Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

GRUPA TRZYMAJĄCA WŁADZĘ,

czyli o prawdziwej naturze Valarów i całej reszty tolkienowskiej elity

(Dedykowane rohańskiemu chłopu małorolnemu, którego całoroczne zapasy zabrał pewnego dnia Eorl Młody dla swego konia. Niech ma biedak chociaż tę rekompensatę.)

W niniejszym tekście zamierzam pochylić się z należytą uwagą nad kolejnym problemem społecznym, toczącym od podstaw tę naszą wyidealizowaną Ardę. Obawiam się, że coraz głębszym staje się me przeświadczenie, iż jest to dość marnie skonstruowany świat, świat z uporem godnym lepszej sprawy kultywujący wszelkiego rodzaju relikty przestarzałych systemów ideologicznych. Współcześni zdają się często nie dostrzegać tych jakże poważnych problemów, z którymi Arda powinna się w zasadzie borykać... Abstrahując od tego, że jakoś nie widzę, by ktokolwiek tam próbował borykać się z czymkolwiek. Nazwałbym to chodzeniem na łatwiznę i słomianym zapałem. Więcej nawet, nazwałbym to karygodnym zaniedbaniem powierzonych obowiązków. I miałbym ku temu podstawy, jak zaraz wykażę.

Oto jest Ea, kojarzona zazwyczaj z powszechną szczęśliwością, zagrożoną li tylko przez złe stwory, plugawy pomiot Morgotha. Tymczasem prawdziwe zagrożenie stanowi wewnętrzna struktura tego świata, skostniała hierarchia, niezmienna od zarania dziejów.

Na jej szczycie tkwi, jak wiadomo, Eru Iluvatar, jednak w naszych rozważaniach możemy Go chyba pominąć - jedyne, czego udało Mu się dokonać, to powołanie do życia dwóch pokoleń swych rozwydrzonych i nieodpowiedzialnych Dzieci, oraz - jakby tego było mało - Ainurów. Jak większość ojców, ograniczył się do stworzenia.

A, zapomniałbym. Jako że dążę do unikania tendencyjności we wszelkich jej przejawach, podam Wam również tę jedną jedyną sytuację, gdy zdarzyło mu się poświęcić swym tworom trochę uwagi. Otóż pewnego razu, gdy po ciężkim dniu pracy spojrzał na dzieło, nad którym właśnie pracował Valar Aule, doszedł do wniosku, że daleko mu do ojcowskiej doskonałości. Wówczas to po raz pierwszy zajrzał do synowskiej pracowni, pokrzyczał trochę i wprowadził do krasnoludów swoje poprawki (jak gdyby ktoś go o to prosił). Mamy tu do czynienia z typowym przykładem rodzica ograniczającego kreatywność dziecka. Poza tą wyjątkową sytuacją, Eru nie przejawiał zainteresowania życiem swoich potomków. Ba, więcej nawet: ostentacyjnie wręcz nie zwracał na nich uwagi. Trudno to chyba uznać za wzór ojcowskiego postępowania. A potem się dziwimy, że Valarowie byli aspołeczni i demolowali świat. Wszystko to wina rodziców i tyle.

Następnie mamy gromadkę posłusznych urzędników rzeczonego Iluvatara, którzy (i to od samych początków czasu) wykonują za niego całą brudną robotę. To oni śpiewali przez parę dni, aby ukształtować tworzony przez ojca świat, to oni zostali na niego wysłani, aby pilnować innych jego dzieciaków - pewnie w nadziei, że jakoś to się wszystko w końcu ułoży. Przyjrzyjmy się zatem bliżej poczynaniom tego szacownego grona, starając się poprzez pokrętne przekazy, którymi mydli się nam dzisiaj oczy, dostrzec nikłe i stłumione światło Prawdy.

Valarowie, jak każdy w takiej sytuacji, dopóki czuli nad sobą rękę pana, zachowywali się przykładnie... Jednak, gdy tylko sami dorwali się do władzy, cała dyscyplina - jak się pewnie domyślacie - wzięła w łeb. Możnaby to nazwać kompleksem Szarej Eminencji, zawsze w cieniu, a tu nagle ma świat na głowie, i z wielkim entuzjazmem zabiera się do tego, co akurat w danej chwili uważa za rządzenie.

I tak właśnie wyglądały początki Ei - gromada pijanych władzą Potęg, biegających wszędzie dookoła, czepiających się wszystkiego, kłócących się, gadających od rzeczy (w dodatku często wszyscy naraz) i najwyraźniej bardzo zadowolonych z całej tej sytuacji. Teraz już chyba jasnym jest, dlaczego cały ten wszechświat wygląda w zasadzie na efekt działania niewykwalifikowanej siły roboczej - dlatego mianowicie, że jest nim w istocie. Nie nazwalibyście ich profesjonalistami, zapewniam. To ostatnie określenie, które mogłoby przyjść Wam do głowy, gdybyście na własne oczy zobaczyli to, co dzisiaj tak dumnie nazywa się Aktem Stworzenia - oczywiście głównie w celach propagandowych.

Jednak, gdy tylko minął pierwszy entuzjazm, zaraz nastąpiło to, co zwykle w takich sytuacjach następuje - to znaczy brat stanął przeciw bratu. Wiecie, tak szczerze mówiąc to niczego innego się w zasadzie nie spodziewałem - jest to już właściwie uniwersalnym zagraniem wszędzie tam, gdzie tylko jakaś zwarta początkowo grupa dorwie się do łatwych zysków. Nie ma co cudować, co nie zmienia faktu, że naprawdę miło by było, gdyby choć na tym ukochanym przez nas tolkienowskim świecie wszystko wyglądało zupełnie inaczej...

Oczywiście, wydarzenia tamtych dni zostały potem obudowane odpowiednią otoczką ideologiczną, prawdopodobnie dlatego, że dotyczyły błędów popełnianych przez grupę trzymającą władzę, która w dodatku nie chciała tej władzy pod żadnym pozorem puścić. Dzieci Iluvatara, w swej cudownej naiwności, były akurat tym, czego potrzebowali Valarowie - wręcz z zachwytem przyjęto w tym środowisku pojawienie się stworzeń, które wydawały się skłonne uwierzyć we wszystko, jeśli tylko mówiący miał błyszczące oczy i rozdawał szczepki Telperiona. Muszę przy tej okazji z bólem przyznać, że w ogródkach tych kronikarzy, co to wyjątkowo głośno piali o wspaniałości samozwańczych Władców Zachodu, wspomniane szczepki rozwijały się zawsze niezwykle bujnie. Oczywiście, niczego nie sugeruję- po prostu stwierdzam fakt, pozostawiając go do indywidualnego przemyślenia.

Elfy zostały na Ei tak entuzjastycznie przyjęte nie tylko ze względu na wspomnianą łatwowierność. Jednym z istotnych powodów był też fakt, że dobrze było - po tym całym zamieszaniu z Melkorem - mieć w końcu pod ręką kogoś, kim można było do woli pomiatać bez obawy, że wypowie ci wojnę i zniszczy twoją latarnię. Tak więc przez jakiś czas wśród Valarów panował spokój: wszyscy zajęci byli radosnym wyładowywaniem swych frustracji na nieszczęsnych Pierworodnych. Ściągnęli nawet biedaków do Amanu, gdzie mieli ich bezpiecznie pod samym nosem. To, jak się pewnie domyślacie, uniemożliwiało snucie jakichkolwiek demokracyjnych czy wolnościowych idei (a w każdym razie nie takich, które byłyby warte uwagi). Zatem nasza Grupa Trzymająca Władzę była chwilowo zadowolona z sytuacji na świecie- a zdarzało im się to naprawdę bardzo rzadko.

Nadszedł więc czas na przeprowadzenie działań propagandowych na wielką skalę. Chodzi tu głównie o to, że gdy tylko wszystkim zaczyna się żyć dobrze i w miarę dostatnio, konieczne staje się podjęcie odpowiednich kroków, coby nie dopuścić do szerzenia się wszelakich nieużytecznych społecznie i dość głupich pomysłów. Szkolnictwo uznawane jest z reguły za odpowiednie medium temu służące. Pięknym przykładem wybiórczości programu i treści edukacyjnych może być choćby to, co wydaje nam się, że wiemy o początkach czasu i Wojnie Potęg. O jej przebiegu Dzieci Iluvatara zostały poinformowane li tylko przez jedną ze stron, a i to w formie mocno tendencyjnej - czego dość łatwo się dziś domyślić. Bo chyba nie nazwalibyście wzorem obiektywizmu nauk o konflikcie, które udzielane są przez jego bezpośrednich uczestników potencjalnemu mięsu armatniemu, prawda? Bo ja raczej nie.

Pozwólcie wszakże, że o mechanizmach propagandy nie będę się tu rozwodził - są po prostu jednym z tych przykrych procederów, uskutecznianych zawsze i wszędzie przez wszelkiego typu grupy trzymające władzę. Chyba nie ma już na to rady - wydaje się, że mamy wręcz do czynienia jakimś uniwersalnym prawem rządzącym wszechświatem. I tyle. Ważne jednak, żeby o tym nie zapominać.

Nasza elita wszakże dobrze się bawiła, no i mieli kogoś, kto za byle krzaka pozamiatał i posprzątał - nie może więc dziwić, że dość się zirytowano, gdy ni z tego ni z owego, bez żadnego widocznego powodu, wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli. Głównie chodzi tu o Feanora, który uznał, że od życia oczekuje czegoś więcej niż jakichś głupich nasionek i szczepek Galathiliona, Drzewa ze Wzgórza Tuna, podarowanego ongi Eldarom przez Yavannę (z niewiadomych przyczyn, które prawdopodobnie były propagandowe). Fakt ten przekraczał wizję świata kultywowaną z dawien dawna przez Valarów... Ich metoda "słuchaj, co mówimy, a dostaniesz to piękne drzewko" była, jak dotąd, niezawodna. Po stuleciach, podczas których argumentacja tego typu zazwyczaj wystarczała, nie może dziwić, że do buntowników Potęgi miały do powiedzenia jedynie coś w stylu: "No to spadajcie, z tym, że na powrót nie liczcie- i jeszcze wspomnicie nasze słowa, gdy pewnego dnia zatęsknicie za nami i naszymi sadzonkami"... To oczywiście nie mogło powstrzymać grupy elfów z zapędami do prowadzenia egzystencji o nieco głębszym wymiarze, niż byłoby im to w stanie zapewnić wierne słuchanie jasnookich władców świata i podziwianie ich ogródków.

Valarowie przez jakiś czas rozpamiętywali to karygodne zlekceważenie instytucji, którą reprezentowali, czyli najwyższej WŁADZY, ale w końcu doszli do pouczającego (i jakże odkrywczego) wniosku, że skoro tak, to niech świat radzi sobie bez nich. Obwarowali się w swoim kraiku, nawet dość zadowoleni, że będą w końcu mogli spokojnie pograć w bierki, bez obawy, że jakiś wieśniak przypłynie jęczeć, że balrog mu poletko spalił. Na wszelki wypadek pacnęli jeszcze tu i tam jakąś zwodniczą wyspą, wykosztowali się nawet i popracowali trochę, celem wypiętrzenia łańcucha górskiego.

Wówczas, jak każdy przyzwoity rząd, czyli za barierą wzniesionej przez siebie biurokracji, zasiedli w końcu zadowoleni. Mieli nareszcie okazję odpocząć trochę od tej ciężkiej pracy rządzenia, która - po krótkim początkowym okresie ekscytacji - zaczęła ich już nużyć.

I możnaby im jeszcze wybaczyć nawet to odcięcie się od świata, świadczące poniekąd o słomianym zapale i zaniedbaniu powierzonych obowiązków, gdyby mogli się chociaż poszczycić odpornością na korupcję i konsekwencją w swych postanowieniach. Jednak nie mogli, co chyba sami już podejrzewacie, a co zaraz wykażę na dwóch prostych przykładach.

Po pierwsze, co znowu wydaje się uniwersalną regułą w przypadku przedstawicieli władz, wystarczyła ładna buźka interesantki, by od wszystkich ustanowionych praw znalazły się wyjątki. "Mandos, który nigdy przedtem ani potem nie dał się nikomu tak wzruszyć, ulitował się nad Luthien"... Która, jak wiadomo, mogła się poszczycić świetnym pochodzeniem i urodą, a przy tym wszystkim jeszcze talentem muzycznym. To właśnie tak bardzo Mandosa wzruszyło - a ja tylko tak się zastanawiam, co ów Valar począłby z prostą wieśniaczką w podobnej sytuacji?

Drugim argumentem na poparcie tez o karygodnym przekupstwie i łapówkarstwie Władców Zachodu może być sytuacja Earendila. Jako że przewidujący Earendil przytaszczył na audiencję pożądany przez wszystkich na Ardzie Silmaril, został oczywiście wysłuchany, a jego prośby spełnione. Spełniono je wszakże w atmosferze robienia łaski, choć nieboga prosił li tylko o coś, co Valarowie bez żadnego problemu załatwiliby już dawno, gdyby tylko byli się w stanie na chwilę oderwać od wina i bierek. Tak i teraz, pozując na bohaterów i łaskawców, głośno tupiąc powędrowali do Śródziemia, coby sprać tyłek swemu niepoprawnemu koledze.

Właściwie to już dawno mieli na to ochotę - cokolwiek by mówić o Morgocie, to on przynajmniej coś robił, w dodatku mając do swej działalności osobisty stosunek. Psuł tym opinię całej ich instytucji - przecież jakby się wszyscy tak zachowywali, to ludzie gotowi by pomyśleć, że są czymś na tyle ważnym, by zwrócić uwagę władzy. Oburzenie, które żywili, nie było jednak na tyle silne, coby ich oderwać od swych drobnomieszczańskich rozrywek... dopóki ktoś im odpowiednio nie zapłacił, ma się rozumieć.

Obecnie, jako że nie ma już w Śródziemiu skarbów, którymi możnaby ich skłonić do jakiejkolwiek interwencji, wypadli z gry - tym razem ostatecznie. Nie chcąc, by ktokolwiek jeszcze zawracał im głowę, teraz, kiedy byli pewni, że nie przyniesie ze sobą czegokolwiek wartego uwagi, zakrzywili świat, i dziś już w ogóle nie przejmują się jakąkolwiek uczciwą pracą. Możliwe, że zeszli nawet na manowce.

Nie trzeba chyba dodawać, że królowie i arystokracja zachowują się obecnie wobec biedaków dokładnie w ten sam sposób, co Valarowie niegdyś wobec nich. Pewnie chcą sobie odbić dawne frustracje. Tysiące chłopów małorolnych pracuje na jednego snobistycznego nieroba, który poświęca im nawet mniej uwagi niż gatunkom zagrożonym.

Wszystko to skłania raczej do smutnych refleksji. Jedna czy druga solidna rewolucja pchnęłaby chyba cały ten świat do przodu i nauczyła siedzieć prosto i uważać. Dlatego proponuję, by wysłać tam jakiegoś podżegacza wojennego - dla ich własnego dobra...

autor: X


Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl