Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Enya zimowa

Napisała: Tallis

Jest mróz. Dziś spadł pierwszy śnieg. Wiem, że pierwszy śnieg jak zwykle nie poleży długo, ale mimo to się nim cieszę. I, jak zawsze w momentach, gdy zmieniają się pory roku, czy raczej wtedy, gdy to my ludzie w swym codziennym zabieganiu raczymy wreszcie tą zmianę zauważyć - wtedy ma się ochotę na wyrażenie pewnych własnych skojarzeń i refleksji. U części z nas bywa tak szczególnie we wrześniu, kiedy kończy się lato, może to i dlatego, że dla nas wrzesień jest taki bardzo tolkienowski, prawda? We wrześniu zaczyna się Wyprawa, wrzesień skłania do wędrówek, bo minął już czas skrajnego gorąca, ale jeszcze pozostało wiele ciepłych i barwnych dni. Wrzesień - rozsądny i umiarkowany osobnik z pod znaku panny i wagi, skłania do pozostawienia za sobą zabawowego wiosenno - letniego klimatu typowego dla znaków wiosny i lata i przygotowania się emocjonalnie na czas ciemności, mgieł i oparów. Wrześniowa pogoda wyjątkowo sprzyja czytaniu Tolkiena oraz wybraniu się do lasu, parku, na wzgórza, nad wodę. Najlepiej z aparatem fotograficznym albo jakimiś przyborami do malowania. Nie wiem, czy to wrzesień sprawia, że chętnie sięgamy po Tolkiena, czy to Tolkien we wrześniu sprawia, że przemianę klimatu oglądamy, jako coś wyjątkowego na co warto czekać - dość, że uwielbiamy zanurzyć się w jesienną pogodę, taką, jakby wyjętą wprost z kart książek. I może wtedy z ciekawością oczekujemy, po owocowym i pachnącym ogniskami wrześniu, mglistego, mokrego i mszystego października, a nawet wietrznego, skalnego, chmurnego listopada. Kalendarz tolkienowski nosimy jakoś zawsze w nieodległej pamięci i jego najważniejsze daty przypominają się w chwilach odprężenia, kiedy możemy sobie pozwolić na dokładniejszą obserwacje otoczenia, na swobodne zanurzenie się w zmianach pór roku, w kolorach, kształtach, odgłosach i zapachach typowych dla danego miesiąca. Zmiany pór roku, jakie obserwujemy przypominają o Śródziemiu, a Śródziemie ze swym kalendarzem przypomina o symbolice przemian pór roku.

Tak to bywa jesienią, ale dziś chcę napisać o czymś co ściśle wiąże się z nadejściem zimy. Co więc wiąże się z nadejściem zimy? Jedno słowo - Enya. Tak, jak wrzesień to dobry czas na powrót do Tolkiena i wędrowanie szklakiem zmian w przyrodzie w poszukiwaniu własnych obrazów Śródziemia, tak pierwszy śnieg to dobry czas na słuchanie Enyi. Muzyka Enyi pachnie pierwszym śniegiem. Może i dlatego, że to jest po części muzyka liryczna, a liryka niezmiernie kojarzy się z zimą. Po części zaś jest to muzyka Północy, takiej Północy, jaką chyba dobrze znamy zwłaszcza my, tolkieniści.

To, co składa się na styl muzyczny Enyi nie jest jedynie, jak się zwyczajowo mówi folkiem celtyckim. Jest to jednak wysłanie klasycznego folku celtyckiego w świat. Aby pozbierał na nim dla siebie co się da. W piosenkach wykonywanych po irlandzku i walijsku tego stylu wyczuwamy najwięcej, tam jednak, gdzie pojawiają się inne języki jest go, wyczuwamy to, mniej, albo wcale. Na ten styl składa się prosta, często tradycyjna melodia, czysty, choć bardzo charakterystyczny głos i bardzo skomplikowane aranżacje, w których wiele solówek nakłada się na siebie warstwami za pomocą elektroniki. Dodatkowo tam, gdzie nie mamy do czynienia z typowo irlandzką muzyką autorzy wprowadzają nas w świat, czasem intensywnych i oczywistych a czasem raczej subtelnych i swobodniejszych stylizacji oraz inspiracji. Tak jest w piosenkach Storm In Africa, Ebudae, The Longships, The first of Autumn, Sumiregusa, How can I keep from singing, Tea-house moon, Willows on the water, O come Emmanuel, Journey of the angeles.

Byłoby nonsensem zawieranie w krótkiej nocie mych własnych interpretacji wielu wierszy, zwanych tekstami piosenek Enyi, gdyż, jak mówią same ich autorki najlepsze w ich karierze jest to, że ludzie przychodzą do nich ze swymi interpretacjami piosenek, i, że każdy słuchacz widzi je inaczej, dla każdego wyrażają one coś innego. "Kiedy wydaję nowy album, uwielbiam kiedy ktoś podchodzi do mnie i mówi, ´Mój ulubiony utwór to...´ i tłumaczy dlaczego. Gdy ludzie sami interpretują moją muzykę według swoich emocji, to jest naprawdę bardzo wzruszające i dodające odwagi."

Te piosenki często wydają się dość tajemnicze przy pierwszym słuchaniu, i jakby hermetyczne -zrozumiałe tylko dla autora, oraz tak dalekie, jakby nie mogły obchodzić odbiorcę, a potem się okazuje, że powracamy do nich, jak do ulubionej książki lub widoku, zarejestrowanego na starej fotografii. Albo ulubionego wina i ulubionego miejsca. Muzyka i teksty triady - Enya, Roma Ryan i Nicky Ryan tak naprawdę wcale nie przyciągają od razu, często za pierwszym razem nużą i odrzucają. Często, nawet mimo słuchu muzycznego nie da się ich od razu powtórzyć, brak im tej przebojowej atrakcyjności i łatwości, tego "wpadania w ucho", jaką posiada wiele znanych utworów i gatunków. Bo tak naprawdę twórczość Irlandczyków nie jest miłą muzyczką do słuchania w samochodzie w korku. Ta twórczość nie jest - tak naprawdę - muzyczką pop, takim przerywnikiem do posłuchania, gdy się na coś czeka, albo się nudzi. Tak naprawdę do słuchania Enyi trzeba mieć dużo czasu i cierpliwości. A to ostatnio są towary deficytowe. Często jest to muzyka powiedziałabym, kontemplacyjna oraz w pewnym sensie filozoficzna a jako ludzie zabiegani zwykle nie mamy dość cierpliwości ani czasu, by się wsłuchać. Nie starcza nam czasu i cierpliwości, aby móc przystanąć i chłonąc muzyczne dzieło, wszystko jedno, jakiego rodzaju. To sprawia, że tak wiele zdziwienia okazują krytycy muzyczni, nierozumiejący, czemu staje się przebojem coś, co wedle prawideł przemysłu muzycznego, przebojem być nie powinno. Ci krytycy nie rozumieją, że Enyi nie słucha się na co dzień, tak, jak nie słucha się na co dzień, ani mszy ani chorału, i, że trzeba mieć myślowo i emocjonalne rozpracowanych parę ulubionych gatunków i stylów, tych, do których się przywykło, ażeby bez znudzenia móc powracać do Enyi co roku lub co pół roku. Nuda jest problemem tylko tych, którzy wymagają od siebie bycia fanem tylko jednego stylu lub gatunku. Gdyż oni nie dadzą sobie okazji do przywyknięcia do wielu innych gatunków i stylów. Trzeba również chyba mieć w sobie, jakieś skłonności do świata mitów i symboli, albo do elementarza muzyki tzw. "poważnej" (np. pieśni okresu romantyzmu albo chóru barokowego, albo kameralistyki z pod znaku fortepianu, harfy i violi da gamba), z jakiej jak podejrzewam wywodzi się Enya - bo pomijając jej folkowe korzenie z zawodu jest to przecież pianistka i kompozytorka klasyczna. Studiowała w akademii sztuki fortepian i kompozycję. Chociaż wierzę tym, którzy odczuwają nudę lub zmęczenie - bo i klimaty i rytmy tej muzyki nie są tak naprawdę dostosowane do rytmu życia tych, którzy tak czują.

Częstym zarzutem wobec muzyki Irlandki jest powtarzalność, brak oryginalności i nowatorstwa. Osobiście uważam, że bycie nowatorskim za wszelką cenę, w przypadku wielu twórców może się okazać byciem nowatorskim za cenę zbyt wysoką dla odbiorcy, mianowicie, za cenę jakości dzieła, ale to już tylko moje zdanie. Tak, ten zarzut może się odnosić, do którejś niezbyt udanej z płyt Enyi, np. A day without rain, gdzie wiele utworów jest nazbyt do siebie podobnych w sferze melodii, aranżacji oraz klimatu, lecz nie może się odnosić do wszystkich płyt, których było kilkanaście. Co więcej, to, co w przypadku Enyi jest mniej udaną, czy nieudaną płytą, byłoby i tak znacznym osiągnięciem dla wielu znanych artystów muzyki popularnej. Popularnej w sensie mającej swoje listy przebojów i nagrody. Co do wszystkich jej płyt to to, co inni nazywają powtarzalnością i brakiem nowatorstwa, ja nazwę niepodrabialnym stylem wypracowanym przez lata, charakterystycznym głosem, muzycznym doświadczeniem i artystycznymi ambicjami. W przypadku większości muzyki popularnej moim zdaniem lepiej być sobą przez lat 20, i tym zaimponować widowni niż usiłować małpować co roku tych, którzy w danym roku stali się modni.

Teksty piosenek irlandzkiej triady wyrażają pewne emocje dość niepopularne w twórczości główno nurtowej miłej przemysłowi muzycznemu, (co jest paradoksem, jeśli spojrzeć na wyniki sprzedaży), gdyż ocierają się o religię, mistykę i magię. O świat duchowy. Nie mówią, bowiem ani o tęsknotach na poziomie komedii romantycznej, ani o typowych dla niektórych gatunków kolejnych, modnych buntach wobec czegoś tam - głównie dorosłych, (gdy piosenka przeznaczona jest dla młodzieży) albo rządzących, (gdy dla dorosłych), ani nie zawierają banalnych hasełek o ideałach zmielonych przez rzeczywistość. Nie mówią też o codziennych problemach i osobistym życiu swych autorów i wykonawców, co się przecież tak często uważa za normę w muzyce popularnej. Ludzie chcący śpiewać piosenki i zrobić karierę w muzyce tak naprawdę najczęściej chcą - co jest oczywiste, uznawane i zresztą najłatwiejsze - śpiewać o sobie. Przypomina się tu powiedzenie Sapkowskiego, że kiepskie książki mówią o ich autorach, dobre mówią o bohaterach. To samo ma znaczenie i przy zawodzie śpiewaczym. Nie ma też w tym muzycznym świecie tego co tak nuży w muzyce popowo - rockowej, jak gangów, narkotyków ani pijackich wynurzeń, z którymi ludzie powinni iść do psychologa a nie na scenę. Nie ma w nich również wiele tego, co się najszybciej sprzedaje, tak więc trudno mi zrozumieć czemu to się sprzedaje. Niemniej widać, że się sprzedaje, choć może wynik 70 milinów płyt nie wydaje się już tak oszałamiający rozłożony na ponad 20 lat trwania tego zespołu.

Jakie są te emocje rozgrywające się w (przez) tekstach artystycznej triady o handlowej nazwie Enya? Jest tam sporo jakże niepopularnej melancholii, jest stawiająca wymagania cisza i skupienie, jest i spory dodatek godnego pogardy liryzmu. Jest tam na pewno wiele o samotności i odrzuceniu, o jakich to stanach wolimy nie pamiętać, że istnieją, zwłaszcza, gdy milusi świat z reklam przysłoni nam rzeczywistość. Jest wiele o tęsknotach i rozłąkach, czy z ukochanym, czy z przyjacielem, czy z krajem, czy z latami dzieciństwa albo ze wspomnieniami o szczęściu. Ale chyba jeszcze więcej jest tam o nadziei i spotkaniach, o szansach i podróżach, o miłości i przygodzie. O przygodzie, która prowadzi do miłości, o miłości, która jest przygodą. O nowych etapach w życiu, jakie się otwierają. O wykorzenieniu przeszłości i ciągłym zaczynaniu od nowa, o nieskończonym cyklu życia, o zachwycie nad naturą i pięknem. Nad pięknem natury i naturą piękna, jakie czyni nam, niegodnym łaskę czasami przebłyskując z za zasłony codzienności. Jest coś szczególnie udanego i moim zdaniem za rzadko stosowanego w innych stylach muzyki zwanej "rozrywkową" (nazwa stosowana dla prostego odróżnienia od muzyki "poważnej", choć ja bym tak tego nie dzieliła - można przecież usłyszeć ambitną, wyrafinowaną "rozrywkę" i bardzo kiepską, prostacką "poważkę", więc to się raczej przeplata a nie wyklucza) ? mianowicie większość obecnie popularnych autorów zdaje się uważać, że pieśń radosna lub wesoła musi być zawsze tym samym, co pieśń szybka i głośna, a tu mamy dowody pierwszorzędne, iż wcale tak być nie musi. Są wśród gorszych i lepszych dzieł irlandzkiej triady te, przepełnione tak obezwładniającą radością, tak dużym pozytywnym potencjałem, nastrajającym pozytywnie na długo, choć jednocześnie po samych melodiach i rytmie wcale nie dałoby się tego poznać. Dopiero teksty i sposób wykonania zmieniają muzykę, z pozoru ponurą i cienistą, lub chłodną i zdystansowaną lub nawet dołującą w radosny, niemal zwycięski hymn, a czasami figlarny poemat. Jest też w produkcji tej triady wiele zachwycenia tym, co magiczne, mityczne, transcendentne i ogólnie kojarzone albo z fantasy albo z odmiennym stanem świadomości. Albo z magią. Albo z religią. Ktoś napisał, że to "muzyka legend i baśni" i tak jest faktycznie, bo zawiera ona pochwałę tego wszystkiego, co leży poza naszą sprytną codziennością - zamieszkują więc tam anioły, elfy, jednorożce, druidzi, szamani, herosi i damy, wizje i sny. Jest horror i śmierć, jest wielki ciężar przemijania, jest trud niedopasowania, jest odrzucenie, jest wędrówka godna Dantego, jest też sporo kochanków i bardów, żeglarzy i wojowników. A nawet wyobrażone, duchowe dzieci autorek (utwór Isobella). Każdy tekst utworu wiąże się jakoś z innymi tekstami, tworząc jakby sieć - muzyczny świat wyobraźni trzech osób. Wiele utworów czyni aluzje do tradycji, mitu i literatury lub zawiera wprost podane motywy mitologiczne, głównie z mitologii celtyckiej, ale także z greckiej. Te najbardziej znane utwory sięgające do celtyckiej tradycji to: Boadicea, The Celts, St. Patrick, CuChulainn, Oisin, Epona, Fairytale, The Sun in the Stream, March of the Celts, Bard Dance, Flora?s Secret, Willows on the water, Pax Deorum. W tych i innych utworach, jakby autorzy postanowili przypomnieć nam o tym, co wiedzieliśmy, ale zapomnieliśmy. O czym zapominamy dzień po dniu. Zapominamy żyjąc tylko wokół siebie i dla siebie. Żyjąc w swym malutkim świecie osobistych spraw. Odmieniając siebie przez wszystkie przypadki. A, jak każda szanująca się twórczość fantasy muzyka Enyi być może stawia sobie za cel ubarwić, uatrakcyjnić to, co wydaje się nam już zwyczajne, poznane i normalne. To, co jakby powiedział Tolkien, "jest nam tak dobrze znane, że już tego nie zauważmy". Dla Tolkiena ważną funkcją każdego dzieła, a zwłaszcza fantasy było "umycie okien na świat", sprawienie, by świat znów był dla nas ciekawy i niepowtarzalny. By znów zmusić nas, ograniczonych do kultywowania własnych malutkich spraw do zobaczenia większego i głębszego świata poza nami. Wszystkich szafranowych i lawendowych chmur, posrebrzonych szronem wzgórz, wodospadów, z których wyłania się tęcza, majowych kwiatów, letnich burz, koni na pastwisku, różowych, jesiennych zachodów słońca i omszałego kamienia lśniącego po deszczu. Wszystkich kamyków na drodze, ostów, chabrów, żuków, kotów, kromek chleba, kubków wina, zapachu śniegu i starej książki, albo światła lampy o zmroku. By kolory i zapachy były ostrzejsze, a nasze myśli bardziej chciwie chłonęły swe paliwo, jakim jest rzeczywistość. Dzięki temu mimowolnemu zapominaniu, dzięki naszej egoistycznej acz naturalnej postawie, która przynosi nam rutynę i łatwość a zabiera sensy i radości musi istnieć Tolkien, i musi istnieć Enya. Bo inaczej oślepniemy od świateł jednostajnego sznura aut migających na autostradzie, albo, jeśli nie będziemy bardzo ostrożni od koloru pieniędzy. Bo inaczej ogłuchniemy na wszystko poza rozkazami, sloganami i reklamami, bo inaczej stracimy zmysł zapachu i smaku, a będzie nam smakować tylko bezsens, albo tylko rozpacz, kiedy ten bezsens dojrzymy, ale nie będziemy już mieli, czym go zastąpić. Czym wypełnić. Będziemy mieli tylko formę, bez treści. Bo inaczej zasmakujemy w użalaniu się nad swymi nieziszczonymi pragnieniami. I, będzie nam pachniała tylko ambicja i egoistyczne chcenia. Wielki mit i wielka poezja muszą istnieć, bo zbawiają nas od nas samych. Od tego, co w nas materialne, co w nas próżne, co nas przygina do ziemi uczuciem bezradności i trudu, co zaciemnia widzenie i przyciąga wzrok w chwilowej chciwości, od tego, co w nas paskudnie mugolskie. A, jeśli są gdzieś miejsca, gdzie mit i poezja łączą się, jakby w całkowitej symbiozie, to są to muzyka Enyi i pisarstwo Tolkiena. A, gdy słuchamy lub czytamy, to wtedy bywają chwile (zdarza się to czasem, choć rzadko), że czujemy, że oto uchyliła się zasłona, że Aslan "zrobił drzwi w powietrzu", że powietrze nie jest już naszą jedyną bańką, w której siedzimy zamknięci. Naciskamy na niewidzialną bańkę i czasem szwy puszczają. I, wtedy, jesteśmy pewni tego, co mówi piosenka - "dreams are more precious than gold. "

Możliwe, że wyjaśnienie tej nieustannej magii, jaka od 20 lat działa na słuchaczy, tego czaru, od jakiego nie mogą nas uwolnić ani nasz wiek, ani zmiany w muzyce i w muzycznej modzie, znajdziemy w słowach samej artystki. Słowach, w których wyjaśnia swoje podejście do twórczości. "Gdy wchodzę do studia nie myślę o tym, czy to się sprzeda. Zapominam o tym. Sukces polega na tym, jak ludzie zrozumieją moją pracę. Tamten cel zwykle zostawiam za drzwiami. " "Niektórzy artyści lubią bycie ważniejszym od swojej muzyki - mnie to nie interesuje. Nawet dzisiaj, gdy wchodzę do holu w jakimś hotelu, ludzie po prostu mnie nie rozpoznają. Ale wielu z nich zna moją muzykę. To dobrze dla niej i w zupełności mi to odpowiada. Swój sukces potrafię traktować z dystansem. Pozwalam muzyce wypłynąć. " "Niektórzy artyści w pewnym stopniu przerastają swoją muzykę: ludzie znają ich wygląd i rozpoznają ich styl. Mój wygląd nie jest powszechnie znany, tak samo jak moje życie. Lubię taki porządek rzeczy, gdyż to właśnie dla mnie się liczy ".

Tym wyjaśnieniem moim zdaniem może być prezentowane w tym zdaniu podejście do zawodu muzyka, na planie pierwszym stawiające spontaniczność i radość tworzenia oraz, nieszczególnie dziś popularną, ufność w odbiorcę. Nie traktowanie swego stałego odbiorcy, jako takiego, któremu należy dostarczyć łatwej rozrywki, by szybko sprzedać swój produkt. Zapominanie o kwestii strat i zysków, o tej sferze, która mam wrażenie, że napędza twórczość wielu równie sławnych i równie technicznie dobrych muzyków. A jednak o nich się zapomina po chwili, albo z nich wyrasta, albo też zastępuje innymi idolami czy modnymi trendami, gdy minie moda na nich a pojawi się moda na coś innego. Istnieją jednak zjawiska w muzyce, czy to rozrywkowej czy klasycznej, folkowej czy awangardowej, w sumie jakiejkolwiek, z których nie można wyrosnąć, które się wybiera na całe życie, tak, jak się wybiera ulubioną książkę, czy ulubione dzieła dramatu i filmu. Są to rzeczy, które się wybiera świadomie - to jest dążąc do częstego obcowania z materiałem określonego rodzaju i jakości. A w naszym dążeniu do odkrycia określonego rodzaju i określonej jakości trzeba wybierać wśród bardzo wielu produktów. Trzeba więc wybierać uważnie i sprawiedliwie, będą to bowiem w ostateczności nasi stali towarzysze. Ale, aby się stali towarzyszami na całe życie muszą być wyjątkowi i nieprzemijający. Wyjątkową i nieprzemijającą książką jest taka, do której możemy powracać, co roku smakując inne jej aspekty. Możemy powracać ponownie, by przeżywać Mit, który czasami olśniewa nas wielką radością i chwałą lub przeciwnie - obezwładnia ciemnością i dramatem. Taką wyjątkową i nieprzemijającą muzyką jest muzyka Enyi - pozornie prosta, melodyjna, bezpretensjonalna, klimatyczna przeplatanka folku, klasyki, baroku i średniowiecza, bo do niej także powracać możemy, każdej zimy, kiedy spadnie pierwszy śnieg.

Napisała: Tallis



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl