Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Tolkien i Joyce - dwa oblicza mitu

Mojej Molly

"Są dzieła, których mniej możni tak samo jak najmożniejsi mogą dokonać tylko jeden jedyny raz. I w takie dzieło twórca wkłada swoje serce raz na zawsze"
FEANOR
"Jest to dzieło jedyne w swoim rodzaju, zarówno baśń, jak i kosmos. Coś takiego nie może zostać zrobione ponownie."
JAMES JOYCE

 

Myślę, że stosownym początkiem tego artykułu będzie wyrażenie autorskiej bezsilności - niełatwo jest porównywać tych dwóch autorów. Ich dorobek jest olbrzymi i całe pokolenia badaczy trawiły życie nad pracami, nad jednym czy drugim. Ponadto, zauważyć można jeszcze jedną trudność – naturalizm Joyce’a i „patos dystansu” Tolkiena, tradycyjna forma i nowatorstwo, nieskrywany erotyzm i wyparcie bezpośrednich oznak seksualizmu – wszystkie te kontrastowe zestawienia sprawiają, że Tolkien i Joyce zdają się przynależeć do dwóch przeciwstawnych obozów. Utwierdzają nas w tym kategoryczne wypowiedzi krytyków Tolkiena, zwłaszcza tych anglosaskich. Wątpię, czy krytycy byliby zdolni do rewizji swoich pochopnych sądów, ale mam nadzieję, że ten tekst pomoże wszystkim w dostrzeżeniu przede wszystkim podobieństw, a nie różnic. Jestem bowiem przekonany, że Joyce podpisałby się pod tymi strofami z Mythopoei:

„Chciałbym móc z minstrelami śpiewać

i poruszyć drżącą ręką – niewidziane[1].”

Dwa życiorysy

James Joyce urodził się w Rathgar koło Dublina dziesięć lat przed Tolkienem – 2 lutego 1882 roku. Jego rodzina, ponoć zubożali potomkowie rodu de Joyeux, żyła tyranizowana przez ojca, który mimo licznych zalet osobistych, odczuwał „nieodparty pociąg do hulaszczego trybu życia i równie nieodparty wstręt do stałej, systematycznej pracy”[2]. Joyce jako sześciolatek trafił do elitarnej jezuickiej szkoły Clongowes Wood College. Od tej pory pobierał nauki w różnych jezuickich uczelniach, co miało doniosłe konsekwencje dla jego twórczości.

Tolkien zaś urodził się w Bloemfontein w 1892 roku, wcześnie stracił ojca. Utalentowana matka sama zapewniała mu wykształcenie, a potem młody Tolkien rozpoczął edukację w Szkole Króla Edwarda w Birningham. Po śmierci matki formalnej opieki nad chłopcem podjął się ksiądz Francis Morgan.

Już na tym wczesnym etapie można przeprowadzić paralelę: skromna sytuacja materialna – podobne talenty i gusta (np. upodobanie względem łaciny) – istotna rola katolicyzmu. Rzecz w tym, że w przypadku Joyce’a wiara była czymś silnie przeżywanym, ale jednak narzuconym z zewnątrz, ściśle zespolonym z irlandzką kulturą, która – eufemistycznie mówiąc – nie przeżywała wtedy najlepszych czasów. W intelektualnym zacofaniu i reakcyjności irlandzkiego kleru tkwiła przyczyna wtórności i nędzy ówczesnej literatury, ciągle poddawanej nieformalnej cenzurze (borykał się z nią choćby William Butler Yeats). Tolkien tymczasem, ośmioletni konwertyta, napotykał wrogość wyznawców Kościoła anglikańskiego i był niebezpodstawnie przekonany o tym, że ta wrogość właśnie wpędziła jego matkę do grobu. I chociaż ścieżki wiary obydwu autorów rozeszły się, to w ich twórczości można dostrzec kolejne, inspirujące analogie, które opisał Shippey:

„... każdy z nich ma na swoim koncie jedno główne dzieło, które rozwinęło się z utworu wcześniejszego, (odpowiednio z Hobbita i z Portretu artysty z czasów młodości) i ma z nim kilka wspólnych postaci. Obok każdego z tych cykli powstało jedynie kilka krótkich utworów i parę zbiorów wierszy, a także pośmiertnie wydanych szkiców”[3].

Trudno byłoby także odnaleźć przykłady takich dzieł, które, choć pisane bez jakiejkolwiek dbałości o ich przystępność, zdobyły uznanie krytyków – a są to, odpowiednio Silmarillion i Finnegans Wake.

            Joyce i Tolkien byli też różni – pierwszy bez wątpienia balansował na granicy schizofrenii, przed którą nie ustrzegła się jego córka Lucia, a ratowała go tylko twórczość.[4] Był typem geniusza, w którym „duch palił się jak płomień”[5], jak Tolkien napisał o Fëanorze. Drugi był „klasykiem”, akademikiem o wielkiej przenikliwości umysłu, któremu nieznane były burzycielskie instynkty rewolucjonisty. Cechował się sumiennością, punktualnością i wszystkimi mieszczańskimi cnotami. Antagonizm wydaje się oczywisty – zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie Finnegans Wake, traktujące w dużej mierze o konflikcie pomiędzy dwoma postaciami: Shemem (Joyce’m) i Shaunem (jego solidnym bratem Stanisławem)[6]. Ale nie należy zapominać, że w tym ostatnim dziele Joyce’a, dwaj Synowie: Shem i Shaun, spotykają się w Ojcu: Humphreyu Chimpdenie Earwickerze, metaforze Boga i mitycznego bohatera, zdają się być tylko jego emanacjami, lustrzanymi odbiciami tej samej Prawdy. Tak samo jak twórczość Joyce’a i Tolkiena stanowi w istocie dwa oblicza Mitu.  

Zapowiedź mitycznej głębi

„W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit” – zaczyna się dobrze znany utwór Tolkiena, zrodzony ponoć całkowicie przypadkowo. Zaś jednym z pierwszych słów, jakie czytamy w debiutanckich opowiadaniach Joyce’a „Dublińczycy” jest paraliż i będzie ono towarzyszyć czytelnikowi do końca, najdobitniej wyrażając wszystko, co dzieje się na ich stronach. Na pierwszy rzut oka trudno wyobrazić sobie dzieło bardziej wyzbyte uniwersalności, zanurzone we współczesności, a zarazem bardziej odległe od pogodnej baśni, jaką jest Hobbit. Dublińczycy są przede wszystkim sekwencją kronikarskich, fotograficznie wiernych obrazów i szkiców z życia miasta i jego mieszkańców, szkiców przywodzących na myśl Czechowa, Ibsena, francuskich i niemieckich naturalistów...”[7] . Gdy zaś próbujemy znaleźć perspektywę mityczną w Hobbicie, natrafiamy na wiele zwracających uwagę fragmentów. Smoki, elfy i krasnoludy o imionach z poematu Voluspa, porozsiewane po powieści wzmianki o Czarnoksiężniku, Gondolinie – wszystko to daje wrażenie historycznej głębi. Krasnoludy zachowują się zgodnie z kodem etycznym starożytnych skandynawskich sag i posługują się ceremonialnym językiem: „Spieszymy do naszych rodaków pod Górą na wieść, że prastare królestwo zostało wskrzeszone. Ale kto jesteście wy, że rozłożyliście się obozem w dolinie jak napastnicy pod obronnym murem?”[8]zapytują krasnoludowie króla elfów i Barda. Najmniej heroiczną postacią Hobbita jest oczywiście jego tytułowy bohater, który nie umie żyć bez chustek do nosa, huknąć dwa razy jak sowa i raz jak puszczyk, nie zna nawet mowy ptaków (choć twierdzi, że rozumie niewiele). Bilbo jest postacią, z którą może identyfikować się każdy współczesny czytelnik – i razem z nim odkrywamy świat opowieści, przysiąg i proroctw, świat zamieszkiwany przez niezwykłe stworzenia, którym nieobce jest okrucieństwo. Tolkien zdaje się przeznaczać Bilbowi rolę przewodnika po sagach i średniowiecznych opowieściach, a sam Hobbit jest rodzajem bedekera po Śródziemiu, które zostało opisane w całej jego złożoności w późniejszych, szerszych, projektach – we Władcy i Silmarillionie.

            Podobnie jest z Dublińczykami. Cały szereg postaci: komiwojażer Kernam, sutener Lenehan, sprytna rajfurka pani Mooney, dziennikarz Gallagher – pojawiają się w Ulissesie i to w kontekście, którego zrozumienie ułatwia znacznie przeczytanie Dublińczyków. Joyce umiejętnie i prowokacyjnie posługuje się symboliką – w opowiadaniu Liść bluszczu, poświęconemu grupie mężczyzn wspominających pamięć irlandzkiego bohatera nie brakuje nawet triumfalnych „salw armatnich” – są to korki wystrzeliwujące z flaszek portera ustawionych przy kominku. Z piętnastu opowiadań najbardziej bliskie naszemu tematowi rozważań wydają się Zmarli. Jego bohaterka, Gretta Conroy, słyszy na przyjęciu pieśń, która przypomina jej dawnego, młodo zmarłego kochanka. Mąż Gretty, Gabriel (≈ Joyce), czuje się w tym momencie zbędny: „Ujrzał siebie jako śmieszną figurę, będącą dla swoich ciotek jak chłopiec na posyłki, jako nerwowego, pełnego dobrych intencji sentymentalistę, przemawiającego do plebsu i idealizującego własne błazeńskie żądze”[9]. Gabriel odczuwa nagle obecność śmierci, przenikającej wszystko w tej noworocznej, zaśnieżonej scenerii, która zdmuchnie życie wszystkich tu obecnych, gdy nadejdzie na to czas – tak jak nadszedł czas na adoratora Gretty. A śnieg bezustannie padał, „jakby nadeszła ostatnia godzina dla wszystkich żyjących  i zmarłych”[10]

            Rozważania nad śmiercią i życiem to temat przewijający się przez wszystkie gatunki literackie, ale swój najpełniejszy wyraz znajdują w micie. Sielankowo-ironiczny początek Hobbita wiedzie do dziwnie gorzkiego, jak na opowieść dla dzieci, zakończenia. Thorin kona, metaforycznie ujmując, na stosie złota odebranego smokowi, padają w jego obronie Kili i Fili, powodowani kodeksem wojownika, a w wyobraźni Gabriela Conroy umierają wszyscy, Irlandia dogorywa pod śnieżnym całunem, a naród pozostaje zdolny wyłącznie do błahych gestów nad grobami bohaterów. Te dwa obrazy są różne, ale jakże bliskie za sprawą refleksji, jakie wywołują w czytelniku.

            Bliskość tematów jest jedną rzeczą, ale bezpośrednie odwoływanie się do tradycji mitycznej – drugą. I Joyce dokonuje tego jeszcze przed Ulissesem, w Portrecie artysty z czasów młodości, utworze pełnym – jak pisze Egon Naganowski – „mitotwórczego uniwersalizmu”. Wyraża go Stefan Dedalus, przyszły artysta, w swoim dziecięcym podpisie na tytułowej stronie zeszytu:

„Stefan Dedalus

Klasa Przygotowawcza

Gimnazjum w Clongowes Wood

Sallins

Hrabstwo Kildare

Irlandia

Europa

Świat

Wszechświat“[11]

Treść utworu, z pozoru po prostu oparta na życiorysie Joyce’a, jest w istocie wierną w najdrobniejszych szczegółach rekapitulacją mitu o Dedalu i Ikarze, stanowiącą przy okazji metaforę ludzkiego losu. Przypomnijmy: Dedal był wielkim inżynierem czasów starożytnych, zaproszonym przez króla Minosa do wybudowania Labiryntu. Po wykonaniu zadania Dedal i jego syn Ikar zostali jednak przez władcę zatrzymani: różne wersje mitu podają kilka powodów, z których jednym jest skonstruowanie przez Dedala sztucznej krowy dla królowej Pasifae, umożliwiającej jej kopulowanie z bykami. Krowa ta pojawia się w opowiadanej małemu Stefkowi bajce pod postacią „ryczykrówki”. Dedal wraz z synem podjęli więc próbę ucieczki na ulepionych z wosku i piór skrzydłach.

 Joyce, Dedal i Dedalus – zagubieni w Labiryncie Życia, niepewni rozwiązania, mali wobec brutalnej potęgi Minosa, albo nawet całego szeregu współczesnych Minosów – ojczyzny, Kościoła, rodziny, szkoły… Dedalus staje się i Tezeuszem, gdy zbłąkany w labiryncie korytarzy swojej szkoły, poszukuje dyrektora, aby móc mu się poskarżyć na niesprawiedliwe potraktowanie. Błąka się potem po nocnym Dublinie w swoich wyprawach do prostytutek. Gdy kończy się powieść, Dedalus szykuje się do wyjazdu na kontynent. Wydawałoby się – artysta rozwija skrzydła. Ale są to skrzydła Ikara.

Introibo ad altare Dei

            Czas wszystko zmienił. How do you pick up the threads of an old life? How do you go on, when in your heart you begin to understand there is no going back. There are some things that time can not mend. Some hurts that go too deep...that have taken hold.”[12] – mówi Frodo na końcu filmu Petera Jacksona. A wypowiedź z monologu Stefana Dedalusa dziwnie z tym współbrzmi: "Czy wszystko znikło w ciągu tego czasu? Jeżeli otworzę [oczy] i zostanę na zawsze w czarnej nieprzejrzystości? (...) Tam przez cały czas bez ciebie: i na wieki wieków, świat bez kresu".[13]

            Tolkien był człowiekiem słowa, którego nic tak bardzo nie drażniło jak „słowo bez referenta” (co czytamy u Shippeya). Etymologiczne dociekania stały się pretekstem do snucia opowieści. A Joyce? Bez wątpienia wyrasta z tradycji muzycznej. Jego muzykalny ojciec John Stanislaw zwykł mówić, że syn zrobiłby większą karierę, gdyby zdecydował się zostać pieśniarzem. Joyce, zarażony syfilisem w wieku lat szesnastu, cierpiał na stopniowo powiększającą się ślepotę. Widać to w jego dziełach - niewinne próbki dźwiękonaśladostwa w opowiadaniu Zmarli, utworzony wprost na bazie muzycznej techniki fuga per cannonem epizod XI Ulissesa i na samym końcu, fantasmagoryczne, brzmiące wszystkimi dźwiękami nocy Finnegans Wake, pisane z morderczą konsekwencją przez niemal ślepego twórcę, cyzelowane i poprawiane, przez samego autora nazywane Work in Progress, ujrzało dzienne światło dopiero 16 lat po rozpoczęciu prac. Muzyka u Tolkiena tworzy świat dosłownie - w Ainulindale, a u Joyce'a jest językiem opisu rzeczywistości, słowa muszą współbrzmieć jak nuty wielkiego muzycznego tematu. Tolkiena inspirują z kolei aliteracyjne techniki wywodzące się ze staroangielskich utworów, oraz ośmiozgłoskowiec Kalevali.

            Dwaj kompozytorzy słów i ich opera magna - poziom „zanurzenia” w micie jest tutaj na tyle wysoki, że nie umyka uwadze. „Mit”, zdefiniowany jako „opowieść uosabiająca najgłębsze odczucia danej społeczności w określonym czasie”. Dzieło Tolkiena wypływa wprost z ducha czasów XX wieku, choć skrywa go za quasi-średniowiecznymi realiami wykreowanego przez siebie świata. Nie można traktować Władcy pierścieni wyłącznie jako fikcji literackiej, bowiem odnosi się do wartości uniwersalnych, symbolicznych, archetypicznych. Materia dzieła pochodząca z mitologii całego świata[14] i z nieznanych niemal nikomu, z wyjątkiem filologów, staroangielskich poematów, została zebrana i przekształcona tak, aby dać mitologię dla Anglii. Wielość istniejących interpretacji Władcy świadczy o głębiach kryjących się za dostrzegalnym na pierwszy rzut oka planem akcji. Należy oczywiście pamiętać, że pod względem formy książka jest powieścią, można ją wzorem Shippeya zaklasyfikować jako wzniosłą mimestis, ale legendarium tolkienowskiego świata nadal nie jest przed nami w pełni odsłonięte. Wieści o Numenorze, przekazywane przez Gandalfa, opowieści Elronda o Ostatnim Sojuszu, ballada Aragorna o Berenie i Luthien - wszystko to pełni taką samą rolę, co wymienione tylko z nazwy miejsca i zjawiska w Hobbicie.

            Co tymczasem robi Joyce? Shippey uważa, że: „Związek drugiego [tj. Joyce’a] z homeryckim ‘mitem’ opiera się na ironii i transformacji, nadto mitowi, co dziwne, przyznany jest wyższy i pewniejszy status – jest mniej wyrafinowany, bardziej archetypiczny, bliższy temu, co święte i boskie.”[15] Tolkien świadomy jest niedoskonałości swoich poprzedników, takich jak anonimowy autor Beowulfa, Elias Lonnrot – twórca Kalevali, czy bezrefleksyjny kompilator typu Andrew Langa. Dzięki swojej wiedzy umiałby nawet poprawić ich błędy.[16] Zaś Joyce z wielkim szacunkiem podchodzi do pierwowzoru Ulissesa – mówi, że „to najpiękniejszy i najbardziej wszechogarniający temat”. Już jako uczeń jezuickiego gimnazjum zachwycał się przebiegłością Odyseusza, którego uznał za swojego ulubionego bohatera.        

            „Szkieletem” dzieła jest układ fabularny Odysei – z pewnymi odstępstwami, ale z godną uwagi dbałością o szczegóły. Trzeba oczywiście nadmienić, że akcja utworu mieści się w jednym dniu – 16 czerwca 1904. Ulisses nie rozpoczyna się, podobnie jak Odyseja, od wprowadzenia głównego bohatera. Pierwsze pieśni Odysei traktują o Telemachu, którego odpowiednikiem jest tutaj Stefan Dedalus, bohater Portretu artysty. Imię „Telemach” oznacza „daleki od walki”. Stefan stał się kibicem życia, włożył maskę cynika i dekadenta, wymawiającego służbę wszelkim potęgom i autorytetom, nie osiągnął jednak artystycznego spełnienia, był zbyt krytyczny, by móc pozwolić sobie na wzniosłe uczucie, zbyt bierny, by podjąć trud zmiany. Leopold Bloom, odpowiednik Odysa, cwany żydowski akwizytor, włóczy się po Dublinie napotykając całą masę postaci – uwodzicielskie kelnerki, kolegów od kieliszka, irlandzkich szowinistów, lekarza, dziennikarzy, prostytutki… Także i Stefan wraz z kolegami – studentami rusza przepić pieniądze ze szkolnego bajzlu. Szlaki obydwu wędrówek często przecinają się, gmatwając w labiryncie dublińskich ulic – a jedynym stałym punktem na tej mapie jest Molly Bloom, żona głównego bohatera, będąca jednocześnie Penelopą i Kalipso, nie zadająca sobie nawet tyle trudu, żeby wyjść z łóżka. Uosabia ona wieczną kobiecość, animę. Mężczyźni podlegają ciągłym metamorfozom, szukając czegoś, co ich dookreśli, idei, pożądania, bądź kaprysu – Molly trwa, „jest wielkością stałą, nienaruszalną, w której łonie narodziny i śmierć, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splatają się w wieczyste koło bytu.”[17]

            Czas jest na pierwszy rzut oka właściwością, która dzieli, a nie łączy obydwa utwory. W Ulissesie jest dokładnie określony: akcja dzieła rozpoczyna się dnia 16 czerwca 1904 roku rano, by zakończyć się, wraz z monologiem Molly, wczesnym rankiem 17 czerwca. Władca pierścieni jest zanurzony w perspektywie czasowej bardzo głębokiej, jeżeli porównać ją z dokonaniami naszej cywilizacji – niecałe trzy tysiące lat temu powstał Rzym, a pięć tysięcy lat temu pierwsze piramidy. Tylko Pierwsza Era trwa około 47910 lat.[18] Akcja samej powieści jest z wielką starannością umieszczona w ścisłych realiach kalendarzowych – każda data ma jakieś znaczenie, etapy kolejnych podróży bohaterów trwają dokładnie tyle, ile powinny. Nasuwa się spostrzeżenie, że Tolkien buduje na mniejszą skalę to samo co Joyce – symultaniczną „przeplatankę”. Pippin na murach Minas Tirith widzi ten sam odbłysk słońca, który na statule obalonego króla obserwują Frodo i Sam. Nazgule krążą tu i tam, a gdy jeden przelatuje nad Frodem, Samem i Gollumem, wydaje im się, że nadeszła ich ostatnia godzina. Tak naprawdę podąża on w stronę Orthanku. Takiemu filmowemu „przeskakiwaniu kamery” od jednych postaci do drugich sprzyja zabieg fabularny, czyli rozbicie Drużyny. Trzeba przyznać, że z opanowaniem i synchronizacją wszystkich wątków Tolkien radzi sobie bardzo dobrze.

            Czas Ulissesa nie mieści się w rozplanowanej siatce godzin, to czas mityczny, wymykający się „teraz” i „przedtem”. W schizoidalnym, fantasmagorycznym XV epizodzie Bloom przechodzi przez epoki, zmienia swoją postać przybierając twarze różnych postaci, by potem „w ułamku minuty potrzebnym do postawienia kociołka na kuchennym piecu rozwinąć istną filozofię wody.”[19] Cechą powieści jest także symultaniczność, przywodzącą na myśl technikę montażu filmowego. Narratorska „kamera” przeskakuje od jednej postaci do drugiej, a w jej obiektywie widać rzeczy (afisze, tramwaj, karetę wicekróla), które są widziane przez kilka osób naraz, co podkreśla jednoczesność wydarzeń. Wymaga to od czytelnika dużej czujności, a od autora jeszcze większej, matematycznej wręcz, pracy.

            „Wzniosłe mimestis” Tolkiena nadaje bohaterom nadnaturalne cechy – na pozór stoi to w sprzeczności z Joyce’m, który odbiera swoim postaciom resztki powagi, są bowiem godni pożałowania i grzeszni (zwyczajnie ludzcy). Na pozór, gdyż Molly jest bez wątpienia czymś więcej niż niewierną żoną, a Bloom to Jedermann naszych czasów, Każdy, a zarazem Nikt. Obydwaj autorzy każą nam szukać w postaciach jakiegoś głębszego zjawiska, które symbolizują. Aragorn jest Królem, reprezentuje autorytet i blask monarszej władzy, która najbardziej sprzyja pomyślności ludów. Frodo jest jakby Chrystusem, niekompletnym przez fakt osadzenia w „pogańskim” świecie, nieświadomym Odkupienia –  jednak dzięki swoim zasługom wywalcza dla niego ratunek. Lúthien to żeński Orfeusz, a zarazem żona Tolkiena – doświadczenie biograficzne i mit splata się w jedno, jak w przypadku Nory Barnacle (nazwanej przez Patricię Hutchins „prawdziwą Molly Bloom”­) – partnerki Joyce’a.

            Drogi Blooma i Dedalusa zeszły się, ale tylko na moment. Stefan Dedalus, choć pragnął odnaleźć „rzeczywistego ojca”, będącego czymś więcej niż ojciec biologiczny, odrzucił kilka propozycji Blooma, gotowego przyjąć go do swego domu lub uczynić z niego nauczyciela języków dla Molly. Odszedł, a Bloom uczuł „zimno przestrzeni międzygwiezdnej, tysiące stopni poniżej absolutnego zera Fahrenheita, Celsjusza lub Reamura: pierwszą zapowiedź nadchodzącego świtu”[20]. Jakże to różne od gorzkiego, ale pełnego nadziei na przyszłość „Ano, wróciłem”, wypowiedzianego przez powracającego do domu Sama. U Tolkiena dawny świat elfów odchodzi w niepamięć, a ludzie biorą go w posiadanie, niezagrożeni przez nikogo przystępują do budowy nowego porządku, już nie zespolonego z naturą, lecz raczej wydzierającego jej dobra całymi kawałami.

Tak samo drogi Tolkiena i Joyce’a wiodły w różnych kierunkach. Rozdzielał ich światopogląd, okoliczności, w jakich przyszło im żyć. Opinie krytyków przeznaczyły im miejsca w dwóch odrębnych gettach, między którymi miało nie być żadnej łączności: antymodernizmu i modernizmu, tradycji i rewolucji. Ale te dwie drogi łączył mit. Dążenie do opowiedzenia o sprawach najistotniejszych, wyjście od łatwo przemijającej, wąskiej tematyki realistycznej prozy do uniwersalizmu. Ulisses oraz Władca pierścieni mają wiele różnic, ale przypomnijmy sobie cierpliwe dowodzenie Stefana Dedalusa i obejrzyjmy je „w pełnym świetle dnia”, by ujrzeć w tych samych zjawiskach podobieństwa.

Jak dzień i noc

„Książka dla wszystkich, czyli dla nikogo” – taki podtytuł nosi dzieło Fryderyka Nietzschego Tako rzecze Zaratustra. Historia literatury zna niewiele powieści napisanych rzeczywiście dla nikogo, tylko po to, by zadośćuczynić woli twórcy. Jednak w przypadku Tolkiena i Joyce’a takie dzieła można bez trudu wskazać – są to, oczywiście, Silmarillion i Finnegans Wake.

Pomysł na stworzenie Silmarillionu zrodził się w głowie Tolkiena w okopach pierwszej wojny światowej. W latach dwudziestych tworzył to, co do naszych czasów zachowało się jako Księga zaginionych opowieści – pierwsza próba dania mitologii dla Anglii, osadzona zresztą w angielskich realiach geograficznych (Brytania jako Tol Eressea). Zachęcony przez sukces Hobbita, autor usiłował skłonić swojego wydawcę do opublikowania Silmarillionu, ten jednak odrzucił propozycję. Tolkien stworzył więc Władcę pierścieni, ale wydanie Silmarillionu zawsze było jego wielkim marzeniem, które za życia pozostało niespełnione.

Joyce zaś rozpoczął pisanie Finnegans Wake po wydaniu Ulissesa w roku 1922. Powstawało aż do 1939 roku. Pisarz, podobnie jak Proust i Nietzsche, musiał zmagać się z chorobą. Mógł czytać tylko za pomocą nieporęcznego szkła powiększającego. Różne partie utworu powstawały w różnym czasie, początek w 1926 roku, część środka w latach 1923-1924. Przypomina to nieco bałaganiarską metodę pracy Tolkiena, gotowego bardziej odpisywać na listy kompletnie obcych ludzi i raz jeszcze przepisywać napisane prace, niż stworzyć coś nowego. Joyce określił się kiedyś jako pisarz „najbardziej dla siebie męczący”, bo także czuł potrzebę przekształcania raz napisanego tekstu i dlatego, w sensie ilościowym, napisał tak niewiele.

Źródła mitu tolkienowskiego łatwo ustalić. Silmarillion stanowi bardzo ciekawy w zamierzeniu i wykonaniu przykład połączenia mitologii pogańskiej z Biblią. Według koncepcji Tolkiena, także w mitach pogańskich odzwierciedlona była ta prawda, która znajduje się w Ewangelii: „W eukatastrophe otrzymujemy sugestię większej odpowiedzi – dalekiego odbłysku czy echa Evangelium w rzeczywistym świecie”[21], napisał w eseju O baśniach.  Ainulindale, elficka opowieść o stworzeniu, nie jest konkurencyjną wersją Genezis, a tylko próbą opisania tego samego z innego punktu widzenia. Znamienne jest, że nie poznajemy wszystkich szczegółów pojawienia się w Beleriandzie ludzi, którzy, ustami swojego przywódcy Beora oświadczają: „Za nami jest cień i odwracamy się od niego plecami”[22]. Elfowie podejrzewają, że padli oni ofiarą knowań Melkora, nic nie stoi na przeszkodzie, aby nie połączyć tego z opowieścią Księgi Rodzaju o kuszeniu Adama i Ewy i wygnaniu z raju. Zresztą paralelne dla tego „ludzkiego” wygnania z raju jest to, co spotkało Noldorów. W świecie Tolkiena obserwujemy powolne dogasanie raju, każda kolejna wersja opowieści jest „rozpisana” na niższy ton – wiedza Numenorejczyków gaśnie jak żywotność elfów. Earendil jest wybawicielem potężniejszym niż Frodo, Varda jest silniejsza niż Galadriela. Także i Sauron to zaledwie jeden z pomniejszych duchów w służbie Melkora, ale w Śródziemiu schyłku Trzeciej Ery jest jedną z najpotężniejszych istot. Świat Czwartej – i być może Piątej – Ery jest już całkowicie domeną ludzi. 

Trudno jednoznacznie określić, jaka jest zasada organizująca Finnegans Wake (z taką samą pewnością, z jaką wskazujemy Odyseję w przypadku Ulissesa) – ale istotne dla kompozycji są bez wątpienia poglądy włoskiego filozofa Gianbattisty Vico. Według jego historiozofii w dziejach świata występują cyklicznie trzy ery: era bogów (teokratyczna), era bohaterów (arystokratyczna), era ludzi (demokratyczna), pomiędzy nimi zaś występują okresy anarchii i bezwładu, określane jako ricorso. W Finnegans Wake także występują te cztery części. A jaka jest właściwie treść utworu? Najprostsza odpowiedź brzmi: o ile Ulisses traktował o dniu, o tyle tematem Finnegans Wake jest noc. Lecz choć mimo pewnych trudności, zrozumienie fabuły Ulissesa nie nastręcza większych problemów wykształconemu czytelnikowi, to Finnegans Wake jawi się jako zagadka. Jego bohaterowie nie posiadają określonych cech, jedyna zasada nimi rządząca to zmienność – i to zmienność dalece przewyższająca to, co działo się z Bloomem w czasie epizodu „Kirke”. Można założyć, że utwór jest historią oberżysty Humphreya Chimpdena Earwickera, jego żony Anny Livii Plurabelle, ich córki Isabell, oraz synów: Shema i Shauna. Dzieje się w ciągu jednej nocy. Earwicker śni o „grzechu”, który popełnił – polegał on dosłownie na podglądaniu niepełnoletnich dziewcząt załatwiających swoje naturalne potrzeby w parku, a pośrednio jest poczuciem winy za pożądanie własnej córki Isabell. Shem i Shaun wiecznie ze sobą rywalizują – pierwszy jest typem twórcy, prowokatora, drugi to polityk i pragmatyk, pozbawiony jakiegokolwiek artyzmu. Łatwo dostrzec w nich sylwetki Joyce’a i jego brata Stanisława, jak to już zostało nadmienione. Przez niesamowitą treść utworu przewija się jeszcze kafkowski sąd nad Earwickerem, pełniony przez czterech podstarzałych sędziów i dwunastu nietrzeźwych przysięgłych, Wielki List, napisany przez żonę w obronie oberżysty, ale najbardziej sugestywne w utworze są obrazy Anny Livii jako kobiety – rzeki i Earwickera jako wieczyście związanego z nią bohatera. Tutaj mit, określany przez badacza Joyce’a Tindalla jako „dreamlike narrative”, znajduje swój najpełniejszy wyraz. Anna Livia Plurabelle (inicjały ALP – czyli alef, pierwsza litera hebrajskiego alfabetu), jest nieśmiertelna i wielokształtna, jak woda. Jest zarazem rzeką Liffey, płynącą przez Dublin, zaś zamek Howth staje się głową śpiącego u jej boku bohatera – Earwickera (Howth Castle and Envious).

W narracji Joyce wykorzystał metodę strumienia świadomości. Zaś z językiem zrobił coś, co nie przyśniło się żadnemu twórcy przed nim – wykorzystał grekę, łacinę, francuski, hiszpański, klasyczny angielski, niemiecki, rosyjski itd., aby stworzyć coś w rodzaju „mowy snu”, w której każde słowo kryje w sobie wiele znaczeń. Powstała spójna konstrukcja, w której każdy element jest kopalnią znaczeń, i której każde w zasadzie odczytanie jest dopuszczalne. „Chciałbym dysponować językiem, stojącym ponad wszystkimi innymi językami, językiem, któremu wszystkie inne służą”[23]powiedział kiedyś Joyce przyjacielowi. Nie obejdzie się chyba bez przykładu: oto zdanie, w którym Finnegans Wake odnosi się do siebie: „in the Nichtian glossery which purveys aprioric roots for aposterioroius tongues this is nat language in any sinse of the world” Słowo „nichtian” sugeruje zarówno niemieckie nicht, jak i przymiotnik „nietzscheański” – Nietzschean. Sinse to sin i sense – a więc świat jest grzeszny, i trudno się z tym nie zgodzić.

W Ainulindale w dziele stworzenia partycypują Ainurowie, wykonując podsunięty przez Stwórcę temat muzyczny. Z niego to, stopniowo, ewolucyjnie, wyłania się świat. Dziwi tu zbieżność z Finnegans Wake, które jest jedynym w swoim rodzaju przykładem dzieła muzyczno – literackiego. Pełne onomatopei, melodii, nieprzetłumaczalnego „jazzu słownego”, może być odczytywane, czy raczej wysłuchiwane, zupełnie w oderwaniu od semantyki i pracochłonnego rozbierania każdego słowa na czynniki pierwsze – liczy się po prostu brzmienie. „Tim Timmycan timped hir tampting Tam Fleppety! Fleapow!” – oto przykład.

Na przykładzie Silmarillionu i Finnegans Wake trzeba jednak przyznać, że drogi obydwu twórców się rozeszły. Nie tyczy się to wyłącznie metod narracji – przejrzystej, niekiedy stylizowanej na biblijną prozy Silmarillionu i  lingwistycznego eksperymentu Joyce’a. Jakim bowiem mitem jest Silmarillion? Odpowiedź na to pytanie skryta jest już w jego tytule. Silmarile noszą w w sobie światło boskich drzew, Laurelina i Telperiona. Wielki majestat został nadany istotom, które – jak Varda – rozpalają na niebie gwiazdy, lub choćby lśnią nadprzyrodzonym blaskiem, jak Galadriela czy Gandalf. Silmarillion to mit solarny, uświęcający zaprowadzanie porządku, kreatywność, harmonię. Dysonanse w Muzyce Ainurów, a potem bunt Morgotha – które to imię tłumaczone jest jako Czarny Nieprzyjaciel Świata, choć winno brzmieć „Mroczny Nieprzyjaciel” – wszystko są to owoce gniewu, zazdrości i nienawiści, owoce Ciemności (w teologicznym sensie). Zaś Joyce w Finnegans Wake pokazuje świat uśpiony, spowity w mrokach nocy, które dają przystęp tajemniczym siłom – jest więc twórcą mitu tellurycznego. Telluryczność, księżycowość w oczywisty sposób wiążą się z pierwiastkiem żeńskim, znacznie bardziej wyrazistym u Joyce’a niż u Tolkiena. Obydwaj twórcy stworzyli dzieła różne jak dzień i noc.

Ucieczka więźnia – czyli zakończenie

            „Czemuż gardzić człowiekiem, który, zamknięty w więzieniu, próbuje się z niego wydostać i powrócić do domu (...)? Wyrażając się pogardliwie o ucieczce, krytycy wybrali niewłaściwe słowo, a co więcej, mylą – i to nie zawsze bezwiednie – ucieczkę więźnia z rejteradą dezertera”[24]. Słowa te napisał twórca nieustannie rozliczany przez krytyków z niedostatecznego opisywania rzeczywistości naszego podłego świata, z jego wojnami, z horyzontem zadymionym przez fabryczne kominy, z nędzą, ludzką głupotą i hipokryzją. Padły w obronie człowieka, dla którego tęcza wydaje się prawdziwsza niż dach dworca kolejowego, który będzie snuł mity i fantazje, by złagodzić ból istnienia.

            Był rok 1904. Uciekinier James Joyce stał na dworcu kolejowym w Trieście. W tej ucieczce było coś z odwagi Fëanora. Z rodzimej Irlandii pojechał prosto w nieznane, wiodąc wraz z sobą poznaną niedawno młodą kobietę, Norę Barnacle. Nie wiedział jeszcze, z czego będzie żył. Ale więzy umysłowej ciasnoty, szowinizmu i prowincjonalizmu zostały zdarte. Gdyby Joyce był przeciętnym artystą, poświęciłby resztę życia na pisanie wykpiwających swą ojczyznę satyr, nurzających się w okropieństwach irlandzkiej nędzy, pełnych oskarżycielskiego tonu. Nie poszedł jednak utartym szlakiem – był gotowy wyznaczyć nowy. Choć opisywał sprawy stare jak świat – dylematy Wiecznego Wędrowca, poszukiwanie tajemnic bytu, wiarę i niewiarę, miłość i zdradę, to forma jaką obrał, przysporzyła mu samych wrogów. Ulisses był cenzurowany i komisyjnie palony, uznano, że żaden wykształcony człowiek nie powinien po niego sięgać. Dopiero stopniowo dostrzegano nieskończoność przezierającą zza jego stronic, mistrzostwo języka, oraz strukturalną doskonałość tego polifonicznego arcydzieła. „Wszystko mówi swoim głosem”. Nawet dzisiaj, po siedemdziesięciu latach, nie możemy powiedzieć, że zrozumieliśmy każde słowo.

            Głos Tolkiena jest inny, ale także jest głosem uciekiniera.  Jego dzieło szemrze wszystkimi tonami angielszczyzny, każda z postaci wprowadza swój styl mówienia, wiążący się z jej wiekiem, rasą i rangą. Świat, który bezrozumnemu krytykowi zdaje się wzięty znikąd, to spójna konstrukcja czerpiąca z Beowulfa, Kalevali, Perły, Le Morte D’Arthur, Raju utraconego, Makbeta oraz wielu innych dzieł i mitologii. To także uniwersalizm, bo choć opowieść wyrasta z chrześcijańskiej ortodoksji, to ta obecność wydaje się niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka tłem. Postaci Tolkiena przeżywają ludzkie dylematy, uwikłane są w konflikty sumienia, niezależnie od tego, że wiele spośród nich to hobbici, krasnoludy czy elfowie. I choć wydaje się to nieprawdopodobne, Bloom z kawałkiem mydła w kieszeni i Frodo dzierżący Pierścień wędrują jednym szlakiem. A w ślad za nimi dążymy my, ciągle na rozstajach dróg, ciągle postawieni wobec wyborów, które nas przerastają.

Thomas Mann, Franz Kafka, William Butler Yeats, T.S. Eliot, Ezra Pound, Tolkien, Joyce, Bruno Schulz – wszyscy oni byli twórcami lub przetwórcami mitów, bardami minionego stulecia. Mit nie oznacza nieprawdy, przekłamania, rzeczywistość mityczna jest dojrzalszą formą płaskiej, codziennej realności, jedynej, do której odwołuje się nauka i kultura wymierającej Europy. Mit to przeciwstawienie uniwersalizmu - doraźności, prawdy - retorycznym sztuczkom, a piękna - masowości. W dobie mód intelektualnych zmieniających się co miesiąc, nie zapomnijmy, że właśnie w nim odnajdziemy pociechę w chwilach próby.

sobota, 10 września 2005

 

Bibliografia

  1. Barger Jorn, Homeric correspondences in James Joyce's Ulysses (overviev), http://www.robotwisdom.com/jaj/ulysses/homeric.html 

  2. Joyce James, Ulisses, Kraków 2003, z posłowiem Macieja Słomczyńskiego.

  3. Joyce James, Dubliners, New York – Toronto 1990

  4. Joyce James, Portret artysty z czasów młodości, Warszawa 1977

  5. Joyce James, Finnegans Wake (fragment Anna Livia Plurabelle), z: Literatura na świecie 5/1973

  6. Jung C.G, Rozmowy, wywiady spotkania, Warszawa 1999

  7. Naganowski Egon, Telemach w labiryncie świata, Poznań 1997

  8. Shippey Tom, Droga do Śródziemia, Poznań 2001

  9. Shippey Tom., J.R.R Tolkien – pisarz stulecia, Poznań 2004

  10. Szyjewski Andrzej, Prawda a mit, z: Znak (miesięcznik), wrzesień 2004

  11. Tolkien John Ronald Reuel, Hobbit, Warszawa 1997

  12. Tolkien John Ronald Reuel, Silmarillion, Warszawa 2002

  13. Tolkien John Ronald Reuel, Władca Pierścieni, przeł. Jerzy Łoziński, Poznań 2001

Tolkien John Ronald Reuel, Mythopoeia. O baśniach, Poznań 2002



[1] J.R.R Tolkien, Mythopoeia, w: Drzewo i Liść, s. 108

[2] Naganowski E., Telemach w labiryncie świata, s. 12

[3] Shippey A., Tolkien – pisarz stulecia, s. 320

[4] Stwierdził to Carl Gustav Jung.

[5] Silmarillion, s. 68

[6] Finnegans Wake jest, jak uważa wielu badaczy, paszkwilem na młodszego brata Stanisława, który wielokrotnie

   odciągał Jamesa od pijaństw i pożyczał mu pieniądze (ten zaś odwdzięczył się bezpodstawnym oskarżaniem o

   uwodzenie żony).

[7] Naganowski E., Telemach w labiryncie świata, s. 47

[8] Hobbit, s. 287

[9] James Joyce, Dubliners, s. 179

[10] James Joyce, Dubliners, s. 182

[11] James Joyce, Portret artysty..., s. 3

[12] scenariusz do Powrotu Króla, za stroną http://www.legomirk.com/lotrscript2003/part33.html „Jak pozbierać wątki dawnego życia? Jak możesz żyć dalej, kiedy w swoim sercu zaczynasz rozumieć, że nie ma już powrotu. Są pewne rzeczy, których czas nie naprawi. Pewne rany, które są zbyt głębokie...które nigdy nie przestaną boleć.”

[13] James Joyce, Ulisses, s. 45

[14] istotnym rozwinięciem jest praca Andrzeja Szyjewskiego Od Valinoru do Mordoru... który w przekonujący 

    sposób dowodzi, że Tolkiena inspirowały nie tylko legendy germańskiej Północy, ale także mitologia irańska.

[15] Shippey T., Droga do Śródziemia, s. 244

[16] por. Shippey T., Droga do Śródziemia, s. 64

[17] Naganowski E., Telemach w labiryncie świata, s. 112

[18] Zarzycki Ł., Chronologia Śródziemia i Nieśmiertelnych Krajów od początku czasów do końca Pierwszej

   Ery,w: Aiglos, nr. 3 (zima 2004/2005)

[19] Naganowski E., Telemach w labiryncie świata, s. 115

[20] James Joyce, Ulisses, s. 711

[21] Tolkien J., O baśniach, s. 72

[22] Tolkien J., Silmarillion, s. 58

[23] Naganowski E., Telemach w labiryncie świata, s. 166

[24] Tolkien J., Mythopoeia. O baśniach, s. 63

Nota odautorska

Być może nie umknęło uwadze czytelnika, że staram się zaprezentować Joyce’a w „w świetle” Tolkiena, nie zaś na odwrót – tekst jest bowiem przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy interesują się Tolkienem i są gotowi, by poszerzyć swoje horyzonty. Czytelników Joyce’a przepraszam za przypominanie rzeczy najoczywistszych, i za – co tu kryć – niedostateczne zajęcie się całym bogactwem tematów, które kryją się w jego twórczości.

Zabrania się publikacji tekstu w jakiejkolwiek formie bez zgody autora. W przypadku cytowania, proszę o podanie adresu internetowego artykułu w przypisach. © Jakub Urbański [conducator] 2005.


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl