Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Apologia Nowej Zelandii.

Notatki te mają mieć charakter ni mniej ni więcej a apologii. Specjalnie tak to nazywam, bo trudno tu znaleźć lepsze słowo - to ma być apologia. Zamierzam bowiem przybliżyć współfanom własne niedawne zachwyty, jak i inne moje wymysły na temat wyjątkowo dziwnego i ciekawego kraju. A, co ważne u nas bardzo mało znanego. Kraju w, którym wprawdzie nigdy nie byłam (jeszcze) ale czuję się nieco usprawiedliwiona tym, że dzięki lekturom i rozmowom pojawił się już, jakiś ogólny obraz tego miejsca na krańcu świata. Wystarczająco już poznałam go z prasy, książek, rozmów i telewizji, że wydaje się, że wolno mi spróbować tu jakiejś syntezy. Nie zamierzam streszczać encyklopedycznych wiadomości o położeniu geograficznym, składzie etnicznym, ustroju prawnym i zasobach naturalnych, o które możemy zapytać Google albo Wikipedię a raczej wprowadzić moich współfanów w charakter i klimat tego kraju, przefiltrowane przez osobiste, datujące się już od ok. 5 lat przekonania, obserwacje i intuicje.


W czasach, gdy imperium brytyjskie kolonizowało świat - wśród wielu jego zawziętych wrogów, sławne (a może raczej niesławne) stawały się te plemiona, które stawiły bohaterski i zdecydowany opór tej straszliwej machinie. Wszyscy słyszeliśmy o Gurkhach, o Masajach, oraz właśnie o Maorysach. Wojownicy tych trzech plemion najbardziej dopiekli ekspedycjom brytyjskim. Biali koloniści zaopatrzeni w broń palną i dobrą organizację bali się ich. Jednocześnie wśród wszystkich podbitych i skolonizowanych przez Imperium ludów (które można by nazwać pierwotnymi, czy raczej przedpaństwowymi) jedynie dwa uzyskały pewnego rodzaju pakt stabilizacyjny oraz zawarły pokój na dobrych warunkach - było to właśnie masajskie królestwo Czaki i Maorysi. Którym traktat z Waitangi obiecywał podział ziemi i nienaruszalne do niej prawa. Był to chyba pierwszy pokój, na mniej więcej równych prawach, jaki imperia europejskie zawarły z ludnością kolonizowaną.

Do założenia Nowej Zelandii przyczynili się kolejno Holendrzy, Anglicy, Szkoci, Niemcy oraz wielka rzesza europejskich i azjatyckich kolonistów. Oczywiście, tysiąc lat wcześniej przybyli tam pierwsi Polinezyjczycy. Ponieważ najdłużej archipelag należał do "imperium nad, którym słońce nie zachodzi" to naturalne, że ci, którzy zaznajomieni są z Wielką Brytanią zapewne poczuliby się tam dość swojsko. Zwłaszcza w miastach budowanych przez Anglików. Najsłynniejszym z nich jest Christchurch, miasto uniwersyteckie, które świadomie zaplanowano, jako wierną replikę połączonych ze sobą Cambridge i Oxfordu. Jest tam nawet rzeka (czy może kanał) o nazwie Isis, która w Oxfordzie była lokalną nazwą Tamizy.

Z czym kojarzono u nas Nową Zelandię w czasach przed Jacksonem? Być może niektórzy kojarzyli z międzynarodowymi regatami jachtów wyczynowych, w których od lat jest potęgą, być może z położeniem na mapie blisko Australii - choć, to "blisko" oznacza ponad tysiąc mil. A fani fantasy być może ze znanymi u nas serialami telewizyjnymi Herkules i Xena. I, być może z dziwnie wytatuowanymi twarzami Maorysów. I to, praktycznie wszystkie skojarzenia, jakie mógł mieć przeciętny Polak oglądający czasem satelitarne kanały "Discovery". Mało kto pamięta też, że Nowozelandczykiem jest sir Edmund Hillary pierwszy zdobywca Everestu i, że Maoryską jest legendarna śpiewaczka operowa Kiri Te Kanawa. To dwoje z trzech obecnie najważniejszych narodowych bohaterów kraju kiwi, bo ostatnio dołączył do nich Peter Jackson. Ale boom na Nową Zelandię, który Polskę zresztą ominął szerokim łukiem, zaczął się już o dekadę wcześniej niż, rozpoczęła się produkcja Władcy. Polegał głównie na większym zainteresowaniu zagranicy inwestowaniem w tym regionie i tamtejszą kulturą oraz większym zainteresowaniu wielkiej turystyki nowozelandzką ofertą zwłaszcza dla; alpinistów, trekkingowców, grotołazów, nurków, lotniarzy i innych fanów rozmaitych form aktywnej turystyki i sportów ekstremalnych. Zwłaszcza, że tych ostatnich, sama Nowa Zelandia stworzyła i wylansowała co najmniej kilka. Nowe dyscypliny, których początki zanotowano właśnie tam to; skoki na bungie, ekstremalne wyprawy przełajowe na czas, czyli rodzaj wieloboju dla wyczynowców, spływy rwącą rzeką połączonymi ze sobą tratwami lub pontonami oraz wspinaczka na wodospady, wbrew nurtom wodospadów. Są jeszcze bardziej ekstremalne dyscypliny, jak skoki na snowboardzie ze szczytów gór, na które odważyć się mogą jedynie mistrzowie snowboardu. Zanim więc wiadomości o filmie Jacksona dotarły do naszych telewizorów i komputerów, jego kraj znany był już ze sportowców, sportowych imprez oraz ogólnie wysokiego poziomu kondycji mieszkańców. Generalnie jest to kraj o niezwykłym poziomie kultury fizycznej, praktycznie wszyscy umieją pływać a często widuje się regaty jachtowe oraz spływy kajakowe, w których biorą udział całe rodziny. Dla Kiwich nie ma też nic niezwykłego w tym, że popołudnia po pracy spędza się na siłowni albo na wędrówkach i wyprawach za miasto i w góry. Siłownie i salony zdrowia i odnowy, jak oceniają pracujący tam Polacy są rozmieszczone chyba gęściej, jak u nas kioski z gazetami. I wszystkie mają komplet klientów. Sport jest drugą naturą Kiwich - być może wynikło to z historycznej konieczności, bo owi potomkowie białych osadników i Maorysów musieli przywyknąć do trudnych warunków pogodowych i przyrodniczych. To nie jest łagodny kraj pod tym względem. Jak opisał to pracujący tam Polak na swojej stronie internetowej - kiedy dzieci w szkołach miały napisać do lokalnej gazety konkursowe wypracowanie o swojej zagranicznej podróży to jedna dziewczynka napisała, że była w Monachium. I napisała, że w Monachium wcale nie ma pogody, tam jest zawsze tak samo. Nie ma wiatru, który zwala z nóg i wyje tak, że nie można spać, nie ma deszczu, który wbija się w człowieka wielkimi, gęstymi kroplami i płynie strumieniami po ulicy i nie ma takich sztormów, które w ogóle warto by zauważyć.

Z dalszej relacji tego Polaka, można wypisać twierdzenie, że jest to kraj, który nie postawił wszystkiego na odgrodzenie się od przyrody i podporządkowanie swego bytu wielorakiej, rozpełzającej się wszędzie i w rezultacie destrukcyjnej urbanizacji. Nie starali się odizolować od warunków, jak my, mieszkańcy kamiennych, silnie ogrzewanych i klimatyzowanych domów. O nieco, jak na nasze warunki hardkorowym podejściu Nowozelandczyków do ochrony swego dziedzictwa przyrodniczego świadczy zdanie, które wypowiada w dokumentalnym filmie (Królewska Podróż na Discovery Travel) obecna premier Helen Clark. W tym filmie pani premier oprowadzała po swym kraju pewnego dziennikarza. Stoją nad jakimś stawem za nimi wznoszą się wzgórza subtropikalnego lasu, z których wyszli przed nimi kamienista, trawiasta równina rozwijająca się w ośnieżone góry - właśnie wysiedli z jeepa, którym tam przyjechali a wysiedli ponieważ szosa się skończyła. Zbudowano ją tylko do tego miejsca i wygląda, jak ucięta nożem. Bo w tym miejscu zaczynał się rezerwat. Dziennikarz zdziwił się, że nie ma drogi na co premier stwierdziła "I mam nadzieje, że nikt tu nigdy żadnej nie zbuduje". To zdanie zapadło mi w pamięć po pierwsze przez samą swą niezwykłość, "mam nadzieję" a nie "wydałam zarządzenie" lub "stworzyliśmy ustawę", czyli oczekuję po swych rodakach i obywatelach takiego właśnie zachowania i jednocześnie uznaję całkowite prawo tego rezerwatu do pozostawania w dzikości i całkowity obowiązek człowieka do nie wchodzenia na ten teren, jakimikolwiek sposobami - w obecnych czasach autostrady i drogi są pierwszym i najwidoczniejszym znakiem bytności człowieka na jakimś terenie. No, i przecież tam, gdzie nie ma dróg nie można zbudować osiedli. Po drugie uważam, że jest to zdanie znaczące, gdyż tutaj wypowiada je przedstawiciel władzy państwowej a nie jedynie ktoś z pośród zielonych. Kogo z naszych rządzących byłoby stać na takie stwierdzenie, na taką niby oczywistość a spotykam się z nią w praktyce po raz pierwszy. Kogo byłoby u nas stać na takie wyrzeczenie się. Bo jest to ze strony władz wyrzeczenie się szansy na; zarobienie pieniędzy dla rządowego budżetu, zarobienie politycznego i prestiżowego kapitału dla siebie, zarobienie na budowanych osiedlach i na ruchu turystycznym. Niewąpliwie jest to szansa na zarobienie przynajmniej kapitału politycznego - wykorzystanie w swej polityce i zarządzaniu faktu zbudowania autostrady tam, gdzie jeszcze nigdy jej nie było. Władze Nowej Zelandii widać potrafią postawić tamę urbanizacji i powiedzieć "w tym punkcie wolność przedsiębiorczości się kończy bez odwołania".U nas byłoby to zupełnie nie do pomyślenia, bo przecież "kraj się musi rozwijać".

Domy Kiwich są często takie, że nam wydawałyby się lekką i nietrwałą ruderą i, że zawalą się przy lada podmuchu. W ich pojęciu domy muszą być praktyczne, a kiedy się zniszczą, burzy się je i stawia nowy pawilon, który też nie nastawiony jest na przetrwanie wieków, jak nasze budowle. Inną cechą domów jest to, że są projektowane tak, aby swym wyglądem, swym charakterem "mieściły się" w naturalnym otoczeniu. Nawet, jeśli to wieżowce to często będą miały naturalne, płynne i krągłe linie oraz bardzo pacyficzne, jaskrawe i ciepłe barwy. Budynki mieszkalne traktuje się tak samo, jak wszelkie przedmioty - używa się ich póki się nie zniszczą. Niezależnie od wielości stylów, w jakich powstają - od stricte europejskich po niemal całkiem maoryskie lub polinezyjskie. Jest to w pewien sposób, dość luźne, niezobowiązujące traktowanie tego, co dla nas w Europie jest najtrwalszym, najbardziej niezmiennym kawałkiem materialnego majątku danego człowieka, jest też cechą, która może świadczyć o przejęciu przez ten naród czegoś z mentalności oceanicznych podróżników polinezyjskich, dla których grupa rodowa, z którą się mieszka i podróżuje ważniejsza jest od miejsca, w którym się człowiek na stałe zakotwicza, które staje się jego centralnym punktem odniesienia niemal na całe życie. W tamtym zaś kraju, jak się dowiedziałam ludzie często się przeprowadzają, już to w poszukiwaniu pracy, już to dla zwykłej ciekawości i zasmakowania odmiany w życiu. Tam nie traktuje się tego, ciągłego przenoszenia się, tak negatywnie, jak u nas - jako czegoś co świadczy o braku silnej woli, o niezdecydowaniu, o nieporadności w wywalczeniu sobie statusu, o niechęci do ustatkowaniu się. Polacy emigrują albo za pracą i płacą, albo dlatego, że czują się w swym miejscu pochodzenia źle albo też czują, że nie ma tu dla nich miejsca. Nowozelandczycy zaś zmieniają często mieszkanie i prace, bo to dla nich normalna kolej rzeczy i, bo to lubią a nie tak, jak u nas, gdzie uważa się, że wyjeżdżanie za pracą lub za lepszym pod wieloma względami miejscem jest to coś w rodzaju efektu poczucia porażki lub życiowego nieudacznictwa.
"Emigracja jest widziana w Polsce jako dramatyczny wybór, a nie - jak w krajach bardziej rozwiniętych - normalne w czasach globalizacji swobodne wybranie najlepszego dla siebie miejsca na ziemi. Wiele osób odżegnuje się od bycia emigrantem i słowo to jest rozumiane jako ktoś, kto wyjechał na całe życie, a nie - wedle międzynarodowej przyjętej definicji - ktoś, kto się w obcym kraju osiedlił tak, że ma tam obecnie (używając terminologii polskich urzędów skarbowych) centrum interesów życiowych."

Podobnie ekonomicznie i praktycznie, jak domy traktuje się tam i inne przedmioty. Nie wyrzuca się rzeczy, które jeszcze działają, nie wymienia się tego, co da się naprawić lub poprawić. Praktyczność, oszczędność i dbanie o środowisko wg Kiwich polega także na takim gospodarzeniu ruchomym i nieruchomym majątkiem - używać aż się zepsuje albo dokumentnie rozpadnie. A potem naprawić albo przerobić na coś innego np. rzeźbę w parku, doniczkę albo zabawkę dla dzieci. Tam wszystko musi być oszczędzone i poddane jakiemuś odnowieniu lub przerobieniu - wydaje się, że Kiwi nie znają pojęcia marnotrawstwa.
"Kiwi-dom musi mieć duże okna. W jednej z gazet właściciel firmy architektonicznej wyjaśniał, że nie zatrudnia architektów-świeżych imigrantów, ponieważ nie rozumieją, jaka jest wielkość kiwuskiego okna i trudno im to wytłumaczyć. Wracając do "niedbałości", Kiwi-domy wyrażają jeden z aspektów mentalności pionierów-osadników: tymczasowość i korzystanie z rzeczy, aż się rozwalą, nawet jeśli są pieniądze na zakup nowych. Nie dotyczy to wszystkich, ale często można spotkać domy prowizorycznie połatane, ze sprzętami, które z estetycznego punktu widzenia powinny już być wymienione, ale ponieważ działają, nie są wymienione. Jeśli chodzi o ogródki, to pokaźna grupa ludzi je strannie projektuje i utrzymuje, ale równie pokaźna grupa miłośników buszu ma podejście "niech sobie rośnie co chce, dopóki da się przejść, a jak się nie będzie dało przejść, to się utnie tak, żeby się znowu dało przejść". Nowa Zelandia ma bardzo duży odsetek ludzi, którzy są właścicielami domu - jest to sporo ponad 60%. Sytuacja się ostatnio pogarsza, ponieważ ceny szybują w górę w zastraszający sposób, ale wciąż jest to jeden z najwyższych procentów właścicieli na świecie. Banki bez problemu udzielają kredytu na 95% wartości domu ludziom, którzy mają dobrą historię kredytową i stałą pracę. To podejście nie oznacza bynajmniej lekceważącej postawy wobec domu. Kiwi kochają swoje domy i ilość czasopism wnętrzarskich i majsterkowiczowskich jest niesamowita jak na tak mały rynek. Najważniejsza jest przytulność i wygoda, a nie porządek i wywieranie wrażenia. Typowe, tradycyjne Kiwi-wnętrze będzie miało często mnóstwo sympatycznych bibelotów i nieład nie pozostawiający wątpliwości, że tu się żyje, a nie tylko bywa."
Z powodu długich dni ciepła, poza małymi elektrycznymi piecykami, w mieszkaniach prawie nie używa się ogrzewania. A, że dzięki wulkanicznym gorącym źródłom i gejzerom ogrzewanie jest praktycznie darmowe to i nie dziwne, że nikt nie przywiązuje do niego wielkiej wagi. Gorąca geotermiczna woda, na której można gotować to dla nich coś oczywistego to jedna z zalet położenia geograficznego - ale właśnie dlatego, że tanią energię mają tam na wyciągnięcie ręki już w szkole uczy się, aby wykorzystywać maksymalnie naturalne i ekologiczne źródła energii i ciepła. Tak samo, jak energię z pływów morskich, z, tamtejszych bardzo silnych wiatrów oraz z często tropikalnego słońca. Wyspiarskie państwa pacyficzne w ogóle dążą do dużego ograniczenia zużycia wszelkich paliw ropopochodnych, gdyż dla nich za drogi jest transport wielkimi tankowcami z centrów tej produkcji w Ameryce, Europie i na Bliskim Wschodzie. Np. Vanuatu i pobliskie państwa od dawna używają olejów roślinnych, głównie z kokosów, których mają w nadmiarze. Ponieważ kokosy były wszędzie, zaśmiecały ulice i nie miał ich kto zbierać powstała tam nowa, rodzima i strategiczna gałąź przemysłu - robi się na ich bazie biopaliwo a potem miesza się mniejszą ilość benzyny z większą dawką oleju. W ten sposób rodzima produkcja i kapitał wzrosły a bezrobocie, zwłaszcza wśród najbiedniejszych tubylców znacznie spadło, bo zajęli się dostarczaniem i przetwarzaniem rozmaitych owoców oleistych. Sposób postrzegania swych zasobów naturalnych oraz ich, obecnie raczej nieosiągalną dla nas różnorodność i dostępność dobrze ilustruje taka anegdota. Otóż, Ignacy Paderewski po swym turne po Australii i Nowej Zelandii opowiadał, że w czasie jednej z wycieczek na dziewicze jeszcze wtedy tereny maoryskie jego przewodnik pokazał mu rybaka, który łowił w jednym z wielu, leżących dokoła, niedużych jezior wulkanicznych. Odczekali chwilę aż, tubylec siedzący nad wodą z wędką złowił rybę. Wyciągnął ją z wody obrócił się i kawałek dalej i wrzucił wędkę z rybą do innego, niedużego stawu ? po paru minutach wyciągnął ją całkiem ugotowaną. Posolił i zjadł. Kiedy pierwszy raz to czytałam, zachciało mi się śmiać, bo jest to cudowna ilustracja dobrotliwego lenistwa w praktyce oraz alegoria tego, jak efektywniej można wykorzystać dobra naturalne. Natura tamtejsza - bogata i otaczająca mieszkańca ze wszystkich stron, sama wręcz zaprasza do życia w stylu dolce far Nience.

"Aucklandzka zima to nijaka pora roku, która powinna się nazywać nie-lato. Gdyby nie wiedzący, że jest to zima Europejczyk znalazł się tutaj i miał zgadywać, zależnie od dnia określiłby pogodę jako chłodny dzień lata, deszczową wczesną jesień, przedwiośnie, a w słoneczny dzień - nawet jako lato. O ile tutejsze lato nie budzi wątpliwości, zima jest pozbawiona tej wyrazistości, którą w innych klimatach zasłużyła sobie na odrębną nazwę. Temperatury to od pięciu (zimny dzień) do dwudziestu paru (w słońcu w dzień słoneczny) stopni. Czasem pada deszcz. Prognozy pogody różnią się od polskich, w których męczy się odbiorcę hektopaskalami i frontami atmosferycznymi; w gazecie prognoza pogody potrafi sprowadzać się do określenia "Dobra" i trzeba wtedy zastanawiać się, co miejscowi rozumieją przez dobrą pogodę. (Biorąc pod uwagę to, że miejscowi potrafią przy 5 stopniach chodzić w krótkich spodenkach, a kobiety w topie odkrywającym ramiona i brzuch, interpretacja "dobrej pogody" z prognozy może być wyzwaniem międzykulturowym.) Zimą ujawnia się też bardziej niż kiedykolwiek wielokulturowość city i okolic. Na tej samej ulicy mijają się ludzie w czapce i rękawiczkach i ubrani lekko jak na deptaku nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej w środku lata. Mimo tych różnic, nikt się nikomu nie przygląda ze zdziwieniem. W domach nie ma centralnego ogrzewania. Przez większość roku jest na tyle ciepło, że nie opłaca się budować z tym kosztownym dodatkiem, a temperatura w granicach 10 stopni dla większości miejscowych nie stanowi problemu i często ogrzewają tylko wieczorem sypialnię na noc. W powszechnym użyciu są grzejniki elektryczne i jest to wyposażenie domu równie niezbędne, co odwilżacz. "
Częste zmiany pogody i ostre jej przejawy zmusiły ludzi; tak pierwszych osadników z Polinezji, jak i białych kolonistów do przyjęcia postawy nie narzekania na coś, od czego nie zależy przetrwanie i przeżycie. Kiedy braknie prądu i całe biznesowe i urzędowe city staje na cały dzień nikt nie kipi gniewem ani nie rozpacza - najwyżej cieszą się, że mogli wyjść na kawę albo na spacer po parku i pogadać z sąsiadami. Nowym przybyszom tłumaczy się, że są na wyspie na Pacyfiku, co ma oznaczać, że to normalne. Wśród mieszkańców - i starych i nowych emigrantów utarło się przekonanie, że Kiwi w zasadzie nie narzeka. Że narzekać na to, że jest ci ciężko, w kraju tak zamożnym i spokojnym oraz pod wieloma względami bezpieczniejszym od większości innych, jest to oznaka braku charakteru i totalnego grymaśnictwa. Oczywiście mówiąc o bezpieczeństwie trzeba wspomnieć, że to jest to jeden z krajów demokratycznych najmniej narażonych na przestępczość, która oczywiście istnieje, ale tylko w niektórych, gorszych dzielnicach dużych miast a i tak w porównaniu z np. Polską to oaza spokoju. Można tą skalę przestępczości porównać do tego co sama widziałam będąc z wycieczką na Malcie. Pewnego dnia spacerowaliśmy sobie po rynku jakiegoś miasta - chyba stolicy La Valetty i zobaczyliśmy jakieś zamieszanie przed dużym, urzędowo wyglądającym gmachem. Była prasa, tłum gapiów, policjanci z psami i antyterroryści. Oraz barierki. Spytaliśmy więc co tak strasznego się dzieje. Stójkowy, który kierował ruchem powiedział, że w sądzie zaczyna się proces dwu słynnych przestępców. Dalsze dopytywanie się przez mnie - łamaną angielszczyzną - ujawniło co owi straszni bandyci zrobili. Seryjni mordercy? Wielomilionowi oszuści? Skorumpowani politycy? Mafiosi? Gwałciciele, pedofile? Hakerzy zagrażający bezpieczeństwo państwa? Otóż nie, to byli włamywacze ścigani za np. sprzęt stereo. Nie, nie zabili nikogo przy próbie włamania. Mniej więcej takie pojęcie o groźnych przestępcach mają Nowozelandczycy - dla nich to złodzieje bydła, kłusownicy zagrażający bezpieczeństwu ich bezcennych rezerwatów i tatusiowie migający się od alimentów. Warto poczytać nowozelandzkie gazety w sieci - jakiś czas temu tematem na pierwszą stronę w dziale społeczno - prawnym ogólnokrajowego dziennika lub tygodnika był proces męża, który po rozwodzie uprowadził swe dziecko do Australii. Zwykłymi kwestiami, jakimi zajmują się gazety lokalne są kwestie dla ich obrazu świata naprawdę poważne np. cała prasowa dyskusja odbywa się o tym, czy ściąć jakieś cenne, stare drzewo albo informacja, kiedy odbywają się szkolenia ministerstwa rolnictwa dla wzorowych pszczelarzy. Większość tego kraju wprawdzie żyje z usług, (np. turystyka, elektronika), które tam przekraczają 70% całości zatrudnienia i obrotu (przemysł i rolnictwo stanowią mniejszość, co też wpływa na poprawę ochrony środowiska, bo przecież najbardziej niszczące są na tym polu przemysł i rolnictwo) ale większość mieszkańców to mieszkańcy wsi i małych miasteczek. Są tam praktycznie tylko 3 duże miasta, reszta dużych miast to tak naprawdę administracyjnie połączone w jedno sieci małych osiedli i wsi. Kolejny cytat z bloga dwojga Polaków - rezydentów:
Niektóre wielkie reformy, jakie przeprowadzono od roku 1984 to
- "Uspółkowiono" duże przedsiębiorstwa rządowe (telekomunikacja, poczta, linie lotnicze itp.) - pozostając własnością państwa, nie mogły liczyć na jego wsparcie i musiały zdobywać fundusze i konkurować dokładnie tak samo jak inne firmy na rynku, nie mając monopolu. Koleje państwowe niespodziewanie zaczęły przynosić zyski, a inne firmy tego typu też zaczęły działać lepiej - np. Telecom (czyli kiwuska Tepsa) w ciągu 3 lat zredukował zatrudnienie o 47%, podniósł wydajność o 85%, a zyski wzrosły o 300%. Część z tych firm potem zupełnie sprywatyzowano, pozostawiając w rękach państwa zasoby strategiczne, np. lasy.
- Najbardziej radykalnie zreformowano służbę zdrowia - o państwowe fundusze konkurują na równych prawach prywatne i państwowe placówki ochrony zdrowia, pacjenci ponoszą częściową odpłatność bez względu na to, jaki rodzaj placówki wygrał kontrakt.
- Przed reformą podatki były wysokie - dla najwyższego, choć stosunkowo nisko usytuowanego progu dochodów osobistych wynosiły nawet 66%, natomiast w handlu hurtowym na różne towary były nałożone różne podatki, od bardzo niskich po 50%. Ich zróżnicowanie podnosiło koszty administracji i księgowości. Wszystkie podatki handlowe zastąpiono 10% VAT (który potem wzrósł do 12,5%). Pięciostopniową skalę podatku od dochodów osób fizycznych zmieniono na 3-stopniową: 15, 30 i 48%, a potem ją reformowano aż do dzisiejszej bardziej liniowej 19,5, 33 i 39%. Podatki dla firm obniżono z 48 do 33%. W 1992 zniesiono podatek od nieruchomości.
- Zniesiono wiele regulacji na rynku pracy. Employment Contracts Act z 1991 roku zrównuje umowę o pracę z komercyjną umową zawieraną przez dwa podmioty i odbiera monopol na reprezentację pracowników związkom zawodowym. Deregulacja nie jest pełna, zachowały się przepisy dotyczące m.in. minimalnej długości urlopu i równych płac dla kobiet i mężczyzn.
- Zniesiono kontrolę i ograniczenia cen, wysokości zarobków, ograniczenia wymiany walut i inwestycji zagranicznych. W 1985 uwolniono kurs dolara nowozelandzkiego. Zniesiono wymóg posiadania przez banki depozytu w banku centralnym i inwestowania części aktywów w obligacje rządowe. Zawierając umowy i płacąc można było odtąd używać dowolnej waluty -wolna konkurencja między walutami.
- Zniesiono ograniczenia ilościowe na import, cła zmniejszano stopniowo aż do ich zniesienia na większość produktów.
- Na wczesnym etapie reform zniesiono dotacje dla rolnictwa i przemysłu.
- Zniesiono:
>monopol na usługi przewozów lotniczych wewnątrz kraju
, > ograniczenia dotyczące transportu drogowego (mające chronić koleje państwowe)
> ograniczenia ilościowe licencji na taksówki
> zakaz prywatnego produkowania elektryczności
> ograniczenia usług kurierskich (które chroniły państwową pocztę
> ograniczenia na rynku telekomunikacyjnym
> ograniczenia godzin otwarcia sklepów
> licencje zawodowe w wielu zawodach
> uprzywilejowanie dla rodzimych inwestorów


Moje podkreślenia oznaczają te zmiany, które bym chciała zobaczyć wprowadzone u nas. Najciekawszą, najbardziej przełomową z punktu widzenia potrzeb najbliższej przyszłości (czyli następne 20 - 30 lat) oraz z punktu widzenia sytuacji energetycznej i ekologicznej w naszym kraju jest, jak mi się zdaje zniesienie zakazu prywatnego produkowania elektryczności. To epokowy przełom, na który chyba stać było jeszcze niewiele krajów ale dzięki temu kraje te uniezależnić się mogą od dostaw ropy z ogarniętych wojnami i niestabilnych krajów oraz zlikwidować wiele ze swych, głównych trucicieli. Nie mówiąc już o profitach dla rozwoju technologii i nauki, oraz trwałego i poważnego obniżenia bezrobocia.

Zanim świadomość istnienia Nowej Zelandii dotarła do nas znano ich więc już z kilku rzeczy. Zwłaszcza z dziwacznego akcentu i specyficznego charakteru nacji nazywającej siebie Kiwi. Ale na pewno nie z kinematografii. Która w latach 70 - 80 tych, w porównaniu z innymi kinematografiami anglojęzycznymi uchodzić mogła co najwyżej za pół-profesjonalną jeśli, nie wręcz amatorską. Filmów robiono tam po kilka rocznie a większość filmowców masowo wyjeżdżała w poszukiwaniu pracy i lepszych możliwości (również technicznych) do Stanów i Australii. Dla większości z nich Australia była i tak, tylko postojem na drodze do Hollywood. Ta ucieczka była tak masowa, że wreszcie problemem braku rodzimych filmowców oraz nędznych możliwości finansowania i technicznego postępu w filmie zajął się parlament i rząd. Stworzono odpowiednie instytucje i zainwestowano większe pieniądze w rozwój rodzimego kina. A, dzięki, głównie dwóm osobom - producentowi i reżyserowi Peterowi Jacksonowi oraz obecnej premier Helen Clark sytuacja się odwróciła i teraz to Hollywood (oraz pół Azji) przybywa kręcić filmy u nich. Co takiego zrobiono za kadencji premier Clark? Można powiedzieć, że tak unowocześniono i "przestawiono" gospodarkę kulturalną całego państwa, że m.in. umożliwiono zrobienie tam, czyli w 3.5 milionowym pacyficznym kraiku największej superprodukcji w dziejach kina, która zdobyła także najwięcej Oskarów w dziejach kina (17). Specjalny wydział ministerstwa kultury, można powiedzieć, że oddzielne ministerstwo utworzono dla potrzeb ekranizacji jednego filmu - a przy okazji premier jest u nich także ministrem od kultury a nie np. od gospodarki lub obrony. Trzeba sobie uświadomić, że dokonał tego kraj o zaludnieniu dziesięć razy mniejszym od Polski, o powierzchni nieco mniejszej od powierzchni Polski, w którym większość terenu nadal jest niezamieszkała i jeszcze kilka lat wcześniej kręcono kilka filmów rocznie, głównie seriali telewizyjnych a reżyser szczęśliwy to był ten, którego było stać na zapłacenie czynszu, bo mógł kręcić jeden film co trzy, cztery lata. Dokonał tego kraj, w którym jedna z pierwszych zawodowych firm produkujących efekty specjalne była dwuosobowa a materiały do pracy zbierała nocami po wysypiskach śmieci. Richard Taylor wspomina, że grzebali po śmietnikach, bo z tego co ludzie wyrzucali, z metali, plastików, szkła, drewna, gumy i pianki dało się kompletować materiały do pracy o wiele taniej i szybciej niż zamawiając w wyspecjalizowanych fabrykach w Europie i Stanach. Z tych czasów, które można nazwać pionierskimi dla filmu nowozelandzkiego pochodzi przekonanie, że przy produkcji należy zawsze szukać tańszych sposobów zrobienia tego, co inni uzyskują drogimi metodami fabrycznymi. Stąd oszczędne i eksperymentalne podejście do wszelkich kwestii technicznych u firmy Weta, której właścicielami są Richard Taylor i Tania Roger. Przykładem na to podejście jest taki ich wynalazek: szukając taniego i trwałego materiału na miecze dla statystów odkryli, że guma do produkcji kółek do rolek i wrotek jest tak twarda, że da się z niej wyciąć trwały i bezpieczny dla użytkownika miecz o realistycznej wadze. Niedawno na kanale Ale kino z serialu dokumentalnego pt: Azjatycka odyseja filmowa dowiedziałam się sporo o rewolucji jaka nastąpiła w tamtejszym kinie a z innych programów o przełomie gospodarczym i kulturowym, na jaki się zdobył kraj, którego głównym zasobem eksportowym jeszcze do niedawna były owcza wełna i ryby głębinowe. Teraz zarabiają na wynajmowaniu plenerów kolejnym ekipom filmowym. Dzięki filmom turystyka przeżywa wielkie przyspieszenie, cała branża zarabia kilka razy więcej niż do tej pory. Bo przyjeżdżają tam i turyści, którzy zobaczyli plenery w rozmaitych filmach, (Władca Pierścieni, Kroniki Narnii, Babe, Ostatni Samuraj) i filmowcy, którzy sprawdzają przyszłą przydatność lokalizacji. W tym serialu dokumentalnym opowiedziano anegdotę, która miała widzowi podpowiedzieć z, nacją o jakim charakterze spotka się na dwu wyspach pacyficznych (i 700 małych wysepkach do nich należących - w większości zresztą niezamieszkałych rezerwatach przyrody). Chodzi o słynny "drut nr 8". Co to jest "drut nr 8"? To hasło Nowozelandczyków kiedy muszą się zabrać do jakiejś pracy. To hasło, które przypomina im o ich pionierskich czasach. To słowa, które wyspiarze traktują, jak zaklęcie - w nim zaklęto ich cechy, które pozwoliły im wykonać kulturowy i gospodarczy skok. Pracowitość, pomysłowość, oszczędność i wszechstronność. W czasach kryzysu po II wojnie wielu mieszkańców nie mogło sobie pozwolić na wiele produktów, które trzeba było sprowadzać z dalekiej Anglii albo Stanów. Na miejscu nie produkowano tego co było potrzeba a import był bardzo drogi. Dlatego, wszystko co dało się skombinować z miejscowych materiałów lub domowym sposobem, było w cenie. Z drutu nr 8 kombinowali więc co się dało, bo był mocny, tani, dostępny i dawał się kształtować w ręku. "Drut nr 8" wedle samych zainteresowanych opisuje ich podejście do pracy - twierdzą o sobie, że są raczej leniwi, lubią zabawę i dolce far Nience ale, gdy już się za coś zabiorą to muszą doprowadzić swe dzieło do szczęśliwego zakończenia. Czy nie przypominają wam kogoś znajomego?

Trudno określić dokładniej charakter nacji, która dopiero co się wyłania z mieszanki europejsko - azjatycko - polinezyjskiej, można jednak opisać kilka cech, które się wyraźnie odcinają na tle innych narodów. Można mówić długo o zapobiegliwości i pracowitości, o talentach artystów, rzetelności polityków i wytrwałości sportowców, o silnym poczuciu wspólnoty, można rzec plemiennej, która na tej wyspie tworzy się pomiędzy rozmaitymi ludźmi, różnego pochodzenia, języka i religii, o życiowym celu tej wspólnoty, którą stała się ekologia, równowaga między wymogami nowoczesności a wymogami ochrony środowiska i zachowanie swego przyrodniczego dziedzictwa w jak najlepszym stanie - dla nich to ludzka technologia jest poddaną środowiska a nie na odwrót. Najważniejszą jednak cechą Kiwi jaką można zaobserwować i o jakiej można przeczytać jest szczególnie elastyczna postawa życiowa - towarzyskość i otwartość na nowych ludzi i nowe sprawy, otwartość wobec przybyszów. Pewna elastyczność i pewność siebie w kontaktach z innymi kulturami i umiejętność pokojowego wchłonięcia ich przez ten wieloetniczny kraj. Już po paru latach pobytu emigrant czuje się jak w domu i uważa za Kiwi - kraj stworzony z emigrantów pozwala na to każdemu, czy pochodzisz z Azji, Afryki czy Europy. Tak samo zresztą uważa i ichnie prawo imigracyjne - po roku oficjalnego pobytu jako rezydent (np. pracownik lub student), jeśli się samodzielnie nie zapiszesz to automatycznie wciągną cię na listę wyborców a już po 5 latach zostajesz obywatelem - masz więc prawo wyborcze nie tylko bierne ale i czynne i to mimo, że nie urodziłeś się w tym kraju oraz mimo, że nie mieszkałeś tu długo.

" W chwili, gdy zaczęli tam docierać pierwsi osadnicy europejscy wyspy Nowej Zelandii zamieszkiwało ok. 150 tys. Maorysów. Ówczesne metody kolonizacyjne nie należały do łagodnych. Podczas wojen z Europejczykami i starć plemiennych ginęły tysiące Maorysów. Inni padali ofiarą nieznanych im dotąd chorób zakaźnych. Pod koniec XIX wieku liczebność rdzennych mieszkańców wyspy spadła do niespełna 50 tys. osób. XX wiek, szczególnie okres po II wojnie światowej, przyniósł jednak prawdziwy boom demograficzny. Otwarcie na metody współczesnej medycyny, przyjęcie standardów higieny itp. sprawiły, że Maorysi, których jest dziś ponad 320 tysięcy, stanowią blisko 10 proc. ludności kraju. Dzieci z małżeństw mieszanych - co również należy do rzadkości w Trzecim Świecie - uważają się zazwyczaj za Maorysów i starają się w pełni utożsamić ze starszą z dwóch kultur. Za sprawą misjonarzy jeszcze w połowie XIX wieku udało się opanować sposób zapisu dialektów maoryskich za pomocą znaków alfabetu łacińskiego. Już u progu XX wieku większość tubylczych dzieci objęta była obowiązkiem szkolnym, poznając jeden alfabet i dwa języki."
A nie było to w polityce ludnościowej ówczesnych mocarstw coś normalnego - dzieci tubylców zazwyczaj albo specjalnie pozbawiano dostępu do szkoły, nie mogąc się uczyć były skazane na pozostanie niższą warstwą wyrobników, albo też zmuszano do odbywania edukacji w wyłącznie biały sposób, w językach wyłącznie białych kolonistów chcąc odciąć od korzeni kolejne pokolenie, zasymilować w brutalny sposób - takie postępowanie było powszechne w sąsiedniej Australii. Jeśli ktoś widział oparty na faktach, świetny film pt "Polowanie na króliki" to wie o co chodzi.

"Ten szczególny tryb relacji między kulturą kolonistów i miejscowych stanowi niemal wyjątek na tle stosunków, jakie rozwijały się na południu Afryki, w Stanach Zjednoczonych czy choćby w ościennej Australii. Maorysi od początku kontaktu z kulturą przybyszów w zdecydowany sposób występowali w obronie swoich praw, ziemi i języka, stopniowo organizując coraz szersze związki plemienne a jednocześnie zachowując postawę pełną godności zarówno na wojennej ścieżce, jak i w kontaktach neutralnych czy handlowych. Ludzie pod względem technologicznym żyjący w epoce kamienia łupanego potrafili docenić wyższość broni palnej nad białą i zaczęli doskonalić się w jej użyciu. Już w połowie XIX wieku strzelba, proch i zapas pocisków należały do standardowego wyposażenia maoryskiego wojownika. Podczas I wojny światowej Maorysi znaleźli się na frontach Wielkiej Wojny nie tylko jako "mięso armatnie", wchodzące w skład korpusu ekspedycyjnego. Pod sztandarem Jego Królewskiej Mości służyli również oficerowie pochodzenia maoryskiego. "
Zaś w trakcie II wojny nad ogarniętą powstaniem Warszawę latały alianckie samoloty z cichociemnymi i pomocą materialną, i wiadomo, że w tych akcjach zginęło ok. 60 - ciu pilotów nowozelandzkich. Kilka lat temu powstała nawet inicjatywa budowy ich pomnika, o czym usłyszałam z telewizji ale potem - jak to zwykle bywa u nas, kiedy sprawa nie dotyczy nas samych - sprawa jakoś ucichła.

"Już pod koniec XIX wieku tubylcy i koloniści zostali zrównani pod względem prawnym. Co więcej, Brytyjczycy zgodzili się na zachowanie niektórych form autonomii Maorysów w tym z istnieniem tzw. Dziedziny Króla w niedostępnej, górskiej części wyspy Północnej. Już w 1867 roku pierwsi posłowie maoryscy zasiedli w parlamencie. Aż dziw, że dopiero 120 lat później maoryski stał się drugim urzędowym językiem Nowej Zelandii. "

Jest w tym kraju coś zdumiewająco antycznego choć, być może to tylko prastara przyroda pełna nieistniejących już gdzie indziej żywych skamielin, unikatów i endemitów takie wrażenie wywołuje - 70 % nowozelandzkiej przyrody to endemity, prahistoryczne rośliny i zwierzęta, które nie przetrwały już nigdzie indziej. Między innymi drzewo kauri - trzecie po sekwoi i sekwojowcu najwyższe i największe drzewo na ziemi. Ten gatunek pochodzi jeszcze sprzed czasów dinozaurów, z epoki niepodzielonego kontynentu Gondwana. Popularne obecnie na Nowej Zelandii są wieczorne, kilkugodzinne wyprawy do serca lasu i obserwacja życia wśród tych olbrzymów, które koloniści wycinali masowo, tak, że do dziś przetrwały już tylko w najbardziej niedostępnych górskich terenach. Najwyższe kauri obecnie ma 150 metrów wysokości i 2100 lat i nazwano go od imienia maoryskiego boga Panem Lasu. Pan Lasu, Tane Mahuta, to bóg, który ocalił dopiero co narodzony świat. Wg maoryskiego mitu - dawno temu Ojciec Niebo i Matka Ziemia trwali w miłosnym uścisku. Ich dzieci, czyli wszystkie istoty i bogowie byli uwięzieni i ściśnięci między ich ciałami. Wtedy jeden z młodych bogów Pan Lasu odsunął pierwszych rodziców od siebie, dając światu światło, przestrzeń i powietrze. Jest więc w tym kraju jakiś pradawny charakter - krainy, która swą postawą wobec świata - nieingerencji (choć jednocześnie jedyną interwencją zbrojną, jaka odbyła się w ostatnich kilkudziesięciu latach i uchodzi za jedyną naprawdę udaną i rzetelnie przeprowadzoną jest interwencja Nowozelandczyków w Timorze wschodnim), stania na uboczu wielkich konfliktów, swymi, bardzo równościowymi prawami - było to pierwsze państwo na świecie, które dało prawa wyborcze kobietom jest to też "jedyny kraj na świecie, w którym w jednym momencie pięć najważniejszych stanowisk w państwie sprawowały kobiety" i swymi planami na przyszłość - sterowania w stronę nie kraju zunifikowanego jednej nacji ale wielokulturowego, gdzie szerokozakresowa opieka nad naturalnym środowiskiem jest źródłem narodowej dumy i wymiernych profitów a nie jakąś formą niepotrzebnego dziwactwa. Kraj, który na nowo rozsławia dawne cnoty obywatelskie tj. sprawiedliwość, przystępność, przedsiębiorczość i oczywiście wolność - także wolność gospodarczą i religijną o jakiej na naszej półkuli nawet się jeszcze nie śniło ale jednocześnie nie przestaje być państwem najzupełniej nowoczesnym; eklektycznym, przedsiębiorczym i wysoko efektywnym, gdzie są promowane nowoczesne technologie oraz edukacja w tych zakresach. Jest przykładem na państwo wielonarodowe, w którym walki na tle etnicznych i religijnych różnic obecnie znane są praktycznie tylko z wiadomości telewizyjnych (erę rasistowsko - nacjonalistycznych rozbojów i społecznych zamieszek przechodzili w latach 70 - tych). Obecnie w spokoju współistnieją obok siebie rozmaite wspólnoty religijne i etniczne - np. kościół, cerkiew i meczet należące wszystkie do emigrantów z byłej Jugosławii stoją sobie w jednej dzielnicy na sąsiednich wzgórzach. Jest przykładem na kraj, w którym może istnieć wielka koalicja, zawierająca w sobie wszystkie duże partie polityczne od prawa do lewa (za wyjątkiem nazistów i komunistów), których przedstawiciele obsadzają, każdy po jednym ważkim urzędzie, choć zapewne trzymane są razem pod żelaznym dozorem premier Clark. Jest przykładem na kraj, który organizacje międzynarodowe i pozarządowe stawiają za wzór innym krajom - także tym najbogatszym - w kwestiach korupcji i nieuczciwego lobbingu, czy raczej ich braku. Jest przykładem na kraj, w którym spokój społeczny i polityczny jest normą a ważnym problemem na szczeblu rządowym i ministerialnym nie są taśmy korupcyjne permanentny stan sporu kompetencyjnego między organami ale zapewnienie ekipie filmowej doskonałych warunków do pracy. Jest przykładem na kraj, w którym polityka jest po prostu pracą za pensję, jak każda inna a nie jakimś cudem boskim, któremu ludność ma się kłaniać od rana do wieczora - emocjonując się politycznymi skandalikami i przepychankami. I kraj, w którym ważną informacją podawaną na stronie internetowej ministerstwa rolnictwa są terminy szkoleń ratowniczych (w razie ukąszeń) dla wzorowych pszczelarzy. Każdy kto tam był może, za autorem bloga, z którego wyciągnęłam większość cytatów, potwierdzić, że Nowa Zelandia "jest to wioska - bardzo wysoko cywilizowana wioska". Pewnie ma to wszystko co wymieniam coś wspólnego z precyzyjnym, rzetelnym, dobrze zaplanowanym systemem polityki emigracyjnej. Która to polityka jest po pierwsze bardzo przyjazna wobec napływu emigrantów ale po drugie stanowi bardzo wymagające sito, przez które przechodzą tylko ci, których możliwości, których praca, wykształcenie i zawód są w tym kraju uznawane za potrzebne, za przydatne. Tam się nie jeździ na zmywak, tam się jeździ, aby dostawać granty i stypendia. Być może wielki wysiłek, aby sprowadzać emigrantów - ale tylko odpowiednich i przeprowadzać te procedury w sposób niezwykle przyjazny dla zainteresowanych (taki emigrant idzie sobie na Targi Emigracyjne, gdzie zostanie poinformowany o swych prawach i obowiązkach, jako rezydenta lub przyszłego obywatela oraz dostanie w tzw. "paczce powitalnej" wszelkie informacje mu niezbędne do zagospodarowania się tam - z ofertami pracy, kursów językowych, prawami tyczącymi najmu i zakupu mieszkania oraz z książką - przewodnikiem po Nowej Zelandii włącznie), wynika z tego, że gęstość zaludnienia jest tam jeszcze bardzo mała - kraj o powierzchni nieco tylko mniejszej od Polski liczy obecnie 3.5 miliona ludności. Ważnym wkładem i poważaniem wśród emigrantów szczycą się także Polacy. 732 polskich dzieci z grupy tzw. "tułaczych dzieci" - były to głównie dzieci emigrantów wojennych, którzy albo służyli w wojskach alianckich lub też wyszli z ZSRR z wojskiem Andersa, albo też zostali internowani przez władze radzieckie, one były pierwszymi oficjalnymi emigrantami, jakich przyjęło to państwo, jako państwo a nie jako po prostu nowa ziemia w 1944 roku. Na początku wojny na rozkaz Stalina ponad półtora miliona Polaków wypędzono lub zesłano do obozów i łagrów. 120 tysięcy ewakuowano do Iranu, wśród nich było 20 tysięcy dzieci, które znalazły schronienie a potem i nowy dom w rozmaitych krajach, w USA, Anglii, Meksyku, Iranie, w Japonii, gdzie zaopiekowała się nimi osobiście sama cesarzowa udzielając im też miejsca zamieszkania w własnym pałacu oraz właśnie w Nowej Zelandii. Rząd NZ nie był temu pomysłowi bardzo przychylny ale ówczesnemu premierowi Frazerowi i jego żonie udało się to wywalczyć.

Nieduży, choć zasobny kraj, o którym świat usłyszał tak naprawdę na dobre zaledwie kilkanaście lat temu pokazuje nam, jak można żyć idąc własną drogą, trzecią drogą, złotą drogą umiaru - pomiędzy głęboką przepaścią tyranii ideologicznych i ideowych niewolących indywidualizm w imię jakiejś "wyimaginowanej wspólnoty", "wspólnoty pierwotnej" (narodu, rasy, klasy, kasty, religii, etnosu) a stromymi ścianami świata gospodarczo skrajnie neoliberalnego, (nie mylić neoliberalizmu gospodarczego z liberalizmem ogólnym, to są idee sobie przeciwstawne), w którym wszystko jest już, tylko i wyłącznie dyktowane wolą i egoizmem jednostki oraz kwestią ceny i pieniądza. A poczucie wspólnoty jakiegokolwiek typu praktycznie nie istnieje w wyalienowanym i egocentrycznym, konsumpcyjnym społeczeństwie. To jest kraj, który obronną ręką wychodzi z sieci tych, dwu skrajności. I choć NZ nie ma spisanej konstytucji, bowiem jej ustrój rządowy, jej prawodawstwo oraz forma i treść prawa oparte są głównie na tradycji angielskiej, z czasów, gdy byli kolonią to, przynajmniej do wczesnych czasów powojennych ustawodawstwo "oparte było na jawnie nazywanej i stosowanej moralności chrześcijańskiej, w pełnym pojęciu sprawiedliwości społecznej" a więc rząd był zobligowany do realizowania chrześcijańskich idei - także w sferze gospodarczej, acz nie były to polityczno - religijne doktryny wpajane każdemu, kto się nawinie, tylko wartości humanitarne z chrześcijaństwa wynikające.

Z tradycji osadnictwa holenderskiego, szkockiego i niemieckiego wyspiarze przejęli duże przywiązanie do pracowitości, przedsiębiorczości i oszczędności zaś z tradycji tubylczej czerpią - odkrywając i kultywując dla nowych pokoleń kulturę Maorysów - wielką estymę dla kobiet i ich dużej roli w rządzeniu - a dziś całym krajem, tak, jak niegdyś w rządzeniu plemionami, oraz zawsze ważne dla wszelkich wyspiarzy pojęcie jedności. W epoce plemiennej podstawą rządów był pewien podział ról - kobiety rządziły w czasie pokoju, mężczyźni zaś w czasie wojny. Rolą mężczyzn była ochrona fizyczna zaś kobiet ochrona kultury i poczucia jedności, jak też przyczynianie się do porozumienia wśród ludu. U Maorysów kobiety negocjowały i planowały - mężczyźni walczyli, gdy zaszła potrzeba. To może dziwne, że tak silne poczucie wspólnoty jest typowe dla państwa tak wielonarodowego. Owa idea pojednania, idea dyskursu i jednoczenia różnych osób i grup w obliczu wielkiego wyzwania znajdują wyraz w oskarowym filmie Jeździec Wielorybów, i być może to samo poczucie napędzało pomoc przedstawicieli rządu dla twórców filmowych, to samo poczucie, które kultura nowozelandzka odziedziczyła po maoryskiej. Owo poczucie i potrzebę adaptatorzy Władcy Pierścieni, jak sądzę nieprzypadkowo i świadomie podkreślili w swoim filmie - także paroma jednoznacznymi scenami dodanymi od siebie. Dla tego kraju wielkim wyzwaniem nie było wykłócanie się o trzy dziesiąte procenta głosów, nie było to szukanie tajnych spisków ani granie na emocjach najstarszych obywateli, jak u nas gra się na emocjach ludzi pamiętających zbrodnie rosyjskie i niemieckie, aby obrzydzić im dzisiejsze Niemcy i Rosję. Przez niemal dekadę głównym "historycznym" dziełem tej nacji, zadaniem dla nich ważnym, także przez to, że szczególnie dotyczącym ich pojęcia patriotyzmu, ich poczucia jedności - zadaniem które wykonywali wspólnymi siłami gospodarki, sztuki, techniki i administracji, było po prostu zrobienie dobrej superprodukcji, wielkiego, pamiętnego dzieła filmowego.
Nie wiem czemu tak się im to wszystko udaje - taoiści i buddyści powiedzieliby być może, że to przez obecność na tym terenie najważniejszego geograficznego czakramu, jaki ma nasza planeta, czakramu najwyższego poziomu, czyli czakramu doskonałości, który jest odpowiednikiem czakry najwyżej położonej w ludzkim ciele (szczyt głowy - czakra biała), a którym wg nich jest Góra Cooka w Alpach Południowych nad Jeziorem Pukaki.

Jest tak, jakby po części ten film był hołdem należnym twórczości Tolkiena ale po części był także hołdem dla samej krainy, w której powstał; dla jej przyrodniczego dziedzictwa utrwalonego na kliszy, dla jej pionierskich lecz i pokojowych ideałów, dla idei jedności w różnorodności, której realizacja jest obowiązkiem tamtejszej władzy ale najbardziej chyba dla ekologicznego nastawienia, które przemycono na świat - i jak sądzę, dzięki sile srebrnego ekranu na nowo rozbudzono głęboką siłę tych idei. Spróbujmy pomyśleć o filmie Jacksona, jako o jego osobistej i bardzo nowozelandzkiej interpretacji Śródziemia, interpretacji wyrażającej idee kultywowane w jego rodzinnym kraju a nie tylko te, które pozostały tam z oryginalnego Władcy. Grający Sarumana Christopher Lee opowiadał w jednym z dokumentów zamieszczonych w wydaniu rozszerzonym dvd Władcy Pierścieni, że sceny z niszczeniem lasu przez Sarumana są dla samych Nowozelandczyków szczególnie poruszającym przeżyciem, gdyż kojarzą się im z zupełnie realną, ich, historyczną batalią o ocalenie najstarszych lasów i najrzadszych drzew, jakie miał ten kraj, walką, która toczyła się tam w latach 70 - 80 tych ub. wieku. Powinniśmy pomyśleć o tym filmie jako o obrazkowej analogii dla słów genialnego eposu, do których odnoszą się z szacunkiem twórcy filmowej epopei. Lecz, nie jedynie dla słów genialnego eposu, gdyż obecnie nie mogę się powstrzymać przed myśleniem o tym filmie, jako o, między innymi obrazkowej analogii dla tej pieśni:

Boże narodów u twych stóp
spotykamy się złączeni miłości więzami.
Słuchaj głosów, które ku tobie wznosimy,
Boże broń naszej wolnej ziemi.

Strzeż potrójnej Pacyfiku gwiazdy,
Od ostrzy wojny i rozdarcia wewnętrznego,
a jej pochwałę uczyń słyszalną daleko,
Broń Boże Nowej Zelandii.

Każdej rasy i poglądów wszelkich
ludzie, gromadzą się tutaj przed Tobą,
prosząc, byś błogosławił tej krainie.
Boże broń naszej ziemi wolnej.

Od kłótni, zawiści i od nienawiści chroń,
ustrzeż państwo nasze od zepsucia,
uczyń kraj nasz dobrym i wspaniałym
Boże broń Wielkiej Białej Chmury.

Niech naszą dumą będzie pokój a nie wojna,
ale jeśli wróg najedzie nasze brzegi
uczyń z nas zastęp potężny,
Boże broń naszej wolnej ziemi.

Panie bitew jest w twej mocy zmusić
wrogów do ucieczki lecz, uczciwą oraz
prawą niechaj nasza sprawa będzie.
Boże broń Nowej Zelandii.

Pozwól wzrastać naszej miłości do Ciebie,
abyś swych błogosławieństw nigdy nie
umniejszał, daj nam obfitość, daj pokój,
Boże broń naszej ziemi wolnej.

Od wstydu i od pohańbienia,
strzeż kraju o nieskalanym imieniu,
ukoronuj ją sławą nieśmiertelną,
Boże broń Nowej Zelandii.

Oby nasze góry były zawsze ostoją
wolności wśród morza, spraw,
byśmy trwali wierni Tobie,
Boże broń naszej ziemi wolnej.

Prowadź ją w narodów awangardzie
głoszącą im miłość i prawdę,
Twego, chwalebnego planu wykonawcę,
broń Boże Nową Zelandię.


To hymn państwowy zapisany po angielsku i przełożony na maoryski w połowie XIX w., (tłumaczenie moje). Ale zaraz, czy coś nam się tu nie zgadza? Czy też to zauważyliście?
Czy widać w nim pewną, szczególną nieprawidłowość? Moim zdaniem widać jedną - poważny brak pewnych składników. Tekst normalnego hymnu państwowego nie tak przecież powinien wyglądać. Powinno w nim być więcej tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni; więcej odbierania siłą, barykad, krwi i zemsty, ogólnego uberallesowania oraz twierdzeń pt "my zaraz im wszystkim pokażemy" - wymagane są co najmniej trzy zwrotki o odbieraniu, zemście i zarzynaniu wrogów, bo przecież tego się po hymnie spodziewamy. A tu kicha, tylko jedna zwrotka o wojnie w dodatku obronnej i uczciwej.
We wszystkich zwrotkach pojawia się wolność, w kilku miłość, pokój oraz jedność. W jednej (tylko!) dobrobyt. A także modlitwa o zachowanie uczciwości, nieskalaności, o uchronienie przed wstydem i hańbą, jaką okrywają się państwa dzisiejsze - nie tylko wielowiekowe tyranie ale i zgoła dość liberalne demokracje. Taki jest właśnie kraj, który potrafi być zjednoczony w różnorodności i różny w jedności, oraz potrafi z iście chrześcijańską radością i ufnością pracować dla owej "sławy nieśmiertelnej", twierdząc, że ich wyspa jest ich statkiem, ich nawą, wobec której wszyscy mają obowiązki. Cóż, wydaje mi się, że niewątpliwie znacznie poważniejsze szanse na zdobycie sławy nieśmiertelnej ma państwo, którego mottem oficjalnym do niedawna było "Forward! " niż państwo, którego mottem oficjalnym zdaje się od zawsze być "nic mi się nie udaje i wszyscy są przeciwko mnie".


Fotografie:

Kliknij, żeby powiększyć


1. Wydrążony pień starego drzewa kauri w muzeum drzewa kauri.


2. Nowozelandzkie bursztyny.


3. Elegancki hotel Lodge Cliffs na ternie rezerwatu drzew kauri.




4 i 5. Góra Cooka - święta nie tylko dla Maorysów ale i buddystów.


6. Ogród w stylu włoskiego renesansu.


7. Farma nad jeziorem Wakatipu.


8. Widok jeziora Wakatipu.


9. Wodospady McLeana.


10. Jakieś skałki nad bezczelnie szmaragdowym morzem.


Źródła cytatów :
Wikipedia,
Blog - nz.pasnik.pl,
"Dwie ojczyzny - polskie dzieci w Nowej Zelandii", oficyna wydawnicza Rytm, KUL Warszawa 2006

Siemion Kozłow "Kolonizacja z happy endem.", Tygodnik Forum.

Napisała: Tallis



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl