Strona Główna
Archiwum News
Redakcja
Współpraca
O Stronie
Subskrypcja



J.R.R Tolkien
Zdjęcia Tolkiena
Inspiracje Tolkiena
Śladami Tolkiena
Eseje i felietony
Wywiady
O Książkach
Recenzje
Zapowiedzi wydawnicze
Wiersze
Tłumacze
Tłumaczenie "Hobbita"
Okładki
Wizje Ardy
Dźwięki Ardy
Opera "Leithian"
Galeria
Postacie
Mapy
Valinor
Proroctwa Mandosa
Numenor
Śródziemie
Miejsca
Rasy
Trzy Rasy
Języki
Bronie
Bitwy
Chronologia Krain Zachodu



Wydarzenia Tolkienowskie
FanKlub
FanArt
Wiersze Fanów
Fan Fiction
Hydepark
Horoskopy
Gadżety
Fan Quiz
Komiksy
Hobbit - komiks
Galeria na życzenie



Film-po co
Wersja DVD
Tapety
Download
Trailery
Enya
Obsada
Artykuły prasowe
Reżyser
Ekipa Filmowa
Nowa Zelandia
Wytwórnia
Efekty specjalne
Muzyka Filmowa
Recenzje filmu
Wasze opinie



Kalendarium
Księga gości
Czat
Linki

Rozdział I

Dobrze zaplanowana zabawa

W pewnej norce mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to paskudna, wilgotna dziura wypełniona robakami i zatęchłym zapachem. Nie była to też sucha i goła, piaszczysta nora bez nawet kawałka stołka do siedzenia, czy czegokolwiek do jedzenia. Była to hobbicka norka, a to oznacza: norka z wygodami.

Miała drzwi doskonale okrągłe jak okienko okrętowe, pomalowane na zielono, z lśniącą, żółtą mosiężną klamką, sterczącą dokładnie pośrodku. Drzwi prowadziły do hallu, który miał kształt rury i wyglądał jak tunel: był to obszerny tunel, ale ciemny, jeżeli nie zapalono lamp. Na kafelkowej podłodze leżał chodnik; nie brakowało tu politurowanych krzeseł ani mnóstwa wieszaków na kapelusze i płaszcze, bo hobbit bardzo lubił gości. Tunel wdrążał się głęboko we wnętrze pagórka - a raczej: Pagórka Hobbitonu, blisko, którego szczytu mieszkał nasz hobbit. Mnóstwo okrągłych drzwiczek otwierało się to po jednej, to po drugiej jego stronie. Hobbici nie uznają schodów. Sypialnie, łazienki, piwnice, spiżarnie (mnóstwo spiżarni!), garderoby (hobbit miał kilka pokoi przeznaczonych wyłącznie na ubrania), kuchnie, jadalnie - wszystko mieściło się na tym samym piętrze. Najprzedniejsze pokoje znajdowały się z lewej strony patrząc od wejścia, ponieważ tylko te miały okna, głęboko osadzone, okrągłe okna z widokiem na ogród, a dalej na łąki zbiegające w dół ku rzece.

Ów hobbit był bardzo zamożny, jak powiadają, a nazywał się Baggins. Bagginsowie żyli w okolicy Hobbitonu od niepamiętnych czasów i cieszyli się powszechnym szacunkiem nie tylko dlatego, że prawie wszyscy byli bogaci, lecz także dlatego, że nigdy nie miewali przygód i nie sprawiali niespodzianek: każdy z góry wiedział, co Baggins powie o tej czy innej sprawie, tak że nie potrzebował się trudzić zadawaniem pytań. Ale w tej historii opowiemy o Bagginsie, którego spotkała przygoda i który zrobił oraz powiedział wiele kompletnie niespodziewanych rzeczy. Został wciągnięty do wielkich wydarzeń, których znaczenia nigdy nie pojął i stał się kimś bardzo ważnym, choć o tym nie wiedział.

Jak było to zadziwiające mogą zrozumieć tylko ci, którzy wiedzą cokolwiek o hobbitach. A trochę wiedzy przyda się w dzisiejszych czasach, gdyż hobbitów jest niewielu, i unikają Dużych Ludzi, jak nas nazywają. Hobbici są niewielkiego wzrostu, mierzą mniej więcej połowę naszego wzrostu, a czasami nawet mniej. Często byli niżsi niż krasnoludowi z tamtych czasów, z którymi zresztą nie są zupełnie spokrewnieni - hobbici w ogóle nie mają bród. Kochają spokój i ciszę porządnej, i dobrze zagospodarowanej wsi. Zdecydowana większość z nich jest rolnikami, choć wielu sprawnie się posługuje wszelkimi narzędziami. Mają długie i zręczne palce i wyrabiają wiele użytecznych i pięknych przedmiotów, głownie z drzewa, gliny i szkła. Wśród nich jest jednak tylko niewielu szewców, gdyż tylko wyjątkowo noszą buty i kamasze. Nie potrzebują ich gdyż ich stopy są z przyrodzenia opatrzone twarda podeszwą i są porośnięte aż po kostki ciepłymi, kędzierzawymi włosami, bujnymi i brązowymi, podobnymi do tych, porastających ich głowy. Mają poczciwe twarze, szerokie, o błyszczących oczach i rumianych policzkach, i usta stworzone do śmiechu. A śmieją się dużo i serdecznie. Podobnie, jedzą i piją, często i do syta, gdyż kochają żarty i sześć posiłków dziennie (jeżeli tylko maja okazję tyle zjeść).

Ubierają się w jasne kolory, szczególnie lubią żółcie i zieleni, gdyż kochają pola i drzewa. A chociaż mają tendencję do tycia i nie spieszą się bez potrzeby są zwinni, mają ostry słuch i wzrok. Od zawsze posiadali umiejętność szybkiego i bezszelestnego poruszania się, oraz znikania kiedy w pobliże zabłądzą duzi ludzie lub zwierzęta, z którymi nie maja ochoty się spotykać. Nam ich zdolności mogą się wydawać magicznymi, ale hobbici tak na prawdę nigdy nie praktykowali magii żadnego rodzaju. Ich umiejętności są wrodzone, rozwijane poprzez praktykę i wspierane ich bliskim związkiem z ziemia i roślinami.

Możnaby powiedzieć o nich o wiele więcej. Na ten moment jednak tyle wystarczy opisu hobbitów, a dokładniej tego ich rodzaju, który w tamtych dniach zamieszkiwał od kilkuset lat, niewielką krainę, daleko na północnym-zachodzie Śródziemia, którą nazywali Shire.

Najważniejszą rodziną w Shire byli Tukowie, których posiadłości leżały za Wodą, niewielką rzeczką biegnącą u stóp Pagórka. To istotna informacja, gdyż matką naszego hobbita, Bilbo Bagginsa, była Belladonna Tuk, najstarsza z trzech niepospolitych córek Starego Tuka, głowy wszystkich Tuków, sławnego, gdyż dożył sędziwego wieku stu trzydziestu lat. Powiadano często (wśród innych rodzin), że w żyłach Tuków musiała płynąc kropla elfiej krwi, co oczywiście było kompletną bzdurą. Niewątpliwie jednak Tukowie zawsze mieli w sobie coś niezupełnie hobbickiego, niezgodnego z normami panującymi w Shire, być może jakąś domieszkę obcej krwi z dawnych czasów. Od czasu do czasu zdarzało się bowiem, że ktoś z członków tego rodu wyruszał w świat szukać przygód. Taki Tuk znikał dyskretnie, a rodzina nie rozgłaszała sprawy.

Nie to, żeby Belladonna Tuk miała jakiekolwiek przygody, odkąd wyszła za Bungo Bagginsa. Bungo, ojciec Bilba, zbudował dla niej norkę tak wspaniałą, że nie znalazłoby się nic podobnego w całym Shire, nie licząc olbrzymiej, szczycącej się licznymi tunelami, sadyby Tuków. Norka Bunga i Belladonny była przewidziana dla dużej rodziny, lecz Bilbo był ich jedynym synem, oboje bowiem zmarli młodo jak na hobbitów, ledwie przekraczając osiemdziesiąty rok życia. A teraz w norce mieszkał sam Bilbo, zachowując się dokładnie tak, jakby był drugim wydaniem swojego solidnego i spokojnego ojca. Mimo wszystko wydaje się prawdopodobne, że odziedziczył po kądzieli ziarenko dziwactwa i że to ziarenko czekało tylko na okazję, by zakiełkować. Okazja jednak się nie nadarzyła, aż Bilbo dorósł, skończył pięćdziesiąt lat czy coś około tego, zamieszkał w pięknej hobbickiej norze zbudowanej przez ojca, w norze, którą wam już opisałem i - jak się zdawało - osiadł w swoim domu na dobre.

Pewnego ranka, dawno, dawno temu, w czas dla świata spokojny, gdy mniej na nim było zgiełku, a więcej zieleni, gdy hobbici żyli liczni i szczęśliwi, Bilbo Baggins zjadłszy śniadanie stał pod swymi drzwiami i ćmił olbrzymią, długą, drewnianą fajkę. Wtedy pojawił się tam Gandalf. Gandalf! Ci, którzy lubią Dawne Opowieści z pewnością nastawią uszu, chociaż tylko niewielu wie wszystko co możnaby opowiedzieć na jego temat. Gdziekolwiek bowiem zjawił się Gandalf, dochodziło do dziwnych wydarzeń, i pozostawiał po sobie wspaniałe opowieści. Jednocześnie wydawał się mieć szczególnie serdeczny stosunek do hobbitów, i swego czasu często odwiedzał Shire. Minęło jednak wiele lat odkąd ostatnim raz zjawił się tam, jeżeli nie liczyć krótkiej wizyty, kiedy umarł jego przyjaciel Stary Tuk. A minęło od tamtego wydarzenia już dwadzieścia lat. Toteż nawet najstarsi mieszkańcy Hobbitonu niemal zapomnieli, jak wygląda. Od czasu gdy byli młodzi bawił gdzieś daleko "za Pagórkiem i po drugiej stronie Wody" mawiali, w sobie tylko wiadomych sprawach. Dla małych hobbitów był jedynie bohaterem opowieści snutych przy kominku.

Wszystko co tego ranka zobaczył Bilbo, to starzec w wysokim, szpiczastym, niebieskim kapeluszu, w długim szarym płaszczu, przepasanym srebrną szarfą na którą spływała biała broda sięgająca mu poniżej pasa. Starzec miał na nogach wysokie czarne buty i wspierał się na lasce.
- Dzień dobry - powiedział Bilbo radośnie. Słońce bowiem świeciło, a trawa zieleniła się pięknie. Gandalf jednak spojrzał na niego spod bujnych, krzaczastych brwi, które sterczały aż poza szerokie rondo kapelusza.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał. - Czy oznajmiasz, że jest piękny poranek i sam dobrze się czujesz? A może życzysz mi, bym i ja się dobrze czuł? Może będę. To się jeszcze okaże.
- Mam nadzieje, że i ty będziesz dobrze się czuł, - rzekł Bilbo. - Czemu nie? A tak poza tym, w taki piękny dzień dobrze jest wypalić fajkę na świeżym powietrzu. Jeżeli masz przy sobie fajkę, siądź przy mnie, poczęstuję cię moim tytoniem, to "Stary Toby". Nie ma co się śpieszyć, cały dzień przed nami. - To rzekłszy Bilbo siadł na ławce obok swych drzwi, założył nogę na nogę i dmuchnął pięknym, siwym kółkiem dymu, które nie tracąc kształtu pożeglowało w powietrzu aż ponad szczyt Pagórka.
- Bardzo ładnie - powiedział Gandalf. - Ale nie mam dziś czasu na puszczanie kółek z dymu. Szukam kogoś, kto by zechciał wziąć udział w wyprawie, którą właśnie przygotowuję; bardzo trudno znaleźć kogoś odpowiedniego.
- Ja myślę, że trudno! W naszych stronach! My tu jesteśmy naród prosty i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. Nie pojmuję, co się w tym komuś może podobać. - Powiedziawszy to nasz pan Baggins zatknął kciuk lewej ręki za wycięcie kamizelki pod pachą i wypuścił następny, jeszcze większy pierścionek dymu. Potem sięgnął po ranną pocztę i zaczął czytać listy, udając, że nie zwraca wcale uwagi na starca. Doszedł do wniosku, że nie jest to odpowiednie dla niego towarzystwo, sprawiał, że czuł się niepewnie. Pragnął by wreszcie sobie poszedł. Ale starzec nie ruszył się z miejsca. Stał oparty na lasce i nic nie mówiąc przyglądał się hobbitowi, aż w końcu Bilbo zmieszał się, a nawet trochę rozgniewał.
- Dzień dobry - powiedział w końcu. - Nie życzymy sobie tutaj żadnych przygód, dziękujemy pięknie. Spróbuj za Pagórkiem albo po drugiej stronie Wody. Do widzenia.
- O, teraz rozumiem co masz na myśli mówiąc "dzień dobry"! - rzekł Gandalf. ? Tym razem chciałeś przez to powiedzieć, że masz mnie dość i że dzień nie będzie naprawdę dobry, póki stąd nie odejdę.
- Ależ co znowu, co znowu, drogi panie?! Proszę cię, wybacz, bo coś mi się zdaje, że nie znam twojego nazwiska.
- Tak, tak, mój drogi, ale ja znam twoje nazwisko, panie Bilbo Baggins. Ty także znałeś moje, kiedy byłeś młodszy i bystrzejszy. W tej części świata jestem znany jako Gandalf. Słyszysz Gandalf to ja. Nie do wiary, że doczekałem, by mnie syn Belladonny Tuk częstował swoim "dzień dobrym" jak wędrownego kramarza, co handluje guzikami.
- Gandalf! Gandalf! Wielkie nieba! Czyżby ten sam stary czarodziej, który miał w zwyczaju odwiedzać Tuków? Ten Gandalf może, który puszczał takie nadzwyczajne, wspaniałe ognie sztuczne podczas uczt, jakie urządzał Stary Tuk z okazji Sobótki? Pamiętam je! Cudowne! Strzelały w górę jak olbrzymie ogniste lilie, lwie pyszczki i złoty deszcz i wisiały w półmroku na niebie przez cały wieczór. - Zauważyliście już z pewnością, że pan Baggins nie był wcale tak prozaicznym hobbitem, za jakiego chciał uchodzić, i że bardzo lubił kwiaty. A niechże cię! - ciągnął dalej. - Czyżby ten sam Gandalf, który podczas przyjęć opowiadał takie cudowne historie o smokach, goblinach i olbrzymach, o górach w odległych krajach i o morzu. Z ich powodu, jak powiadają, wiele spokojnych chłopców i dziewcząt ruszyło w świat po szaleńcze przygody, zaczynając od łażenia po drzewach, a kończąc na wizytach u elfów, a nawet na próbach żeglowania statkami? Przy tych słowach głos Bilba opadł niemal do szeptu. - Żeglować, a nawet - słowo daję - próbować popłynąć na Tamten Brzeg - Bilbo westchnął. - Życie było wtedy wcale zabaw... to znaczy, chciałem powiedzieć, że w swoim czasie narobiłeś niemało zamieszania w tej okolicy. Przepraszam cię, nie miałem pojęcia, że wciąż jeszcze zajmujesz się tymi rzeczami.
- A cóż bym mógł robić innego? - odparł czarodziej. - Swoją drogą, masz moje wybaczenie i jestem zadowolony, i to rzeczywiście jest dobry dzień. Rad jestem, że to i owo zapamiętałeś o mnie, a to już budzi pewne nadzieje. Doprawdy, przez przyjaźń dla twego dziadka, Starego Tuka, i tej biednej Belladonny dam ci to, o co mnie prosiłeś.
- Jesteś bardzo uprzejmy, ale wybacz, proszę, o nic nie prosiłem. Mimo wszystko dziękuję.
- To nie istotne. Właśnie podjąłem decyzję. Myślę, ze się nadasz. Tak, wyślę cię na tę wyprawę. Powinieneś się przydać, a dla ciebie będzie to bardzo korzystne, oczywiście jeśli w ogóle wyjdziesz z tego cało.
- Przepraszam! O co to, to nie. Nie życzę sobie przygód, dziękuję ślicznie! Nie dziś. Dziękuję i do widzenia! - To powiedziawszy Bilbo cofnął się ku drzwiom. - Ale proszę cię, zajdź do mnie na herbatkę, kiedy ci dogadza - wyjąkał. - Czemuż by nie jutro, na przykład? Tak, przyjdź jutro. Do widzenia. - To rzekłszy hobbit zrobił w tył zwrot, skoczył do wnętrza nory przez okrągłe, zielone drzwiczki, które zatrzasnął za sobą pośpiesznie, nie tak jednak pośpiesznie, by Gandalf mógł się poczuć dotknięty. Bądź co bądź czarodziej to czarodziej.
Po kiego licha zaprosiłem go na herbatę! - rzekł do siebie Bilbo, kierując się w stronę spiżarni. Dopiero co zjadł śniadanie, przyszło mu jednak do głowy, że kawałek... lub dwa kawałki ciasta, popite jakimś trunkiem, dobrze mu zrobią po przeżytym strachu.
Gandalf tymczasem wciąż jeszcze stał za drzwiami głęboko zamyślony. W końcu uśmiechnął się leciutko, podszedł bliżej i ostrzem laski wyskrobał na pięknych, zielonych drzwiach frontowych hobbita jakiś tajemniczy znak. Odszedł potem, w tym samym momencie, gdy Bilbo, kończąc drugi kawałek ciasta, nabrał przeświadczenia, że bardzo sprytnie wymigał się od wszelkich przygód.

Nazajutrz Bilbo prawie zapomniał o Gandalfie. W listach otrzymał wiele wiadomości o swoich licznych krewnych, w tym niektóre bardzo niepokojące. A poza tym, wczoraj był zbytnio zdenerwowany by zaznaczyć zaproszenia w swoim kalendarzu. Strona: dzisiaj, środa była pusta.
Gdy zbliżała się pora popołudniowej herbaty, u drzwi wejściowych przenikliwie zadźwięczał dzwonek i wtedy dopiero Bilbo przypomniał sobie wszystko. Pędem pobiegł nastawić imbryk, do nakrycia dodał drugą filiżankę i talerzyk oraz parę ciastek, po czym ruszył do drzwi.
Już miał na końcu języka słowa: "Przepraszam, że dałem ci czekać" - kiedy nagle spostrzegł, że za drzwiami stoi wcale nie Gandalf, lecz krasnolud z błękitną brodą zatkniętą za złoty pas i z oczyma jasno błyszczącymi spod ciemnozielonego kaptura. Ledwie drzwi się uchyliły, a krasnolud już wpakował się do hallu, jak gdyby był oczekiwanym gościem. Powiesił płaszcz z kapturem na najbliższym kołku i:
- Dwalin, do usług - oświadczył, kłaniając się nisko.
- Bilbo Baggins, nawzajem - rzekł hobbit, zbyt zdumiony, by zdobyć się od razu na jakieś pytanie. Gdy milczenie, które potem zapadło, przedłużało się kłopotliwie, dodał: - Właśnie miałem siąść do podwieczorku; proszę cię, wejdź i napij się ze mną herbaty. - Brzmiało to może trochę oschle, ale Bilbo nie był przyzwyczajony gościć niezaproszonych krasnoludów, którzy przychodzili i wieszali swoje płaszcze w sieni, nie usprawiedliwiając się ani słowem? Miał jednak nadzieje, że usłyszy zaraz jakieś wyjaśnienie.
Nie zabawili długo za stołem, ściśle mówiąc zaczynali dopiero po trzecim kawałku ciasta, gdy rozległ się znowu dzwonek, jeszcze głośniejszy niż poprzedni. - Wybacz! - rzekł hobbit i pobiegł do drzwi.
"A więc jesteś nareszcie" - chciał zawołać, pewny, że tym razem ujrzy Gandalfa. Ale i tym razem nie był to czarodziej. Zamiast niego ukazał się w progu bardzo stary krasnolud z białą brodą, w czerwonym kapturze; ten również skoczył skwapliwie w uchylone drzwi, jakby został zaproszony.
- Zaczynają się już schodzić, jak widzę - powiedział, spostrzegając na kołku zielony kaptur Dwalina, i powiesił w najbliższym sąsiedztwie swój, czerwony. - Balin, do usług - rzekł, kładąc rękę na piersi.
- Dziękuję - rzekł Bilbo, któremu zdumienie dech zaparło. Nie była to wcale stosowna odpowiedź, lecz słowa "zaczynają się schodzić" zrobiły na nim wstrząsające wrażenie. Lubił gości, lubił jednak znać osoby przychodzące do jego domu i wolał też zapraszać je z własnej chęci. Mignęła mu okropna myśl, że ciasta może nie starczyć dla wszystkich, a wówczas on, jako gospodarz - znał bowiem obowiązki gościnności i gotów był ich przestrzegać, nawet gdyby okazały się bardzo bolesne - będzie musiał obejść się smakiem.
- Proszę, wejdź i wypij filiżankę herbaty - zdołał wyjąkać, nabrawszy tchu w piersi.
- Wolałbym małe piwo, jeśli ci to nie zrobi różnicy, zacny panie - rzekł siwobrody Balin. - Nie mam wszakże nic przeciw ciastu, zwłaszcza gdyby się znalazł kawałek placka z kminkiem.
- Znajdzie się niejeden! - Bilbo sam się zdziwił, słysząc swoją szybką odpowiedź. Po czym, nie wiedząc kiedy i jak, skoczył do piwniczki by nalać kufel piwa i do małej spiżarni po dwa piękne, krągłe placki, które upiekł wczesnym popołudniem, żeby mieć co przekąsić do poduszki.
Kiedy wrócił, zastał Balina i Dwalina gawędzących przy stole jak dwaj starzy przyjaciele (rzeczywiście byli rodzonymi braćmi). Bilbo zdążył postawić przed nimi piwo i ciasto, gdy znów dzwonek zadźwięczał donośnie raz i drugi.
"Teraz to już z pewnością Gandalf" - pomyślał Bilbo i sapiąc pomknął przez tunel. Ale to nie był Gandalf, tylko dwóch krasnoludów. Obaj mieli niebieskie kaptury, srebrne pasy i żółte brody, a każdy dźwigał worek z narzędziami i łopatę. Skoczyli w drzwi natychmiast, gdy je Bilbo otworzył - on wszakże już się temu wcale nie dziwił.
- Czym mogę służyć? - spytał.
- Kili, do usług - powiedział pierwszy krasnolud.
- I Fili - dodał drugi, po czym obaj ściągnęli niebieskie kaptury i ukłonili się grzecznie.
- Nawzajem, sługa wasz i waszych rodzin - odparł Bilbo, tym razem już nie zapominając o dobrym wychowaniu.
- Dwalin i Balin już tu są, jak widzę - powiedział Kili. - Dołączmy się więc do gromady.
"Gromada! - pomyślał pan Baggins. - Nie podoba mi się to wyrażenie. Doprawdy, muszę przysiąść choć na minutę, zebrać myśli i napić się czegoś". Ledwie pociągnął jeden łyk - przycupnąwszy w kącie, podczas gdy czterech krasnoludów rozsiadło się za stołem, gadając o kopalniach i o złocie, i o kłopotach z goblinami, i o spustoszeniach dokonywanych przez smoki, i o tysiącu innych rzeczy, których Bilbo nie rozumiał i nie chciał rozumieć, ponieważ brzmiały zbyt awanturniczo - gdy: ding, dong, ling, dang - jego dzwonek zaśpiewał ponownie, jak gdyby jakiś mały, niegrzeczny hobbitek próbował urwać sznur.
- Ktoś jest pod drzwiami - powiedział Bilbo mrugając nerwowo.
- Czterech ktosiów, sądząc z dzwonka - rzekł Fili. - Zresztą idąc tu widzieliśmy ich daleko na drodze za nami.
Biedny mały hobbit usiadł w hallu i ukrył głowę w dłoniach, zadając sobie w duchu pytanie, co się właściwie stało i co się dalej stanie, i czy wszyscy ci goście zostaną u niego na kolacji. Ale wtedy dzwonek zabrzmiał raz jeszcze, głośniej niż dotychczas, więc Bilbo pobiegł do drzwi. Okazało się, że to wcale nie czterech, lecz pięciu krasnoludów. Ten piąty zdążył nadejść, gdy Bilbo marudził w hallu. Ledwie gospodarz nacisnął klamkę, a już wszyscy przybysze byli we wnętrzu jego domu i kłaniali się mówiąc "do usług" jeden przez drugiego. Dori, Nori, Ori, Oin i Gloin brzmiały ich imiona; wkrótce też pięć kapturów: dwa purpurowe, jeden szary, jeden brązowy i jeden biały - zawisło na kołkach, krasnoludy zaś, zatknąwszy krzepkie dłonie za złote i srebrne pasy, ruszyły do jadalni by dołączyć do reszty. Zebrała się tam już spora gromada.
Dwóch prosiło o cydr, dwóch kolejnych o piwo, a Gloin prosił o stary porter. - Przynieś trochę miodu i przypraw! - poprosił. - Lubię grzane piwo z korzeniami. Wszystkich dziewięciu wołało o więcej ciastek; a także o masło. Toteż hobbit miał przez pewien czas pełne ręce roboty.
Postawiono na stole potężne dzbany piwa i cydru, porter Gloina grzał się na kominku, placki już zniknęły, a krasnoludy zabrały się do podpiekania maślanych bułeczek - gdy nagle głośne kołatanie dobiegło ich uszu. Nie dzwonek, lecz trach, trach! Ktoś walił laską w piękne zielone drzwi hobbita!
Bilbo rzucił się korytarzem bardzo zagniewany i do cna ogłupiały. Równie fatalnej środy w życiu nie pamiętał. Otworzył drzwi znienacka, tak że wszyscy runęli do środka, jeden na drugiego. Znowu krasnoludy, czwórka! A za ich plecami stał Gandalf oparty o laskę i śmiał się głośno. Wydrapał laską porządną szramę w pięknych drzwiach, a przy tej sposobności zatarł tajemniczy znak, który na nich zrobił poprzedniego ranka.
- Ostrożnie, ostrożnie! - rzekł. - Wcale to do ciebie niepodobne, mój Bilbo, żeby najpierw przetrzymywać gości na słomiance, a potem otwierać drzwi tak, jakby to była jakaś zapadnia! Pozwól, że ci przedstawię: oto Bifur, Bofur, Bombur, a nade wszystko - Thorin!

- Do usług! - powiedzieli nieco chłodno Bifur, Bofur i Bombur, stając w szeregu. Przynieśli ze sobą wielka torbę i coś co wyglądało jak kije oplecione tkaniną, co pozostawili w korytarzu pod wieszakami. Powiesili na kołkach dwa kaptury żółte i jeden jasnozielony oraz czwarty: błękitny z długim srebrnym chwastem. Błękitny kaptur należał do Thorina, ogromnie dostojnego krasnoluda. W rzeczywistości był to nie kto inny, lecz sam sławny Thorin Dębowa Tarcza we własnej osobie, zgoła w tym momencie nie zachwycony, że przydarzyło mu się paść plackiem w sieni Bilba, z Bifurem, Bofurem i Bomburem na grzbiecie. Na dobitkę grubas Bombur był bardzo ciężki. Thorin zachował się wyniośle i nie wspomniał nic o "usługach", lecz biedny pan Baggins tyle razy powtórzył: Och, przepraszam! - że wreszcie dumny krasnolud mruknął: - Nie ma za co i rozchmurzył czoło.

- Nikogo nie brakuje - rzekł Gandalf, spoglądając na trzynaście wiszących rzędem kapturów i na swój własny płaszcz i kapelusz obok nich. - Wcale wesołe zgromadzenie! Mam nadzieję, że dla maruderów zostało coś jeszcze do zjedzenia i wypicia. Co tam masz? Herbatę? Nie, dziękuję. Co do mnie, proszę o kropelkę czerwonego wina.
- Ja też - powiedział Thorin.
- I o konfitury malinowe, i o szarlotkę - rzekł Bifur.
- I o paszteciki z mięsem, i o ser - powiedział Bofur.
- I o gulasz wieprzowy z cebulką - dodał Bombur.
- Jeszcze ciastek, jeszcze piwa, jeszcze kawy, jeśli łaska - wołały inne krasnoludy zza drzwi jadalni.
- Bądź tak dobry i ugotuj kilka jajek - krzyknął Gandalf w ślad za hobbitem, który już kuśtykał w stronę spiżarni. - A przy okazji przynieś na zimno kurczęta pieczone i ogórki.
"On, zdaje się, zna moją spiżarnię równie dobrze jak ja sam" - pomyślał pan Baggins, całkowicie skołowaciały; zaczynał już podejrzewać, czy najokropniejsza przygoda nie spotka go we własnym domu. Nim zmieścił na ogromnej tacy wszystkie butelki, półmiski, noże, widelce, szklanki, talerze, łyżeczki, nie wspominając nawet o jedzeniu, oblał się potem, dostał wypieków i stracił do reszty humor.
- Tam do licha z tymi krasnoludami! - powiedział głośno. - Nie mógłby to jeden z drugim ruszyć się i pomóc trochę?
I oto patrzcie! W drzwiach kuchni już stali Balin i Dwalin, a za nimi Fili i Kili. Nim Bilbo zdążył bodaj kichnąć, chwycili tacę i kilka małych stolików, zanieśli do sali i zmienili wszystkie nakrycia.

*

Na honorowym miejscu siedział Gandalf, z Thorinem po prawej ręce, a pozostałych dwunastu krasnoludów wokół połączonych stołów. Bilbo zaś usiadł na stołeczku przy kominku, żuł biszkopt (apetyt opuścił go całkowicie) i usiłował robić dobrą minę, jakby wszystko, co się działo, było rzeczą najzwyklejszą w świecie, a wcale nie żadną przygodą. Krasnoludy jadły i jadły, gadały i gadały, a czas płynął. Wreszcie odsunęły krzesła od stołu, a Bilbo zerwał się, żeby pozbierać talerze i szklanki.

- Przypuszczam, że zechcecie wszyscy zostać na kolacji? - spytał, jak umiał najgrzeczniej, lecz bez nalegania.

- Ma się rozumieć! - odparł Thorin. - Po kolacji także. Nie uporamy się z naszymi sprawami do późna w noc, a przedtem musimy trochę użyć muzyki. Teraz sprzątajcie!
Na to dwunastu krasnoludów - ale nie Thorin, bo Thorin był zbyt dostojny i został przy stole, rozmawiając z Gandalfem - skoczyło na równe nogi i zaczęło układać nakrycia w wysokie stosy. Nie czekając na tace, ruszyli do kuchni, a każdy niósł na jednej dłoni chwiejącą się piramidę talerzy, ukoronowaną na szczycie pustą butelką; hobbit biegł za nimi aż piszcząc ze strachu: "błagam, uważajcie! ", "po cóż się trudzicie?!", "ja przecież sam chętnie..." Ale krasnoludy zamiast odpowiedzieć zaśpiewały chórem:
Tłuczmy szklanki, spodki, miski,
Niech gospodarz żyje nasz!
A choć Bilbo płaczu bliski,
Niechaj drzazgi lecą z flasz!

Obrus w strzępy, dzbanek mleka
O podłogę! Trzask i huk!
Kości wkoło porozwlekać,
Butlę wina prask o próg!

Buch czerepy w garnek śmiało,
Szkło na drobny tłuczmy piach
A co jeszcze pozostało,
O podłogę bęc i trach!

Baczność! Bilbo płaczu bliski,
Zaraz usłyszycie jęk
Więc uwaga tam na miski
! Trach i prask, i bęc, i brzdęk!

Oczywiście krasnoludy nic z tych okropności nie wprowadziły w czyn, wszystko w mig zostało umyte i porządnie ustawione, a przez cały czas hobbit kręcił się pośrodku kuchni, wykrzykując polecenia i usiłując zobaczyć, czy wszystko zostało poustawiane na swoich miejscach. Potem wrócili do sali i zastali tam Thorina z nogami opartymi o kratę przed kominkiem i ćmiącego fajkę. Wydmuchiwał ogromne pierścienie z dymu, a każdy z nich leciał tam, gdzie mu Thorin kazał: kominem w górę, za stojący na parapecie kominka zegar, pod stół lub pod sufit, gdzie krążyły w kółko, w kółko; ale gdziekolwiek leciały, nie mogły umknąć przed Gandalfem, który ze swej krótkiej drewnianej fajeczki - pyk! - wypuszczał mniejsze pierścionki dymu prosto w środek Thorinowych. Potem te kółka Gandalfa zieleniały z radości, że sztuka się udała, i wracały nad głowę czarodzieja. W chmurze kolorowych pierścieni dymu wyglądał naprawdę czarodziejsko. Bilbo stał jak urzeczony - bardzo lubił kółka z dymu - i zaczerwienił się na myśl, że poprzedniego ranka taki był dumny ze swoich pierścionków, które wysyłał nad Pagórek.
- A teraz muzyka! - rzekł Thorin. - Przynieście instrumenty.
Kili i Fili skoczyli po swoje worki i wrócili każdy ze skrzypcami; Dori, Nori i Ori wydobyli spod płaszczy flety, Bombur przyniósł z worka, który pozostawił w hallu bęben; Bifur i Bofur także wyszli na chwilkę i zjawili się z klarnetami, które pozostawili przedtem wśród lasek w sieni; Dwalin i Balin powiedzieli: - Przepraszam, zostawiłem swój instrument na ganku - na co Thorin zawołał: - Przynieście i mój przy sposobności! - Przytaszczyli więc dwie ogromne wiolonczele, większe niemal od nich samych, oraz harfę Thorina w zielonym pokrowcu. Była to piękna złota harfa, a gdy Thorin dotknął strun, natychmiast zabrzmiała muzyka tak niespodziana i słodka, że Bilbo zapomniał o wszystkim i wyobraźnia przeniosła go daleko, w tajemnicze krainy, nad którymi świecą dziwne księżyce, daleko za Wodę, daleko od hobbickiej norki pod Pagórkiem.
Mrok płynął do sali przez małe okienko otwarte w stoku Pagórka, płomienie na kominku migotały - był kwiecień - a krasnoludy grały wciąż, grały, a cień brody Gandalfa drżał na ścianie.
Ciemności wypełniły pokój, ogień zgasł, cienie zniknęły - a krasnoludy grały jeszcze. Nagle któryś zaczął śpiewać do wtóru melodii, potem inni przyłączyli swe głosy, niskie, przytłumione głosy krasnoludów przyzwyczajonych z dawnych czasów do śpiewania w swoich głębokich podziemnych siedzibach. A oto parę strofek z ich pieśni, chociaż naprawdę nie sposób wyobrazić jej sobie bez muzyki:
Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt,
By jaskiniom, lochom, grotom
Czarodziejskie wydrzeć złoto!

Już krasnali działa czar;
W ciszę młotów dźwięk się wdarł,
Tam gdzie mrok pod skałą władnie
I gdzie dziwy drzemią na dnie.

Dawnych elfów możny ród
Złota tu zgromadził w bród
I w podziemnych kuźniach młotem
Z kruszcu miecze kował złote.

Na srebrzystych nitek pas
Nizał błyski lśniących gwiazd,
W złotych koron zaś obręcze
Księżycowe wplatał tęcze.

Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt,
By jaskiniom, lochom, grotom
Zapomniane wydrzeć złoto!

Złote harfy leżą wiek,
Gdzie nie kopał żaden człek,
A w nich pieśni drzemie mnogo
Nie słyszanych przez nikogo.

Nagle sosen słychać szum,
Wichrów nocą zawył tłum
I czerwonym, żywym ogniem
Drzewa płoną jak pochodnie.

Gdzieś w dolinie bije dzwon,
Ludzie patrzą z wszystkich stron,
A gniew Smoka ciska gromy
Na struchlałe, kruche domy.

Dymią góry w blasku gwiazd,
Dla krasnali przyszedł czas.
Po pagórkach, po urwiskach
W księżycowych biegną błyskach.

Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt,
Żeby wydrzeć lochom, grotom
Nasze harfy, nasze złoto!

Gdy tak śpiewali, Bilbo poczuł, że budzi się w nim miłość do pięknych rzeczy, które powstają dzięki pracy rąk, zręczności i czarom, namiętna i zazdrosna miłość, najgorętsza pożądliwość serc krasnoludzkich. Coś z dziedzictwa Tuków ocknęło się w hobbicie, zapragnął ruszyć w świat, zobaczyć wysokie góry, usłyszeć szum sosen i potoków, zbadać głębie jaskiń, miecz nosić u boku zamiast laski. Wyjrzał przez okno. Na ciemnym niebie ponad drzewami świeciły gwiazdy. Pomyślał o klejnotach krasnoludów, błyszczących w mroku podziemi. Nagle z lasu za Wodą wystrzelił w górę płomień - ktoś pewnie rozpalił ognisko i hobbitowi wydało się, że to zbójeckie smoki spadły na jego spokojny Pagórek i chcą wszystko puścić z dymem. Wzdrygnął się i bardzo szybko stał się znów zwykłym panem Bagginsem z Bag End, pod Pagórkiem.
Wstał, drżąc cały. Pół jego duszy mówiło mu, że trzeba niby to iść po lampę, a naprawdę ukryć, się w piwnicy za beczkami piwa i nie wyłazić stamtąd, póki ostatni krasnolud nie opuści jego domu. Nagle spostrzegł, że muzyka i śpiew ucichły i że wszyscy goście patrzą na niego błyszczącymi w ciemności oczyma.
- Dokąd się wybierasz? - spytał Thorin takim tonem, jakby zgadywał, co się dzieje w obu połowach duszy hobbita.
- Czy nie przydałoby się trochę światła? - odparł Bilbo, usiłując się usprawiedliwić.
- Lubimy ciemności - oznajmiły chórem krasnoludy. - Ciemne sprawy najlepiej załatwiać po ciemku. Jeszcze mamy kilka godzin do świtu.
- Oczywiście - rzekł Bilbo i usiadł z takim pośpiechem, że zamiast na stołek, trafił na brzeg kominka; narobił przy tym straszliwego hałasu, zrzucając pogrzebacz oraz szufelkę.
- Cisza! - zawołał Gandalf. - Thorin ma głos! Thorin zaczął w te słowa:
- Szanowny Gandalfie, szanowne krasnoludy, szanowny panie Baggins! Zebraliśmy się tutaj dziś, w domu naszego przyjaciela i współspiskowca, tego oto znakomitego i zuchwałego hobbita - oby włos nawet nie spadł z jego nogi! Cześć jego świetnemu winu i piwu...
Mówca przerwał z braku tchu oraz dlatego, że czekał na jakąś grzeczną uwagę ze strony gospodarza, lecz wszystkie komplementy padły w próżnię; nieszczęsny Bilbo Baggins daremnie poruszał wargami, żeby zaprotestować przeciw nazywaniu go zuchwałym hobbitem, a co gorsza - spiskowcem; tak skołowaciał, że nie mógł wydobyć z gardła żadnego dźwięku. Thorin więc ciągnął dalej:
- Zebraliśmy się, żeby omówić nasze zamiary, sposoby ich urzeczywistnienia, środki, politykę i taktykę. Wkrótce, nim dzień zaświta, wyruszymy w daleką drogę, na wyprawę, z której, kto wie, może wielu z nas, może nawet nikt (nawet nasz przyjaciel i doradca, mądry czarodziej Gandalf) żywy nie wróci. Chwila to uroczysta. Cel, jak sądzę, znają wszyscy. Lecz dla szanownego pana Bagginsa i może dla najmłodszych krasnoludów - nie pomylę się chyba, jeśli wymienię na przykład imiona dwóch: Fili i Kili - warto pokrótce wyjaśnić aktualną sytuację...
Takim stylem przemawiał Thorin. Był bardzo dostojnym krasnoludem i uważał, że okazja jest szczególnie ważna. Gdyby mu pozwolono, mówiłby pewnie aż do utraty tchu w ten sam sposób, to znaczy tak, że nikt nie usłyszałby od niego nic, czego by już od dawna sam nie wiedział. Lecz przerwano mu brutalnie. Biedny Bilbo nie mógł tego dłużej wytrzymać. Przy słowach: "Kto wie... może nikt z nas żywy nie wróci" - Bilbo poczuł, że z jego żołądka podnosi się w górę aż do gardła okropny krzyk, który też zaraz wyrwał mu się z ust, niby świst rakiety wystrzeliwującej w niebo. Gandalf zapalił niebieskie światełko na końcu swej różdżki i w tym magicznym blasku wszyscy ujrzeli, że biedny mały hobbit klęczy na dywanie przed kominkiem i dygoce jak galareta. Wtedy Bilbo padł plackiem, wykrzykując raz po raz: "Piorun mnie trafił, piorun mnie trafił!" Nic więcej przez długi czas nie mogli od niego wydobyć. Podnieśli go więc i położyli na uboczu, na kanapie w salonie, postawili kieliszek wina w zasięgu jego ręki i wrócili do narady nad swymi ciemnymi sprawami.
- Ten malec łatwo wpada w zapał - rzekł Gandalf, gdy wszyscy znów siedzieli przy stole. - Miewa takie dziwne ataki, ale to zuch nad zuchy, w razie czego będzie się bił jak sam Bandobras. Niewątpliwie była to przesada. Ale Gandalf robił co mógł w tej sytuacji. Gdyż Bandobras był stryjecznym pradziadkiem Starego Tuka, i zazwyczaj nazywano go Bullroarer. Odznaczał się tak olbrzymim jak na hobbita wzrostem, że mógł dosiadać konia. Podczas bitwy na Zielonych Polach, kiedy hobbici zostali zmuszeni do odwrotu, sam jeden natarł konno na zastępy goblinów z Góry Gram i jednym ciosem swej drewnianej maczugi powalił ich króla Gulfimbula. W ten sposób bitwa zakończyła się zwycięsko, i od tamtego czasu w Shire nie doszło już do żadnej. Nawet krasnoludowie słyszeli o Bullroaerze Tuku.
Tymczasem wszakże łagodniejszy krewny Bullroarera odzyskiwał w salonie zmysły. Po chwili odpoczynku i dobrym łyku wina podreptał nerwowym kroczkiem do drzwi sali. Przemawiał właśnie Gloin, a oto co Bilbo usłyszał:
- Hmmm... - (czy coś w tym rodzaju, w każdym razie sarknięcie). Myślicie, że on się nada? Łatwo Gandalfowi mówić, że to jest mężny hobbit, ale jeden taki wrzask zapału wystarczy, żeby zbudzić z zaczarowanego snu skamieniałego smoka razem z całą rodziną, a nam wszystkim zgotować śmierć. Mnie się zresztą wydaje, że to brzmiało raczej jak wrzask strachu, a nie zapału. Doprawdy, gdyby nie znak na drzwiach, byłbym przekonany, że trafiliśmy do niewłaściwego domu. Od razu, jakem zobaczył w progu tego malca, nabrałem wątpliwości, bo tylko się kłaniał i sapał. Wygląda mi bardziej na głupca niż włamywacza.
Wówczas pan Baggins nacisnął klamkę i wszedł do sali. Krew Tuków wzięła w nim górę. Gotów był w tej chwili wyrzec się snu i śniadania, byle zostać uznanym za mężnego. A wspomnienie słów o malcu, który się kłaniał i sapał w progu, wywołało w nim naprawdę dziki gniew. Wielekroć później Bagginsowa cząstka natury hobbita żałowała tego, co w owym momencie zrobił, i mówiła mu: "Głupiś był, mój Bilbo. Sam z własnej woli wpakowałeś się w awanturę".
- Wybaczcie - rzekł - że podsłuchałem, coście tutaj mówili. Nie rozumiem oczywiście, o co właściwie chodzi i co znaczą te wzmianki o włamywaczach, ale sądzę, że mam prawo mniemać (tak się wyraził, bo chciał wystąpić z wielką godnością), iż macie mnie za niegodnego swojej kompanii. Przekonacie się sami. Na moich drzwiach nie ma żadnych znaków, pomalowałem je świeżo ledwie tydzień temu i jestem pewien, że trafiliście do niewłaściwego domu. Od razu, jakem zobaczył na progu wasze dziwne twarze, nabrałem wątpliwości. Ale, proszę, uważajcie, że trafiliście, gdzie należało. Powiedzcie mi, o co chodzi, a postaram się to zrobić, choćbym musiał stąd pomaszerować na najdalszy wschód wschodu i walczyć z Robakołakami na Najdalszej Pustyni. Moim prapraprapradziadem był Bullroarer Tuk, toteż...
- Owszem, owszem, był, ale bardzo dawno temu - rzekł Gloin. - Teraz jest mowa o tobie. A co do znaku, zapewniam cię, że jest na twoich drzwiach znak, którego kazano nam szukać. Dla tych, którzy znają nasze runy oznacza tropiciel i poszukiwacz skarbów. Obecnie mawia się w skrócie - włamywacz. Nam wszystko jedno, cena jest ta sama. Gandalf zawiadomił nas, że jest hobbit nadający się do naszej kompanii, który mieszka spokojnie w tej okolicy i szuka zajęcia od zaraz. Wczoraj powiadomił nas, że zaaranżował tutaj spotkanie na dzisiaj. - O szesnastej, -powiedział. - Tylko nie przybywajcie wszyscy na raz.
- Oczywiście, że znak jest na drzwiach - rzekł Gandalf. - Sam go tam umieściłem. Domagaliście się, żebym znalazł poszukiwacza skarbów na waszą wyprawę, no i wybrałem pana Bagginsa. Jeżeli ktoś uważa, że wybrałem niewłaściwą osobę i niewłaściwe miejsce, proszę bardzo, ruszajcie w trzynastu, narażajcie się na pecha, skoro wam się podoba, albo wracajcie do kopalni węgla.
Spojrzał tak gniewnie na Gloina, że krasnolud aż skulił się w fotelu; a gdy Bilbo otworzył usta, żeby zadać jakieś pytanie, Gandalf obrócił się nachmurzony i zjeżył krzaczaste brwi tak, że hobbit prędko zamknął usta, aż klasnęły.
- W porządku - rzekł Gandalf. - Dość sprzeczek. Ja wybrałem pana Bagginsa, to powinno wszystkim wystarczyć. Skoro ja wam powiadam, że jest włamywaczem, to znaczy, że jest albo w swoim czasie będzie z niego włamywacz. Jeżeli powiedziałem, że szuka zajęcia od zaraz, to znaczy, ze wiem co mówię. Coś więcej tkwi w tym hobbicie, niż wam się wydaje, i o wiele więcej, niż on, sam przypuszcza. Może dożyjecie tego, że mi jeszcze podziękujecie. A teraz, Bilbo, mój chłopcze, przynieś lampę, trzeba to i owo wyjaśnić.
W świetle ogromnej lampy z czerwonym abażurem rozpostarł na stole arkusz pergaminu, jak gdyby mapę.
- Rysował to twój dziadek, Thoror - powiedział do Thorina. Bilbo i pozostali krasnoludowie zebrali się w około. - To jest mapa Góry.
- Nie wydaje mi się, żeby nam mogła wiele pomóc - powiedział Thorin, rzuciwszy okiem na mapę. - Pamiętam dość dobrze Górę i jej okolice. Wiem też, gdzie leży Mroczna Puszcza i Zwiędłe Wrzosowiska, skąd są rodem wielkie smoki.
- Nad Górą wymalowany jest czerwony smok - rzekł Balin - ale przecież i tak znajdziemy go bez trudu, byleśmy tam w ogóle doszli.
- Jest na mapie coś, czego nie zauważyliście - powiedział czarodziej a mianowicie naznaczone tajemne wejście. Widzicie te znaki runiczne po zachodniej stronie i rękę z wytkniętym palcem? Wskazuje ona ukryte przejście do Niższych Sal*.
- Przejście było może ongi ukryte - odezwał się Thorin - ale kto wie, czy nie zostało już teraz ujawnione? Stary Smaug mieszka tam od tak dawna, że chyba zbadał dokładnie całe podziemie.
- Nawet jeśli o przejściu wie, na pewno od wielu lat nie może go używać.
- Dlaczego?
- Bo jest za małe. Drzwi mają pięć stóp wysokości, a wszerz zmieści się trzech krasnoludów naraz, jak mówią runy, lecz Smaug nie wcisnąłby się w otwór tych rozmiarów nawet za młodu, a tym bardziej teraz, po pożarciu tylu krasnoludów i większości ludzi z Dali.
- Mnie się ta dziura wydaje ogromna - powiedział Bilbo, głęboko zainteresowany. Przepadał za mapami, w jego sieni wisiała duża mapa Hobbitonu i okolic, którą sam narysował i zaznaczył na niej czerwonym atramentem swoje ulubione spacery. - Jakim sposobem ktoś, nie mówiąc już o smoku, mógłby nie zauważyć z zewnątrz tak wielkich drzwi? - spytał. Oczywiście nie miała żadnego doświadczenia w kwestii smoków i bardzo niewiele wiedział o krasnoludach.
- Mogą być ukryte na wiele sposobów - odparł Gandalf. - Którego z nich użyto w tym przypadku, nie wiemy i nie dowiemy się, póki nie zobaczymy na miejscu. Z tego, co mówi mapa, domyślam się, że zamkniętych drzwi nie można odróżnić od reszty ściany Góry, bo tę sztukę zwykle stosują krasnoludy. Tak mi się przynajmniej wydaje?
- Masz rację - rzekł Thorin.
- Zapomniałem też dodać - ciągnął Gandalf - że do mapy dołączony jest klucz, mały, dziwny kluczyk. Oto on! - To mówiąc wręczył Thorinowi srebrny kluczyk ze skomplikowanymi nacięciami na długiej rurce. - Pilnuj go dobrze!
- Z pewnością będę go pilnował - odparł Thorin i umocował kluczyk na pięknym łańcuchu, który nosił na szyi pod kubrakiem. - Teraz więc sprawa zapowiada się o wiele pomyślniej. Nowiny, które tu usłyszeliśmy, znacznie poprawiają nasze widoki. Dotychczas nie wyobrażaliśmy sobie dość jasno, co robić. Zamierzaliśmy oczywiście maszerować możliwie najprostszymi drogami na wschód jak najciszej, zwracając na siebie tak mało uwagi, jak tylko się da, aż dotarlibyśmy nad Długie Jezioro. Dalej zaczęłyby się trudności.
- Trudności zaczęłyby się o wiele wcześniej, - przerwał mu Gandalf. - Sytuacja nie zmieniła się na lepsze odkąd przybyliście na Zachód. Niewiele dróg jest prostych, a żadna nie jest bezpieczna, a Wschód jest pełen niebezpieczeństw.
- Od Długiego Jeziora moglibyśmy pójść w górę Bystrej Rzeki - ciągnął Thorin, nie zwracając uwagi na słowa czarodzieja - aż do ruin Dali, starego miasta w dolinie, w cieniu Góry. Ale żadnego z nas nie nęci myśl o Głównej Bramie. Rzeka przełamuje się tam wśród urwistych brzegów na południe od Góry, ale tamtędy również wychodzi smok, i to o wiele za często, jeśli nie zmienił obyczajów.
- To na nic ? rzekł czarodziej. - To byłoby nawet ponad siły wojowników z Dawnych Dni, a takich w obecnych czasach już nie ma. Zresztą juz dyskutowaliśmy na ten temat. Tak czy inaczej nie szukamy w Shire wojownika. Ich mieczyki stępiały, toporów używa się do rąbania drew, a łuków do polowania na jelenie. Podjęliśmy decyzję, że będziemy działać skrycie i wykorzystamy podstęp. Wybrałem wam pomocnika. Oto on, Bilbo Baggins, specjalnie wybrany "włamywacz". A teraz radźmy dalej.
- Dobrze. W takim razie - rzekł Thorin, zwracając się do Bilba z drwiącą uprzejmością. - Niech wybrany ekspert przedstawi nam swoje pomysły i propozycje.
- Najpierw chciałbym się czegoś więcej o tej sprawie dowiedzieć - rzekł Bilbo, bardzo zmieszany i trochę drżący w głębi serca, lecz wciąż jeszcze, jak przystało na potomka Tuków, niezachwiany w postanowieniu, że weźmie udział w przygodzie. - To znaczy o złocie i o smoku, i o wszystkim, skąd się tam to złoto wzięło i czyją jest własnością, itepe, itede.
- Niech mnie! - powiedział Thorin. - Czy nie obejrzałeś mapy? Czy nie słyszałeś naszej pieśni? Czyż nie o tym właśnie rozmawiamy od czterech godzin?
- A jednak wolałbym mieć jasne i dokładne informacje - upierał się hobbit, Próbując wyglądać na rozważnego i profesjonalnego. - Chciałbym też wiedzieć, na jakie narażam się ryzyko, jakie są przewidziane wydatki gotówką, ile czasu zajmie ta robota, ile będzie wynosiło moje wynagrodzenie i tym podobne! - Tak mówiąc, myślał po prostu: "Jakie są szanse, ze wrócę z wyprawy żywy? I co z tego będę miał, jeżeli wrócę? "
- No dobrze, więc słuchaj - powiedział Thorin. - Wiele lat temu, za życia mojego pradziadka, nasz ród został wyparty z północy. Niektórzy powędrowali na wschód do Żelaznych Wzgórz. Ale Thoror mój dziadek z większością krewniaków powrócił pod tę Górę, którą widzisz tutaj na mapie, a gdzie Thrain Stary, jego przodek niegdyś mieszkał przez pewien czas. Tam zaczęli wykopy, zbudowali tunele i ogromne podziemne hale oraz warsztaty, a w dodatku znaleźli, o ile mi wiadomo, mnóstwo złota i drogich kamieni. Zdobyli ogromne bogactwa i sławę, a Thoror stał się Królem pod Górą i był traktowany z wielkim szacunkiem przez ludzi, którzy mieszkali na południu, a z czasem osiedlali się nad górnym biegiem Bystrej Rzeki. Wtedy założyli wesołe miasto Dal, w dolinie, w cieniu Góry. Jego władcy przysyłali po naszych kowali i płatnerzy i nawet mniej biegłych wynagradzali hojnie. Ojcowie przyprowadzali do nas swoich synów na naukę i płacili za nią szczodrze. Zawsze prosiliśmy o zapłatę przede wszystkim w naturze, żywnością i winem, bo my nie trudziliśmy się uprawą ziemi ani staraniem o prowianty. Ziemie wtedy płynęły mlekiem i miodem. Były to dla nas pod każdym względem dostatnie czasy. Najuboższy z nas miał dość pieniędzy na własne potrzeby i na pożyczkę dla innych, a także dość czasu, żeby wyrabiać piękne przedmioty po prostu dla własnej przyjemności. Młodzi krasnoludowie wyrabiali przepiękne i zmyślne zabawki, jakich dziś próżno byś szukał na świecie. Toteż sale w domu mego dziadka były pełne zbroi, harf, rogów, pucharów, wielu cudownych przedmiotów, rzeźbionych, kutych i inkrustowanych, a wszystko wysadzane klejnotami niczym gwiazdy. A sklep z zabawkami w Dali był jednym z cudów Północy.
Niestety! To właśnie ściągnęło na nas smoka. Chciwość ma bowiem długie uszy. Smoki, jak zapewne łowca skarbów wie, kradną złoto i klejnoty elfom, krasnoludom i ludziom, gdziekolwiek się da; strzegą swoich łupów do ostatniego tchu, tysiąc lat chyba że je ktoś zabije, ale nie umieją się nimi cieszyć, nie używają z nich nic, bodaj miedzianego pierścionka. Smoki wcale nie odróżniają pięknej roboty od partactwa, ale znają nawet najmniejszy przedmiot, które posiadają, i biada temu kto poważy się położyć na ich skarbach choćby palec. Przekleństwo na ten pomiot!
W owych czasach na północy żyło ciągle wiele smoków, skarby zaś stały się taką rzadkością, że smoki zaczęły walczyć pomiędzy sobą, szerząc coraz gorsze zniszczenie i spustoszenia. Poza Górami Szarymi żył jeden, szczególnie chciwy, silny i zły gad imieniem Smaug. Pewnego dnia wzbił się w powietrze i poleciał na południe. Najpierw usłyszeliśmy okropny szum, jakby huragan nadciągał z północy, a sosny na Górze skrzypiały i skrzypiały na wietrze. Garstka krasnoludów, które przypadkiem były na powierzchni (do tych szczęśliwców i ja należałem, byłem wtedy młodym, żądnym przygód chłopcem i stale włóczyłem się wokół Góry, to właśnie ocaliło mi życie) - Zobaczyliśmy z daleka, jak smok spadł na Górę i jak trysnęły wokół niego płomienie. Potem zsunął się po stoku w dół, a gdziekolwiek przeszedł, las stawał w ogniu. Wówczas już dzwony w Dali uderzyły na trwogę, a wojownicy chwytali za broń. Krasnoludy rzuciły się do swojej Głównej Bramy, lecz tam czyhał na nie smok. Nikt nie uszedł tą drogą z życiem. Rzeka zagotowała się i wezbrała, miasto przesłoniła mgła, a pod jej osłoną smok zbliżył się niepostrzeżony i wymordował większość wojowników; zwykła nieszczęsna historia, aż nazbyt pospolita w tamtych czasach. Smok zawrócił do Głównej Bramy, wpełznął do środka, splądrował wszystkie hale, uliczki, tunele, zaułki, piwnice, mieszkania i korytarze. Nie został we wnętrzu Góry ani jeden żywy krasnolud, a smok zagarnął wszystkie bogactwa. Prawdopodobnie zwyczajem smoków zgromadził je w najgłębszej jaskini, spiętrzył na kupę i sypia na górze skarbów niby na łóżku. Odtąd nieraz wypełzał przez Główną Bramę i nocą napadał na Dal, porywając ludzi, a szczególnie dziewczęta, by je pożreć; w końcu miasto upadło, wszyscy mieszkańcy albo wyginęli, albo uciekli. Co się tam teraz dzieje, nie wiem na pewno, ale przypuszczam, że nikt dzisiaj nie mieszka bliżej Góry, niż sięga brzeg Długiego Jeziora.
My, którzyśmy ocaleli będąc na powierzchni, siedzieliśmy w ukryciu, płacząc i przeklinając Smauga, gdy niespodzianie zjawił się przy nas mój ojciec i dziadek, obaj z osmalonymi od ognia brodami. Byli bardzo chmurni, nie mówili nic prawie. Kiedy spytałem, jakim sposobem wydostali się z podziemi, kazali mi trzymać język za zębami i powiedzieli, że dowiem się tego kiedyś, we właściwym czasie. Potem, kiedy już przeklęliśmy smoka, wywędrowaliśmy stamtąd i musieliśmy zarabiać na życie, jak się dało i gdzie się dało, w różnych krajach; często wiodło nam się tak źle, że pracowaliśmy w kopalniach węgla lub przy naprawie dróg. Nigdy jednak nie zapomnieliśmy o naszym zrabowanym skarbie. Nawet teraz, kiedy - przyznaję uciułaliśmy coś niecoś i mamy się nie najgorzej - tu Thorin pogładził złoty łańcuch, który nosił na szyi - nie wyrzekłem się zamiaru odzyskania skradzionych bogactw i chcę się zemścić na przeklętym Smaugu, jeśli to będzie możliwe.
Często zastanawiałem się nad tajemnicą ocalenia mego ojca i dziadka. Dziś rozumiem, że musieli mieć ukryte boczne drzwi, nikomu prócz nich dwóch nie znane. Okazuje się, że narysowali je na mapie. Ciekaw jestem, jakim sposobem Gandalf zdobył tę mapę i dlaczego nie dostała się mnie, prawowitemu spadkobiercy.
- Nie zdobyłem jej, ale ją dostałem - odparł czarodziej z błyskiem w oczach. - Thoror, twój dziadek został zamordowany w kopalniach Morii przez Azoga goblina.
- Tak, przeklęty Azog, - rzekł Thorin.
- A Thrain, twój ojciec, ruszył w świat dwudziestego pierwszego kwietnia; w ostatni czwartek upłynęło sto lat od tego zdarzenia. Od tamtego czasu nie widziałeś go już...
- To prawda niestety! - rzekł Thorin.
- Otóż właśnie twój ojciec dał mi tą mapę, dziewięćdziesiąt jeden lat temu i od tamtego czasu jej strzegę.
- Dziewięćdziesiąt jeden lat! - krzyknął Thorin. - Przez dziewięćdziesiąt jeden lat przetrzymywałeś moją własność!?
- Thorinie, - rzekł Gandalf spokojnie. - Chociaż twoja sława dotarła także do mnie, to przecież spotkałem się z tobą po raz pierwszy dopiero kilka tygodni temu. Do tego momentu waga i znaczenie tej mapy nie były mi znane. A poza tym tak na prawdę nie wiedziałem do kogo należała. Twój ojciec nie pamiętał bowiem własnego imienia, ani twojego, kiedy mi wręczał ten dokument. Jeżeli nawet sam wybrałem moment by zwrócić ją, to i tak nie masz powodu do złości. W gruncie rzeczy sądzę, że zasłużyłem na podziękowania, gdyż uzyskałem ją z narażeniem własnego życia. A teraz ci ją przekazuję! - zakończył podając mapę Thorinowi.
- Dzięki ci, - rzekł Thorin. - Byłbym zapewne bardziej wylewny, gdyby twe słowa nie były aż tak mroczne. Nie rozumiem ich w ogóle. - A Bilbo poczuł, że najchętniej powiedziałby to samo. Ale mądrze nie powiedział niczego.
- Nie jesteś zbyt bystry, - odparł czarodziej ostro. - Nim nie usłyszałem twojej opowieści, nie wiedziałem jak Thoror i Thrain uciekli z Góry. Thrain był umierający, kiedy go spotkałem. Podejrzewam, że twój dziadek, nim poszedł do kopalni Morii, oddał dla bezpieczeństwa mapę synowi. Później Thrain, twój ojciec, odszedł, jak sam powiedziałeś, choć nie wiedziałeś dlaczego. Myślę, że wziął mapę ze sobą, by spróbować swego szczęścia na Górze. Ale nie miał szczęścia. Został uwikłany w wiele mrocznych przygód, i nigdy nie zdołał dotrzeć w pobliże swego utraconego domu. Nie mam pojęcia, jak tam trafił, ale spotkałem go jako więźnia w lochach Czarnoksiężnika.
- A cóż ty tam porabiałeś? - spytał Thorin ze zgrozą, bledną, a wszystkie krasnoludy zadrżały.
- Nie pytaj o to! Zwłaszcza po nocy. - powiedział Gandalf. - Nie będę o tym opowiadał. Moim zadaniem było szukanie czegoś pośród cieni. Mroczna i niebezpieczna była to wyprawa. Nawet ja, Gandalf, ledwo się uratowałem. Chciałem ocalić twego ojca, chociaż dla mnie był jeno opuszczonym, bezimiennym krasnoludem w potrzebie. Było jednak już za późno. Postradał rozum, majaczył, zapomniał niemal o wszystkim prócz mapy i kluczyka.
Thorin zazgrzytał zębami - Thoror został pomszczony: dawno już zapłaciliśmy goblinom z Morii. Trzeba by pomyśleć i o tym Czarnoksiężniku.
- Spokojnie, - powiedział Gandalf. - Nie pleć głupstw. Smutek i żal odebrały ci rozsądek. To przeciwnik daleko ponad siły wszystkich krasnoludów świata, nawet gdyby udało się zebrać wszystkich rozproszonych na cztery strony świata, nawet tych co spoczywają w swoich grobach. Jedynym życzeniem twojego ojca było, żebyś odczytał mapę i użył klucza. "Oddaj je mojemu synowi." To były jego ostatnie słowa, chociaż nie wymienił twego imienia. To i tak wielki ciężar. Smok z Góry to wielkie zadanie jak na twoje siły, być może zbyt wielkie.
- Słuchajcie, słuchajcie! - powiedział Bilbo do siebie, ale przypadkiem powiedział na głos.
- Czego mamy słuchać? - spytali wszyscy razem, zwracając się nagle w jego stronę. Bilbo tak był podniecony, że odparł: - Tego, co chcę wam powiedzieć. - A co masz do powiedzenia? - Ano to, że moim zdaniem powinniście iść na wschód, co bez wątpienia zajmie trochę czasu, - Gandalf uśmiechnął się, a Thorin prychnął. - A tam musicie się dobrze i spokojnie rozejrzeć. W końcu są tam ukryte boczne drzwi, a nawet smoki muszą czasem sypiać, jak mi się zdaje. Jeśli siądziecie na progu i będziecie myśleć długo, to w końcu chyba coś wymyślicie, lub nadarzy się jakaś okazja. A teraz, wiecie, myślę, że już dość nagadaliśmy się jak na jedną noc, jeśli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć. Może byśmy tak poszli spać, a jutro wybrali się od samego rana i w ogóle? Możecie zjeść porządne śniadanie, zanim ruszycie w drogę.
- Ruszymy, a nie ruszycie, chciałeś powiedzieć - poprawił Thorin. - Czyż nie jesteś włamywaczem? No i co ze skrytością? Czy siedzenie na progu nie należy do twojego zawodu, że już nie wspomnę o włamywaniu się do wnętrza? Ale co do spania i śniadania zgadzam się z tobą. Przed podróżą lubię zjeść pół tuzina jajek z szynką, sadzone a nie w jajecznicy, i uważaj, żeby nie rozbełtać.
Z kolei inni zaczęli zamawiać śniadania, a żaden nawet nie dodał: "proszę" (co bardzo zirytowało hobbita), po czym wstali od stołu. Bilbo musiał każdemu znaleźć miejsce na nocleg, zapełniając wszystkie gościnne pokoje i ścieląc posłania na fotelach i kanapach. Dopiero kiedy ułożył całe towarzystwo, mógł się sam także położyć w swoim małym łóżku, bardzo zmęczony i nie bardzo szczęśliwy. Postanowił sobie mocno, że nie wstanie o świcie i nie będzie się fatygował przyrządzaniem dla gości wymyślnych dań na śniadanie. Żyłka Tuków zmiękła w nim i wcale już nie był pewien, czy się w ogóle wybiera w jakąś podróż nazajutrz.
Leżąc słyszał jeszcze, jak Thorin w sąsiednim - najelegantszym - pokoju nuci sobie:
Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt,
By jaskiniom, lochom, grotom
Czarodziejskie wydrzeć złoto.

Bilbo usnął z tymi słowami w uszach i miał bardzo niemiłe sny. Słońce już stało wysoko, kiedy się następnego ranka obudził.


_________

*Spójrz na kopię mapy na początku książki.

Tłumaczenie: Michał ´MumakiL´ Leśniewski



Jeżeli podoba Ci się ta strona i jesteś prawdziwym fanem Tolkiena, to oznaka, że powinieneś na nas zagłosować :).



Allarte.pl

TheHobbitFilm.com

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystania powyższych materiałów tekstowych oraz zdjęć bez zgody właścicieli.
Copyright © by Ada Myzik
Hosted by Cyberdusk.pl