością.
W podobnych okolicznościach każdy wspólnik wolałby usłyszeć z ust kolegi raczej coś w stylu: "tak, to wszystko moja wina, najlepiej więc będzie od razu mnie zapuszkować i zakończyć całe dochodzenie; co wy na to? ". To naprawdę dziwne, twierdzą, że nikt nigdy czegoś takiego nie mówi. Gdzie się podziała lojalność? Ku niezmiernej irytacji całego światka przestępczego, jakoś wciąż większą popularnością cieszy się typ obrony prezentowany przez barda. To w sumie smutne- źle świadczy o dzisiejszej młodzieży, która nie jest w stanie docenić dobrze zorganizowanego złego towarzystwa, nie mówiąc już o jakiejkolwiek wdzięczności. To prawdopodobnie wina rodziców.
Poza tym, w każdym razie w rozpatrywanym przez nas przypadku, taka taktyka nie miała przynieść rezultatów, które Juan byłby skłonny uznać za dobre- zarówno mag jak i wampir powzięli mocne postanowienie, że ktoś tu jeszcze dostanie za swoje, i wówczas na pewno przypomni sobie wszystko, o czym tak beztrosko zapomniał, a nawet- jeśli dobrze się to rozegra- jeszcze więcej.
-Ha!- zawołał krasnolud zawracając.- Tylko na nich popatrzcie. Trzech dorosłych facetów! I jedyne, co mają na swoje usprawiedliwienie, to to, że nie oni zaczęli, że sprowokowano ich chrapaniem, i że nic nie pamiętają. Czy wy macie choć krztynę rozumu?
-Właściwie...- zaczął mag.
-To było pytanie retoryczne- przerwał mu krasnolud.
-Chodzi mu o to, że odpowiedź jest oczywista- wyjaśnił towarzyszom Juan.
-Ach- rozpromienił się mag.- Przepraszam, po prostu nie nadążyłem za twoim rozumowaniem... Widzę, że w końcu do czegoś dochodzimy, ale dlaczego tak nagle zacząłeś nas chwalić?
-Może zrozumiał swój błąd- zastanawiał się Yktourn.- Albo doszedł do wniosku, że jeśli będzie się tak darł, to nikt mu nie odda pieniędzy? Choć tak naprawdę, to z krasnoludami nigdy nic nie wiadomo, zapamiętaj moje słowa.
-Racja...To mogło być cokolwiek, może nigdy się nie dowiemy... Świat pełen jest takich dziwów, co to są po prostu nie do wyjaśnienia, a świadczą o jego złożoności i cudowności. Może kiedyś i ta zagadka zostanie rozwiązana dzięki przenikliwości ludzkiego geniuszu?- zaczął w swoim stylu bard. Ostatnia ocalała poduszka trafiła go w głowę.
-Sprowokował mnie- oznajmił mag.- Nierozsądnym mieleniem językiem. A teraz skończmy już tę gadkę-szmatkę, i chodźmy na śniadanie... Swoją drogą, ciekawe, jak je tu nazywają? Poranną kapustą?

***

cdn. [po maturach :(]

Bogienka



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl