Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Rozdział II

Zerwany Most

Bilbo wyskoczył z łóżka i otuliwszy się szlafrokiem pobiegł do jadalni. Nie było tam żywej duszy, ale na stole ujrzał ślady obfitego i pospiesznego śniadania. W pokoju wszystko było przewrócone do góry nogami, a w kuchni piętrzyły się stosy brudnych naczyń. Możnaby bez przesądy powiedzieć, że nie oszczędzono ani jednego garnka, ani jednej patelni. Zmywanie było tak niewątpliwą i przykrą rzeczywistością, że Bilbo chcąc nie chcąc musiał się wyrzec złudzeń , iż goście poprzedniego wieczora przyśnili mu się tylko. Doprawdy, oddychał z ulga na myśl, że w końcu poszli sobie bez niego i nie przyszło im do głowy budzić gospodarza (chociażby po to, żeby podziękować!); mimo woli był wszakże jakby trochę zawiedziony. To uczucie zdziwiło go bardzo.
"Nie bądź durniem, Bilbo, - rzekł sam do siebie. - Kto słyszał, żeby hobbit w twoim wieku myślał o smokach i w ogóle o tych tam zagranicznych głupstwach!"
Przepasał się fartuchem, rozpalił ogień w piecu, zagrzał wodę, pozmywał wszystko. Potem nim wrócił do jadalni, zjadł w kuchni smaczne śniadanie. Słońce tymczasem już świeciło jasno, a przez otwarte drzwi wejściowe płynął do wnętrza ciepły, kwietniowy powiew. Bilbo zaczął głośno gwizdać i zapominać o zdarzeniach poprzedniego wieczora. Właśnie zasiadł pod otwartym oknem jadalni do drugiego śniadania, kiedy wszedł Gandalf.
- Ależ mój drogi! - rzekł. - Kiedyż wreszcie przyjdziesz? Mieliśmy przecież wyruszyć wczesnym rankiem! A to o pół do jedenastej najspokojniej jesz śniadanie, czy jaki tam ten posiłek nazywasz. Tamci zostawili ci wiadomość, bo nie mogli dłużej czekać.
- Jaka wiadomość? - spytał biedny pan Baggins, okropnie zmieszany.
- Na wielkiego mumaka! - zawołał Gandalf. - Ktoś cię chyba odmienił dzisiejszego ranka! Więc nie starłeś kurzu z gzymsu nad kominkiem?
- A co ma jedno do drugiego? Dość było roboty ze zmywaniem po czternastu osobach.
- Gdybyś starł kurz z kominka, znalazłbyś pod zegarem to - rzekł Gandalf, wręczając hobbitowi liścik (napisany oczywiście na jego własnym papierze listowym).
Oto co Bilbo przeczytał:
Od Thorina i kompanii pozdrowienia dla włamywacza Bilba! Za gościnę serdecznie dziękujemy, a Twoja ofertę fachowej pomocy z chęcią przyjmujemy. Warunki: zapłata przy dostawie w wysokości nie przekraczającej czternastej części całego zysku (jeżeli w ogóle będą zyski); zwrot kosztów podróży zapewniamy w każdym przypadku; koszty pogrzebu - jeżeli okaże się to konieczne i nie będzie załatwione inaczej - ponosimy my lub nasi przedstawiciele.
Nie widząc potrzeby zakłócania Twego cennego snu, wyruszyliśmy na razie sąmi, by poczynić niezbędne przygotowania. Oczekujemy szanownej osoby w karczmie "Pod Zielonym Smokiem", nad Wodą, o jedenastej przed południem punkt. Licząc na punktualność z Pańskiej strony, mamy zaszczyt pozostać

serdecznie oddani

Thorin i kompania


- Masz dziesięć minut na drogę. Musisz biec - rzekł Gandalf.
- Ale... - zaczął Bilbo.
- Nie ma czasu na żadne ale - powiedział czarodziej.
- Ale ... - powtórzył Bilbo.
- Na to także nie ma czasu. Ruszaj!
Do końca życia Bilbo nie mógł sobie przypomnieć, jakim sposobem znalazł się wtedy na dworze, bez kapelusza, bez laski, bez pieniędzy, bez żadnej z rzeczy, które zazwyczaj brał ze sobą, wychodząc z domu.; drugiego śniadania nie dokończył, statków po sobie nie pozmywał, wcisnął klucze do ręki Gandalfowi i puścił się ścieżką w dół pędem, ile sił w kosmatych nogach. Minął Wielki Młyn, przeprawił się przez Wodę i przebył w tym tempie mile z okładem.
Biła jedenasta, gdy zasapany dopadł karczmy nad Wodą i stwierdził, ze zapomniał chustki do nosa.
- Brawo! - rzekł Balin, który z progu wypatrywał hobbita.
Zza zakrętu drogi od strony wioski nadciągała już reszta towarzystwa. Jechali na kucach, a każdy kuc był objuczony wszelkiego rodzaju bagażem, kocami, i sakwami. Cztery z nich były bez jeźdźców: dwa objuczone workami z żywnością, oraz sprzętem obozowym i kuchennym. Trzeci kuc był dla Balina, a ostatni, bardzo mały kucyk (nie objuczony bagażami), wyraźnie był przeznaczony dla Bilba. Jasnym było, że cała wyprawa była przygotowywana już od dawna.
- Siadajcie obaj na konie i ruszamy - rzekł Thorin.
- Strasznie mi przykro - powiedział Bilbo - ale zapomniałem kapelusza i chustki do nosa, nie mam też przy sobie ani grosza. przeczytałem wasz list dopiero o godzinie dziesiątej minut czterdzieści pięć, punkt.
- Nie bądź aż taki drobiazgowy - odezwał się Dwalin - nie przejmuj się szczegółami. Nim dobrniemy do celu podróży nauczysz się obywać bez chustki do nosa i bez wielu innych rzeczy. Jeżeli chodzi o kapelusz, to mam w sakwie zapasowy kaptur i płaszcz.
Tak więc się stało, że pięknego ranka u schyłku kwietnia wyruszyli wszyscy razem sprzed karczmy truchtem na kucykach, a między innymi Bilbo, ubrany w ciemnozielony (trochę podniszczony) kaptur i ciemnozielony płaszcz pożyczony od Dwalina. Płaszcz i kaptur były dla niego za duże, toteż wyglądał Dość śmiesznie. Strach pomyśleć, co by jego ojciec, Bungo, powiedział, gdyby go tak zobaczył. Bilbo pocieszał się tylko tym, ze nie ma brody, nikt więc nie może go wziąć za krasnoluda.
Nie ujechali daleko, gdy dogonił ich Gandalf, bardzo wspaniały na swym siwym koniu, zwanym Rohaldem. Nie przywiózł co prawda chusteczek do nosa, ale za to przywiózl kilka kocy, a także fajkę i tytoń Bilba. Wędrowali dalej przez cały ten i następny dzień.
Wędrowali wesoło, opowiadając przeróżne opowieści i śpiewając w marszu przez cały dzień, oczywiście z przerwami na popasy. Co prawda zarządzano te przerwy nie tak często, jakby sobie życzył Bilbo, ale mimo to hobbit zaczął dochodzić do wniosku, ze przygody to niezła rzecz. Oczywiście, ciągle byli jeszcze Shire. Jechali więc w bez pospiechu i nocowali w dobrych zajazdach. Dopiero w sobotę popołudniu przebyli wielki most nad Brandywiną i wjechali w krainy, które Bilbo nazywał zagranicą, gdzie zagraniczne rzeczy czyhały za każdym zakrętem. Wreszcie poczuł, ze zaczęła się jego Przygoda.
Tyle, ze za mostem droga nadal była dobra, a po obu jej stronach rozciągały się całkiem porządnie wyglądające pola. Po drodze spotykali się z wieloma podróżnymi: w większości krasnoludami wędrującymi, z tobołkami na plecach, na wschód lub zachód. Niektórzy z nich należeli do ludu Thorina, mieszkającego wśród zachodnich gór. Ci witali go, kłaniając mu się nisko. Inni, biedniejsi, byli wędrownymi handlarzami, oferującymi wyroby metalowe, druciarzami albo drogownikami. Napotykali także ludzi, zazwyczaj farmerów, podróżujących na wielkich, grubych koniach, a także kilku hobbitów. Ci spoglądali na kompanię Thorina, ale witali się najwyżej uśmiechem lub skinieniem głowy.
W ciągu dnia, czy dwóch dotarli do Bree na Wzgórzu. Tam spędzili swój ostatni wygodny nocleg, przed wielodniowa podróżą. Przenocowali w karczmie pod "Rozbrykanym Kucykiem", dobrze znanej hobbitom ze Wschodniej Ćwiartki. Bree, to była najdalej na wschód wysunięta miejscowość, o której Bilbo cokolwiek wiedział. Za miasteczkiem rozciągały się ziemie opuszczone przez wiele długich lat. Kiedy po dniu wędrówki dotarli do Ostatniego Zajazdu, okazało się, ze jest opuszczony. Przenocowali w jego ruinach, a następnego dnia znaleźli się w pustkowiach. Po lewej stronie traktu rozciągały się, jak daleko sięgał wzrok, wielkie mokradła. Wędrowali teraz bardzo powoli, oszczędzając objuczone kuce i często wędrując na piechotę. Droga była bowiem w bardzo złym stanie, dziurawa i nierówna, miejscami niemal ginęła wśród bagna. Nie padało - aż do Bree pogoda była tak piękna, jak piękny może być tylko maj, nawet w legendach - teraz jednak poszarzało i zachmurzyło się, zrobiło się ponuro.
Bilbo podupadł na duchu. odzywał się więcej niż rzadko, odliczając jedynie czas pomiędzy postojami na posiłki. Niestety te były o wiele rzadziej (i bardziej skąpo) niżby sobie życzył. W ten sposób wędrowali przez wiele dni, a każdy dzień był bardziej milczący i napięty. Otaczała ich bowiem cisza i bezruch, jakby kraina nasłuchiwała(tak przynajmniej myślał sobie Bilbo). Po pewnym czasie równiny stały się bardziej sfałdowane, a w oddali majaczyło pasmo wzgórz. Kiedy zbliżyli się do nich Bilbo zauważył, ze były one porośnięte ciemnym lasem. Na niektórych z nich widniały ruiny ponurych baszt i murów obronnych. Wyglądały groźnie, jakby wznieśli je ludzie z dawnych, złych czasów.
Wtedy właśnie sytuacja kompanii Thorina pogorszyła się. Pewnego ranka napotkali zimny wiatr ze wschodu, który przyniósł znad odległych gór chmury i zacinający deszcz. Bilbo trząsł się z zimna. - To nie jest to co nazwał bym czerwcem! - stękał, brnąc za innymi przez głębokie rozmiękłe błoto. Ścieżka coraz bardziej przypominała strumień. Biedny hobbit, zupełnie stracił rachubę czasu, był to dopiero dziewiętnasty maja. Ale te trzy tygodnie, które już spędzili w drodze wydawała się ciągnąc bez końca. - Tam do licha z przygodami i wszystkim innym, co się z nimi wiąże! - pomyślał. - Wolałbym siedzieć w domu, przy kominku i słuchać jak woda śpiewa w imbryku! - Jeszcze nie raz miał do tego zatęsknić!
Szlak wspiął się na szczyt zbocza, a następnie wiódł ostro w dół w wąską dolinę. Zatrzymali się i spojrzeli w dół przed siebie. Doliną płynęła z północy wartka rzeka, przecinająca ich drogę. Za nią majaczyły w oddali ciemne wzgórza, a szlak ginął z widoku, w cieniu, u ich stóp.
- Ha! - zawołał Gandalf, przebijając wzrokiem zasłonę deszczu. - Most! Most jest zerwany!
Odwrócił się strzelając palcami i mamrocząc do siebie.
- Cos złego się tu dzieje! Koniecznie trzeba powiedzieć o tym Elrondowi.
Nie wiedzieli o co mu chodzi. Krasnoludowie nie znali zbyt dobrze tych krain, a nie mieli na tyle ostrego wzroku, by spostrzec cokolwiek na większe dystanse. Tymczasem Bilbo, który miał o wiele lepszy wzrok, choć nie tak dobry jak czarodziej, spojrzał w dół, i wydawało mu się, że widzi w oddali, szary kamienny most, spinający brzegi rzeki. Jednakże środkowy łuk mostu był zniszczony.
- No dobrze. Cóż możemy poradzić? - rzekł Gandalf. - Nikt nie jest lepszy od krasnoludów we wznoszeniu mostów.
- Byś może - odparł Thorin. - Ale nie w dziczy, bez sprzętu i narzędzi, ani nie w rzęsistym deszczu!
- A więc tak - rzekł Gandalf. - Ale nie ma innego mostu przez tą rzekę. Sto mil na północ stąd, można ją przeskoczyć, ale ja, na waszym miejscu, nie odważyłbym się pójść w tamtym kierunku: to krain trolli. No dobrze, jedźmy w dół i zobaczmy z bliska, jak to wygląda.
Dotarli do mostu i zobaczyli, że rzeka w tym miejscu nie była jeszcze zbyt szeroka. Była natomiast bardzo wartka. W miejscu, w którym wzniesiono most woda spływała z niewielkiej, skalistej półki, ześlizgując się po długich bystrzynach nieco na prawo. Tam pieniła się i wirowała na zwalonych, kamiennych fragmentach mostu, które wpadły do zimnego, szarego nurtu rzeki.
- Mogło być gorzej, - powiedział Gandalf. - Niebezpieczny bród, ale jedyny. Albo przeprawimy się tędy, albo zawracamy. Chyba, że chcecie skręcić na południe, gdzie nie ma w ogóle dróg, ani jakiegokolwiek przejścia przez Góry Mgliste, które leżą przed nami. Jeżeli nie liczyć, oczywiście, Morii.
Krasnoludowie patrzyli na niego zasępieni, mamrocząc w brody. - To jest ta droga, którą doradzałeś byśmy wybrali. - rzekł Thorin. - Jak jest teraz twoja rada?
- Przecież mówiłem, że nie ma teraz bezpiecznych dróg, - odparł czarodziej. - Ponadto przedstawiłem moją radę: musimy spróbować przeprawić się przez rzekę.
To rzekłszy Gandalf dosiadł swego wierzchowca i ruszył w kierunku rzeki. Bilbo juz wcześniej zauważył, że Gandalf w ogóle nie używa strzemion, a bardzo rzadko powoduje koniem przy pomocy wodzy. Rohald reagował na polecenia Gandalfa wydawane półgłosem w nieznanym Bilbowi języku. Siwy koń wszedł ostrożnie, ale bez strachu do wody. Kuce podniosły swe smętnie zwieszone łby i obserwowały go niczym hobbicięta przyglądające się wyrośniętemu, popisującemu się przed nimi chłopcu. Rohald okrążył zwalone kamienie z mostu, leżące pośrodku rzeki. Woda sięgała mu zaledwie do pęcin. Brodził dalej, ku drugiemu brzegowi rzeki. Tam poślizgnął się, ale nie upadł. Tamten brzeg był wyraźnie bardziej stromy i śliski. W końcu wspiął się, odwrócił i zarżał.
Kuce prychnęły. Widać powiedział im coś w stylu - Zobaczcie. To nic trudnego. Spróbujcie same! - Ale kuce nie były takie pewne, czy to prawda, podobnie jak krasnoludowie.
- Teraz albo nigdy! - zawołał Gandalf z drugiego brzegu. Początkowo nikt się nie ruszył. W końcu Thorin dosiadł swego kuca i ruszył, dając znak reszcie, by jechali za nim. Fili i Kili posłuchali natychmiast, reszta była jednak bardziej wstrzemięźliwa. Jeden za drugim w jechali w niebezpieczny nurt rzeki. Krasnoludowie ukrywali swój lęk przed spojrzeniem Gandalfa. Kuce szły ostrożnie ale pewnie pod spojrzeniem Rohalda. Woda miejscami bulgotała pod ich brzuchami, a niektóre ślizgały się tak, ze mało brakowało, a uniósłby je rwący nurt rzeki. W końcu wszyscy szczęśliwie dotarli do drugiego brzegu. Jako ostatni szedł kuc niosący Bombura, a miał on zadanie trudniejsze nawet niż juczne kucyki.
Thorin przetarł twarz mokra od potu, deszczu i bryzgów wody. - No to udało się nam, - powiedział. - Jedźmy dalej. Tutaj nie widać żadnego schronienia.
- Nie chcecie juz swego hobbita? - zapytał Gandalf. - Jak sądzę możecie go jednak potrzebować.
Wszyscy kompletnie zapomnieli o biednym Bilbie, który ciągle stał na zachodnim brzegu, siedząc i trzęsąc się, bardziej przerażony niż kiedykolwiek w swoim życiu.
- Do diabła z twoim hobbitem! - rzekł Thorin. - Kiedy on wreszcie nauczy się dbać sam o siebie?
- Z czasem, - odpowiedział Gandalf. - Szybciej niż się spodziewasz.
- Panie Baggins! - zawołał. - Nie próbuj sąm przejechać tego brodu. Twój kucyk jest mały. Juz jadę by ci pomóc.
Czarodziej przejechał z powrotem przez rzekę i posądził hobbita za sobą.
- Trzymaj wodze swojego kucyka - powiedział - i w miarę możliwości trzymaj go z naszej prawej strony. Z pomocą Rohalda powinien poradzić sobie z nurtem rzeki.
- Teraz spokojnie - rzekł do konia. - Raz jeszcze się przeprawimy, a twoja kraina będzie juz niedaleko przed nami!
Wreszcie wszyscy się przeprawili. Kuce jednak odmówiły posłuszeństwa. Nie chciały iść dalej, odwracając pyski ku północy, ku wzgórzom, których najniższe zbocza były całkiem blisko. Zachowywały się jakby coś tam je niepokoiło. Nagle jeden z jucznych kucy wyrwał wodze z dłoni Bombura i wskoczył z powrotem w kierunku rzeki. Pozostali krasnoludowie byli zajęci uspokajaniem swoich wierzchowców i nim zdołali pomóc, oszalały kucyk szamotał się w wodzie, próbując zrzucić bagaże, którymi był objuczony. W zamieszaniu, które potem nastąpiło Fili i Kili o mało nie utonęli, a kucyk został uratowany tylko kosztem utraty większości bagaży. Oczywiście okazało się, że była to większość ich prowiantu, która spłynęła ku bystrzynom, a ostatnie co słyszeli to brzęk najlepszego kociołka toczącego się wśród kamieni.
Gandalf szepnął do ucha siwego konia i wspięli się na drogę zaczynającą się na moście. Tam Rohald stanął, zwrócony ku północy, wygiął szyje w łuk i zarżał głośno. Cokolwiek to oznaczało, wyraźnie uspokoiło albo zastraszyło kucyki. Pozwoliły się poprowadzić do drogi, a tam kompania ich dosiadła.
- Dobrze, - rzekł Gandalf - teraz musimy podróżować znacznie szybciej i z krótszymi postojami. Do wieczora, nie popasamy, a każdego dnia jeden posiłek mniej.
Bilbo stęknął, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Natychmiast zaczęli kłusować i jechali na tyle szybko, na ile pozwoliły kuce. Droga była tutaj o wiele lepsza. Był to po prostu dobrze utrzymany trakt, a nie ścieżka. Nim jednak zatrzymali się na południowy popas, przejechawszy kilka mil, okrążyli wzgórza i teraz ciemne zarośla zacieniały stromą skarpę po ich prawej ręce. Zacisnąwszy pasy jechali w ponurym nastroju dalej, głodni i spięci, rzadko kiedy się odzywając.
Wiatr wzmógł się, szumiąc pośród drzew, a zacinający deszcz rosił im twarze. Pociemniało. Daleko z tyłu niebo na krótko zabłysło czerwienią, gdy słońce zachodziło, przed nimi czaił się mrok. Mimo to jechali dalej. Jako ostatni jechał Bilbo. Z kaptura skapywały mu na oczy krople deszczu, jego płaszcz był kompletnie przemoczony i zimny. Nikt jednak nie oglądał się by spojrzeć na niego, nikt nawet nie zawołał - Trzymaj się!
- Ciekawe czy w ogóle zauważyliby, gdybym zniknął? - pomyślał. Nie byłoby to trudne w tym mroku.
Wreszcie, kiedy było już niemal kompletnie ciemno pod drzewami, Thorin nakazał by się zatrzymali. Wiatr ciągle wiał, ale ulewa minęła. Powała chmur popękała, a daleko na wschodzie przed nimi zanikający księżyc był widoczny pośród kołyszących się gałęzi.
- Musimy wrzucić cokolwiek na ząb - rzekł Thorin - ale nie wiem gdzie możemy znaleźć kawałek suchego miejsca na posłanie. Przynajmniej będziemy mieli ognisko, jeżeli uda się nam je rozpalić. Oin i Gloin poszukajcie chrustu na ognisko.
- Nie podobają mi się te lasy - rzucił Balin. - Na nocleg lepszy byłby gęstszy podszyt, ale rzadszy zagajnik po prawej wydaje się bardziej przyjazny.
- Co doradzisz Gandalfie? - spytał Thorin rozglądając się w około.
Dopiero w tym momencie zauważyli, ze Gandalfa nie było wśród nich. Jak do tej pory nie opuszczał ich nawet na chwilę. Nigdy nie powiedział, czy bierze udział w wyprawie, czy jedynie towarzyszy im tak długo, jak długo ich szlaki były zbieżne. Ale jak dotąd stale był z nimi, zawsze pod ręką by im pomóc. Śmiał się i gadał więcej niż inni, a jadł niemal tyle co Bombur. A teraz go nie było.
- Właśnie teraz, kiedy czarodziej najbardziej by się nam przydał! - narzekał Bombur, który chyba wierzył, że gdyby Gandalf był, to mógłby od ręki wyczarować pieczona baraninę, oczywiście na gorąco.
Zboczyli ku kępie drzew, zaraz bok traktu. Grunt był jednak nasączony wodą, a wiatr strącał krople wody z liści drzew. Oin i Gloin zebrali chrust, ale jakiś zły urok był albo w drewnie, albo w ich krzesiwach. Krasnoludy umieją bowiem, zazwyczaj rozniecać ognisko z byłe czego i byłe gdzie, nawet w najgorszym wietrze. Ale tej nocy nikt nie umiał sobie z tym poradzić, nawet Oin i Gloin, mistrzowie w tej sztuce.
Pozostali siedli w około posępni i zmoknięci, klnąc na Oina i Gloina, gdy ci dalej biedzili się nad roznieceniem ogniska. W końcu Oin i Gloin stracili cierpliwość i zaczęli się kłócić. Bilbo siedział oparty o pień drzewa, skulony i zrezygnowany. Doszedł właśnie do wniosku, ze nawet jeżeli przygody zaczynają się jako konna przejażdżka w majowym słońcu, to wkrótce i tak cię zawiodą w nieznane - jeżeli to jeszcze można nazwać przygodą.
Nagle Balin, który zazwyczaj pełnił straż, powiedział cicho:
- Tam coś się świeci! - wskazał na, porośnięte gęstwina krzaków i drzew, zbocze wzgórza po drugiej stronie traktu.
Wszyscy dostrzegli światełko, dość wysoko ponad drogą, migocące wśród ciemnej masy drzew. Był to czerwonawy, ciepły blask, jak gdyby ognisko czy migotanie pochodni. Przyglądali się mu przez pewien czas, a potem wybuchła kłótnia. Jedni mówili "nie", inni mówili "tak". Jedni powiadali, że warto by przynajmniej pójść i zobaczyć, ze wszystko jest lepsze niż skąpa kolacja, chude śniadanie i mokra odzież na grzbiecie przez całą noc. Gloin z kolei powiedział, ze wyobraża sobie wiele rzeczy, które mogą być znacznie gorsze.
- Rozpal tedy ognisko - odpowiadali inni.
Balin miał najwięcej wątpliwości.
- To mało znane ziemie, gdzie należy być ostrożnym - mówił. - Są bardzo blisko wielkich gór, jeżeli się nie mylę. To ziemia niczyja, nie uświadczycie tutaj map, straży, czy patroli.
- Mówisz, że nie słyszeli tutaj o królu? - spytał Bilbo z drżącym sercem, gdyż w Shire, tak się mówiło jedynie o rzeczach dzikich i niegodziwych.
- Króla od dawna juz nie ma - odparł Balin. - Nie ma tu praw i czym mniej wścibski jesteś, tym mniej kłopotów znajdziesz.
- Bądź co bądź jest nas czternastu - rzekł Fili. - Potrafimy o siebie zadbać.
- Gdzie też musiał się zapodziać Gandalf? - jęczał Bombur, rozglądając się w około, tak jakby miał nadzieję, ze czarodziej zaraz wyskoczy zza jakiegoś drzewa.
To pytanie wszyscy powtarzali, a Bilbo nawet kilkukrotnie. W dodatku deszcz lunął jeszcze rzęsiściej, a Oin i Gloin wszczęli bójkę i zaczęli się okładać kijami, które nie chciały się zapalić.
To rozstrzygnęło sprawę.
- Koniec końców, czyż nie mamy w kompanii włamywacza? - zapytali. - Dyskrecja, to właśnie to co w tej chwili się przyda.
Ruszyli, wiodąc kuce przez drogę, poczym powoli i ostrożnie zaczęli się wspinać na przeciwległy stok. Nie napotkali żadnej ścieżki, która mogłaby wieść do domu jakiegoś drwala czy leśniczego, a drzewa rosły gęsto, otoczone bujnym podszytem. Mimo, iż dokładali wszelkich starań nie uniknęli w tych ciemnościach hałasu, szelestów, skrzypienia i trzasku gałęzi pod nogami, ani stękania i przekleństw pod nosem.
Nagle i całkiem niedaleko czerwone światło zabłysło bardzo jasno pomiędzy drzewami. Zatrzymali się, gdyż kuce, które jak dotąd szły, choć bardzo niechętnie, teraz zatrzymały się wyraźnie przestraszone. Szarpały się i wyraźnie miały ochotę pognać w dół zbocza. Krasnoludowie zakryli im łby płaszczami i próbowali je uspokoić.
- Teraz kolej na włamywacza - orzekli krasnoludowie, spoglądając w kierunku Bilba, który stał trzęsąc się i spoglądając na poblask ogniska.
- Musisz tam iść i wybadać, co to za światło - rzekł Thorin. - Zobacz co tam się dzieje i czy jest bezpiecznie i spokojnie.
- Idź co żywo, ale skrycie. Wracaj prędko, jeżeli wszystko będzie w porządku. Jeżeli nie, to wracaj jeżeli zdołasz. A jeżeli nie, to daj znak: huknij dwa razy jak sowa i raz jak puszczyk, a wtedy zobaczymy co da się zrobić.
Powiedziawszy to popchnął Bilba w kierunku ogniska.
I tak hobbit musiał ruszyć na zwiady, nim zdołał wyjaśnić, że nigdy w życiu nie słyszał puszczyka. Chciałbym umieć latać jak nietoperz, pomyślał. Nie potrafił, ale umiał się poruszać równie cicho po twardej ziemi, choć może nie tak szybko. Hobbici potrafią bowiem przemieszczać się po lasach praktycznie bezszelestnie. I bardzo się szczycą ta umiejętnością. Bilbo nie raz nie dwa prychał na "krasnoludzkie hałasy", jak je nazywał, kiedy szli pod górę. Chociaż podczas wietrznej nocy Duzi Ludzie niczego zapewne by nie usłyszeli. Kiedy zaś Bilbo skradał się w stronę ognia, nawet czujna łasica nie poruszyłaby wąsem, kiedy by ja mijał. Toteż niezauważony dotarł do samego ogniska, bo było to ognisko, i oto co tam zobaczył.
Na ogromnym ognisku płonęły pnie brzóz, a w około siedziało trzech olbrzymów. Na długich patykach przypiekali połcie baraniny i zlizywali tłuszcz z palców. W około rozchodził się niezwykle smakowity zapach. Nieopodal stała beczka zacnego piwa, a olbrzymi popijali raz co raz z ogromnych dzbanów. To były trolle. Bez wątpienia trolle. Nawet Bilbo, który spędził życie w zaciszu, rozpoznał ich od ręki, widząc ich wielkie, grubo ciosane twarze, ich ogromny wzrost, kształt nóg, no i ich język. W żadnym przypadku nie podobny to tego, którym posługiwano się w Shire.
- Baranina wczoraj, baranina dzisiaj, i niech mnie szlag trafi, jeżeli jutro znowu nie będzie baranina - powiedział jeden z trolli.
- Jużem zapomniał, kiedy ostatnim razem miałem w gębie kęs ludziny - powiedział drugi. - I co takiego cholernie dobrego nam przyszło ze zwalenia mostu? Nikogośmy nie złapali. Nikt nie lazł tędy od wielu dniów.
- Tja, to był pomyślunek Willima, - powiedział pierwszy troll. - Za cholerę nie wiem, co mu tam walło do łba, żeby nas tutaj przywlec, w te strony. Co gorsze w beczce też juz dno widać - powiedział szturchając Williama, który właśnie pociągał z dzbana.
William zakrztusił się.
- Zamknij te swoją gębę - powiedział gdy wreszcie mógł dobyć glosu. - Czego byś chciał, żeby ludzie tu siedzieli i czekali, aż ich zeżrecie na spółkę z Bertem? Każdy z was już zażarł po półtorej wsi, odkąd przyleźliśmy z gór. Wszyscy ludziowie spietruszyli. Czegoście się spodziewali? A były takie czasy, żebyście dziękowali Billowi, za podaj ochłap baraniej padliny.
To powiedziawszy William ugryzł przypieczone udo baranie, i otarł swe usta rękawem.
Tak właśnie zachowują się trolle, nie inaczej. Wielcy, chciwi i tępi brutale. Istnieją także inne ich rodzaje, bardziej chytre i niebezpieczne, ale Tom, Bert i William, byli już wystarczająco groźni. Jak tylko Bilbo się zorientował z kim ma do czynienie, powinien natychmiast zawrócić i ostrzec przyjaciół, że mają do czynienia z trzema trollami w paskudnym nastroju, którzy z pewnością zjedli by dla odmiany kucyka, albo pieczonego krasnoluda. Mógł też szybko cos zwinąć. W legendach, prawdziwie profesjonalny włamywacz, w takim momencie przeszukałby kieszenie trolli, zwinąłby pieczona baraninę, wylał piwo i uciekł, podczas gdy trolle ciągle by się zastanawiały co się stało. Albo jeszcze lepiej i bardziej praktycznie, przeszyłby jednego trolla po drugim sztyletem, nimby się obejrzeli. A wtedy on i krasnoludowie spędzili by te noc radośnie.
Bilbo wiedział o tym. Czytał i słyszał opowieści o wielu rzeczach, których nie widział na oczy i nie robił. Był przestraszony i przepełniał go wstręt, najchętniej chciałby być o sto mil stąd, a mimo to, nie wiedzieć czemu, nie mógł się zdecydować na powrót do Thorina i kompanii z pustymi rekami. Stał więc w mroku, na obrzeżu polany i wahał się. Spośród wielu, rozmaitych złodziejskich sztuczek, o jakich w życiu słyszał, najłatwiejsza wydała mu się kradzież kieszonkowa. Toteż w końcu podpełznął w cieniu drzew tuż za plecy Williama.
Bert i Tom właśnie oddalili się ku beczce z piwem. William pociągnął z dzbanka. Bilbo zdobył się na odwagę i wsunął małą swą rękę do przepaścistej kieszeni trolla. Była w niej sakiewka, dla hobbita wielka jak worek węgla. Ha! - pomyślał, zapalając się do tej nowej dla siebie roboty i ciągnąc ostrożnie sakiewkę ku górze - dobry początek!
Rzeczywiście, dobry! Bo sakiewki trolli z reguły bywają zaczarowane, a ta nie stanowiła wyjątku.
- Ejże! Coś ty za jeden!? - pisnęła gdy Bilbo ja wyciągał z kieszeni. William odwrócił się błyskawicznie i capnął hobbita za kark, nim biedak zdążył dać nura między drzewami.
- Raju, Bert, patrzaj com chwycił! - zawolała William.
- A co to takiego? - spytali tamci podchodząc bliżej.
- A niech mnie coś trafi, jeżeli wiem. Coś ty za jeden?
- Bilbo Baggins, włamy... hobbit - rzekł nieszczęsny Bilbo trzęsąc się od stó do głów i zastanawiając się, jakby tu huknąć sowim głosem, zanim troll go zadusi.
- Wlamyhobbit!? - spytali trochę zaskoczeni. Trolle na ogół ciężko myślą i bardzo podejrzliwie podchodzą do nowych rzeczy.
- I czego taki włamyhobbit szuka w mojej kieszeni? - spytał William.
- Ciekawe, czy nada się toto na pieczyste? - spytał Tom.
Można popróbować - rzekł Bert chwytając za szpikulec.
- Eee, nie starczy tego nawet na jeden ząb - powiedział William, który juz był po dobrej kolacji. - Mało zostanie, kiedy odrzuci się skórę i gnaty.
- Może jest ich tam gdzie więcej w okolicy. Wtedy udusiłoby się ich w potrawce - rzekł Bert. - Gadaj no małe paskudztwo, czy jest dużo takich jak ty w tym lesie? - spytał, przyglądając się kudłatym stopom hobbita, po czym chwycił go za wielkie palce u nóg i potrząsnął.
- Mnóstwo! - krzyknął Bilbo, zapominając w pierwszym strachu, że nie wolno zdradzać przyjaciół. - Nie ma ani na lekarstwo - poprawiła się natychmiast.
- Co to znaczy? - spytał Bert, nie wypuszczając go z reki, ale teraz trzymając juz za włosy, głowa do góry.
- To, co mówię - bez tchu odpowiedział Bilbo. - proszę, niech mnie łaskawi panowie nie pieką na rożnie. Sam jestem doskonałym kucharzem i wole gotować niż być gotowanym, jeżeli pan rozumie co mam na myśli. Przyrządzę wam coś pysznego, wspaniałe śniadanko, bylebyście mnie nie zjedli na kolację.
- Biedny głupol - rzekł William, który już solidnie się najadł i wypił sporo piwa. - Biedny głupol. Puśćmy go!
- Nie puszczę, dopóki nie powie, co to znaczy: i mnóstwo, i ani na lekarstwo - powiedział Bert. - Nie chcę by mi poderżli gardło, kiedy zasnę. Będę mu na ogniu pięty przypiekał, aż wyszczeka wszystko.
- Nie zgadzam się - rzekł William. - To ja go chyciłem, a nie ty.
- Spasiony dureń z ciebie, Williamie - rzekł Bert - jak to już zresztą dawno gadałem.
- A z ciebie cham!
- Tego ci nie daruję Billu! - wrzasnął Bert waląc Williama pięścią miedzy oczy.
Ten poderwał się z rykiem i walnął Berta prosto w noc. Bojka rozpętała się na dobre. Bilbo miał jeszcze na tyle przytomności umysłu, żeby skorzystać z zamieszania, i kiedy Bert go upuścił na ziemię, wymknął się między nogami dwóch trolli, którzy rzucili się na siebie niczym wściekłe psy, wywrzaskując przy tym różne wyzwiska, bardzo szkaradne, ale najzupełniej dla nich stosowne. Wkrótce spleceni wzajemnie ramionami tarzali się po ziemi, omal nie wpadając na ognisko, wierzgając przy tym i grzmocąc się pięściami, podczas gdy trzeci kamrat, Tom, obu walił kijem; chciał ich w ten sposób przywołać jakoś do rozumu, ale oczywiście tym bardziej rozwścieczył zapaśników.
Bilbo w tym momencie powinien był umknąć, ale noga, zgnieciona w potężnej pięści Berta, bardzo go bolała, tchu brakowało w piersi, w głowie kręciło się. Leżał więc jeszcze przez długa chwilę tuż poza kręgiem światła bijącego od ogniska i dyszał ciężko.
Trolle wciąż się ze sobą biły, kiedy nadszedł Balin. Krasnoludowie słyszeli z daleka zgiełk, ale nie mogąc się doczekać ani powrotu hobbita, ani hukania sowy, zostawili Bombura, by zajął się kucami, a sami ruszyli jeden za drugim, kierując się w stronę ognia. Porzucanie towarzyszy wyprawy nie leżało bowiem w ich charakterze. A teraz Balin stał rozglądając się i zastanawiając, gdzie też, całym tym chaosie, może być Bilbo. Tom zauważył go kątem oka w blasku ognia i ryknął dziko. trolle nienawidzą bowiem samego widoku krasnoludów (nie przyrządzonych) . Bert i Bill natychmiast skończyli bójkę, i ryknęli obaj - Dawaj worek, Tom, a żywo!
Nim Balin się zorientował, miał już worek na głowie i obezwładniony krasnolud leżał na ziemi.
- Przylezie ich tutaj więcej - rzekł Tom - albo siem grubo mylem. Z nimi tak: albo żaden, albo kupą. Nie jakieś tam włamyhobbity, ale krasnoludy. Bo ten mi wyglądał na krasnoluda, na pewno.
- Masz rację - powiedział Bert. - Schowajmy się w cieniu.
Tak tez zrobili. Z workami, których używali do przenoszenia porwanych owiec lub innej zdobyczy, przyczaili się w ciemnościach. Co który Krasnolud wychynął z lasu i zagapił się na ognisko, na przewrócone dzbanki i ogryzione baranie kości - hop! - spadał mu znienacka cuchnący worek na głowę. Wkrótce leżał tak uwięziony Dwalin obok Balina, Bifur i Bofur w jednym worku, a Dori, Nori i Ori na kupie, Oin zaś, Gloin, Fili i Kili jeden na drugim, bardzo niewygodnie zaraz obok ogniska.
- Będa mieli nauczkę - rzekł Tom, ponieważ Fili i Kili sprawili mu dużo kłopotu walcząc zajadle, jak to zwykle krasnoludowie, kiedy ktoś przyprze ich do muru.
Ostatni przyszedł Thorin i ten przynajmniej nie został zaskoczony znienacka. Idąc już węszył zasadzkę i nim jeszcze spostrzegł nogi swych przyjaciół sterczące z worków, zrozumiał, ze dzieje się cos niedobrego. Zatrzymał się nieco dalej w ciemnościach i spytał.
- A co to za awantura? Kto pobił moich towarzyszy?
- Trolle! - odparł Bilbo ukryty za drzewami; zbóje tymczasem zapomnieli o hobbicie. - Czają się w krzakach z workami - dodał.
- Aaaa, to tak?! - zawołał Thorin i dal susa ku ognisku, nim trolle zdążyły zarzucić na niego worek. Chwycił długą gałą, płonąca na drugim końcu, i śmignął nią w oczy Bertowi, który nie zdołał w porę odskoczyć. Bert na długa chwile musiał wycofać się z walki. Bilbo natomiast włączył się do niej, jak umiał. Złapał Toma za nogę - chociaż nie mógł jej objąć, bo była gruba niczym pień drzewa. Mimo to Tom jednym kopniakiem sypnął Thorinowi w twarz snop iskier, a hobbita wysłał w powietrze tak, że nieborak wylądował na szczycie jakiegoś, kolczastego krzaka.
Tom natomiast oberwał gałęzią w zęby i stracił w ten sposób jeden ze swoich kłów. Cofnął się krzycząc i klnąc w niebogłosy. Ale w tym momencie zza jego pleców wysunął się William i nakrył Thorina workiem - od głowy aż do stóp. Walka była skończona. Nie ma co mówić krasnoludowie wpadli okropnie. Wszystkie poza Bomburem znalazły się w workach, mocno zawiązanych postronkiem, a trzech wściekłych trolli - z których dwaj na dobitkę byli poparzeni i posiniaczeni - radziło nad tym, czy ich upiec na wolnym ogniu, czy posiekać na drobne kawałki i ugotować, czy po prostu, siadając kolejno na workach, zmiażdżyć ich na galaretę. Bilbo zaś uczepiony kolczastego krzaka, w podartym ubraniu i z podrapana skorą, nie śmiał nawet drgnąć, żeby go zbóje nie usłyszeli.
I w tym właśnie momencie powrócił Gandalf. Nikt jednak go nie spostrzegł. Trolle właśnie zadecydowały, że należy upiec krasnoludów niezwłocznie, a pożreć dopiero później. Taki wniosek wysunął Bert, a dwaj jego kamraci zgodzili się na to po długiej dyskusji.
- Nie ma sensu brać się teraz do pieczenia, zajmie nam to całą noc - rozległ się głos. Bert myślał, ze powiedział to William.
- Nie zaczynaj wszystkiego od początku, Billi - rzekł - bo wtedy będziemy się kłócić przez całą noc.
- A kto tu się spiera? - oburzył się William, przekonany, że głos należał do Berta.
- Ty się spierasz - rzekł Bert.
- A ty łżesz - wrzasnął William i awantura rozgorzała na nowo. W końcu uradzili, ze posiekają Krasnoludów w drobną kostkę i ugotują.
- Gotowanie nie ma sensu. Wody nam brak, a do źródła daleko i w ogóle za wiele z tym, zachodu - odezwał się głos. Bertowi i Williamowi wydawało się, ze to głos Toma.
- Zamknął byś gębę - powiedzieli - bo nigdy z tym nie skończymy. Zamiast tyle pyskować, kopnij się lepiej po wodę.
- To ty zawrzyj gębę - odrzekł Tom, przekonany, ze był to glos Willima. - Kto tu najwięcej pyszczy, jak nie ty sam, chciałbym wiedzieć.
- Ale z ciebie kretyn - rzekł William.
- Sam jesteś kretynem - odwrzasnął Tom.
I znowu zaczęli się kłócić, jeszcze zapalczywiej niż przedtem, aż wreszcie postanowili siadać kolejno na workach, żeby zmiażdżyć krasnoludów na galaretę, a ugotować dopiero później.
- Którego weźmiemy na początek? - spytał głos.
- Najlepiej zacząć od ostatniego - powiedział Bert, któremu Thorin boleśnie podbił oko. Bert myślał, że pytanie zadał Tom.
- Coś ty? Sam do siebie gadasz? - zdziwił się Tom. - Ale jeśli chcesz, możesz siąść najpierw na ostatnim. Który to?
- Ten w żółtych spodniach - rzekł Bert.
- Bzdury pleciesz - powiedział głos, naśladując bas Williama. - W szarych.
- Założę się, że w żółtych - odparł Bert.
- Racja, w żółtych - potwierdził William.
- To czegoś gadał, że w szarych? - krzyknął Bert.
- A bo ja coś gadałem? To Tom.
- Ja? Nic nie mówiłem - rzekł Tom. - To ty powiedziałeś.
- Jak ci dwóch mówi, że to ty, to się przestań wreszcie kłócić - rzekł Bert.
- Do kogo ta mowa? - spytał William.
- Dość tego! - obaj razem zawołali Tom i Bert. - Noc mija, dzień teraz świta wcześnie. Bierzmy się do roboty.
- Dzień świta, co w kamień was obróci! - odezwał się głos, podobny do basu Williama. Ale to nie był głos Willima. W tym momencie bowiem świt błysnął blado pomiędzy drzewami i rozległ się ptasi świergot. William nie mógł się odezwać, bo tak jak stał, pochylony nad workiem, nagle skamieniał. A Bert i Tom, patrząc na niego , w tym samym okamgnieniu zastygli w skałę. Stoją na tym miejscu po dziś dzień, samotni, chyba że jakiś ptak przysiądzie któremuś na ramieniu. Albowiem trolle musza przed świtem wracać pod ziemię, a jeśli tego nie zrobią, obracają się w skałę, z której powstały, i nigdy już nawet drgnąć nie mogą. To właśnie przydarzyło się Bertowi, Tomowi i Williamowi...
- Wspaniale - rzekł Gandalf wychodząc zza wielkiego drzewa i pomógł Bilbowi zleźć z ciernistego krzaka. Hobbit teraz zrozumiał wszystko. To głos czarodzieja podżegał trolle do kłótni i sporów tak długo, aż brzask ich zaskoczył.
Zaraz we dwóch wzięli się do rozwiązywania worków i uwalniania krasnoludów. Na wpół uduszeni, byli wyraźnie wściekli. Niewielka to była przyjemność leżeć bezsilnie i słuchać jak trolle naradzają się, czy cię upiec, czy posiekać, czy rozgnieść. Bilbo musiał dwa razy powtarzać swoja opowieść o całej przygodzie, a i tak nie ukoiło to złości Thorina.
- Co za głupota, aby wprawiać się w kieszonkowej kradzieży! - rzekł Thorin. - Jedyne czego przecież chcieliśmy to ogień i strawa.
- A w każdym przypadku, żadnej z tych dwóch rzeczy nie uzyskalibyście od trolli bez walki - rzekł Gandalf. - Mogło być o wiele gorzej. Tak czy inaczej nie ma co teraz tracić czasu. Czy nie wiecie, że trolle musiały mieć gdzieś w pobliżu jaskinię, w której chowały się przed słońcem? Warto by tam zajrzeć.
Przeszukali więc okolicę i wkrótce trafili na ślady wydeptane ciężkimi butami trolli wśród lasu. Idąc tym tropem pod gorę, znaleźli ukryte w zaroślach ogromne kamienne drzwi wiodące do podziemi. Nie mogli ich jednak otworzyć, chociaż pchali wszyscy naraz, a Gandalf próbował różnych zaklęć.
- Może to na coś się przyda? - spytał Bilbo, gdy już cała kompania zmęczyła się i zirytowała na dobre. - Znalazłem to na ziemi, kiedy trolle biły się między sobą. - I pokazał ogromny klucz, który Williamowi zapewne wydawał się maleńki i łatwy do ukrycia. Musiał ten klucz wypaść trollowi z kieszeni, na szczęście stało się to, nim cały olbrzym obrócił się w kamień.
- Czemuż, do licha, wcześniej tego nie powiedziałeś? - krzyknęli krasnoludowi, a Gandalf chwycił za klucz i wcisnął go w otwór zamka. Kamienne drzwi jednym potężnym zamachem otwarły się oścież, a cała kompania zeszła w głąb piwnicy. Na ziemi poniewierały się ogryzione kości, w powietrzu unosił się przykry zaduch, ale było sporo żywności niedbale rzuconej na półki lub po kątach, między bezładnymi stosami łupów wszelkiego rodzaju - od różnego rodzaju guzików i zaśniedziałych brosz, po stojące w kącie garnki pełne złotych monet. Na wbitych w ściany kołkach wisiało sporo ubrań - jedyne co pozostało z wielu biednych leśnych ludzi i pasterzy, którzy ciągle mieszkali rozrzuceni w pobliskiej dziczy. Za kolejnymi drzwiami znaleźli wiele schowanych mieczy i noży najprzeróżniejszych kształtów i rozmiarów. Dwa z nich natychmiast zwróciły ich uwagę ze względu na ich bogato zdobione pochwy i wysadzane szlachetnymi kamieniami rękojeści, które zdawały się świecić w półmroku.
Gandalf wziął jeden z mieczy, a drugi wręczył Thorinowi. Bilbowi dał sztylet ozdobiony srebrna gałką. - Podarunek w sam raz dla hobbita! - powiedział skłaniając się, co sprawiło mu wielka przyjemność, chociaż nie uważał by zasłużył na uznanie. Popatrzył na sztylet schowany w czarnej pochwie z tłoczonej skóry, kiedy go dobył, zauważył, że ostrze jest jasne i bez najmniejszej skazy. Było na tyle długie, że spokojnie mogło służyć hobbitowi za miecz.
- Te ostrza także wyglądają bardzo porządnie, - powiedział czarodziej, wysuwając miecze z pochew i uważnie się im przyglądając. - Na pewno nie zostały wykonane, przez trolli, ani przez ludzkich płatnerzy z naszych czasów. Niestety są bardzo zabrudzone plamami czarnej krwi goblinów. Kiedy się je oczyści i będzie można odczytać wyryte na ostrzach runy, czegoś więcej się dowiemy o tych mieczach.
- Wyjdźmy wreszcie z tego okropnego zaduchu! - rzekł Fili.
Wynieśli więc z piwnicy garnki ze złotymi monetami oraz te prowianty, które wydawały się nietknięte przez trolli i zdatne do spożycia, a także baryłkę piwa, jeszcze pełną. Wszyscy już marzyli o śniadaniu i tak byli głodni, że nie kręcili nosami na wątpliwe przysmaki z trollowej spiżarni. Własne ich zapasy już się kończyły. Teraz bądź co bądź mieli chleb i ser, piwa pod dostatkiem i słoninę, która przypiekali po kawałku w żarze ogniska.
- Teraz poszukajcie lepiej Bombura - rzekł Gandalf. - będziemy potrzebowali kucy, jeżeli nie zginęły.
Bifur i Bofur udali się w dół zbocza, a wkrótce wrócili ze starym grubym krasnoludem. Wyglądał raczej nieszczęśliwie. Nie dlatego, ze minęła go przygoda z workami, ale znaleźli go pogrążonego w mocnym śnie i żadnych kucyków. Thorin nie był zadowolony.
Gandalf roześmiał się. - Nic nie szkodzi! - rzekł. - Zjedzmy najpierw śniadanie. Byliście głupi ciągnąc je ze sobą. I tak jestem zaskoczony, ze udało się wam doprowadzić je aż tak daleko. Nikt by ich nie utrzymał, kiedy zaczęły się hałasy. Ale nie martwcie się, nic im się nie stało. Ronald zaopiekował się nimi.
Tak więc zasiedli do wielkiego śniadania, które bardziej wyglądało na ucztę. Potem przespali się (nawet Bombur), bo należało im się po tak burzliwej nocy. Nie ruszyli się przed popołudniem. Wtedy wstał Gandalf i poszedł w dół zbocza, a wkrótce powrócił wiodąc swego siwego konia, za którym potulnie podążały kucyki.
Krasnoludowi spakowali całe jedzenie jaki pozostało po uczcie i inne rzeczy, które mogły się przydać w dalszej podróży. Załadowali także garnki ze złotem, które potem zakopali w chaszczach nieopodal drogi. Miejsce zabezpieczyli licznymi zaklęciami i naznaczyli runicznymi kamieniami, na wypadek gdyby udało im się wrócić z wyprawy i odzyskać łup. Kiedy się z tym wszystkim uporali, dosiedli swoich wierzchowców i ruszyli dalej traktem ku wschodowi.
- Gdzież to zniknąłeś tak bez słowa, jeżeli mogę wiedzieć? - zapytał Thorin, gdy tak jechali obok siebie.
- Przepatrywałem drogę przed nami - odparł czarodziej.
- A co cię sprowadziło powrotem, w najodpowiedniejszej chwili?
- Spojrzałem w porę na drogę za sobą - odpowiedział Gandalf.
- Nie wątpię - rzekł Thorin - ale czy nie mógłbyś powiedzieć nieco więcej?
- Popędziłem na przód w poszukiwaniu przyjaciół. Zerwany most był złym znakiem, a my mieliśmy mało prowiantu na najbliższych kilka dni. Tak, jak miałem nadzieję, nie ujechałem daleko, jak spotkałem kilku przyjaciół z Rivendell.
- Gdzie to jest? - spytał Bilbo, który trzymał się tak blisko czarodzieja, jak to było możliwe.
- Nie przerywaj! - rzekł Gandalf. - Jeśli ci się poszczęści, będziesz tam za kilka dni, a wtedy sam wszystko zobaczysz. Otóż, jak mówiłem, Elrond już słyszał o kłopotach. Strażnicy byli na wyprawie, więc wysłał dwóch ze swoich poddanych by zbadali sprawę. Powiedzieli mi, że trolle nadciągnęły z północy, obawiali się, ze trzech z nich osiadło w lasach nieopodal drogi. Okoliczni mieszkańcy zbiegli dalej na południe, a oni czyhali na przejezdnych.
- Wracaj, i to szybko - powiedziałem do siebie, a spoglądając wstecz zauważyłem w oddali ogień. Przybyłem tak szybko, jak szybko dał rade mnie nieść Ronald. Znalazłem wasze kuce zbite w stado na drodze, z opuszczonymi łbami i ogonami zwrócone ku północy. A reszty się już zapewne domyślasz. Bardzo was proszę, na przyszłość bądźcie ostrożniejsi, bo inaczej nigdzie nie dotrzemy. Moi przyjaciele nie mieli prowiantu na zbyciu, gdyż akurat polują: w okolicy są też inne złe stwory. Spiżarnia trolli to odrobina szczęścia, na które nie zasłużyliście. Gdyby nie pan Baggins, leżelibyście teraz wśród innych kości na jej podłodze.
- Nie ma o czym mówić! - rzekł Thorin.

Tłumaczenie: Michał ´MumakiL´ Leśniewski



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl