Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

"... i patrząc wstecz, dostrzegli elfy" - Tolkien i baśniowość.

    Był rok 1938, minęło osiem lat od chwili, w której John Tolkien, pracownik uniwersytetu w Leeds, nabazgrał gdzieś jedno zdanie, które miało wszystko zmienić: "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit". Powieść, która zrodziła się z tego wyjątkowego przebłysku natchnienia, miała na stale wejść do klasyki literatury dziecięcej - i co najważniejsze - stać się początkiem większego i doskonalszego dzieła. "Władca Pierścieni", bo to o nim mowa, już powstawał. Jednak jego autor wciąż nie wiedział, jaki nadać mu kształt. Napisał tylko parę pierwszych rozdziałów wypełnionych "hobbickim gadaniem", nie wiedział, jak rozstrzygnąć losy Gandalfa, "Obieżyświat" był nadal hobbitem. Właśnie wtedy, na uniwersytecie w St. Andrews, wygłosił wykład ku czci badacza folkloru Andrew Langa: wykład, stanowiący w istocie manifest jego postawy twórczej i wyraz tej wrażliwości, z której wzięło się Śródziemie - wydany potem jako esej zatytułowany "O baśniach".

Czym baśnie nie są? 

Choć Tolkien porusza ten problem dopiero na samym końcu, ja zmieniam tę kolejność, aby zapobiec nieporozumieniom. Wbrew narosłym przekonaniom, dzieci nie są jedynymi i najwłaściwszymi odbiorcami baśni. Nie było tak dawniej, o czym doskonale wie autor "Władcy Pierścieni". Potem zaczął się proces stopniowego "obniżania tonu" - od wzniosłej opowieści do zinfantylizowanej historyjki, zrozumiałej przez pięciolatka. Dziecko ma wielki apetyt i dlatego "połyka" wszystko, co dorośli mu podsuną. Od łatwo napisanych książek popularnonaukowych po baśnie, stanowiące, jak pisze Tolkien "lwią część literackich rupieci, które Europa ostatnich lat upchnęła do lamusa".1 Dorośli zaś potrafią, dzięki większej wrażliwości literackiej i wnikliwości, zrozumieć znacznie więcej od dzieci. Dlaczego zaś w ogóle mieliby czytać baśnie? Na to pytanie Tolkien odpowiada, i ten esej będzie próbą ukazania jego argumentacji.   

    Trzeba wspomnieć o tym, że zbiory baśni, których edytorem był A. Lang, należały do ulubionych książek Tolkiena w dzieciństwie. Na jego wyobraźnię najbardziej oddziaływała opowieść o Sygurdzie, zabójcy smoka Fafnira2.Można powiedzieć, że to Lang wprowadził Tolkiena w świat legend i mitów Północy. Na liście lektur przyszłego twórcy Śródziemia znajdowały się także "Księżniczka i koboldy"2 George'a MacDonalda, oraz "Alicja w Krainie Czarów" Lewisa Carolla. Esej "O baśniach" jest w dużej mierze hołdem dla Langa, ale zawiera także polemikę z pewnymi wyznawanymi przezeń poglądami. "Baśń" (z ang. fairy - story) jak mówi słownikowa definicja Oxford English Dictionary, jest "opowieścią o elfach lub innych czarodziejskich stworzeniach", a elfy są "nadnaturalnymi istotami miniaturowych rozmiarów". Tolkien źródeł tego poglądu dopatruje się nie w folklorze i tradycji, tylko w "literackich fantazjach", czyli czymś wtórnym, gorszym. Małe, "śliczne" elfy chowające się w kwiatowych kielichach nie miały nic wspólnego ze swoimi pierwowzorami z celtyckich i germańskich legend. A w ugruntowaniu takiego fałszywego wizerunku brał udział chociażby William Szekspir, który uczynił elfy bohaterami swojej komedii "Sen nocy letniej".

    Tolkien uważał, że baśnie są opowieściami o Królestwie Czarów, jednak nie tylko samo umiejscowienie akcji wystarcza, aby można było mówić o baśniowości. Przeprowadza więc pewną selekcję, odmawiając miana baśni pewnym gatunkom literackim. Nie jest nią satyra używająca niekiedy baśniowego sztafażu - umieszczona w "Błękitnej księdze baśni" Langa adaptacja "Podróży Guliwera" nie powinna była się tam znaleźć. Niezwykłości, na jakie napotyka bohater, umiejscowione są w obrębie naszego świata, utwór jest pełną komizmu opowieścią podróżniczą i niczym innym. Wyłączyć z gatunku baśni - twierdzi Tolkien - należy także wszystkie te utwory, które wykorzystują marzenie senne jako ramę kompozycyjną. Dochodzimy tutaj do istotnego poglądu Tolkiena: otóż podstawowe pragnienie czytelnika baśni to: "... aby ta kraina istniała niezależnie od poczynającego ją umysłu, od tylko wyobrażonych cudów."4 Autor, który wmawia czytelnikowi, że cała akcja jego utworu jest tylko wytworem marzenia sennego, jest względem tego pragnienia nielojalny. Do baśni nie zaliczają się więc obydwie książki o Alicji w Krainie Czarów. Baśnią nie jest też "bajka zwierzęca w jej czystej odmianie", chociaż jej geneza leży także w niespełnionym ludzkim pragnieniu - aby móc się porozumiewać z innymi żywymi istotami. 

   Tolkien uważa, że wadą krytyków literackich zajmujących się baśniami jest przesadna dbałość o odnalezienie przewodnich motywów i powtarzających się elementów. Prowadzi to do skrajnych uproszczeń: "A więc czytamy, że Beowulf to "jedynie wersja Dat Erdmanneken", że Czarny byk z Norwegii to "ta sama historia co Piękna i bestia".5  A przecież każda z tych opowieści ma swój niepowtarzalny klimat i koloryt, których nawet najstaranniejsze studium nad pochodzeniem poszczególnych elementów nie potrafi wyjaśnić. Nawet w odniesieniu do badań języka, Tolkien twierdził, że należy przedkładać badanie "żywej mowy" nad akademickie spory o pochodzenie poszczególnych wyrazów. Pomocne w unaocznieniu tego poglądu jest następujące metaforyczne porównanie, wykorzystane przez sir George'a Dasenta: otóż sama opowieść przestawiona przez twórcę jest "zupą", zaś "kośćmi" są jej źródła, które z punktu widzenia odbiorcy są mało interesujące. 

"Pomniejsi stwórcy" i "eukatastrophe"

W języku Biblii, hebrajskim, podmiotem czasownika "tworzyć" może być tylko Bóg. W większości języków indoeuropejskich "twórcą" jest człowiek dający postać sztuce. Od początków świata artyści byli grupą  uprzywilejowaną, bo za pomocą swojego daru mogli odzwierciedlać piękno Bożego stworzenia. Według Percy Shelleya, poeci byli pośrednikami pomiędzy niebiosami a światem ludzi, kapłanami odwiecznego kultu. Tolkien do tego zjawiska odnosił się podobnie, choć bez zbędnej egzaltacji. Odkąd człowiek wynalazł przymiotnik, zdobył magiczną władzę nad przedmiotami, mógł je wyposażyć w atrybuty, których do tej pory nie posiadały. W opowieściach pojawiły się ciężkie przedmioty, które wraz z czarodziejskim zaklęciem mogą stać się lekkie jak piórko, zimne salamandry płonące wewnętrznym ogniem. I tak powstało Królestwo Czarów. Człowiek stał się "stwórcą pomniejszym", wyszedł poza proste naśladownictwo rzeczywistości. Trudno doszukać się artysty, który posunął się dalej w kreacji nowego świata dalej niż Tolkien. Nierzadko stawia się tezę, że mity i baśnie są w pewnym sensie rywalami chrześcijaństwa, bazującego na Biblii. Świat obiegają czasami wieści o religijnych fanatykach puszczających z dymem kolejne wydanie "Harry'ego Pottera". Tolkien od razu stanął też przed pytaniem: czy jego dzieło, będące w zamierzeniu religijnym i katolickim, nie jest czasem rywalem najważniejszej dla niego Opowieści: Ewangelii. Rola "pomniejszego stwórcy" nie wydaje mu się jednak uzurpacją. 

Stosowne wydaje się tutaj odniesienie do stworzonego przez Tolkiena określenia eukatastrophe, które oznacza "szczęśliwą katastrofę". Baśnie oferują nam "pociechę szczęśliwego zakończenia" (chociaż "baśń tak naprawdę nigdy się nie kończy"6 ), niespodziewany akt łaski uwalnia baśniowych bohaterów od cierpień i nieszczęść. Jest to, według Tolkiena, daleki odpowiednik evangelium, czyli Dobrej Nowiny. Przykładem najdoskonalszej, prawdziwej baśni, która wtargnęła w życie i historię, jest Ewangelia. Zakończona, oczywiście, poprzez eukatastrophe - Zmartwychwstanie. Chrześcijaństwo godzi w sobie wszystkie pogańskie mity, gdyż sztuce nadano wymiar prawdy. To interesujące odczytanie roli baśni i mitów zmienia ich pozycję względem chrześcijańskiej ortodoksji - nie są już rywalami Pisma, a tylko odblaskami prawdy promieniującej od Bożego Słowa. W swej własnej pracy Tolkien zwracał uwagę na staranne wyretuszowanie wszelkich wzmianek dotyczących religii w świecie Śródziemia. Nie istnieje tam kasta kapłańska, świątynie, sformalizowane rytuały - miejsca uświęcone, jakie się tam pojawiają, to Kolumna Niebios, Meneltarma, gdzie Numenorejczycy składali ofiary Eru, czy Halfirien (święta góra, grób Elendila)  miejsce przysięgi złożonej Namiestnikowi Gondoru przez władcę Rohirrimów - Eorla. Umierający Theoden wyraża pragnienie, że trafi do "swoich ojców". Milczącą modlitwą jest rytuał, który Sam i Frodo poznają w Henneth Annun, gdzie biesiadują z Faramirem. Gondorianie przed posiłkiem spoglądają w stronę Zachodu. Ortodoksja Tolkiena zaznacza się w przekonaniu, że pogańscy bohaterowie nie mogą zostać zbawieni tak samo jak chrześcijanie, Śródziemie nie zna jeszcze Wcielenia i Odkupienia. Wedle współczesnych teologów, nie jest rzeczą człowieka rozstrzygać, kto został zbawiony, a kto potępiony - jest to wyłączne prawo Boga. Należy mieć na uwadze, że Tolkien był katolikiem "przedsoborowym" i z powodu swojej głębokiej wiary wolał zachować ostrożność w formułowaniu teologicznych tez. Nic więc dziwnego, że Stratford Caldecott nazywa "Władcę Pierścieni "chrześcijańskim mitem, czyli opowieścią, która wciela chrześcijańską mądrość"7. Należy także dodać, że zakończenie tego dzieła to eukatastrophe we najdoskonalszym wydaniu - pełne jest radości, ale i tęsknoty za utraconą przeszłością, nie zamyka opowieści na zawsze, bo zmagania ze złem i ból życia nie zostały wygnane ze świata. 

"Piekielny upór" uciekiniera

Trudno wskazać polskie dzieło literackie, które, przy niewątpliwych wartościach artystycznych, byłoby darzone uwielbieniem przez czytelników, a zupełną pogardą i niezrozumieniem przez dużą część krytyków. Jeżeli przyjrzymy się literaturze angielskiej, zadanie będzie o wiele prostsze: jest to, oczywiście, "Władca Pierścieni". Oto parę dobitniejszych fraz, jakie cytują Pearce i Shippey: "czemuż te banialuki są tak popularne", "winno się go bezwzględnie uznać za najgorszą książkę wszechczasów", "przemawia przede wszystkim do dorastających chłopców", "nie ma bardziej wydumanej prozy niż ta". Nazwiska autorów tych "argumentów" niechaj okryje zasłona milczenia, ale na zapytanie Ann Barnes: "Przed czym to tak z piekielnym uporem szukamy ucieczki i pocieszenia w (...) wyszukanych sagach o fantastycznych istotach (a przede wszystkim we Władcy Pierścieni), aby tam znaleźć interpretację naszego życia w XX wieku?"8 Tolkien nie raz dawał odpowiedź. 

W świecie, który mity zastąpił plotkami, a prawdziwą wiarę religią postępu i nauki, nie wszyscy muszą czuć się dobrze. Choć penicylina i masowe szczepienia należą do niewątpliwych zdobyczy cywilizacyjnych, trudno tak mówić o bombie atomowej, dymiących kominach fabrycznych i korkach ulicznych. Tolkien, wychowany w sielskim Sarehole, musiał odczuwać szczególne obrzydzenie na widok miejskiego krajobrazu, oraz "brzydoty i pośledniości" masowych produktów przemysłu. Skazanych na zastąpienie przez nowsze. Baśnie zaś opowiadają o rzeczach, które nie przeminą - o błyskawicy, o lasach i rzece. Krytycy popełniają błąd, myląc "ucieczkę więźnia z rejteradą dezertera", oraz utożsamiając "realia życia" z umieszczeniem akcji we współczesnym świecie. Dla Tolkiena rzeczywistość była w tym, co jest niewidoczne na pierwszy rzut oka, w metafizyce, ale chyba przede wszystkim - w naturze (a nie w świecie ludzkich wytworów). "Trudno mi uwierzyć, że dach dworca kolejowego w Bletchley jest 'prawdziwszy' niż chmury".9  Fantazja oferuje nam ucieczkę do lepszego świata, z którym możemy skonfrontować własne życie i odebrać ważną lekcję. W idealnych bohaterach fantazji odnajdujemy coś z własnego superego - kiedy "sztuka", reklama i propaganda naszych czasów odwołuje się do id na każdym kroku. Jeden z autorów obelżywych uwag przytoczonych powyżej w taki sposób definiował dobrego pisarza: potrafi on pisać o wszystkim, nawet o "kazirodczych książętach z Tierra del Fuego". Wobec takich celów wyznaczanych literaturze nie może dziwić, że Tolkien nazywał twory realistów swojej epoki "zabawą pod szklanym dachem miejskiego basenu"10 - jakże podobnie brzmi to do skargi Zbigniewa Herberta z wiersza "Dlaczego klasycy": 

to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety

Czy naprawdę właśnie tego chcemy? I czy odwrócenie się z pogardą od zła współczesnego świata, by móc ruszyć w poszukiwanie ponadczasowego dobra, naprawdę jest ucieczką? Interesująca paralela istnieje pomiędzy koncepcjami Tolkiena, a terminem inscape, stworzonym przez jezuickiego poetę Geralda Manleya Hopkinsa. Inscape oznacza "wewnętrzną istotę", metafizyczny zamysł, który obdarza jakieś zjawisko pięknem. Jest to dalekie echo poglądów Dunsa Szkota, który każdej rzeczy przypisywał haecceitas, istność, czyli wewnętrzną esencję skrytą poza fizycznym wyglądem. Inscape, za sprawą nasuwających się etymologicznych skojarzeń, można też tłumaczyć inaczej. Dla mnie termin ten określa coś, co można by nazwać "ucieczką-w", w przeciwieństwie do "ucieczki-przed". Nie jest to akt tchórzostwa. To wyruszenie na Wyprawę, z której nikt nie powróci taki sam.  

"Liść w drzewie opowieści". Losy Niggle'a, losy twórcy.

"Tak wielka jest obfitość, którą mu [człowiekowi] zaoferowano, że ledwo ośmiela się przypuszczać, iż poprzez fantazję umożliwiono mu współuczestniczenie w rozwoju listowia z drzewa opowieści i w wielorakim ubogaceniu stworzenia"11 , pisze Tolkien w zakończeniu eseju "O baśniach". Myśl wyrażona w tym zdaniu doczekała się rozwinięcia w opowiadaniu "Liść, dzieło Niggle'a", które zostało zresztą opublikowane łącznie z esejem i "Mythopeią". Niggle (imię znaczące, to niggle = grzebać się w nieistotnych szczegółach) jest malarzem, żyjącym w wiejskiej okolicy, jedynym jego sąsiadami są zgryźliwy Parish i jego żona. Prawdziwym opus magnum Niggle'a jest nigdy nie ukończony, olbrzymi obraz drzewa. Zaczął malować od liścia, a jako że "należał do malarzy, którzy liście malują lepiej od drzew", nigdy nie wiedział, kiedy skończyć. Ciągle udoskonalał swoje dzieło. Nie wdając się zbytnio w relacjonowanie całej akcji, wspomnę tylko, że swego obrazu nigdy nie ukończył. "Udał się w daleką podróż", łatwo pojąć, że odszedł na tamten świat. Alegoryczność tego utworu jest niewątpliwa: oto w Niggle'u Tolkien widział samego siebie - wiecznie niezadowolonego z efektów swojej pracy, poprawiającego, ale i odkładającego istotne zajęcia na rzecz tych mniej pożytecznych. "Drzewo Niggle'a" to Śródziemie, a doklejane do niego obrazki to wiersze i opowiadania dopisywane do większego dzieła. Dużo jest prawdy w tym obrazie: Tolkien rzeczywiście poświęcał bardzo dużo czasu na zajęcia, z punktu widzenia czytelnika, dosyć jałowe - odpowiadanie na listy od nieznajomych osób, eksperymenty z językami itp.  

Niggle trafił do bardzo dziwnego miejsca - instytucji będącej po trochu szpitalem, więzieniem i sądem. Musiał parać się ciężką pracą fizyczną, aż w końcu znalazł się sam, w ciemnym pokoju, i dwa głosy zaczęły spierać się o jego los. Mimo tego, że nie zawsze słuchał próśb Parisha, zasłużył na łaskę. Wyruszył do odległej krainy, gdzie odnalazł swój nowy dom. I Drzewo, dokładnie takie, jakie chciał namalować. Nie był to koniec jego drogi. Gdy dojrzeje do tego, wyruszy dalej, w Góry. Tolkien, jak już wspomniano, podkreślał, że baśń w zasadzie nigdy się nie kończy. Trudno nazwać "Liść" baśnią, ale czyż nie niesie czytelnikowi nadziei? Los twórcy nierzadko bywa ciężki, musi on znosić upokorzenia, odczuwać niepokój organicznie związany z twórczą pracą, być na bakier z czasem. Jednak i jego czeka pociecha. Drzewo, które Niggle dostrzegł przed swym nowym domem, było doskonalsze niż obraz: 

"- Obraz Niggle'a! - krzyknął zaskoczony Parish. - Ty wymyśliłeś to wszystko, Niggle? Nie myślałem, że jesteś taki mądry. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Próbował - powiedział pasterz. - To ty nie chciałeś patrzeć. Wtedy miał tylko płótno i farby, a ty chciałeś załatać nimi dach. To właśnie to, co wraz z żoną nazywaliście głupstwem Niggle'a albo mazaniną.
- Ale wtedy wyglądało to zupełnie inaczej, nieprawdziwie - powiedział Parish. - Wtedy był to tylko cień, ale mógłbyś zoaczyć nawet cień, gdybyś pomyślał "warto spróbować".
12

I my pamiętajmy, że czasami warto spróbować. W świecie pełnym nowoczesnych technologii baśnie mogą się wydawać czymś anachronicznym, dziecinnym, zbędnym. Podobnie jak twórczość Tolkiena wydaje się taka jego krytykom. Nie dajmy się zwieść etykietkom. Opowieść, która daje nam ucieczkę, pociechę i uzdrowienie, nie jest kłamstwem zmyślonym przez babunię, jest jak drzewo, które wyrasta na glebie tradycji i rozkwita na nowo przy każdej wnikliwej lekturze. Możemy ją nazywać "baśnią", "mitem", może to być po prostu powieść fantasy. Pamiętajmy, że jedyny sensowny podział literatury można przeprowadzić, wskazując to co jest dobre, i to co jest złe. Prawdziwa sztuka nie zależy od gatunków i rodzajów literackich. Po prostu jest sztuką. Powtórzmy za Tolkienem i "Mythopeią":

"Nie będę chodził z waszymi postępowymi małpami
wyprostowanymi i przemądrzałymi. Przed nimi zieje
ciemna otchłań, ku której idzie ich postęp -
(...)
I nie kłonię się przed Żelazną Koroną"
13 


Bibliografia

Pearce J., Tolkien - człowiek i mit, Poznań 2001

Shippey T.A, Droga do Śródziemia, Poznań 2001

Tatarkiewicz W., Historia filozofii t.1, Warszawa 2002

Tolkien J., Drzewo i Liść oraz Mythopeia, Poznań 1998

Tolkien J., Władca Pierścieni, 

                Niedokończone opowieści,

                Hobbit,

                Silmarillion,


Przypisy

1 - "O baśniach", str. 46

2 - Pearce J., Tolkien - człowiek i mit, str. 27-28.

3 - "Kobold" to niemiecka wersja "goblina". Niewątpliwie istoty te powiązane są z czarnymi elfami (Svartalfar), o istnieniu których informuje Edda prozaiczna. Z czasem ludowa tradycja uczyniła z nich złośliwe stwory bezustannie dokuczające ludziom na różne sposoby - straszeniem inwentarza, wybijaniem okien itp. Słowo to, podobnie jak "gnom" obrosło więc skojarzeniami nie do końca odpowiadającym Tolkienowi, nic więc dziwnego, że z orcneas z "Beowulfa" utworzył dobrze nam znanych orków.

4 - "O baśniach", str. 21

5 - ibid., str. 24

6 - str. 70. Tolkien pisze w Nocie H, że finalna formuła "i żyli długo i szczęśliwie" jest wyłącznie konwencjonalnym zabiegiem, będącym dla opowieści mniej więcej tym, czym rama jest dla obrazu. Podobnie jak tradycyjna formuła "dawno, dawno temu" pozwala na lepsze pojęcie "nieskończoności świata opowieści."

7 - Caldecott F., Tolkien, Lewis and Christian Myth, s. 4 - 5, za: Pearce J., Tolkien - człowiek i mit.

8 - "Independent Education", 23 stycznia 1997, za: Pearce J., Tolkien - człowiek i mit.

9 - "O baśniach", str. 65

10 - ibid., str. 65

11 - ibid., str. 74

12 - "Liść, dzieło Niggle'a" w: "Drzewo i liść", str. 100

13 - "Mythopeia", w: "Drzewo i liść", str. 109


Zabrania się publikacji tekstu w jakiejkolwiek formie bez zgody autora. W przypadku cytowania, proszę o podanie adresu internetowego artykułu w przypisach. ? Jakub Urbański [conducator] 2005.



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl