Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

WSPOMNIENIE O ZESŁAŃCACH Z VALINORU

(Dedykowane pamięci Noldorów i Istarich, którym poglądy polityczne - lub też wygląd i zachowanie wskazujące na posiadanie rzeczonych poglądów - zgotowały ciężki los emigrantów.)

Niniejszy felieton, z nieugiętego zamiaru jego Autora, ma za zadanie unaocznić opinii publicznej kolejny (nieco zaskakujący) aspekt sytuacji politycznej panującej na Ardzie. Czytając teksty tamtejszych kronikarzy aż za łatwo przychodzi nam zapomnieć o Prawdzie, która w świetle bohaterskich sag wydaje się odbiorcom niezbyt narracyjnie atrakcyjna - a co za tym idzie mało znacząca. Postanowiłem jednak nie zważać na to wszystko i postarać się unikać w swym tekście różnego rodzaju ozdobników, którymi (i to aż nazbyt obficie) okraszono historię uchodźców lub zesłańców z Valinoru we wszelkiego typu źródłach propagandowych. Zdaję sobie sprawę, że mogą mnie za to czekać represje i prześladowania. Podjąłem jednak to ryzyko, dla dobra przyszłych pokoleń, które - co możliwe - kiedyś mi za to podziękują.

Gdy myślicie o emigracji z terenów Amanu pierwszym skojarzeniem są, naturalnie, Noldorowie. Wszyscy wiedzą, że wiedli oni szczęśliwy żywot pod troskliwą opieką Potęg Zachodu, dopóki z niewiadomych przyczyn nie stwierdzili, że mają dość. Odeszli więc z państwa idealnego w karygodnym pośpiechu i bałaganie, lekce sobie ważąc wszelkie wysiłki jego Władz, coby ich tam zatrzymać (dla ich własnego dobra). I, jak to zawsze bywa z kwestiami, o których "wszyscy wiedzą", jest to punkt widzenia narzucony owym "wszystkim" przez pewne działania, o których bardzo nie lubię wspominać. Wiecie, o czym mówię. O propagandzie. Nie rozwijając zbytnio tego przykrego dla mnie tematu stwierdzę, że gdyby pozostawić ludziom wolność w kwestii doboru źródeł informacji, każdy by wiedział o czym innym. Gdy zaś wszyscy wiedzą o złym Feanorze, najprawdopodobniej ktoś chce, by o tym wiedzieli. A z tego płynie prosty wniosek, że Feanor był dobry. I wcale nie dopatruję się wszędzie spisku. Po prostu wiem, że tam jest.

Właśnie niedawno moi informatorzy (pragnę w tym miejscu stanowczo zdementować wszelkie pomówienia, jakoby byli to szpiedzy - czego to ludzie nie wymyślą) dostarczyli mi pewien niezmiernie wprost interesujący dokument sprzed owych historycznych wydarzeń, który pomoże nam zapewne ujrzeć je w zupełnie nowym świetle. Jest to sprawozdanie z tajnej narady Grupy Trzymającej Władzę, na której debatowano nad casusem "tych niepoprawnych Noldorów". Wszyscy zgodnie tam stwierdzili, że postępowanie owego narodu wcale im się nie podoba. Niestety, w innych kwestiach nie panowała równa jednomyślność. Pominę litościwym milczeniem wszystkie ich kłótnie i rozwlekłe dygresje o tym, co wyrosło w ogródku tego czy innego Valara, gdyż nie wnoszą one nic do sprawy. Muszę też z przykrością stwierdzić, że powyższe kwestie zajmowały większość czasu poświęconego na obrady. Jak zwykle. Niektórzy zwyczajnie nie potrafią trzymać się tematu.

Tak czy siak, nawet takie spotkanie musiało w końcu przynieść jakiś wymierny efekt - w postaci decyzji. Podjęto ją tradycyjną metodą wrzeszczenia na siebie nawzajem tak długo, aż wszyscy oprócz Manwego mieli dość. Pozwolę sobie przytoczyć niniejszym treść uchwalonego wówczas tajnego dokumentu, którą poznałem, co chyba oczywiste, dlatego, że Valarowie są moimi wieloletnimi przyjaciółmi i o wszystkim mi mówią. Pragnę raz jeszcze podkreślić (stanowczo), że absolutnie nie korzystam z usług żadnego wywiadu - to tylko złośliwe pomówienia konkurencyjnej gazety, która wszędzie wietrzy jakąś sensację. Moje informacje pochodzą - jak zawsze - z uczciwych i sprawdzonych źródeł, a poza tym walczę o Prawdę dla całego świata. W przeciwieństwie do konkurencyjnej gazety.

"Naród Noldorów skazuje się niniejszym na wieloletnią tułaczkę po terenach na wschód od Morza, znanych wtajemniczonym jako Śródziemie. Jednomyślnie stwierdzamy, że winni są oni wszystkim postawionym przez nas zarzutom. Aby nie być gołosłownymi, przytaczamy tu owe zarzuty:

- niepoprawność polityczna i dążenia demokracyjne
- publiczne wypowiadanie się przeciwko ustanowionej (raz na zawsze, co stwierdzamy z satysfakcją) Władzy
- wandalizm
- ogólne zakłócanie porządku
- zbyt intensywne myślenie
- deptanie trawników
- uskutecznianie własnych kreatywnych pomysłów bez pożytku dla państwa
- odmówienie wykonania rozkazu (przypomniano nam zachowanie Feanora, który, grzecznie poproszony o dobrowolne oddanie swojej własności - odmówił)
- nierozsądne mielenie językiem
- robienie głupich min na widok Valarów.

Chcemy przy tej okazji uczciwie zaznaczyć, że dwa ostatnie zarzuty mogą być równie dobrze głupim żartem Ulma, który jest podejrzany o sympatyzowanie z elfami. Jednak ton i mina Władcy Morza nie były całkowicie jednoznaczne, więc po szczegółowym omówieniu tej kwestii postanowiliśmy uwzględnić jego propozycje. Nic nie insynuujemy, ale niektórzy po prostu nie są w stanie zrozumieć, że takie narady to poważna sprawa."

Z moich (całkowicie legalnych) informacji jasno wynika, że dokument ów miał być zaprezentowany oskarżonym podczas turnieju bierek, który odbywał się, jak na zamówienie, właśnie następnego dnia. Nie jest to bynajmniej czcza pogłoska - wskazuje na nią wiele bardzo wiarygodnych źródeł, które wziąłem pod głęboką rozwagę. Valarowie już się cieszyli na niezłą awanturę - po pewnym czasie bierki zaczynają nużyć i trzeba sobie szukać innych rozrywek. Niestety, nie zdążono zesłać Noldorów na emigrację, gdyż Noldorowie sami się wynieśli. Wzbudziło to, oczywiście, zrozumiałą irytację, ale cel został mimo to osiągnięty, więc nikt nie protestował zbyt zażarcie.

W każdym bądź razie - po szybkiej naradzie interwencyjnej - ustalono, że dobrze by jednak było, gdyby udało się załatwić całą tę kompromitującą sprawę w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, że Valarowie są czyści jak łza i nic sobie zarzucić nie mogą. Na wypadek, gdyby Eru akurat zajrzał i chciał wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. A poza tym każdy się czuje bezpeczniej, gdy nic nie wskazuje przeciwko niemu... zwłaszcza, gdy jest coś, co mogłoby wskazywać.

Tak więc Potęgi postanowiły udawać, że błagają Noldorów, aby raczyli pozostać. Po pierwsze dlatego, że to zawsze lepsza zabawa niż turniej bierek, a nikt jakoś nie miał serca powiedzieć Irmemu, że bierki są nudne. Po drugie, wszyscy byli przekonani, że Noldorowie i tak odejdą, a skoro nie trzeba ich było wyrzucać, niech cała Arda lepiej myśli, że Valarowie wcale takiego zamiaru nie mieli. Otwierało to też możliwość wygłoszenia w razie czego formułki w rodzaju: "Kto? Ja?". Zawsze warto mieć jakiegoś asa w rękawie.

Posłano więc Mandosa, aby przemówił do buntowników. Był on mistrzem manipulacji, i jeśli komuś udałoby się przekonująco połączyć prośbę o pozostanie w Amanie ze stanowczym nakazem, by pod żadnym pozorem nie wracali, to tylko jemu. Na Taniquentilu zbierano tymczasem zakłady, w ilu zdaniach załatwi całą sprawę, i czy zdąży przed podwieczorkiem.

Mandos oczywiście nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Rozegrał wszystko po mistrzowsku, choć w górach trochę zamarudził. Chciał być po prostu pewien, że gdy wróci, będzie już za późno na bierki. Wszyscy byli mu niewymownie wprost wdzięczni za tak eleganckie pozbycie się uciążliwych lokatorów ich kraiku. Nikt już dziś nie był w stanie uwierzyć, że kiedyś sami ich tu ściągnęli, i jeszcze się z tego cieszyli. Ale przecież nikt nie mógł wówczas przewidzieć, jakimi to przebiegłymi łobuzami się okażą... No, może Mandos - w związku z czym padł na niego cień podejrzenia o Bycie Tanim Karierowiczem. Prawdopodobnie słuszny, co z bólem przyznaję. Co jak co, ale gdy myśli się dzisiaj o największych dokonaniach tego tajemniczego Valara, jego klątwy pierwsze cisną się wszystkim na myśl. Wniosek, że drań to również przewidział, pojawia się zapewne nawet w najmniej podejrzliwych umysłach, owocując konkluzją, że cała ta afera została przez niego z góry ukartowana, być może w celu zrobienia na złość Manwemu. Proponowałbym zatem dogłębniejsze zbadanie tej sprawy - najlepiej byłoby poszczuć na niego komisję śledczą i otworzyć jego teczkę.

A co w tym czasie działo się u naszych emigrantów? Ano, nic ciekawego, to fakt. Jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, zamiast skupić się na wędrówce i uniknięciu śmierci głodowej, skupiano się na takich odwiecznych idee fixe jak: któremu bratu przynależy się dowództwo, czyje właściwie są te łodzie, którym szlakiem należy przedostać się do Śródziemia, dlaczego właśnie tym, czy miejsce w pieśniach jest tego wszystkiego warte oraz kto właściwie wpadł na ten pomysł, i czy uważał to za zabawne. Wiele z tych konfliktów zakończyło się zbrojnym rozstrzygnięciem lub zdradą, gdyż wydawało się to łatwiejsze niż prowadzenie długich debat w stylu Valarów. Tym bardziej, że sytuacja wymagała działania raczej natychmiastowego. Nie mnie oceniać, który sposób podejmowania decyzji jest słuszniejszy. Oba mają równie wielu zwolenników, co przeciwników, a rozważania tego rodzaju nie są tematem niniejszego felietonu. Jest nim raczej próba ukazania dramatycznego losu emigranta, który ma do wyboru dwie nie najciekawsze perspektywy i musi się zdecydować na mniejsze zło, cokolwiek by to oznaczało.

Tak czy siak, jakimś cudem udało im się jednak dotrzeć tam, gdzie zamierzyli. Biorąc wszystko pod uwagę, można się tylko z tego cieszyć. Jedynym, co owego szczęśliwego dnia nieco zmąciło radość emigrantów, był fakt, że to, co zastali na miejscu, okazało się nie całkiem tym, czego się ogólnie spodziewano. Dwa państwa na krzyż, pełno jakichś podelfów błąkających się wszędzie bez żadnego celu i porządku (nie to, co oni), a na dodatek Zbuntowany Valar, zachowujący się jeszcze gorzej niż jego zamorscy ziomkowie...

Jedno wszakże znaleźli dobrym - wydawało się, że kraj ów tylko czekał na sprawne zarządzenie jego zasobami. I wystarczyło ich dla każdego, więc tym razem obeszło się bez kłótni (chociaż wiele razy mało brakowało). Noldorowie, uważani przez wszystkich - a zwłaszcza przez siebie - za wyższy gatunek elfa, rozpoczęli okupację ziem Śródziemia. Podzielili Beleriand między siebie, co dało początek ich długiej, a czasami nawet chwalebnej historii. Walczyli bez przerwy, potem znowu, a potem od początku. Każdy powód był dobry, podobnie jak każdy przeciwnik... Gdy zaś w Śródziemiu pojawiła się nowa rasa, która wywędrowała ze swoich poprzednich siedzib w poszukiwaniu świętego spokoju, osaczyli ją niemal natychmiast i wciągnęli w swoje spory. Ludzie przybyli akurat w samą porę, gdyż Noldorom zaczynało już pomału brakować mięsa armatniego - na skutek drążącej ich zgubnej ideologii i błędnego przekonania, że cokolwiek zobaczą, muszą tym rządzić, wymordowali się w końcu niemal do szczętu.

Gdy wszakże pokonano Morgotha i elfom skończyli się wrogowie, ogarnęło ich znużenie nieszczęsnym Śródziemiem. Nagle okazało się, że kraj jest nudny i nawet nie ma na co zapolować, odkąd podczas Wojny Gniewu Valarowie rozdeptali (przypadkiem) większość populacji orków. Ludzie, zwłaszcza te bubki z Numenoru, zaczęli wszędzie wtykać swoje długie nochale, a Potęgi z niewiadomych przyczyn oświadczyły, że pragną powrotu Noldorów - pewnie znudzili im się ci wyidealizowani Vanyarowie, którzy nigdy nie byli zbyt interesującymi rozmówcami, a za przykład emocjonującego spotkania uważali wspólne zawodzenie przez cały dzień. Tak więc część emigrantów zdecydowała się opuścić Kraj Wygnania wraz z jego markotnymi mieszkańcami i powędrować z powrotem do Amanu, gdzie... znowu zaczęli bruździć przeciw Władzy. Na niektórych po prostu nie ma rady

Kilku jednak pozostało na tym zaściankowym kontynencie, uważając najwidoczniej, że jeśli się tylko dobrze poszuka, jakiś wróg się zawsze znajdzie. Nie mylili się - dogłębne śledztwo Celebrimbora, przywódcy noldorskiego wywiadu, wskazało kolejnego przeciwnika ich dyktatury - Sauron, wróg wszystkich elfów Śródziemia, wykuł w podziemiach góry Orodruiny Jedyny Pierścień, w który przelał swoją chęć uwolnienia ludów Ardy spod tyrańskich rządów Trzech, będących dziełem żądnych władzy elfickich rzemieślników.

Tak więc była jeszcze szansa pobawić się trochę w wojenkę. Pozostałe na wschodzie resztki narodu Noldorów z zaciekawieniem obserwowały wydarzenia, kibicowały naszym, na zakończenie poszły na jedną czy drugą imprezę, po czym uznały, że widowisko było wcale niezłe, ale przydługie, i że czas im wrócić w końcu do domu. Odpłynęły więc na Najdalszy Zachód, pozostawiając sprzątanie po sobie wszystkim wolnym narodom Śródziemia, które z pewnością i tak nie miały nic lepszego do roboty. Wojna się przecież skończyła.

Historia ta sama w sobie jest wstrząsająca dla nieprzygotowanego umysłu, a nie jest to bynajmniej odosobniony przypadek. Omawiając losy istot zesłanych z Valinoru do Śródziemia nie wolno nam zapominać o grupie pięciu Majarów, znanych na wschodzie pod mianem Istarich, lub też, w innych kręgach, Czarodziejów. Mowa tu oczywiście o Olorinie, Curumie, Alatarze, Aiwendilu i Pallandzie. W Amanie już od jakiegoś czasu obserwowano ich poczynania, gdyż sprawiali wrażenie zdecydowanie za sprytnych, a poza tym często widywano ich szepczących coś między sobą. Po doświadczeniu z Noldorami Potęgi stały się bardzo nieufne wobec wszelkiego typu zachowań wskazujących na posiadanie poglądów politycznych, a zdawało się, że owych pięciu właśnie sobie jakieś wyrabia. Uznano zatem, że lepiej nie ryzykować kolejnej rewolty i posłać rzekomych konspirantów do Śródziemia, będącego już niemal uniwersalnym odbiornikiem wszystkich tych, których z różnych względów nie chciano widzieć w Błogosławionym Królestwie.

Jednak w przypadku zesłania Majarów sprawa była nieco bardziej skomplikowana, niż to miało miejsce podczas tej całej afery z elfami. Nie można tak zwyczajnie wyrzucić Majara z hukiem z Amanu, a na to, że piątka owa sama się wyniesie, dowodząc tym samym niezwykłej inicjatywy, też raczej nie liczono. Tu trzeba było zadziałać taktycznie. Valarowie wymyślili więc Istarim jakąś absurdalną Misję i stwierdzili, że tylko oni są w tych ciężkich czasach na tyle potężni, by mieć jakiekolwiek szanse na zwieńczenie jej powodzeniem. Wprawdzie nie wszyscy wierzyli, że ktokolwiek będzie na tyle naiwny, by dać się na to nabrać, jednak - o dziwo - cała gromadka wyruszyła wkrótce z Amanu, dumna z siebie, i z dobrymi chęciami przystąpiła do realizacji Celu, który Manwe uznał za najmniej idiotyczny spośród poddanych mu pod rozwagę propozycji.

Na początku Heren Istarion działało zgodnie i skutecznie - nie mogli w końcu zawieść pokładanych w nich na Zachodzie wielkich nadziei. Śródziemie nie jest jednak miejscem przyjaznym, a podczas ostrej walki o byt, którą zbyt często przychodziło im tam prowadzić, Czarodzieje zmądrzeli odrobinę. Co poniektórzy, nabywszy ogłady w intrygach, zrozumieli w końcu, że wystrychnięto ich na dudka. Sarumanowi wprawdzie w owym zrozumieniu dopomógł trochę palantir... ale przecież nikt nie zabraniał korzystania z pomocy naukowych.

Reakcje były różne. Dwaj błękitni Istari przepadli bez wieści. Mogło to być spowodowane tym, że zbyt głośno krzyczeli o karygodnej postawie Potęg Ardy, nawołując wszystkie istoty dobrej woli do buntu. Takie postępowanie raczej nie budzi aprobaty w pewnych kręgach.

Curumo, będąc z natury Majarem raczej ostrożnym, zachowywał się trochę spokojniej, a poza tym przyczaił się w dobrze strzeżonej warowni Orthanku. Udało mu się zatem nie zniknąć tajemniczo w odmętach czasu i przestrzeni. Kompletnie jednak stracił zaufanie do Valarów (i wszystkich ich elfickich zauszników), i zaczął na złość całemu światu wycinać las Fangornu. Radagast tymczasem rzucił wszystko w balrogi i zajął się hodowlą ptaszków. Takie rzeczy czasem się zdarzają, gdy ktoś dostaje kopa od życia.

Tylko Gandalf prowadził zupełnie inną politykę, co można sobie jednak różnie tłumaczyć. Moim skromnym zdaniem było to spowodowane nałogowym zażywaniem pewnego narkotyku, znanego w Śródziemiu jako fajkowe ziele. W odpowiednich ilościach sprawiał, że Szary Pielgrzym wierzył w swoją Misję zbawiania świata ode złego, a na dodatek wydawał się skłonny zaprzyjaźnić się niemal z każdym - włączając w to włóczęgę przekonanego, że jest królem Gondoru, a nawet wyjątkowo podejrzany ludek hobbitów. Z pierwszym mógł porozmawiać o Misji bez ryzyka, że zostanie wyśmiany, ponieważ Łazik również miał Misję. Z drugimi natomiast palił i śpiewał.

Gandalf został wezwany z powrotem do Valinoru, kiedy Potęgi odkryły, że za dobrze się bawi. Co gorsza, zachęcał też innych do hałaśliwego zachowania, a nawet organizował grupowe zamieszki połączone z włóczęgostwem (słynna Drużyna Pierścienia przeważyła szalę).

Tak więc Olorin, jako jedyny z Bractwa, powrócił do Amanu, ale nie zmienił bynajmniej swych karygodnych nawyków, nabytych podczas całej Ery wolności i wałęsania się po drogach i ścieżkach Śródziemia. Nadal palił, a po paleniu śpiewał. Sprowadził całą grupę młodych Majarów na manowce, sprzedając im po zawrotnych cenach sprowadzone zza granicy fajkowe ziele i opowiadając o swoich tripach (największą furorę robiła opowiastka o walce z balrogiem Morgotha). Od czasu do czasu, kiedy wpadał w odpowiedni nastrój, puszczał też fajerwerki. Valarowie kręcili tylko głowami, w nadziei, że może kiedyś w końcu z tego wyrośnie.

Gorzkie losy Noldorów i Heren Istarion mogą nam wiele powiedzieć o tym, jak bardzo Potęgi interesują się swoimi podopiecznymi, gdy ci zaczynają sprawiać kłopoty. Proszę nie wierzyć provalarowskim sensacjom konkurencyjnej gazety - idą po prostu na łatwiznę, licząc, że każdy uwierzy w jakąś bohaterską opowieść, byle było w niej dostatecznie dużo błyszczących oczu i innych takich. Co najgorsze - wydaje się, że mają rację. To okropne i tyle.

My tutaj natomiast mamy Misję - próbujemy unaocznić wszystkim, jak to się sprawy na Ardzie mają w rzeczywistości. Nie zrażają nas trudności i brak zainteresowania. W końcu zwyciężymy. Na razie wszakże, póki nasza gazeta nie zyska masowych rzecz odbiorców, utrzymujemy się sprzedając fajkowe ziele po cenach, których nigdzie indziej nie uświadczycie. Piszę o tym, ponieważ ostatnimi czasy widocznym się staje, że komercja wkrada się wszędzie, nawet - o zgrozo - do artykułów i gazet (dobrym przykładem może być ta konkurencyjna). Uznałem więc, że moim obowiązkiem jest dostarczyć naszym Czytelnikom rzetelnej informacji, ażeby nie ugięli się przed pierwszą reklamą, którą zobaczą jutro wychodząc z domu. Z komercją trzeba walczyć, zawsze to mówiłem... podobnie jak z tanią pogonią za sensacją. Całe szczęście, że od obu tych przywar jesteśmy w naszej gazecie wolni. Dlatego właśnie, jeśli nie z innych względów, należy ją kupować.

*Wszystko to szczera prawda. Nie ufajcie nikomu, zwłaszcza jeśli będzie opowiadał o wielkich czynach legendarnych bohaterów. To propaganda. Zwróćcie się raczej do mnie, aby usłyszeć, jak to było w rzeczywistości. Zazwyczaj to wiem.

Napisał: X


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl